Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Reklamy

Liguria czyli raz słońce raz deszcz

Po słonecznej Toskanii przyszła kolei na Ligurię. Niestety wspominane kiepskie prognozy sprawdziły się i po pięknych dniach musieliśmy się zmierzyć się z pogodą w kratkę.

Wpis o powrocie na trasę, po zimie w Rzymie, tutaj!

Jazda stała się trochę szarpana, dzień – dwa jazdy i dzień przeczekiwania deszczu.

Z tym deszczem też bywało różnie, czasem przestawało padać jak tylko rozgościliśmy się na jakiejś kwaterze, czasem jak tylko podjęliśmy decyzję, że zostajemy, bo pada, niebo pięknie się rozjaśniało.

Pontremoli Włochy
Spacer w deszczu po średniowiecznym miasteczku

Inna sprawa, że nogi wciąż jeszcze nie złapały oczekiwanej formy (przynajmniej moje), więc uda i łydki trochę rwą i nie mają nic przeciwko odpoczynkowi 😛 no i rzeczywiście, brzydkie dni, mimo chwilowych przejaśnień udawało nam się przeczekać w miłych miejscach 🙂 Ale gdybyśmy musieli jednak jechać, to prawdopodobnie nie byłoby tak źle.

Raz jeden przemoczyło nas zupełnie, wydawało się, że po porannym deszczu przestało padać, ale pogoda postanowiła pokazać, na co ją stać, jak tylko znaleźliśmy się w szczerym polu…

Wiecie, najgorsze w jeżdżeniu w deszczu jest nie tylko to, że się jest po prostu mokrym, więc zalewa Cię i krew i pot i łzy i jeszcze deszcz się wlewa do oczu, a ciuchy są mokre, więc jest zimno i nieprzyjemnie, ale też, że nie ma gwarancji, że będzie jak się wysuszyć i rozgrzać.

Sezon grzewczy we Włoszech już się skończył, więc albo trzeba mieć szczęście, że gdzieś jeszcze kotłownia się zmiłuje i włączy kaloryfer chociaż rano i wieczorem, albo że samemu można odpalić np. kozę (raz trafiliśmy na taki domek z piecykiem właśnie) czy piecyk, który rozgrzewa kaloryfery.

Przeważnie jednak w domu jest chłodno, nie wspominając o bungalowie, czy namiocie, lub w pomieszczeniu typu świetlica na kempingu, więc rzeczy niezbyt chcą schnąć, a i ciężko się rozgrzać. Czasem ciężko nawet o wystarczająco gorący prysznic.

W każdym jednak razie, mimo pogorszenia się aury, jakoś nam się szczęści. Zmokliśmy w zasadzie tylko raz, a miejsca w których zostawaliśmy na noc czy na dwa dni, żeby ukryć się przed deszczem, oferowały nam komfortowe warunki.

Liguria

Sama Liguria nie sprawiła, że nasze serca zabiły do niej mocniej. Miasteczka były raczej brzydkie, lub co najwyżej przeciętne, szosy kiepskiej lub bardzo kiepskiej (!) jakości, a widoki plasowały się raczej w stawce średniej. Chociaż oczywiście były miejsca piękne czy urocze.

Włochy rowerem
Jedno z ładniejszych miejsc na liguryjskiej trasie

Cinque Terre, które było sztandarowym miejscem tej części Włoch, okazało się… hm… zwyczajne. Chyba widzieliśmy już zbyt wiele tego typu miejsc. Wysokie klify schodzące do morza i jedynie kolorowe miasteczka, które dodawały uroku tej okolicy, ale nie, żeby jakiś szał. Sama trasa po Cinque Terrre była też dość wymagająca – górzysta z dużymi nachyleniami.

cinque terre rowerem

Okolice podobne trochę do Półwyspu Gargano, czy nieco do Amalfi. Ale Amalfi bije na głowę oba te miejsca. Tutaj nie było nawet kolorowych kwiatów, które już przecież kwitną i pięknie pachną w całych Włoszech.

Rozczarowała nas też Genua. Chociaż nie byliśmy w samym jej sercu, więc to może krzywdząca opinia. Ale przedmieścia ciągnęły się niemiłosiernie. Duży ruch, brzydkie, portowe okolice. Jedynie co to port robił ogromne wrażenie bo i sam był ogromny. Największy we Włoszech. Ale nawet nie zrobiliśmy zdjęcia, bo przez ten olbrzymi ruch nie było warunków.

Genua włochy
Pesto po genuisku w Genui 😛

Włochy kończymy wybrzeżem, którym docieramy do Francji, do Lazurowego Wybrzeża, aż do Marsylii 🙂 Włoska riwiera liguryjska okazała się bardzo ładna, ale droga niestety ruchliwa, co znacznie odbierało przyjemność z nadmorskich okolic.

Włochy morze

Cieszymy się, że teraz przed nami Francja, bo już nam się przejadły włoskie makarony i sosy pomidorowe 😛

Natalia i Mikołaj

 

Gorąca Toskania czyli włoskiej trasy ciąg dalszy

toskania rowerem

Dwa kolejne tygodnie upłynęły nam w prawdziwie włoskim upale. Ale o ile w ciągu dnia jest czasem nieco za gorąco, to wieczory są jeszcze trochę za chłodne. Mimo to pogoda pozwoliła nam cieszyć się pięknymi okolicznościami trasy 🙂

Wpis o powrocie na wyprawę rowerową po przerwie zimowej.

Gorące Termy di Saturnia

Jednym z miejsc, które były na trasie, a o którym należy wspomnieć to Terme di Saturnia. Przyznam, że pierwszy raz w życiu kąpałam się w wodach termalnych 😀 Piękne Terme di Saturnia, wcale nie śmierdziały tak bardzo siarką, jak się spodziewaliśmy, a woda była przyjemnie ciepła.

Termy te to „zbiór” basenów ułożonych schodkowo, pomiędzy którymi przelewa się woda. Niestety dno jest dosyć kamieniste i trzeba iść bardzo ostrożnie, tym bardziej, jeśli zależy nam na zdjęciach wykonanych z wody.

Bardzo przyjemnie jest się zanurzyć w termach i pozwolić się ochlapywać wodzie nasyconej związkami mineralnymi. Co ciekawe okolica nie jest szczególnie ciekawa turystycznie. W pobliżu nie ma nawet dobrze rozwiniętej sieci gastronomicznej czy noclegowej. Są drogie resorty i jeden kemping dla campingcarów – właśnie tam się rozbiliśmy, pomiędzy wielkimi samochodami 😛 ale sam teren był całkiem w porządku a zapłaciliśmy tylko 11 euro B-)

termy włochy
Kąpiel w gorących termach

Przeczytaj też o teramch w greckich Termopilach.

Sobota na Elbie

Kolejnym interesującym punktem naszej trasy był skok na Elbę. Co prawda nie znaleźlibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że jakiś złośliwiec umieścił na wyspie biga 😛 mimo to o mało byśmy z niej nie zrezygnowali, bo okazało się, że prom w dwie strony kosztował nas 80 euro! :O Kompletnie nie spodziewaliśmy się takiej ceny i chwilę rozważaliśmy co zrobić. Jednak ostatecznie postanowiliśmy płynąć.

I dobrze, bo wyspa okazała się urocza. Jak to wyspa śródziemnomorska 😉 A do tego spędziliśmy noc na fajnym kempingu nad samym morzem – aczkolwiek woda była jeszcze bardzo zimna, jak w Bałtyku latem 😛 no i płynęliśmy promem, co jest samo w sobie frajdą 😀

W drugą stronę prom nam uciekł 😛 przyjechaliśmy 6 minut po czasie i spędziliśmy przymusowe 50 minut na skwerku, nieopodal portu, jedząc drugie śniadanie.

Elba wycieczka
Widoki z Elby

 

Volterra – czyli ruszamy wgłąb lądu

Volterra to miasteczko założone przez Etrusków, jej początki datowane są przed 700 rokiem p.n.e. Niestety, leży na wzgórzu, na 500 metrach, więc trzeba było się do niej dostać, a podjazd w połączeniu z upałem nas wymęczył. Pokręciliśmy się jednak trochę po uliczkach Volterry. Wysokie, kamienne domy dawały na szczęście dużo cienia, dzięki czemu można było odetchnąć od prażącego słońca.

Trzeba przyznać, że sama Volterra jest urocza, ale nie różni się wiele od innych tego typu średniowiecznych miasteczek – bo to średniowiecze pozostawiło najwięcej po sobie w tym miejscu.

Kto był w Carcassonne, a zwłaszcza w Czeskim Krumlovie ten może sobie wyobrazić, jak mniej więcej wygląda Volterra, aczkolwiek nie jest aż tak imponująca jak Carcassone. Ma za to pozostałości rzymskiego amfiteatru i forum 🙂

A także opuszczony wielki teren byłego szpitala psychiatrycznego, którego niestety nie udało nam się zwiedzić, bo był szczelnie ogrodzony i jakiś pan filował na płot 😦

Volterra zwiedzanie
Volterra

Lucca

Przez Etrusków założona została też Lucca, w której spędziliśmy dzień restowy. Miasto ogrodzone jest murami z XVI wieku, które robią naprawdę niesamowite wrażenie. Zaś sama Lucca, chociaż ma opinię perełki, nie sprawia, że człowiek przystaje co chwilę i zachwyca się architekturą czy kolorowymi ogrodami. Owszem, jest tu kilka ciekawych budynków, zwłaszcza kościołów ze zdobionymi fasadami, ale chyba główny urok tworzą wąskie uliczki pomiędzy kamieniczkami w stylu romańskim.

Na jednym ze znanych w mieście miejsc, Piazza Anfiteatro, trafiliśmy na targ kwiatowy. Dodał bardzo dużo uroku temu placowi, który zresztą samo w sobie jest chyba najciekawszy. Ma owalny kształt, a dookoła stoją kolorowe kamienice. Plac został zbudowany na planie i pozostałościach dawnego amfiteatru. Coś jak Piazza Navona w Rzymie, tylko zbudowana na Koloseum.

Miasteczko zwiedziliśmy spacerując. Zbyt duża ilość turystów sprawia, że rowerem nie jest łatwo się poruszać, a poza tym bez roweru wygodniej jest wejść w każdą dziurę i zrobić zdjęcie z dowolnego miejsca 😉 Objechaliśmy je też po murach – tak, bo mury miasta zostały zaadaptowane jako deptak i park jednocześnie. Ludzie na nich piknikują, wyprowadzają psy, dzieci się bawią. Taka wycieczka to około 5 kilometrów bardzo przyjemnego spaceru czy przejażdżki rowerowej, podczas których można zobaczyć miasto z trochę innej niż zwykle perspektywy 🙂

Lucca zwiedzanie
Citta di Lucca

Campingi w tym czasie

Trzeba też oddać sprawiedliwość campingom, na których nocowaliśmy przez ten czas. Nie należę do osób, które przepadają za tego typu obozowaniem, ale muszę przyznać, że w większości były to miejsca bardzo przyzwoite a niektóre wręcz super. Nie tylko pod względem wyglądu  – trawka pełna stokrotek? Proszę bardzo. Widok na morze? Nie ma problemu. Basen tylko dla nas? Też był 🙂  ale też i standardów. Większość campingów oferowała czyste i przyzwoite czy nawet bardzo dobre zaplecze sanitarialne ale i zdarzyła się kuchnia. Były lodówki i zawsze możliwość przytargania sobie krzesełek i stolika – a to akurat nie jest norma.

No i oczywiście pogoda dodała dużego plusa, tak, że obozowanie nie było przykrą koniecznością.

camping włochy
Obozowanie  i mieszkanie

Ale były też i takie campingi, co to miały prysznice na żetony i ogólnie słabo się prezentowały, tak aby przypomnieć, że obozowanie to nie jest moja ulubiona zabawa 😛

Vademecum kempingowicza.

Albo jak wynająć mieszkanie przez internet?

W Lukce zaś spędziliśmy dzień odpoczynkowy w mieszkaniu. Zapowiadało się, że będziemy dzielić je z gospodarzami lub innymi gośćmi, a tymczasem rodzina mieszkała w drugiej części domu a do naszej dyspozycji było całe, fajne mieszkanko oddalone 400 metrów od centrum miasta. Super 🙂

Z przygód jakie nas spotkały, to musimy się z Wami podzielić szokiem, jaki wywołuje w nas użytkowanie naszej grzałki do wody. Żeby nie wstawiać za każdym razem maszynki, czasem chcemy zagrzać wodę grzałką. I o ile jej podłączenie skutkuje wywaleniem korków w mieszkaniu – to jesteśmy w stanie jakoś zrozumieć, to wywalenie korków na kempingu do gniazdka, do którego podłączają się campingcary już nie! Szok.

Nasza grzałka jest mocniejsza niż cała instalacja wielkiego auta…?

Inną rzeczą, jaką zaobserwowaliśmy jest bardzo duża liczba czarnoskórych we Włoszech. Kiedy byliśmy tu w 2014 roku nie zwróciliśmy uwagi, żeby było ich jakoś więcej niż w innych krajach. Tymczasem teraz jest ich bardzo dużo, w każdym mieście i miasteczku a ich ulubionym miejscem są markety. Po prostu pod nimi przesiadują, ewentualnie sprzedają różne drobiazgi, typu skarpetki czy paski do spodni.. Nie, żeby to jakoś przeszkadzało (o ile nas nie zaczepiają, albo nie pokrzykują między sobą), ale jest to dość ciekawe zjawisko.

W każdym razie bardzo przyjemnie mija nam początek naszej włoskiej trasy. Trzeba też dodać, że oko cieszy soczyście zielona, uroczo pagórkowata Toskania.

M. mówi, że mu przypomina Pogórze Beskidzkie i w związku z tym go nie wzrusza. Ale ja myślę, że się nie chce przyznać 😉 jak mogą nie wzruszać zielone wzgórza pokryte żółtymi i fioletowymi kwiatami, pobocza usłane czerwonymi makami i kamienne domki na szczytach tych wzgórz 🙂

toskania rowerem
Zielona Toskania

Natalia i M.

10 najlepszych rzeczy we Włoszech

włochy najpiękniejsze miejsca

We Włoszech jesteśmy już na tyle długo, że chyba możemy się pokusić o subiektywną listę tego, co najlepsze w Italii. Jeśli Wasza stopa jeszcze nie stanęła na ziemi w kształcie kozaka, to może teraz Was do tego przekonamy! 🙂

Poznaj 16 ciekawostek o Rzymie.

  1. Luz

Przede wszystkim trzeba wspomnieć, że chyba w żadnym kraju zachodniej Europy ludzie nie mają takiego luźnego podejścia do życia (no, może w Hiszpanii jeszcze będzie podobnie) jak tu.

Możesz jednak stopniować ten rodzaj doznania – jeśli zbyt duża dawka luzu Ci przeszkadza, to wybierz północ kraju a jeśli potrzebujesz totalnej maniany to na południe od Rzymu dostaniesz dużą dawkę gościnności, spokoju i wzruszenia ramionami 😉

Bilety w pociągach często nie są potrzebne (zgłaszamy, że ich nie mamy a w odpowiedzi otrzymujemy tylko bene, bene 😉 ), zasady ruchu drogowego są tylko wskazówkami, chociaż raczej wszyscy jeżdżą tak, żeby się nie pozabijać, rower na autostradzie czy ekspresówce raczej nikomu nie będzie przeszkadzać, włącznie z policją. A najważniejsze jest, żeby mieć pieniądze na kawę i papierosy 😉

Włoskie knajpy
Knajpki tylko czekają, żeby w nich spędzić chwilę
  1. Sery, sery, sery.

Jak już wspominaliśmy we wpisie o rzymskich ciekawostkach cz. II, Włosi mają około 600 odmian serów. Dla miłośników tego rodzaju mlecznych przetworów i miłośników jedzenia to raj! Od miękkich białych, żółtych, pleśniowych po twarde jak kamień 🙂

  1. Makarony

Nie bez powodu Włochów nazywa się makaroniarzami. W Italii istnieje 350 różnych typów makaronów, ale według nas tak naprawdę jest ich kilka – kilkanaście. Kilka rodzajów wstążek, penne, rurek, spaghetti itp., itd. W marketach półki z makaronami ciągną się na kilka metrów. Ale warto wybierać tylko pasta fresca. To makaron w zasadzie już gotowy, trzeba go tylko chwilę pogotować. Pyszny.

  1. Czekolada, słodycze, kawa

Może i najlepsza czekolada jest w Belgii ale Włosi mają też niczego sobie czekoladowe desery. Profiterolki, czekoladowe musy, tiramisu, cannolli… sama słodycz! 😉

Dowiedz się, co najlepszego jedliśmy w podróży!

Do ciastka obowiązkowo kawa. Cappuccino lub szybkie i mocne espresso. Włosi mają przepyszną kawę, gdziekolwiek by jej nie kupić. Kawa to podstawa życia 😉

  1. Lody

Jeśli jesteśmy przy słodyczach. Może Włosi nie mają zbyt dużego wyboru jogurtów ale za to jakie mają pyszne lody! Lodziarnie we Włoszech otwarte są cały rok a chłodziarki w sklepach są cały czas odpowiednio zaopatrzone w te zimne desery. Wszystkie pyszne, kremowe o wyrazistym smaku. Czekoladowe, pistacjowe, owocowe, orzechowe. Idealne na upalne, włoskie dni.

  1. Pogoda

A skoro już o upałach mowa. Jeśli tęsknisz za gorącym latem, możesz się go spodziewać we Włoszech już w kwietniu. Żar potrafi się lać z nieba nawet w styczniu, ale wczesną wiosną masz niemal gwarantowane bardzo ciepłe dni i bezchmurne niebo.

włochy piękne miejsca
Toskania, Apulia i Jezioro Bracciano
  1. Miasta

Chyba w żadnym kraju nie ma tylu wspaniałych miast co we Włoszech. Dość wymienić tylko Wenecję, Florencję, Weronę czy Rzym na deser. Jest także wiele uroczych, malutkich miasteczek zbudowanych na skałach jak Poligniano a Mare (więcej na jego temat znajdziesz we wpisie o początkach podróży przez Włochy) czy Pitigliano.

Włochy warto zwiedzić
Pitigliano, Savona, Terme di Saturnia, wodospad marmurowy

 

 

  1. Widoki

Pagórki Toskanii, morze i klify na wybrzeżu Amalfi, skaliste wybrzeża, wysokie góry (czyli ukochane bigi M. ;), zielone polany pełne kwiatów wiosną, palmy, kaktusy. Pięknie jest. Można stać i się zachwycać całymi godzinami.

 

  1. Język

Rzadko jest tak, aby język słyszany na ulicy sprawiał przyjemność. Tak się jednak dzieje na włoskich ulicach. Fajnie jest słuchać tego języka, zwłaszcza, że Włosi nie są tak głośni jakby się zdawało, dzięki czemu nie obrzydzają włoskiego swoim zachowaniem 😉

  1. Ceny

Ceny we włoskich sklepach zaskakują (zwłaszcza w tych większych). Jest niewiele drożej niż w Polsce a już na pewno nie jest zbyt drogo jak na zachodnie standardy. Można robić zakupy nie odmawiając sobie niczego. A jest co kupować! Tyle pyszności do zjedzenia 😉

 

To co, wiecie już, gdzie spędzicie najbliższy urlop? 😉 Chyba, że wahacie się między bella Italia a słoneczną Grecją, wtedy polecamy…       10 najlepszych rzeczy w Grecji.

włochy urlop

Natalia i Mikołaj

Źródło: http://www.italymagazine.com/dual-language/so-how-many-pasta-shapes-are-there

Czy w Rzymie jest ciepło cały rok? Czyli zima w Rzymie.

kiedy jechać do rzymu

Nasza pierwsza część wyprawy miała skończyć się w Rzymie. Tak też się stało i w połowie listopada wylądowaliśmy jakieś 300 metrów od Bazyliki św. Piotra na cztery miesiące.

Ideą było spędzenie zimy w jakimś ciepłym miejscu, pozbawionym mrozu i śniegu, do tego ciekawym. Nie byliśmy zdecydowani na Amerykę, dlatego padło na Rzym. Czy nam się to udało? I czy Wieczne Miasto rzeczywiście jest ciepłe cały rok?

Zgodnie z danymi dotyczącymi średnich opadów i temperatur, najwięcej deszczowych dni przypada od października do grudnia, a najchłodniej jest między grudniem a lutym.

rzym średni temperatury
Źródło: https://www.meteoblue.com/pl/pogoda/prognoza/modelclimate/rzym_w%C5%82ochy_3169070

Warto jeszcze nadmienić w jakiej odzieży poruszaliśmy się po mieście. Otóż podstawowym naszym okryciem były kurtki przeciwdeszczowo-wiatrowe pod które w chłodniejsze dni zakładaliśmy dodatkowo bluzę i to przeważnie wystarczało.

rzym jak się ubrać
Raz w kurtce i bluzie raz bez kurtki i w krótkim

Z sandałów zrezygnowaliśmy dopiero w grudniu na rzecz dobrych butów trekkingowych AKU (które jednak nie okazały się takie dobre, bo na mokrym, rzymskim bruku, nie raz się ślizgaliśmy). Ani razu nie było nam zimno w stopy.

rzym buty.jpg
Kopanie w słoneczny kalendarz. Keeny i Aku w akcji

Do tego ja od czasu do czasu zakładałam opaskę na uszy i wieczorami, w te najzimniejsze dni, rękawiczki polarowe.

Mieliśmy też kurtki puchowe, których użyliśmy kilka razy, głównie podczas wieczornych wyjść i jednego bardzo wczesno porannego 😉

rzym w co się ubrać

Listopad

Początkowo listopad był na tyle deszczowy, że skróciliśmy naszą podróż o dwa dni. W Rzymie jednak była piękna późnoletnia pogoda. Ciepło, ale nie gorąco (w słońcu jakieś 23 stopnie), wieczory też nie należały do chłodnych. Nie padało, nawet się nie chmurzyło. Dzięki temu mogliśmy spokojnie zwiedzać miasto i cieszyć się wciąż trwającym latem (zwłaszcza jak na polskie standardy). Co więcej, nadal mogliśmy używać sandałów bez narażania się na zmarznięcie! 🙂

Oczywiście na ziemi leżało dużo liści (sprzątnięto je chyba dopiero, jak już wszystkie opadły) a drzewa (konkretnie platany) były w większości łyse.

jesień w rzymie
Listopad w Rzymie

Grudzień

Im było bliżej końca roku tym dni robiły się chłodniejsze, jednak pierwsza połowa miesiąca była wciąż bardzo zadowalająca, w słońcu mniejsze lub większe naście stopni.  Dopiero wraz ze zbliżającymi się świętami pogoda wyraźnie się pogorszyła. Czasem popadało i ochłodziło się (akurat na przyjazd gości :P). Na tyle, że nasze wiosenne kurtki w zestawie z bluzami były często niewystarczające podczas spokojnych spacerów. Pewnie przy szybszym marszu byłoby nam optymalnie, ale zwiedzanie większą grupą ma to do siebie, że tempo nie jest zbyt dziarskie.

Co jednak warto odnotować, sylwestrowa noc była całkiem ciepła i podczas spaceru, żeby obejrzeć fajerwerki nad miastem, wszyscy się zgrzaliśmy. My w naszych przezornie założonych puchowych kurtkach i cała rodzinna ferajna w zimowych okryciach 😛

święta w rzymie
Grudzień w Rzymie (u góry pierwszy dzień Świąt Bożonarodzeniowych) . W wysokich górach spadło dużo śniegu.

Przeczytajcie więcej o:

świętach Bożego Narodzenia w Rzymie

i Sylwestrze w Rzymie!

Styczeń

Kiedy goście wyjechali zrobiło się na nowo bardzo wiosennie. Wręcz letnio. Temperatury były ponadprzeciętnie wysokie. W słońcu było mocno ponad 20 stopni. W jedną z takich ciepłych niedziel wybraliśmy się do parku akweduktów, gdzie dzieciaki grały w piłkę w krótkich spodenkach, ludzie grzali się bez kurtek, a niektórzy nawet siedzieli w słońcu bez koszulek. Rodziny piknikowały na trawie. Było bardzo, bardzo ciepło.

Przy tej okazji warto wspomnieć, że zarówno w styczniu jak i w grudniu, no i przez cały ten czas, wszechobecna była trawa. Soczysto-zielona trawa w całym mieście (a zwłaszcza w parkach, rzecz jasna). Palmy, zielone drzewka pomarańczowe i mandarynkowe z owocami, zielone cyprysy. Ich widok wywołał w grudniu szok wśród naszych gości z Polski 😉

kiedy jechac do rzymu
Cudowny styczeń w Rzymie

Pod koniec miesiąca jednak znów się trochę ochłodziło, dni były często pochmurne.

Dlatego, kiedy na przełomie stycznia i lutego przyjechali kolejni goście, na część wspólnych spacerów zabieraliśmy parasolkę. Zdarzało się, że popadało rano, wieczorem, trochę w ciągu dnia. Na szczęście opady były niezbyt uciążliwie, chociaż prognozy były dość ponure.

pogoda w rzymie w styczniu
Pogoda pod koniec miesiąca bywała wątpliwa

Luty

Najgorszy natomiast okazał się luty. Bardzo często padało, potrafiło padać  nawet kilka dni z rzędu. Chmurzyło się i zrobiło się dość zimno, aczkolwiek nadal na plusie. Do czasu aż nie odwiedziły nas kolejne osoby 😀

Nasi biedni goście trafili właśnie w taki ciąg deszczy i nie było dnia, żeby nie zmokli. Ba, żeby nie przemokli! Kupili nawet parasolkę i pelerynki, żeby być w stanie zwiedzić choć trochę tego i owego w deszczu.

rzym jak się ubrać zimą
Deszczowe dni w Rzymie

W końcu jednak przestał padać deszcz… a spadł śnieg! 😀 pierwszy w Rzymie od 6 lat. Śnieg spadł w nocy i nad ranem, tak, że udało nam się wyjść wcześnie i zrobić jeszcze kilka zdjęć białego Rzymu. W ciągu dnia wyszło jednak piękne słońce i śnieg się roztopił. Aczkolwiek tylko po to, żeby zamarznąć wraz z mrozem, który chwycił wieczorem.

czy w rzymie pada śnieg
Rzym pod śniegiem

Włosi, zwłaszcza ci z Włoch centralnych i południowych, nie są przyzwyczajeni do takich zjawisk atmosferycznych, więc na dwa dni zamknęli szkoły i urzędy. Pierwszego dnia zamknięte były nawet niektóre sklepy (na przykład nasza piekarnia :P). Widzieliśmy jak ludzie bawią się na śniegu, zjeżdżają z ośnieżonych górek, lepią bałwany, rzucają się śnieżkami, zapanowała ogólna radość 🙂

Na ulicach i chodnikach lodu nie posypano ani solą ani piachem, więc to było pewne wyzwanie poruszać się po nich :p

Przeczytajcie o wycieczce wokół murów aureliańskich, którą odbyliśmy dzień po opadach śniegu.

Więcej śnieg oczywiście nie spadł i temperatura powoli się podnosiła , ale nie można powiedzieć, żeby było ciepło. Raczej dość chłodno i deszczowo cały czas.

Trzeba jednak wspomnieć, że deszczowe wieczory umilały mi świeże, wielkie truskawki! 😀 Od stycznia do maja jest sezon, a truskawki włoskie są duże, twarde i pyszne, nawet M., który nie lubi tych owoców przyznał, że są niczego sobie 😉

Połowa marca

Dopiero pod koniec pierwszej połowy marca zaczęło się znacznie ocieplać. Zrobiło się naście stopni, dni coraz częściej były ładne, słońce grzało, o ile akurat się nie chmurzyło. A zdarzało się to wciąż często.

Kiedy wróciliśmy w połowie marca do Polski, różnica temperatur wynosiła jakieś 15 stopni! A nawet więcej, bo dzień po naszym przylocie w kraju na Wisłą spadł śnieg i chwycił mróz 😛

Podsumowanie zimowych miesięcy w Rzymie

Będąc w Rzymie, nawet w najchłodniejszym i najbardziej deszczowym okresie, ciężko było uwierzyć, że gdzieś na świecie właśnie panują śnieżyce. Dla mnie temperatura zimą nie była na tyle wysoka, żebym mogła uznać ją za idealną, pogoda też czasami nie zachęcała do wyjścia z domu. A jednak było dużo cieplej i przyjaźniej, niż w to jest w Polsce, w tym okresie roku. Zielono, już w lutym zaczęły kwitnąć róże, wiśnie, pojawiły się czerwone maki.

Dodatkowym atutem Rzymu jest to, że otaczające budynki są w kolorach żółci, a nie szarości. To bardzo dużo zmienia, nawet w ponury dzień.

kiedy kwitną róże
Kwitnące późną zimą kwiaty

M. natomiast się zakochał. Te dziesięć do kilkunastu stopni to różnica, która daje bardzo wiele. Wręcz zmienia okropną nieznośność zimy w bardzo przyjemny klimat. Owszem, miło by było mieć pełne lato, ale to właśnie ta – pozornie niewielka – różnica między polską a rzymską zimą jest kluczowa.

Czy zatem Rzym jest idealnym miejscem na zimę? Dla mnie nie do końca (mnie się marzy wieczne lato 😉 ), M. twierdzi, że wystarczającym. Jeśli jednak rozważacie to miasto na Boże Narodzenie czy Sylwestra raczej się nie zawiedziecie, chociaż upałów się nie spodziewajcie. Istnieje też ryzyko pochmurnych i deszczowych dni, zwłaszcza w stosunku do Świąt Wielkanocnych, które tam będą już z pewnością ciepłe i słoneczne 😉 Dlatego Rzym i okolice na urlop polecamy raczej od kwietnia do początku grudnia 🙂

kiedy jechac do rzymu
Koloseum, widokówki z via Appii i papużka

Natalia i Mikołaj

 

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Rzym miejsca które warto odwiedzić

Nie będzie chyba przesadą, jeśli stwierdzimy, że po czterech miesiącach pobytu w Rzymie znamy miasto już całkiem nieźle, zwłaszcza okolice szerokiego centrum. Oczywiście, zapewne wciąż jest wiele miejsc nieodkrytych przez nas (nawet ostatniego dnia znaleźliśmy nowe zaułki) i za każdym razem znajdywaliśmy coś nowego lub jakieś  smaczki. Ale tak czy inaczej udało nam się wyselekcjonować najlepsze atrakcje Wiecznego Miasta, oto lista!

  1. Crème de la crème Rzymu, czyli trzy punkty obowiązkowe w jednym:
    1. Forum Romanum, Palatyn i Koloseum

Zaczynamy z grubej rury 😉 Nikomu nie trzeba przedstawiać tych miejsc. Absolutny punkt obowiązkowy. Bilet łączony na te trzy atrakcje kosztował nas 12 euro, ale to o czym warto wiedzieć to, że Palatyn jest połączony z Forum Romanum. Nie możecie wyjść z jednego i wrócić do drugiego, nie będą chcieli Was wpuścić. Traktują je jako całość. Natomiast Koloseum to osobna atrakcja, którą na tym samym bilecie możecie zwiedzić nazajutrz (lub poprzedniego dnia), bo bilet ważny jest dwa dni.

Forum Romanum, Palatyn, Koloseum
Od lewej: część Palatynu od środka, Forum Romanum widok z Palatynu, Koloseum od środka
  1. Ulica Fori Imperiali i Kapitol

Łączy się z punktem powyżej. Po obu stronach ulicy mamy fora – Forum Romanum, Forum Cezara, Forum Augusta, po drugiej Forum Trajana, Forum Nerwy. Jest też wielki budynek Ołtarza Ojczyzny a na horyzoncie majaczy Koloseum. Z Kapitolu macie cudowne widoki na Forum Romanum. Możecie nawet zejść przy kościele i stanąć bardzo blisko Łuku Tytusa.

Forum Romanum, Rzym
Widok na ulicę Forów oraz na Forum Romanum
  1. Muzeum Fori Imperiali czyli Mercati di Traiano

Skoro już jesteśmy przy Forach. Warto rozważyć odwiedziny w Muzeum Fori Imperiali, czyli spacer po Halach Trajana. Wejście kosztuje niestety aż 15 euro, ale budynek jest bardzo duży. W środku znajdziecie dość nudną wystawę fragmentów Hal Trajana, wraz z wieloma, całkiem ciekawymi informacjami na ich temat i temat pozostałych mniejszych forów (po włosku i angielsku), ale to co najlepsze zaczyna się, gdy już opuścicie wnętrze muzeum. Macie możliwość wyjścia na patio, spaceru po tarasach (trzy poziomy) oraz dachach Hal a nawet wyjścia pod samą Torre delle Milizie. Dla miłośników takich miejsc muzeum zdecydowanie warte odwiedzenia.

Muzeum
Hale Trajana od środka
  1. Bazylika świętego Piotra

Warto wejść i zobaczyć ogrom oraz monumentalność tego miejsca. Niech Was nie przerazi stanie w kolejce, nie trzeba wstawać bladym świtem. Kolejka przesuwa się sprawnie, a jeśli pogoda jest dobra, to czekanie w niej nie jest uciążliwe.  Jeśli macie trochę czasu i pieniędzy (13 euro od osoby) to polecamy też umówić się zawczasu (mailem) na wizytę w nekropoliach watykańskich, bardzo ciekawa wycieczka, zwłaszcza, że jest dostępny polski przewodnik (o ile będziecie mieć szczęście) więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o Bazylice i nekropoliach – (klik).

Koniecznie również wejdźcie na kopułę bazyliki. Cena biletu to 8 EUR piechotą i 10 EUR windą (ale pokonuje się nią tylko „mniejszą połowę” drogi), a widoki zapierają dech i mimo, że na górze zazwyczaj jest olbrzymi tłok, to zdecydowanie warto, również ze względu na fakt, że samo wejście po schodach w ich końcowej części robi niesamowite wrażenie.

Bazylika świetego Piotra Watykan
Wnętrza Bazyliki, oraz widok z kopuły i z dachu przed kopułą
  1. Park Akweduktów

Jest tam po prostu pięknie, co tu dużo mówić. Możemy podziwiać monumentalne akwedukty, które doprowadzały wodę do Rzymu. Mamy zarówno częściowe łuki jaki i całe ciągi akweduktów. W Parku znajdziemy sześć z jedenastu starożytnych akweduktów (z czasów republiki – l’Anio Vetus, l’Acqua Marcia, l’Acqua Tepula i l’Acqua Iulia, z czasów imperium – l’Acqua Claudia i l’Anio Novus) oraz siódmy powstały w czasach renesansowych – l’Acquedotto Felice , wykorzystujący arkady l’Acqua Marcia).

Robią niesamowite wrażenie a do tego jest to olbrzymi zielony teren. Warto zwiedzać go rowerem.

Akwedukty Rzym
Park Akweduktów
  1. Via Appia

Kolejne zielone miejsce, bardzo klimatyczne. Możecie rozważyć przejażdżkę rowerem z Castel Gandolfo via Appią do Rzymu (pod warunkiem, że wcześniej nie padało, bo początkowa część będzie zalana :P) albo po prostu możecie się tam dostać rowerami lub autobusem. Na via Appia  poczujecie się, jakbyście przenieśli się w czasie 🙂 Droga wyłożona jest kamieniami bazaltowymi (ale na szczęście nie w całości), po obu jej stronach rosną strzeliste tuje i stoją starożytne grobowce, a także, budzące podziw, pozostałości po Villi Quintilli.

Via Appia.jpg
Via Appia i Villa Quintilli
  1. Forum Holitorium i teatr Marcellusa

Jak już wspominałam we wpisie o podziemiach Rzymu,  Forum Holitorium to imponujące miejsce pomiędzy dzielnicą getta a wzgórzem Kapitolu. Spacerujemy pod wielkim Portykiem Oktawii i wspaniale zachowana ścianą teatru Marcellusa (z I wieku p.n.e) w który wbudowana jest „współczesna” kamienica (konkretnie pałac Sevellich z XVI w). Ścieżka jest krótka, ale ciągnie się na poziomie gruntu starożytnego Rzymu, a pozostałości budowli, które są dosłownie na wyciągniecie ręki,  pamiętają Juliusza Cezara 😉

Rzymskie Getto
Widok na ścianę teatru Marcellusa, Portyk Oktawii oraz ścieżkę
  1. Circus Maximus

Co prawda ze stadionu pozostał tylko plac, ale nie trudno sobie wyobrazić, że ta udeptana wokoło ścieżka, to właśnie był tor wyścigowy dla rydwanów, który z trybun oglądał lud rzymski. Z cyrku mamy również piękny widok na Palatyn, bardzo warto zobaczyć to miejsce!

Circus Maximus
Widok na Palatyn i jeden z torów Circus Maximus
  1. Termy Karakali

Pisaliśmy o tym miejscu wcześniej (darmowe zwiedzenie Rzymu – klik). Olbrzymie ściany term Karakali, pomiędzy którymi spacerujemy, budzą prawdziwy podziw. Teren term to obecnie coś w rodzaju parku, więc jest pięknie zielono, ptaki śpiewają, a my możemy pogrążyć się w zachwycie nad monumentalną budowlą z 216 roku. Co najciekawsze, termy były nie dość, że za darmo dla wszystkich, to oferowały baseny z ciepłą, zimną i letnią wodą (pod ziemią są ukryte jeszcze kotłownie, ale niedostępne). Rzymianie mieli do dyspozycji biblioteki, sklepy, sale masażu, sauny. Możemy znaleźć też tabliczki informacyjne, na których widzimy jak termy wyglądały w pełni swoich dni.

Jeśli macie wybór między Termami Karakali a Dioklecjana, to zdecydowanie wybierzcie Karakalę. Niestety Dioklecjan nie robi takiego wrażenia.

Termy Dioklecjana Rzym
Termy Karakali
  1. Porta Maggiore

Skrzyżowanie akweduktów, o którym pisaliśmy więcej przy okazji wycieczki wokół murów aureliańskich. Jeśli możecie, to koniecznie zobaczcie tę olbrzymią bramę do miasta, łączącą się z wysokimi akweduktami. W niektórych miejscach możecie dostrzec też otwory na wodę.  W tym miejscu doskonale widać potęgę i umiejętności budowniczych starożytnego Rzymu. Ponadto mamy tam ciekawy Grób Piekarza oraz podziemna bazylikę z czasów Tyberiusza, którą można zwiedzić, lecz trzeba umawiać się ze znacznym (nawet kilkumiesięcznym!) wyprzedzeniem.

akwedukty rzym
Porta Maggiore i skrzyżowanie akweduktów
  1. Domus Aurea

Więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o podziemiach Rzymu. Domus Aurea to rezydencja Nerona, w której ciągle pracują archeolodzy. My możemy spacerować po wysokich wnętrzach z częściowo zachowanymi mozaikami, ale największe wrażenie robi tak naprawdę możliwość cofnięcia się w czasie dzięki okularom VR. Widzimy wspaniale zdobione wnętrza, które nas otaczają a które przed chwilą były gołymi ścianami, wychodzimy też przed Domus.  W oddali majaczy długi akwedukt oraz pałac cesarski na Palatynie, a pod stopami mamy falującą trawę, kwiaty i tuż przed nami basen. Pięknie!

Pałac Nerona Rzym
Filmik wyświetlany na ścianie w Domus Aurea i wnętrza pałacu
  1. Villa Borghese

Duży park „nafaszerowany” świątyniami, jeziorkami, rzeźbami,  fontannami, uroczymi skwerkami.  Bardzo ładne miejsce, gdzie można zapomnieć o zgiełku otaczającego miasta. Warto wypożyczyć rower i zwiedzić park w ten sposób.Parki Rzymu

  1. Awentyńska dziurka od klucza i ogród pomarańczy

O tym miejscu przeczytacie więcej tutaj (klik). Warto zajrzeć, zwłaszcza jeśli jesteście porą zimową w Rzymie. Wtedy na drzewach zobaczycie dużo pomarańczy. Cały ogród pełen jest pomarańczowych drzewek. Przechodzimy ścieżką aż do punktu widokowego, skąd mamy wspaniałą panoramę Rzymu.

Natomiast dziurka awentyńska to dziurka w drzwiach, za którą kryje się uroczy widok. Warto chwilę stanąć w kolejce (o ile jest), żeby później przyłożyć twarz do zielonych drzwi i zachwycić się tym, co widać za nimi. Więcej szczegółów nie zdradzamy, niech to będzie niespodzianka! 🙂 Namiary dokładnie to miejsce to: 41°52’58.7″N 12°28’42.6″E

dziurka awentyńska
Awentyn

O Rzymie można pisać i pisać, przez cztery miesiące widzieliśmy wiele miejsc i moglibyśmy opisać w zasadzie każde z nich jako koniecznie warte uwagi. Jednak mając do dyspozycji tylko kilka czy nawet kilkanaście dni, trzeba wybrać część atrakcji.

Oczywiście Rzym to również setki kościołów, których nie sposób pominąć.  Nie  ma możliwości (a czasem sił), aby wejść do każdego, zwłaszcza, że wiele z nich ma sjestę, ale stworzyliśmy dla Was listę tych najbardziej interesujących, a oprócz tego rozważcie zajście pod Rzym! 🙂 Pod tym linkiem znajdziecie więcej informacji jak to zrobić 😉

A najbardziej zdeterminowanym polecamy jeszcze wycieczkę wokół murów aureliańskich 🙂

Natalia i Mikołaj

Tivoli, czyli tysiąc fontann i wodospady

Tivolii włochy

Tivoli. Pierwszy raz zobaczyliśmy je z pociągu jadącego do Rzymu, a w zasadzie to wodospady spadające kaskadą w górską dolinę. Później gdzieś znaleźliśmy informację o ogrodach tysiącu fontann, a potem jeszcze ktoś nam opowiadał o tym miejscu. Postanowiliśmy więc udać się do Tivoli i przekonać się, czy po Rzymie coś jeszcze może nas zachwycić.

Tivoli Roma
Tivoli, widok na miasto i wodospady

Tivoli to górskie miasteczko położone około 30 kilometrów od Rzymu (bezpośredni dojazd pociągiem z dworców Termini albo Tiburtina za 2,60 euro w jedną stronę). Znajduje się jakieś 220 metrów nad poziomem morza, więc nie są to poważne góry ale wystarczające, żeby był tam imponujący wodospad i ładna panorama na otaczającą dolinę i nieodległą stolicę Włoch.

Soczysta zieleń, krajobrazy, obecność rzeki, to wszystko sprawiało, że Tivoli było ulubionym miejscem najbogatszych rzymian do spędzania gorących dni. Znajdziemy tu willę cesarza Hadriana, wspaniały, renesansowy ogród czy park wokół letniej rezydencji papieskiej.  A do tego urocze stare miasto, wąziutkie uliczki, kamienne domki, podwórka, łuki zdobiące ulice…

Tivoli zwiedzanie
Tivoli, uliczki

Villa Gregoriana

Dotarłszy do Tivoli naszą uwagę przykuł park – Villa Gregoriana – z którego mieliśmy nadzieję na dostęp do ogromnego wodospadu, który wcześniej widzieliśmy.

Villa Gregoriana to XIX wieczny park wokół letniej rezydencji papieża Grzegorza XVI. Park ten to trochę taki rezerwat przyrody, ścieżki wiją się w górę i w dół,  pomiędzy grotami skalnymi, drzewami, omszałymi kamieniami a dnem rzeki. Wszędzie słuchać szum wody. Możemy też podejść blisko huczącego Wielkiego Wodospadu (wysokość 160 m.) i przyjrzeć się wodnej mgiełce, która unosi się nad strumieniem. Mamy tutaj również pozostałości dużej willi, którą wbudowano w skałę. Można wejść do środka i przekonać się na własne oczy, jak wyglądało wnętrze tego typu budowli (to oczywiście puste ściany i raczej przypomina grotę, ale kiedyś był to dom!)

Tivoli, villa lupina
Willa w skale

Ale najpiękniejsza w całym parku była Grota Neptuna, przez którą z impetem przepływa strumień rzeki, a cała jaskinia jest utworzona z jakby bąbli kamiennych. Nawet ciężko opisać te formacje.

Innym polecanym miejscem są Groty Syren, niestety były zamknięte 😦

Tivoli Villa gregoriana
Grota Neptuna, na zdjęciach nie widać niestety jak była niesamowita

Okazało się, że park jest większy niż przypuszczaliśmy (i kosztował 7 euro od osoby). Po parku wiedzie główna ścieżka od której odchodzą ślepo zakończone dróżki wiodące do ukrytych w nim zakamarków. Czasem z jednego miejsca odchodzą dwie drogi które spotykają się na głównym szlaku.

Spacer po zielonym terenie zajął nam około godziny, ale przemierzając go spokojnym krokiem można spędzić tu zdecydowanie więcej czasu. Według pani bileterki Villę zwiedza się przeciętnie w 1,5 godziny.

Villa Gregoriana what to see
Villa Gregoriana, ścieżki, wodospady, światynia Westy

Z Villi Gregoriana wychodzimy przez świątynię Westy, a potem pomiędzy ciasne uliczki, wijące się pośród starych, pełnych uroku kamienic.

Villa d’Este

Kolejnym naszym celem w Tivoli była Villa d’Este. To chyba jest podstawowy kierunek wszystkich wycieczek do tego miasteczka. Villa stoi na zboczu, dlatego z jej tarasów rozpościera się imponujący widok na panoramę doliny. Ale zanim tam dojdziemy, zwiedzamy wspaniałe wnętrza pałacu kardynała Hipolita d’Este. Dobrze zachowane (pewnie odnowione) malowidła, żywe kolory, okna i wyjścia na zielony ogród, te wnętrza zrobiły na nas chyba największe wrażenie ze wszystkich, które widzieliśmy (może poza Muzeami Watykańskimi).

Tivoli Villa D'Este
Wnętrza Villi d’Este

Z pałacu wychodzimy zaś wreszcie do ogrodu. Olbrzymiego, w którym wszędzie słychać szmer tryskającej z fontann wody. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, bo wszędzie jest przepięknie i wszędzie jest mnóstwo fontann.

Wśród zacienionych alejek, ogrodzonych płotem z bukszpanu, znajdziemy między innymi Fontannę Neptuna,  Fontannę Artemidy Efeskiej (ale tak naprawdę, jak dla mnie, to jedna z hinduskich bogiń), której z piersi płynie woda 😉 , Fontannę Smoków, Fontannę w kształcie łodzi, fontanny sfinksów z których piersi również tryska woda, La Rometę czyli „mały ogródek fontannowy” z małym zameczkiem, Fontannę Wielki Kielich zaprojektowaną przez Berniniego z którego strumienie wystrzeliwują w górę na kilka metrów, tuż pod nią Fontannę Organów, która zbudowana jest w taki sposób, że woda przepływająca przez sieć kanalików i rurek wydaje dźwięki podobne do muzyki granej na organach (kilka razy dziennie organizowane jest przedstawienie) oraz oczywiście słynne sto fontann Cento Fontane, porośniętych mchem, zajmujących długą ścianę przy jednej z pierwszych ścieżek.

Tivoli, villa d'este zwiedzanie
Fontanny w ogrodzie Villi d’Este

Wszystkie fontanny zasilane są z tej samej rzeki – Aniene, na której znajduje się też wspomniany wcześniej Wielki Wodospad.

Villa d’Este została zbudowana w XVI wieku i jest uznawana za arcydzieło architektury i projektowania ogrodów i bardzo słusznie! To miejsce nas totalnie zauroczyło.

I znowu można spędzić tu długie minuty, spacerując pomiędzy fontannami, podziwiając kunszt architektów i projektantów ogrodu oraz widok na rozciągającą się panoramę. Nam spacer zajął mniej więcej 1,5 godziny i popędziliśmy dalej (żeby zdążyć przed zapowiadanym na popołudnie deszczem).

Villa d'este, tivoli
Villa d’este

Villa Adriana

Oddalona o około 5 kilometrów od centrum Tivoli Villa Adriana to kompleks ogrodowo – pałacowy cesarza Hadriana z II wieku n.e.  Powierzchnia kompleksu porównywana jest rozmiarami do dawnych Pompejów (i chyba rzeczywiście, ale po Villi można się snuć bez celu, nie ma jednej właściwej ścieżki, a Pompeje są trochę bardziej „kompaktowe” i zorganizowane, Villa według mnie sprawia wrażenie większej). Nam to miejsce przypominało trochę Palatyn, trochę Forum Romanum, trochę Villę Quintili na Via Appia, właściwie wszystko w jednym tylko o wiele, wiele większe od nich wszystkich razem wziętych! I chyba najlepiej zachowane. A podobno to co widać, to tylko 20% całego kompleksu.

Villa Adriana Tivoli
Villa Adriana

Znajdziemy tutaj min.: pałac cesarski (pomieszczenia dla cesarza i jego rodziny) złoty plac (w czasach świetności bogato zdobiony portykami, rzeźbami i mozaikami) pokoje dla służby, dla gości, koszary, termy małe i duże, strefa pomieszczeń urzędniczych, bibliotekę, teatr grecki, basen nad którym wydawano przyjęcia, teatr morski (sztuczna wyspa otoczona ze wszystkich stron kolumnami, na którą prowadziły dwa mosteczki, na wyspie znajdował się niewielki budynek teatru). Co najciekawsze wszystkie części willi połączone są ze sobą systemem tuneli podziemnych, niestety nie ma do nich dostępu.

Po kompleksie można spacerować godzinami, zaglądać prawie do każdej dziury i podziwiać wiele zachowanych smaczków; freski, mozaiki, zdobienia na suficie, zdobienia na kolumnach i rzeźbach, nawet ostał się mały okulus w zadaszeniu basenu. Pomiędzy zabudowaniami rosną gaje oliwne, pełne starych, powykręcanych drzewek oliwkowych.

Villa Adriana zwiedzanie
Villa Adriana i oliwkowe drzewka

W Villi nie ma jednej właściwej ścieżki,  niestety drogowskazy chociaż są, to niezbyt intuicyjnie rozmieszczone. My spędziliśmy tam jakieś dwie godziny i zobaczyliśmy chyba wszystko (poza teatrem greckim, którego nie mogliśmy znaleźć) ale można spacerować o wiele dłużej, zwłaszcza jeśli sprzyjałaby temu pogoda.

Po śmierci Hadriana willę zamieszkiwał jeszcze cesarz Dioklecjan, ale kolejny władca, Konstantyn Wielki nie chciał już mieszkać w Rzymie i przeniósł się do Konstantynopola i Villa zaczęła popadać w niepamięć i niszczeć. Częściowo ją rozkradziono, częściowo rozbierano, żeby użyć budulca do nowych kamienic w mieście, mimo to nadal budzi podziw i zachwyt.

Tivoli villa adriana
Villa Adriana, każde miejsce lepsze od kolejnego

Podsumowanie

Tivoli nas oczarowało, zarówno główne atrakcje jak i samo stare miasto (mają tam też zamek, chociaż nie ma dostępu do niego, to dumnie stoi na górce i można go podziwiać przez ogrodzenie, a także rzymski amfiteatr, ale był zamknięty, a zza ogrodzenia niewiele niestety widać).

Okazało się, że jednak jest jeszcze coś, co jest wytworem rąk ludzkich i wzbudza w nas zachwyt, chociaż trzeba przyznać, że Tivoli to naprawdę światowa klasa zabytków. Wspaniałe, urocze, zachwycające i niesamowite. Teraz to już chyba nic nas nie zaskoczy. Aczkolwiek obyśmy się mylili 😉

Teatr wodny.jpg
Teatr morski, Tivoli

Natalia i Mikołaj

Przeczytaj o:

wycieczce dookoła murów rzymskich

16 ciekawostkach dotyczących Rzymu

jakie kościoły rzymskie warto zobaczyć?

czy Bazylika świętego Piotra warta jest wizyty?

albo o podziemiach Rzymu!

Źródła:
https://www.rzym.it/tivoli/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Villa_d%E2%80%99Este
http://www.kierunekwlochy.pl/tivoli-wlochy

Ile kościołów jest w Rzymie i które warto zobaczyć?

Rzym koscioły które warto odwiedzić

Rzym kościołami stoi. Stwierdzenie zdecydowanie nie przesadzone, bo podobno jest ich aż 400 ale  według Wikipedii ponad 900![1] Wliczając kościoły nie tylko katolickie. W każdym razie zanim zajrzeliśmy do Wikipedii, słyszeliśmy o 400. Zapewne chodziło tylko o te zabytkowe 🙂 Dość powiedzieć, że nigdy w życiu nie byliśmy w tylu kościołach i zapewne już nigdy nie zajrzymy do tylu świątyń, ile odwiedziliśmy tutaj 😉

Na podstawie naszych kościelnych spacerów spróbowaliśmy wytypować dla Was perełki, które najbardziej warto zobaczyć. Warto też wiedzieć, że kościoły i bazyliki odwiedzać można za darmo, ale część z nich ma w środku dnia sjestę (z reguły trwającą od 12/13 do 15/16), która może zdezorganizować plany.

  • Bazylika Św. Piotra – to chyba koronny punkt podczas każdej wycieczki do Rzymu. Zresztą słusznie, bo, abstrahując od kwestii wiary, Bazylika jest monumentalnym, bardzo bogato zdobionym budynkiem, który robi wspaniałe wrażenie z zewnątrz i nie mniejsze z wewnątrz. Nad bazyliką pracowali miedzy innymi Rafael Santi i Michał Anioł. Znajdziemy tu też Pietę Michała Anioła, jedyne podpisane przez niego dzieło.
bazylika sw. piotra
Bazylika św. Piotra i jej wnętrze

O Bazylice napisano już wiele, więc z ciekawostek powiemy Wam tylko tyle, że na fasadzie stoi 11 rzeźb apostołów wraz z Jezusem i Janem Chrzcicielem, nie ma zaś św. Piotra. Rzeźby mają prawie 6 m wysokości, a co interesujące, ich plecy są prawie całkiem płaskie, niewyrzeźbione.

Na placu watykańskim był kiedyś (w I w n.e) cyrk Nerona, czyli stadion, na którym zabijano pierwszych chrześcijan. Na jego środku stał obelisk, który w XVI wieku przeniesiono przed wznoszoną bazylikę, którą zresztą stawiano na już istniejącej bazylice, tylko mniejszej. Co więcej, ten pierwszy kościół został wybudowany na  grobach chrześcijan. Przypuszczano, że w jednym z grobów pochowano świętego Piotra (znajduje się on pionowo pod ołtarzami obu bazylik), dopiero w XX wieku przeprowadzono badania, które potwierdziły, że to mogą być rzeczywiście szczątki świętego Piotra (tj. znaleziono przy grobie inskrypcję „tu jest Piotr” oraz kości białego mężczyzny w wieku około 68 lat, czyli takim, w którym zmarł prawdopodobnie Piotr).

Sam plac watykański otacza portyk Berniniego na którym znajdziemy 140 posągów przedstawiających świętych.  Co ciekawe jednym z nim jest Jacek Odrowąż, jedyny święty z Polski. Znajdziecie go po lewej stronie, na wysokości fontanny (przy okazji – fontanna po prawej stronie jest oryginalnym dziełem Berniniego, ta po lewej to jej kopia).

Oczywiście nierozłączną częścią zwiedzania bazyliki jest wejście na jej kopułę, skąd rozciąga się wspaniały widok na Rzym i ogrody watykańskie. Przy okazji można również rozważyć wizytę w nekropoliach i pierwszej bazylice, o której więcej znajdziecie tutaj.

bazylika swietego piotra watykan
Widok z kopuły świętego Piotra: od góry – plac watykański, ogrody watykańskie, rzeźby na dachu i schody na kopułę

Wirtualnie możecie zwiedzić bazylikę pod tym linkiem: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_pietro/vr_tour/index-en.html

Współrzędne GPS: 41.902222, 12.453333

  • Bazylika Św. Jana na Lateranie a jej właściwa nazwa to: Papieska arcybazylika Najświętszego Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty na Lateranie. Matka i Głowa Wszystkich Kościołów Miasta i Świata. Jest to bazylika znajdująca się na eksterytorialnej ziemi Watykanu. Wiecie, że właśnie ona jest najważniejszym kościołem świata? Wcale nie Bazylika świętego Piotra. Jan na Lateranie jest bardzo duży i robi wrażenie, choć tak naprawdę najmniejsze ze wszystkich bazylik większych.

    swiety jan na lateranie
    Bazylika świętego Jana na Lateranie i jej wnętrze

W tym kościele znajdziemy ołtarz papieski oraz gotycki baldachim z XIV wieku. Podobno w jego górnej części umieszczone zostały czaszki świętych Piotra i Pawła, ale znajdują się tu też dwie inne relikwie: drewno ze stołu, przy którym Jezus spożywał ostatnią wieczerzę, oraz krople krwi Chrystusa.

Tutaj znajduje się również tron papieski, nad którym możemy podziwiać XIII wieczną mozaikę przedstawiającą Krzyż Święty, Matkę Boską oraz postać fundatora mozaiki, papieża Mikołaja IV.

Mszę przy głównym ołtarzu w bazylice na Lateranie może odprawiać tylko papież. Taka msza odbywa się raz w roku, w Wielki Czwartek.

Za dodatkową opłatą można zwiedzić wewnętrzny dziedziniec Bazyliki, zaś po drugiej stronie ulicy znajdziecie Święte Schody, czyli schody, które według legendy pochodzą z domu Poncjusza Piłata, a Jezus miał być po nich prowadzony na sąd. Schodów jest 28 i są tak cenne, że wierni mogą wchodzić po nich tylko na kolanach.

scala sancta
Po lewej tron papieski po prawej Święte Schody

Wirtualna wizyta w Bazylice św. Jana na Lateranie dostępna jest tutaj: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_giovanni/vr_tour/index-it.html

Współrzędne GPS: 41.885906, 12.506156

  • Bazylika Matki Bożej Większejw zestawieniu nie może zabraknąć oczywiście olbrzymiej bazyliki Santa Maria Maggiore, czyli kolejnej świątyni watykańskiej znajdującej się poza terenem Watykanu. Kościół pochodzi z V wieku i jest bogato zdobiony, zwłaszcza ołtarz i kopuła robią wrażenie.  Pod ołtarzem zaś mamy zejście do zdobionego relikwiarza, w którym ponoć przechowywane jest drewno ze żłóbka Jezusa Chrystusa (co jest możliwe, bowiem naukowo stwierdzono, że drewno pochodzi z okolic Palestyny i ma ponad 2000 lat).
Bazylika Matki Bożej Większej
Santa Maria Maggiore i jej wnętrze

W Bazylice mieszczą się dodatkowo: muzeum archeologiczne, do zwiedzenia domy rzymskie za 5 euro, muzeum skarbca papieskiego za 3 euro i ponoć z przewodnikiem możliwe jest zwiedzanie loggii, mozaik i oglądanie schodów Berniniego za 5 euro.

Maria Maggiore do zwiedzenia wirtualnie tutaj: http://www.vatican.va/various/basiliche/sm_maggiore/vr_tour/index-it.html

Współrzędne GPS: 41.8975, 12.498611

  • Bazylika Świętego Pawła za Murami to według tradycji miejsce pochówku świętego Pawła. Czwarty kościół należący do państwa Watykan znajdujący się poza jego murami.

Nas Bazylika urzekła przede wszystkim uroczym patiem przed kościołem i długimi kolumnadami z granitu. Ale w środku znajdziecie również wspaniałe zdobienia, baldachim z mozaikami w stylu bizantyjskim z V wieku oraz, co ciekawe, obrazy przedstawiające wszystkich panujących do tej pory papieży, ze specjalnymi oznaczeniami tych, których uznano za świętych. Obecnie panujący Franciszek został oświetlony dodatkowo snopem światła. Zastanawiamy się, co będzie jak skończy się miejsce na ścianie papieży 😉

Basilica Papale di San Paolo fuori le Mura
Bazylika św. Pawła za Murami, u dołu kolumnada spod spodu

Dzisiejszy wygląd kościoła to rekonstrukcja poprzedniego budynku, który spalił się  prawie całkowicie w XIX wieku.

Za dodatkową opłatą możemy zwiedzić opactwo i dziedziniec klasztoru z VIII wieku.

A tutaj możecie zwiedzić bazylikę wirtualnie: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_paolo/vr_tour/index-en.html

Współrzędne GPS: 41.858611, 12.477222

  • Bazylika Świętego Klemensa o niej już wspominałam we wpisie o podziemiach Rzymu. To kościół z XII wieku z pięknym, mozaikowym wnętrzem, ale to co najlepsze kryje się pod bazyliką. Obecny budynek zbudowano na bazylice z IV wieku, którą postawiono na mithreum – pogańskiej świątyni boga Mitry, którą zbudowano na kamienicach, a pod wszystkim przepływa od tysięcy lat rwący potok. Robi wrażenie już samym opisem? To zejdźcie pod ziemię! Bardzo warto.

    święty klemens rzym
    W Bazylice nie wolno robić zdjęć

Współrzędne GPS: 41.889444, 12.4975

  • Święta Sabina to bazylika na wzgórzu Awentyńskim z V wieku. Wnętrze jest inne niż pozostałych świątyń, które odwiedzicie. Surowe i mistyczne, zwłaszcza jeśli będziecie mieć okazję podziwiać wpadające do środka promienie słoneczne. Warto też przyjrzeć się samym oknom. Kiedy budowano bazylikę, rzymianie nie znali jeszcze szkła. Dlatego stworzyli rodzaj bardzo cienkiego gipsu, tak cienkiego, że prześwitywał.

    święta sabina bazylika rzym
    Bazylika Świętej Sabiny

Z innych ciekawostek warto wiedzieć, że Święta Sabina była jedną z najważniejszych bazylik wczesnochrześcijańskich, jedną z nielicznych, która posiadała chrzcielnicę. Zwróćcie też uwagę na 24 kolumny w jej wnętrzu, które pochodzą z antycznych świątyń, oraz na wspaniale zdobione drzwi wejściowe i oryginalną mozaikę z V wieku pod głównymi drzwiami kościoła.

Współrzędne GPS: 41.884444, 12.479722

  • Bazylika Matki Bożej Anielskiej i Męczennikówkościół bardzo interesujący. Został zbudowany w części Term Dioklecjana (przeróbki podjął się sam Michał Anioł) dzięki temu możemy sobie wyobrazić jak wspaniale musiały wyglądać Termy. Aczkolwiek kolorowe marmury, obrazy i zdobienia zostały dodane w XVIII w. Sklepienie wnętrza jednak jest oryginalne, starorzymskie i liczy sobie ponad 1700 lat.

Bazylika kryje w sobie także inne ciekawostki. Po prawej stronie prawej nawy, u góry, możemy zobaczyć świetlik (nie wiem, jak to fachowo nazwać 😉 ), przez który wpadają promienie słoneczne, tworząc na podłodze jasny punkt. Znajduje się tam też kalendarz słoneczny (słynna meridiana papieska z XVIII wieku) i w odpowiednim momencie dnia w południe słoneczne słońce wskazuje miejsce na kalendarzu – miesiąc, dzień, aktualne położenie słońca w znaku zodiaku a także ile czasu zostało do Wielkanocy, lub ile czasu od niej minęło. Był to kiedyś najdokładniejszy kalendarz w Rzymie.

Warto też wyjść na zakrystię, przejdziemy najpierw przez muzeum dotyczące samej bazyliki i term (głównie zdjęcia i opisy), a później na malutkie podwórko typu studnia, obudowane ścianami term.

Santa Maria degli Angeli e dei Martiri kryje jeszcze jeden smaczek – jest nim okulus. Przedstawiający moim zdaniem kosmos, najpiękniejszy ze wszystkich w Rzymie i w ogóle jakie do tej pory widziałam.

Bazylika Matki Bożej Anielskiej i Męczenników rzym
Od góry wnętrze Bazyliki, jej bok oraz okulus i podwórko od zachrystii

Współrzędne GPS: 41.903056, 12.496944

  • Bazylika św. Szczepana po włosku Basilica di Santo Stefano Rotondo al Celio. Jeden z najstarszych kościołów w Rzymie (z około V wieku), o tyle ciekawy, że okrągły (rotondo znaczy po włosku okrągły) św. Szczepan był pierwszym okrągłym kościołem w Rzymie, wzorowanym na Bazylice Grobu Świętego w Jerozolimie. W środku dość surowy klimat, a do samego kościoła idzie się przez podwórko ogrodzone murem zza którego wygląda ogród. Tutaj możemy się poczuć, jakby czas się na chwilę zatrzymał.

    bazylika swietego szczepana rzym
    Wnętrze św. Szczepana

Współrzędne GPS: 41.884444, 12.496667

  • Kościół Santa Maria in Aracoeli to kolejne miejsce, gdzie stykają się chrześcijaństwo z pogaństwem. We wnętrzu znajdziecie kolumny pochodzące z różnych świątyń starorzymskich. Kolumny naprzeciwko siebie są zbliżone wyglądem, ale każda kolejna jest inna. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że kościół powstał na świątyni Junony.

W podłogę wbudowane są groby, tutaj jest ich wyjątkowo dużo, trzeba uważać, bo można się potknąć o nierówności płaskorzeźb.

Sam kościół jest z XIII wieku i warto do niego zajrzeć podczas wycieczki po Ołtarzu Ojczyzny, czy w drodze na Kapitol i punkt widokowy na Forum Romanum. Żeby zdobyć kościół trzeba najpierw pokonać wiele schodów, Schody Hiszpańskie przy tym to mały pikuś 😉

Santa Maria in Aracoeli Roma
Wnętrze Santa Maria in Aracoeli oraz fasada kościoła

Współrzędne GPS: 41.893889, 12.483333

  • Bazylika Santa Maria sopra Minerva bazylika ma bardzo niepozorną fasadę, w dodatku ostatnio zasłoniętą rusztowaniami i nie wiedząc, że w środku jest kościół, przejdziecie obok, kompletnie nie zwracając na niego uwagi. A szkoda, bo bazylika to jedyny w Rzymie kościół gotycki. W środku jest dość mroczno, ale nie bardzo ciemno, więc można podziwiać wnętrze. Sklepienia pokryte są namalowanymi świętymi postaciami na tle niebieskiego, rozgwieżdżonego nieba, poza zdobieniami zwraca uwagę wyjątkowy kunszt i bogactwo formy architektonicznej. Jak w wielu innych kościołach znajdziemy tu też groby świętych, ale tylko w tym miejscu zachowała się pamięć o papieżu Pawle IV, Wielkim Inkwizytorze, który kazał zamknąć Żydów w getcie w 1555r. Lud Rzymu nienawidził papieża  dlatego zniszczono jego wszystkie podobizny, odrąbano nawet głowę pomnikowi z podobizną Pawła IV, który postawił sobie na Kapitolu. Ta bazylika jest jedynym miejscem, w którym znajduje się jego herb.

Przy samej bazylice stoi Panteon a przed bazyliką zaprojektowany przez Berninego słoń, dźwigający na grzbiecie egipski obelisk.

Santa Maria Sopra Minerva
Wnętrze kościoła oraz słoń Berniniego na przeciwko wejścia, źródło: wikimedia.org

Współrzędne GPS: 41.898056, 12.478333

  • Kościół Najświętszego Imienia Jezus znany bardziej jako: Il Gesu. Pierwszy jezuicki i jednocześnie pierwszy barokowy kościół, a co za tym idzie zdobienia są bardzo bogate i pełne przepychu. Na podłodze ustawiono lustro, za pomocą którego możemy podziwiać freski na suficie, zamiast zadzierać głowę, a jest na co patrzeć.

    Il gesu rome
    Il Gesu, freski na suficie i odbicie w lustrze oraz nawa główna

Współrzędne GPS: 41.895833, 12.479722

  • Kościół św. Ignacego Loyoli – nawiązuje do kościoła Il Gesu, ale budżet na budowę kościoła był trochę mniejszy. Stąd zastosowanie baaardzo ciekawych fresków wykorzystujących iluzję optyczną, dzięki czemu stworzono niezwykłą, nieoczekiwaną i zaskakującą głębię. Mamy tu fałszywe okna, sztucznie podwyższony sufit oraz – co najlepsze – fałszywą kopułę! M. twierdzi, ze to najciekawszy kościół w Rzymie 🙂

    kosciół ignacego loyoli
    Po prawej sztuczna kopuła, na żywo robi świetne wrażenie, u dołu optycznie podwyższony sufit

Współrzędne GPS: 41.898889, 12.479722

Spacerując po Wiecznym Mieście natkniecie się na jeszcze wiele, wiele innych kościołów i do każdego na pewno warto wejść. Ale jest ich tak dużo, że czasem lepiej wiedzieć, który jest godny zwrócenia uwagi, ale w każdym z pewnością znajdziecie jakąś perełkę lub przynajmniej otoczy Was spokojna atmosfera i przyjemny zapach kadzideł.

Tak jak wspomniałam, największym minusem jest to, że wiele z nich jest zamknięte w środku dnia i często trzeba się obejść tylko smakiem. Dlatego warto wcześniej zaplanować wizytę w konkretnym kościele, a Bazylikę świętego Piotra zostawić na sam koniec, bo po niej istnieje ryzyko, że już nic Was tak nie zachwyci 😉

Natalia i Mikołaj

Jeśli interesuje Cię, co zobaczyć w Rzymie przeczytaj też:

Podziemne miejsca Rzymu

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

A jeśli wybierasz się do Rzymu, to sprawdź jak znaleźć nocleg na Airbnb?

Wycieczka wokół murów aureliańskich.

Źródła:
https://pl.aleteia.org/2017/02/20/gdzie-gineli-pierwsi-chrzescijanie-w-koloseum-prawda-jest-inna/
http://www.abcwatykan.pl/bazylika-sw-piotra.html
http://www.adalbertus.katowice.opoka.org.pl/baz_piotr.html
https://histmag.org/Bazylika-sw.-Piotr-aa1-7578
https://www.rzym.it/bazylika-san-clemente
https://voiceofrome.com/swieta-sabina-perla-awentynu/
https://www.rzym.it/bazylika-santa-maria-degli-angeli/
https://www.podrozepoeuropie.pl/bazylika-matki-bozej-wiekszej-rzym/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_%C5%9Bw._Paw%C5%82a_za_Murami
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_%C5%9Bw._Szczepana_w_Rzymie
https://www.rzym.it/wzgorze-celio/
http://albumromanski.pl/album/rzym-kosciol-santa-maria-aracoeli-z-xiii-wieku
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_Santa_Maria_sopra_Minerva
http://www.krajoznawcy.info.pl/santa-maria-sopra-minerva-8951/2
http://rzym.pl/santa-maria-sopra-minerva.html
http://rzym24.pl/bazylika/bazylika-sw-jana-na-lateranie
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Churches_of_Rome

Rzymskie podziemia – miasto na mieście

Rzym co zwiedzić

Poziom gruntu przez setki i tysiące lat uległ podwyższeniu, dlatego dzisiejszy Rzym stoi na starożytnym. Dosłownie. Dzięki temu, że historia jest tutaj na wyciągnięcie ręki, Wieczne Miasto to jedno z najbardziej fascynujących ze wszystkich – pokusimy się nawet o stwierdzenie, że na świecie.

Na co zwrócić uwagę będąc w Rzymie, żeby na własne oczy zobaczyć podziemne miasto?

1.Plac Argentyński (Largo di Torre Argentina) inaczej zwany Kocim Placem – ma tam też siedzibę koci szpital (lub kocie sanktuarium jak niektórzy mówią). Koty są tam leczone i wypuszczane, ale nie odchodzą daleko – mieszkają sobie na Placu, mają tam spokój, dużo jedzenia i słoneczko. Ciężko powiedzieć, co jest większą atrakcją dla niektórych (w tym dla mnie 😀 ) puszyste kotki, które mają w nosie cmokających na nie gapiów, czy budzące podziw zabytki 😉

W każdym razie Plac Argentyński to plac z pozostałościami  czterech świątyń z III wieku p.n.e, ulokowany jest poniżej obecnego poziomu gruntu. Dookoła kontrastujące ze spokojem i historią tego miejsca – współczesność, ruchliwe ulice, gwarne życie miasta. Plac Argentyński, za każdym razem, gdy go widzimy, robi na nas niesamowite wrażenie, chyba przez to zderzenie historii z teraźniejszością.

Largo di Torre Argentina Roma
Koci Plac

To właśnie tu zginął Juliusz Cezar. Zabito go na schodach Kurii Pompejusza (miejsca tymczasowych obrad senatu w okresie przebudowy właściwej Kurii na Forum Romanum), z której do dziś pozostała tylko platforma z bloków tufowych.

2. Via dei Fori Imperiali czyli po prostu ulica forów w centrum Rzymu, która po jednej stronie ma Forum Romanum i Forum Cezara, po drugiej Forum i Hale Trajana, Forum Augusta i Forum Nervy, a na wprost widać Koloseum. Najpopularniejsze ale i jedno z najwspanialszych miejsc całego Rzymu, moim zdaniem.

Możemy się oprzeć o barierki, lub nieco wychylić, żeby oglądać pozostałości miejsc, które były kiedyś centrum życia miasta (poza Halami, które były ówczesnymi biurami, wiedzieliście o tym? 😉 ). Zachowane są całkiem nieźle, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że mają jakieś 2000 lat.

No i oczywiście mamy też możliwość spaceru po Forum Romanum. Niby wszystko widać z góry, ale spacer pomiędzy kamieniami z tamtej epoki jest fantastycznym przeżyciem.

Via dei Fori imperiali
Rzym i to, co najlepsze

3. Katakumby – czyli podziemny cmentarz. Katakumby były chrześcijańskimi cmentarzami kopanymi pod ziemią w miejscach, gdzie znajdowały się dawne odkrywki tufu, w którym łatwo było drążyć korytarze i nisze grobowe w ścianach.  Powstawały głównie między II a IV w. n.e. Nisza od zewnątrz była dokładnie zamykana marmurową płytą z inskrypcjami informującymi o tym, kto został pochowany.

Byliśmy w Katakumbach Świętego Sebastiana (planujemy jeszcze jedne) i jeśli macie dość czasu podczas zwiedzania Rzymu, to zdecydowanie polecamy wizytę w którymś z takich miejsc. Schodzi się pod ziemię i wędruje jednym z korytarzy (a jest ich bardzo wiele), pomiędzy ścianami z wydrążonymi grobami, pod ziemią znajdowały się też ołtarze i dawne kościoły.

Niestety wycieczki są z przewodnikiem, więc nie pozwiedzacie miejsca, tak jak na to zasługuje, w dodatku nasz anglojęzyczny przewodnik w San Sebastian tak pędził, że nawet nie sposób było się rozejrzeć czy zatrzymać na chwilę. A oddalenie się od grupy nie było zbyt mądre, bo można było się zgubić (niby wszędzie są kamery ale i tak).

San Sebastian catacombs
Katakumby San Sebastian

4. Nekropolia watykańska – nekropolie to inny rodzaj cmentarzy, naziemny. Nazwę tłumaczy się jako miasto umarłych, bo rzeczywiście, umarli byli chowani w swego rodzaju domkach. „Domki” te miały nawet małe przedsionki. Najbardziej znaną historycznie nekropolię podziemną znajdziecie oczywiście pod Watykanem (tu przeczytasz więcej)Współczesną nekropolię znajdziecie w Rzymie na przykład na cmentarzu Campo Verano.                      

5. Forum Holitoriumczyli forum warzywne z czasów republiki rzymskiej. Leży u stóp Teatru Marcellusa i jeśli nie będziecie mieli pecha (czasami bramki są zamknięte), to możecie się przejść ścieżką, która schodzi lekko w dół, właśnie na poziom starożytnego Rzymu. Przechodzimy pod teatrem, pozostałościami trzech świątyń i dużym, robiącym spore wrażenie, Portykiem Oktawii z II w. p.n.e

Teato Marcello, Rome
Teatr Marcella, Forum Holitorum i Portyk Oktawii po lewej.

6. Domus AureaZłoty Dom to pałac Nerona, w którym jednak wcale nie mieszkał a przyjmował gości. Znajduje się pomiędzy wzgórzami Palatynu i Eskwilinu, czy prościej mówiąc – wejście znajdziemy u stóp Parku Oppio, niedaleko Koloseum. Wchodzimy do rezydencji, która obecnie jest częściowo pod ziemią i wciąż trwają w niej prace, odkrywane są nowe pokoje i korytarze.

Domus Aurea, Rzym
Złoty Dom Nerona

Zwiedzanie z przewodnikiem i w kaskach na głowach (chyba ze względu na niskie rusztowania, które służą archeologom do prac). Na ścianach domu zachowało się trochę fresków i zdobień, jednak największe wrażenie robi możliwość obejrzenia tego, jak rezydencja oraz starożytny Rzym wyglądały w rzeczywistości (tj. jak sobie wyobrażamy). Mianowicie w trakcie zwiedzania Domus Aurea jest moment, kiedy zakładamy gogle VR i przenosimy się w czasie. Doświadczenie naprawdę niesamowite, zwłaszcza, że animacja porusza się też z góry na dół i do przodu („wyjeżdżamy” przed pałac), wrażenie jest niezwykle rzeczywiste, aż się kręci w głowie. Możemy zobaczyć wspaniałe akwedukty, Palatyn, baseny Nerona, kolumnadę Domus Aurea, wszystko takie, jakie prawdopodobnie oglądał Neron.

To zrobiło na nas tak olbrzymie wrażenie że… postanowiłam kupić sobie taki sprzęt 😀

złoty dom nerona wizualizacja
Udało mi się znaleźć fragment wizualizacji, źródło: italymagazine.com

7. Kościół Klemensa ­pora na smaczek, który czeka na nas w Bazylice di San Clemente. Na poziomie gruntu współczesnego mamy przyjemny kościół z XII wieku, zdobiony średniowiecznymi mozaikami, renesansowymi i barokowymi freskami. Ale to, na czym stoi ten budynek, sprawia, że człowiek łapie się za głowę z niedowierzania.

Pod Bazyliką mamy trzy poziomy – trzy budynki (zwiedzanie kosztuje 10 euro, wejście wewnątrz kościoła).  Pierwszy z nich to olbrzymia bazylika z IV/V wieku. Zachowała się doskonale, chociaż jest bardzo surowa. Ściany pokrywają tylko gdzieniegdzie wyblakłe freski.

Bazylika świętego klemensa
U góry bazylika obecnie, na dole podziemna, źródło: newliturgicalmovement.org

Drugi poziom, przedchrześcijański – mitreum, czyli świątynia boga Mitry. Popularny w starożytnym Rzymie kult, którego świątynie często budowano pod ziemią. Tutaj mamy dodatkowo namacalny dowód na to, jak chrześcijaństwo walczyło z pogaństwem. Między innymi stawiając nowe świątynie w miejsca starych.

Mitreum Rzym
Część Mithreum, rzeźba boga Mitry, źródło: wikimedia.org

Częścią świątyni była też szkółka oraz kamienica mieszkalna. Możemy spacerować po doskonale zachowanym cudzym domu. Widzimy freski na ścianach, malunki imitujące kafle ozdobne, wykładaną we wzór małej jodełki podłogę (tak swoją drogą, „mała jodełka” to typowy starorzymski wzór), ozdobnie układane cegły.

Trzeci poziom – strumień, który możemy obserwować w prześwitach ścian i podłóg, oraz usłyszeć w wielu miejscach tych podziemi. W jednym z pomieszczeń kamienicy jest też dziura w ścianie na tyle duża, że można wsadzić rękę do zimnej, rwącej wody (przypuszczamy, że mógł to być kibelek, ale nie mamy pewności 😉 )

Miejsce jest niesamowite,  świetnie zachowane i robi niezwykłe wrażenie. To nie jakieś tam resztki, kamienie i kawałki kolumn. To całe pomieszczenia, które pewnie i dziś dałoby się użytkować.

8. Casa Romana – lub po prostu rzymskie domy. Jeden z nich odkryliśmy pod kościołem Świętych Jana i Pawła na Celium (41.886389, 12.492222) (chociaż właściwie wejście jest z boku, pod portykami). Możemy znowu zejść poniżej gruntu i zobaczyć częściowo zachowaną, piętrową kamienicę, w którą wmurowano fundamenty kościoła stojącego nad nią. Pomiędzy dwoma podziemnymi budynkami znajduje się też ówczesna, brukowana droga, na której możemy stanąć i przeczytać, że tędy przebiegał lokalny szlak handlowy (kupcy, sprzedawcy warzyw, mieszkańcy). Jest też zejście do łaźni, ale niestety nie było do niej dostępu. Łącznie odkryto, że kościół wybudowano na pozostałościach co najmniej pięciu różnych budynków!

 9. Krypty w kościołach  – w sumie to nie jest nic takiego, w okolicach ołtarza, w niektórych kościołach znajdziemy schody w dół, do krypty. Przeważnie będzie tam kolejny ołtarz, czasem z relikwią jakiegoś świętego. Miejsca przeważnie są surowe albo pokryte freskami, bywają jednak i bogato zdobione. Zawsze jednak ma się wrażenie pewnej niezwykłości.

Koscioły w Rzymie
U góry i po lewej bogato zdobione ołtarze pod właściwym ołtarzem, po prawej skromny kościółek z zejściem po lewej stronie

 

To tylko garść najciekawszych punktów naszym zdaniem.

Rzym jest pełen takich podziemnych miejsc. Na przykład słynna Piazza Navona powstała na stadionie, stąd jej podłużny kształt.  Niestety ze stadionu prawie nic się nie zachowało, a dostępne muzeum nie jest warte zwiedzenia. Pod wspaniałościami, które pozostały po starożytnych kryją się kolejne skarby. Podobno odkryto dopiero tylko 10% wszystkiego! A zejście pod ziemię, żeby zobaczyć zapomniany przez tysiące lat świat, dostarcza niesamowitych wrażeń. Jeśli będziecie więc w Rzymie, powinniście spróbować odwiedzić chociaż jedno z takich miejsc, naprawdę pod ziemią 🙂

Inne wpisy o Wiecznym Mieście, które Was mogą  zainteresować znajdziecie pod tymi linkami:

16 ciekawostek o Rzymie

Termy Karakali i Zamek Świętego Anioła, czy warto zwiedzić?

Muzea Watykańskie, jest szał czy są przereklamowane?

Mury aureliańskie – wycieczka dookoła Wiecznego Miasta.

Domus Aurea wodospad
A na deser: puste koryto po wodospadzie, który zainstalował sobie Neron w Domus Aurea

Natalia i Mikołaj

 

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).
Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak
  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.
Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko
  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )
Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum
  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.
Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera
  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )
Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu
  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂
wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże
  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.
Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy
  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja
  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).
    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum
  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653
Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

Buon natale czyli Święta Bożego Narodzenia w Rzymie

Zastanawialiście się kiedyś, jakby to było spędzić Święta Bożego Narodzenia w innym kraju? Na przykład we Włoszech? My tak (chociaż ja osobiście wolałabym gorące piaski australijskich plaż 😉 ), dlatego pokażemy Wam w dzisiejszym poście jak Boże Narodzenie wygląda w Rzymie.

Szukając informacji o tradycjach świątecznych natknęłam się na forum, gdzie Polacy piszą, iż włoskie święta nie są tak celebrowane jak w Polsce, ale tu również jest kolacja wigilijna z rodziną oraz świąteczny obiad w pierwszy dzień świąt. Nasza właścicielka mieszkania mówiła też, że świąteczny okres to czas, kiedy ludzie załatwiają różnego rodzaju sprawy, naprawiają sprzęty w domu (jej facet pracuje jako ktoś w rodzaju złotej rączki), a w styczniu cały ten harmider opada i pierwszy miesiąc roku jest spokojny.

Swoją drogą nic dziwnego, że ludzie wzywają fachowców przed świętami, bo jeśli to normalne, że we Włoszech psuje się w domu wszystko na raz, tak jak u nas, to każdemu ręce opadają! a jeśli fachowcy są tacy, jak „nasz”, to jeszcze gorzej 😛

Jest jednak kilka rzeczy, które rzucają się w oczy i świadczą o nadchodzących świętach:

Ludzie biegają z prezentami – tak jak w Polsce. Im bliżej Bożego Narodzenia tym bardziej nasiliła się liczba osób chodzących z reklamówkami markowych sklepów, pudełkami z puzzlami czy grami dla dzieci, albo paczkami z nowymi kołdrami, kocami czy pościelami. W sklepach można też znaleźć wiele różnego rodzaju koszy/paczek prezentowych. Podobno jest to bardzo popularne (i drogie, 30/50 euro). W jednej takiej paczce może znaleźć się wino, panettone (rodzaj babki drożdżowej), jakiś włoski ser, włoska kiełbasa, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny itp. No i jeszcze jedna ciekawostka, prezenty otwiera się raczej 25 grudnia rano niż w wigilijny wieczór.

Corso Emanuele .png
Corso Emanuele, szał zakupów

Bardzo powolne strojenie sklepów i ulic – to mnie zdziwiło i początkowo trochę rozczarowało. O ile w Polsce dekoracje świąteczne rozkładane są zaraz po Wszystkich Świętych i jest to pewna przesada, o tyle we Włoszech w listopadzie jeszcze nic nie zapowiadało zbliżającego się Bożego Narodzenia, nawet w grudniu ciężko było znaleźć jakieś ozdoby. Dopiero po 7 grudnia, kiedy zapalono światełka na choince na Placu Świętego Piotra, miasto zaczęło dekorować się śmielej i przed świętami wszędzie mogliśmy już spotkać lampki, choinki, gałązki, kokardy i czerwone wstążki.

strojenie Rzymu.jpg
Świąteczne dekoracje

Choinki – tak jak wspomniałam, choinkę w Watykanie zapalono 7 grudnia i wtedy też zaczęto przystrajać i stawiać inne choinki. Drzewka można spotkać w zasadzie na każdym rzymskim placu, czasem na rondzie. Ale co dziwne, nie ma żadnego przed Koloseum, więc zdjęcie które krąży w necie nie jest tego roku 😛

choinki w rzymie
włoskie choinki

Wszędzie panetonne – czyli wielkie ciasto, a dosłownie wielki chlebek  to rodzaj babki drożdżowej. Przeważnie dosyć dużej, kilogramowej, chociaż bywają mniejsze a nawet większe. Potrafią kosztować od 3 do kilkunastu euro (za kilogram) i być w różnych wariacjach; z rodzynkami, z rodzynkami i skórką pomarańczy, z czekoladowym nadzieniem, z pistacjowym… stosy kolorowych pudełek z ciastem piętrzą się przed każdym sklepem i w każdym markecie. Ale rysunki na opakowaniach nie wyglądają zachęcająco, dlatego nie mogliśmy się nadziwić, kto kupuje taką babę i czemu jest jej wszędzie tyle. Aż nie spróbowaliśmy na degustacji w jednym z delikatesów. No i przepadliśmy. Okazało się, że ciasto jest miękkie, ciężkie, wilgotne oraz cudownie pachnące. Pyszne! Odtąd w naszym włoskim mieszkaniu obecne jest przynajmniej jedno pudełko panettone! 😀 Oby było dostępne również po świętach! A może lepiej nie? 😉

 

Panettone.jpg
Kilogramowa babka

Tradycyjne słodycze – wraz ze zbliżającymi się świętami w sklepach zapanował również wysyp słodyczy. Przede wszystkim ciastek w stylu faworków obsypanych cukrem pudrem oraz kulek w stylu groszku ptysiowego, tylko polanych miodem i obsypanych kolorowymi, cukierkowymi kuleczkami i skórką pomarańczy. A oprócz tego różnego rodzaju ciasta w stylu panettone.

Brak specjalnego dania – tak jak w Polsce króluje karp, ryba po grecku, śledzie, pierogi, grzybowa czy barszcz, tak tutaj mamy wiele rodzajów makaronów – zwłaszcza nadziewanych, pojawia się też więcej wyrobów z owocami morza (np. krewetki w sosie śmietanowym) i to przede wszystkim gości na świątecznych, włoskich stołach.

Plastikowe talerzyki – w sklepach zaczęto wystawiać mnóstwo czerwonych i białych talerzyków oraz sztućców z plastiku, takich jednorazowych. Trochę nie bardzo mieliśmy pomysł, po co ich jest aż tyle w sklepach, aż nie natknęłam się na bloga Włoski Online w którym autorka pisze, że na nich serwuje się po prostu potrawy, tak normalnie, dla gości. Szok? Dla mnie też, ale pomyślcie, zero zmywania po gościach i tak jest wystarczająco dużo roboty na święta. Czy to nie sprytne? 😀

Grajkowie na ulicach – w Mikołajki pod naszymi oknami orkiestra Mikołajów grała skoczne świąteczne piosenki 🙂 To było super i podobno w święta dzieje się to samo, więc czekamy!

Święty Mikołaj – oczywiście jest 🙂 obraz świętego Mikołaja podobno skomercjalizował się dzięki reklamom Coca – Coli i wszędzie wygląda tak samo, chociaż we Włoszech nazywa się go Babo Natale, czyli coś w rodzaju Świątecznego Tatki.

babo natale.png
we Włoszech św. Mikołaj jeździ włoskim fiatem

Szopki i żłóbki  – są prawie w każdym kościele, również na placu Świętego Piotra, przed Bazyliką i pod Koloseum. Włosi bardzo lubią je oglądać, podobno niektórzy instalują je również w domach. Popularne są również wystawy szopek, w Rzymie jest jedna taka, ale wejście kosztuje 8 euro, więc na razie odpuściliśmy.  Co ciekawe nie znaleźliśmy w Rzymie „żywej” szopki.

szopka bożonarodzeniowa rzym.jpg
szopki rzymskie

Opłatki, sianka, jemioły – w Rzymie nie ma tradycji związanej z tymi przedmiotami. Zamiast opłatków jest składanie sobie życzeń łamiąc się panettone (o północy), jak nie lubię łamania się opłatkiem tak włoską babą chętnie i do tego popija się szampana 🙂

Pasterka  – pasterka, tak jak w Polsce, odbywa się o północy w Wigilię. Być może z ciekawości wybierzemy się na Plac Św. Piotra i zrelacjonujemy Wam ile kilometrów miała kolejka do Bazyliki 😉

A tymczasem my będziemy delektować się tortellini nadziewanym prosciutto z barszczem czerwonym od Mamy 😉

Wam zaś życzymy, aby nie popękały Wam brzuszki od tych wszystkich świątecznych potraw oraz abyście spędzili ten czas w ciepełku, miło i przyjemnie 🙂

włoska mortadela.jpg
I niech się spełnią Wasze marzenia, nawet jeśli marzycie o mortadeli większej niż Wasza głowa! 😀

Natalia i Mikołaj

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym wycieczka

W Rzymie jesteśmy już miesiąc i udało nam się zaobserwować kilka ciekawostek, którymi się z Wami podzielimy 🙂

Człowiek będąc w nowym miejscu, „na świeżo”, bardziej zauważa pewne rzeczy, ale mamy nadzieję, że to nie jedyny taki wpis i jeszcze coś uda nam się interesującego dostrzec w tym niezwykłym mieście 🙂

Tutaj przeczytasz część drugą rzymskich ciekawostek!

No, ale zaczynamy:

  1. śniadania włoskie – to jest typowa włoska „zaskoczka” dla każdego, nie tylko rzymska. Nigdy nie przestaje nas zadziwiać, że Włosi zaczynają dzień od słodkiego rogalika (cornetto) lub innych słodkości, takich jak sucharki z dżemem czy kawałek ciasta, popijając je espresso lub cappuccino. Dla nas to bardziej deser, a nie śniadanie, więc szybko burczy nam w brzuchach po takim posiłku.

Jeśli zaś chodzi o lunch, to tutaj, w Rzymie, niezwykle popularne są lokale (o ile tak można nazwać te miejsca) serwujące kanapki oraz małe, ciepłe przekąski, włącznie z pizzą sprzedawaną na wagę (najczęściej kilogram kosztuje 13/15 euro…), a jedna porcja (cięta nożyczkami!) to zaledwie 100 gramów.

Rzym sklepy
włoska salumeria
  1. Brak kawy rozpuszczalnej – jeśli jesteśmy już przy jedzeniu. We Włoszech prawie nie ma kawy rozpuszczalnej. W Lidlu znajdziemy może dwie lidlowe marki a oprócz tego jest tylko Nescafe (jak dobrze pójdzie to też aż dwa rodzaje i raptem w słoikach po 100 gramów). Podobnie w innych marketach – wyłącznie marka własna i paskudna neska. W dobrze zaopatrzonych sklepach zaś rozpuszczalna Lavazza (5 euro za 95 gramów, większych nie ma). I Hag – popularna marka bezkofeinowych kaw. I to tyle.

Ciężko nam było się z tym pogodzić, bo lubimy się napić rozpuszczalnej kawy. Włosi chyba lubią też bardzo kawy zbożowe, jest ich wiele rodzajów. Za to półki są pełne kaw do ekspresów oraz kaw sypanych, o różnych smakach i aromatach, różnych marek. Próbowaliśmy kilku ale ostatecznie wygrywa Lavazza o smaku tytoniowo – drewnianym. Tak, tak, jest taka 😀 jest też taka o aromacie owocowym 😉 Oczywiście żadna z nich nie jest sztucznie aromatyzowana, chodzi o naturalną nutę zapachową. Coś jak wino o owocowym bukiecie, tylko w winie tego nigdy nie czujemy, a drewno w kawie – i owszem 🙂

  1. Coperto – według nas coperto to takie małe włoskie cwaniactwo. To kwota, którą dolicza się do rachunku za obsługę w lokalu. Nie wiemy, czy występuje w każdym miejscu, teoretycznie powinna być podana w menu ale raczej nie jest (nigdy nie zauważyliśmy, żeby była). Jednak w niektórych knajpach znajduje się informacja, że ceny są podane już z opłatą serwisową. Warto zwrócić na to uwagę, bo potem następuje niemiły moment zdziwienia, kiedy zamiast 7 euro płacisz 10. Bo jeszcze 3 euro za serwis (nakrycie stołu, podanie talerzy itd.). Nie żeby 3 euro robiły wielką różnicę, ale zwróćcie uwagę, że to jest 43%! Przy wyższych rachunkach być może procent jest mniejszy, ale przy niskich rachunkach szokuje. Nie zapłacimy coperto, kiedy weźmiemy jedzenie na wynos i za zjedzenie czy wypicie kawy za barem.
  1. Sjesta – przerwa w środku dnia, która mocno dezorganizuje życie. Zamknięte są nie tylko sklepy, czasem też niektóre knajpy, urzędy, banki a nawet kościoły.  Kiedy więc spacerujesz wczesnym popołudniem po włoskich ulicach i chcesz zwiedzić jakieś miejsce, to upewnij się, czy będzie ono otwarte w wybranych przez Ciebie godzinach. Jeśli chodzi o Rzym, to sjestę tu mają w zasadzie tylko kościoły (nie wiedzieć czemu) i wybrane sklepy, o urzędach nie wiemy bo nie mieliśmy na szczęście potrzeby z nich korzystać.
Lody we włoszech, lodziarnia rzym
Do wyboru do koloru!
  1. Rodzaje ziemniaków – być może w Polsce też tak jest i Perfekcyjne Panie Domu o tym wiedzą, ale chyba nie jest to wiedza tak powszechna, jak we Włoszech. My dowiedzieliśmy się o tym kupując pewnego razu siatkę ziemniaków (tak, tak, kupiliśmy zwykłe pyry, ale po to, żeby zrobić z nich potrawkę fasolowo – pomidorowo – ziemniaczaną 😛 ) i ze zdziwieniem odkryliśmy, że na opakowaniu narysowane były jeszcze inne rodzaje ziemniaków z informacją do czego są najlepsze: do smażenia, do frytek, do gotowania, do robienia z nich produktów ziemniaczanych (jak krokiety, kluski), do zup, do robienia z nich ciasta.
  1. Pieczywo – piekarnie we Włoszech niestety nie stoją na każdym rogu, ale o ile na południu Włoch wybór pieczywa jest dosyć duży i wypieki są bardzo smaczne, o tyle w Rzymie niełatwo natrafić ot tak na piekarnię, a co dopiero na fajny chleb. Nie wspominając o tym, żeby był niedrogi. 2,5 euro za kilogram chleba (czyli średnio mały, jak na tutejsze standardy, bochenek) to rekordowo tanio, a nie jest rzadkością i 5-6 euro za kilogram.
wycieczka rowerowa po włoszech
włoski chlebek
  1. Marmury na podłogach – to rzecz interesująca, pojawiła się już w Grecji. W domach nie ma dywanów, nie ma też paneli czy drewnianych podłóg (chyba, że w nowych domach, ale raczej też nie, bo byśmy zauważyli podczas noclegów w trasie). W mieszkaniach, łącznie z naszym, na podłodze są kafelki. Zimne jak diabli.
  1. Brak światła środkowego na suficie – to ciekawa sprawa, oczywiście nie wiemy czy wszędzie tak jest, ale tam gdzie byliśmy (i gdzie mieszkamy), nie było światła na suficie (czasem nawet w łazience). Są różne lampki, kinkiety, czasem jest jakaś lampa gdzieś na suficie ale w rogu pokoju. Żeby dać światło centralnie, na suficie, to nie. W mieszkaniach więc jest kiepskie oświetlenie i dotyczy to często wszystkich pomieszczeń.
  1. Pranie między ścianami kamienic – wywieszanie prania między kamienicami to charakterystyczny widok we Włoszech (chociaż nie tylko). Czasem pranie jest stawiane na chodniku, bo drzwi wejściowe do domu wychodzą właśnie prosto na ulicę. Nie wiemy czym to jest spowodowane, czy tylko brakiem miejsca w domu, ale na przykład nasze mieszkanie tutaj jest bardzo słabo wentylowane i pranie wcale nie chce schnąć, dlatego nie dziwi nas, że panie domu wolą wywiesić je nawet za okno (chociaż w naszej kamienicy akurat na dachu 😉 ), niż pozostawić w pomieszczeniu.
Bari wycieczka
Bari i pranie wywieszone na ulicę
  1. Ruch na ulicach to chaos totalny – duży ruch to chyba norma w każdym większym mieście, ale w Rzymie, jak M. stwierdził, trzeba wyrobić w sobie pogardę dla śmierci ;).

Na szczęście wszyscy tu mają oczy dookoła głowy, bo na ulicach dzieje się w zasadzie wszystko, co chce, trzeba więc lawirować między przemykającymi setkami motocykli, nie bać się wymuszania pierwszeństwa i wymijać tych, co wymuszają sami – łącznie z pieszymi. Co do pieszych, to trudno im się dziwić, nikt ich tutaj nie przepuści (a nawet jeśli jedno auto się zatrzyma to już drugie niekoniecznie), więc sami muszą walczyć o to, aby przedostać się przez ulicę – czasem w miejscu niedozwolonym, ale to akurat najmniejszy problem 😛 Zdarza się też bardzo często zatamowanie ruchu przez auto, które czeka na środku pasa, aż zwolni się miejsce parkingowe. Często też cofają, żeby zaparkować, mimo, że na ulicy jest duży ruch. Czasami też jedynym sposobem, aby na kogoś zaczekać w samochodzie albo znaleźć miejsce postojowe jest jeżdżenie dookoła budynku/kamienicy (żeby nie stać i nie tamować ruchu).

  1. Mewy zamiast gołębi – to bardzo ciekawa i fajna sprawa. W Rzymie gołębi jest dosyć mało. Oczywiście są, jak w każdym mieście, ale tutaj rządzą mewy 🙂 Chyba na razie nie są utrapieniem dla mieszkańców a na pewno budzą więcej sympatii niż gołębie (przynajmniej w nas). Trzeba jednak uważać, bo są dość duże i odważne. Nie mają skrupułów, żeby stać blisko człowieka i wyrwać mu z dłoni jego kawałek pizzy 😉 Mewy rzymskie słychać cały dzień, ale to wieczorami dają najgłośniejsze koncerty 😉 Opanowują też wtedy mniej tłoczne po zmroku miejsca (np. Plac św. Piotra) wyciągając śmieci ze śmietników..
  1. Papugi – to ciekawostka, kiedy byliśmy tu w 2014 roku papug chyba jeszcze nie było. Teraz jest ich bardzo dużo, skrzeczą i panoszą się po parkach. Latają przeważnie w grupkach i są bardzo hałaśliwe a przy tym urocze 😉

włochy papugi

  1. Palmy i drzewka cytrusowe – fantastyczna sprawa, mieszkać w mieście w którym rosną sobie palmy i drzewka pomarańczowe oraz cytrynowe 🙂 co prawda pomarańcze są pieruńsko kwaśne i nie nadają się do jedzenia (chyba, że do herbaty), ale cytrynkom nic nie dolega 😉
cytrusy włochy
Są cytrusy i są palemki.
  1. Temperatura – nie oszukujmy się, Rzym w grudniu to nie to samo co Rzym w lipcu. Jest zimno, czasem deszczowo i pochmurno, podobno czasem nawet spadnie śnieg, ale jak na razie temperatura oscyluje w granicach nastu stopni, czasem mniejszych czasem przyjemnie większych, ale kiedy dzień jest słoneczny (a z reguły jednak jest) to słońce potrafi bardzo przygrzać, tak bardzo, że zdejmujesz kurtkę 🙂
Rzym temperatury zimą
Słoneczko, palmy i brak kurtki!
  1. Supermarkety – jesteśmy przyzwyczajeni, że duży sklep, supermarket czy galeria handlowa jest gdzieś blisko, tak samo duża drogeria. Tymczasem w centrum Rzymu w najlepszym razie znajdziesz sklep wielkości małej Biedronki, po większe zakupy musisz się specjalnie wybrać dalej.
  1. Bezdomni – wszędzie bezdomni. To jedna z tych ciemniejszych stron Rzymu. Podobno jest tu aż 16 tys. bezdomnych osób. Są dosłownie wszędzie; na moście, pod mostem, na chodniku, na ławkach, we wgłębieniach kamienic (takich w ścianie…), na ścieżce wzdłuż Tybru, pod drzewami… okopują się swoimi rzeczami i siedzą. Są raczej nieszkodliwi, nie zaczepiają też nikogo, czasem mają kubek, do którego przechodnie wrzucają pieniążki. Jest to przykry widok. Czasem jednak wzbudzają dyskomfort (samotny, wieczorny spacer wzdłuż rzeki, pomiędzy obozami bezdomnych nie brzmi interesująco) i wydaje się, że miasto nic z tym nie robi.
Forum romanum i mewa.png
Mewa i Forum Romanum

Jak widzicie więc jest kilka rzeczy, które można zauważyć podczas wakacyjnego pobytu ale jest też kilka innych, które wymagają dłuższych obserwacji. Mamy nadzieję, że jeszcze przyuważymy coś ciekawego (edit: i tak się stało! druga część pod tym linkiem), a tymczasem przed nami okres świąteczny a przed Wami, za tydzień, świąteczny wpis a po nim już Sylwester i podsumowanie 2017 roku! 🙂

Natalia i Mikołaj

A tu znajdziesz więcej Rzymu!

Czy w Rzymie pada śnieg?

13 miejsc w Rzymie, których nie możesz pominąć!

Katakumby pierwszych chrześcijan czy nekropolie pod bazyliką świętego Piotra?

A może wycieczka wokół murów aureliańskich?

Lub wspaniałe Termy Karakali i Zamek Świętego Anioła?

Albo po prostu – cisza i magia kościołów rzymskich.

 

Bella Italia

Włochy jesienią

Po nocnym promie z Grecji przypłynęliśmy do włoskiego Bari. Byliśmy dość śnięci, bo ciężko było wypocząć w nocy spędzonej na pokładzie. Więc dzień zaplanowaliśmy krótszy (około 50 km). Mieliśmy być wcześniej na kwaterze, spędzić spokojnie wieczór, zaplanować swoją przyszłość (bo nie mieliśmy kiedy zrobić trasy po Włoszech) i iść spać.

Najpierw jednak przyszło nam pozachwycać się trochę boską Italią. W pierwszej kolejności padło na Bari. Które w zasadzie nie jest jakoś szczególnie turystycznie, ale stare miasto jest bardzo klimatyczne. Bardzo włoskie. Mężczyźni sprzedają świeże owoce morza z przyczep samochodowych a kobiety ręcznie robiony makaron ze stolnic przed domami. Pośród wąskich, starych uliczek, suszy się pranie, które wcale nie szpeci a wręcz przeciwnie – nadaje smaczku tym miejscom. Zwiedzaniu starego miasta towarzyszy często zapach świeżo parzonej kawy z pobliskiej kawiarni albo… zapach spalin starego skutera, który właśnie przejechał między uliczkami, które są tak wąskie, że powietrze w nich stoi.

Bari, włochy
Bari

Dalej jechaliśmy wzdłuż wybrzeża aż do Polignano a Mare.

Dzień był piękny, słoneczny, a wiatr nam sprzyjał więc nawet nie czuliśmy się bardzo zmęczeni. I dobrze, bo trafiając do Polignano trzeba poświęcić mu chwilę. Miasteczko zbudowane jest na klifach, które wyrastają wprost z wody, albo nawet wyglądają, jakby były nad nią zawieszone. Domy, zbudowane z żółtej cegły i kamieni, są wtulone ciasno w siebie, tworząc co jakiś czas małe, urocze podwóreczka. Każde inne. Domy zbudowane są jeden na drugim, co dodaje im uroku. Miasto jest jakby jednocześnie wszystkimi uliczkami typu Złota w Pradze czy Mariacka w Gdańsku i starymi miastami, tylko o wiele, wiele lepsze.

Włochy co zobaczyc
Polignano a Mare
włochy jesienią
Polignano a Mare i dwa podwórka

Trochę żałując, że mamy już zarezerwowany nocleg ruszyliśmy przed siebie. Po drodze (jeszcze przed Polignano) mijaliśmy „dzikie” trulli na polach. Stały sobie rozrzucone po polach uprawnych, niektóre zadbane, inne nie. Służące raczej za składziki i budynki gospodarcze. Dodawały bardzo dużo uroku okolicy. Później zaczęły się zagony pełne zielonych czubków warzyw, pośród których rosły stare drzewa oliwne. Bardzo ładne okolice.

włoskie wakacje
Drzewa oliwne w sadzie

Aż w końcu nadszedł moment znalezienia naszej kwatery…

Mamma Mia! Czyli włoska rodzinka…

Okazało się, że na Airbnb punkt jest źle wskazany, a chłopak który był naszym gospodarzem nie umiał nam wysłać namiarów GPS (???). Ostatecznie jednak sobie poradziliśmy zajeżdżając wskazany gdzieś na stronie punkt „od tyłu” i okazało się, że Luigi, nasz gospodarz, pojechał nas szukać… (chociaż mówiliśmy mu, żeby tego nie robił, no bo jak miałby nas znaleźć skoro nie wie, gdzie jesteśmy). No nic, przyjęła nas mama. Początkowo nic nie zapowiadało, że wpadliśmy w szpony włoskiej rodzinki.

Luigi wkrótce przyjechał, oprowadził nas po sporym domu i dużym tarasie, pokazał cały ogród (tu pomarańcze, a tu gruszki, tam grejpfruty, a tu aloes) i przewodniki po okolicy (rozkładając wszystkie po kolei na naszym łóżku), przygotował pralkę pod nasze pranie a potem zaproponował kawy. Nieopatrznie się zgodziliśmy, dopiero później sobie uświadamiając, że to pewnie oznacza, że będzie trzeba wypić tę kawę z nim. A my, zmęczeni i będący w ciągłym niedoczasie z różnymi sprawami (blog, trasy, noclegi itd.) nie do końca mieliśmy na to ochotę. No ale trudno.

Wykąpaliśmy się i poszliśmy na kawę. Najpierw M., kiedy ja brałam prysznic, a potem dołączyłam ja. Moim oczom ukazał się stojący na stole kosz ze słodyczami, kosz z owocami, Luigi, mama Luigiego i wielki telewizor, na którym Luigi odtwarzał nam filmiki o okolicznych atrakcjach (z youtube’a), warto dodać, że część tych atrakcji była dla nas kompletnie nieatrakcyjna, ale nie mieliśmy serca im tego mówić. Mama w tym czasie wyjmowała z szafek co chwilę jakieś łakocie i pytała nas o różne rzeczy (między innymi o zimę w Polsce i aż się biedna złapała za głowę, gdy usłyszała o temperaturach jakie tam panują). W pewnym momencie chyba dotarło do niej, że my nie za bardzo rozumiemy po włosku, więc zaczęła mówić głośniej. Bo jak głośniej to może dotrze do naszych główek 😛

Po jakimś czasie udało nam się wymknąć tłumacząc, że musimy jeszcze zrobić kilka rzeczy, a potem przyjdziemy robić obiad. Gdy tylko usłyszeli o obiedzie zaczęli nam pokazywać, co gdzie jest i z czego możemy korzystać. Minęła więc jeszcze dłuższa chwila, zanim mogliśmy w pokoju odetchnąć i zastanowić się, co mamy do zrobienia. Po chwili jednak okazało się, że pranie, które wstawiliśmy jakiś czas temu już się skończyło a cała rodzina je rozwiesza.. no to my też. Nasze majtki, mój stanik, koszulki, wszystko w łapach włoskiej rodziny. To było dziwne 😛

Kiedy przyszła pora na robienie obiadu, M. z trwogą wyszedł do kuchni. I wraz z włoską  asystą przygotował pyszne danie,  które zyskało aprobatę mamy. Co prawda sos był ze słoiczka, ale dostaliśmy do niego cebulkę i pomidory z ogródka, oraz domową oliwę i od razu zyskał w oczach. Zresztą w smaku również. Obiad wyszedł wyśmienity a do tego zostaliśmy pochwaleni za wybór makaronu do obiadu. Były to orecchiete, takie łupinki, podobno tradycyjny makaron w Apulii (kupione w Lidlu :P). Do obiadu dostaliśmy też domowe wino i domowego szampana (pyszne!) surówkę ze świeżutkiej marchewki z oliwą i cytryną, pieczone bakłażany z pomidorowo – warzywno – mięsnym farszem (wszystko z ogródka, poza mięsem :P) warzywa oraz owoce na deser.

Objedzeni jak świnki i opici jak bąki mieliśmy wreszcie czas dla siebie, bo mama się gdzieś zmyła a Luigi wybył na imprezę. Tylko ojciec został, ale gdzieś się zaszył. Popijając więc pyszny domowy alkohol mogliśmy trochę się ogarnąć z planem na następny dzień i padliśmy do łóżek jak kawki. Zwłaszcza, że we Włoszech czas cofnął nam się w sumie o dwie godziny (czas zimowy w Grecji plus czas grecki – godzina do przodu).

Poprzedniego dnia, podczas „rozmów”, ustaliliśmy o której godzinie chcemy zjeść śniadanie i rzeczywiście rano, na stole w kuchni, czekał na nas kosz pełen słodkości. Włoskie śniadania to jeden wielki ulepek, więc dostaliśmy biszkopty, herbatniki, ciastka, kilka dżemów, miody, ale też płatki do mleka (kilka rodzajów), mak, nasionka chia i inne różności. Oprócz tego owoce. Luigi otwierał dla nas kolejne słodkości (w tym dżem mamy, który okazał się przepyszny), zaparzył kawę i wodę (na gorzką herbatę dla mnie) i przy okazji uczyliśmy się włoskich słówek. A na drogę dostaliśmy ciastka i owoce oraz marchewkę z obiadu i bakłażany 😛 (kuchnia mamy Luigiego była fenomenalna).

Po śniadaniu zaczęliśmy się zwijać i zbierać. Gdyby nie to, że ciągle nam brakuje czasu na chwilę spokoju, wypoczynek i ogarnięcie różnych spraw, to dużo bardziej byśmy docenili gościnę rodzinki, a tak mieliśmy poczucie, że jednak nas trochę przytłaczali. Ale i tak doceniliśmy, dziękując im i żegnając się z nimi jak z dobrymi znajomi. Kiedy już ruszyliśmy przed siebie trochę odetchnęliśmy, że nikt na nas już nie czeka, żeby  zagadywać i pomóc we wszystkim.

Na spokojnie ruszyliśmy do Arbelobello, które było jednym z miejsc, na które ostrzyliśmy sobie zęby. Niestety okazało się być zwykłym miastem. Sławne trulli to tylko jego mała część, do tego zamieszkała. Czy to źle czy dobrze, ciężko powiedzieć. W każdym razie trochę dziwnie chodzić i gapić się na czyjeś domy, w których ktoś mieszka i próbuje normalnie żyć 😉 Białe budyneczki, chociaż ładne, nieco cukierkowe, nie zrobiły na nas piorunującego wrażenia. Trochę się pokręciliśmy między nimi i ruszyliśmy dalej. Dużo bardziej interesowały nas trulli, które nie były aż takie zadbane, a za to znajdowały się przy gospodarstwach.

Arbelobello włochy
Trulli

Kolejnym punktem naszej trasy była Matera – miasto w skale. Wjazd do miasta nas bardzo rozczarował, jakieś jaskinie wydrążone w skałach, niezbyt ciekawe, ogólnie brudno i szaroburo. Do tego nasz gospodarz kazał na siebie czekać, więc trochę zmarzliśmy pod klatką mieszkania.

Kiedy jednak poczytaliśmy o tym mieście i odświeżyliśmy sobie pamięć (czytaliśmy o wszystkich naszych punktach przed wyjazdem, ale dużo nam już wyleciało z głów) nabraliśmy na nie apetytu i postanowiliśmy zostać tu pełen dzień, aby je na spokojnie zwiedzić. Zwłaszcza, że Sassi – czyli to kamienne miasto Matery, zbudowane jest na ścianach wąwozu Gravina, pełne schodów w górę i w dół. Jedynym komfortowym środkiem transportu są własne nogi. Miasto nie jest duże i nawet w kilka godzin można je zwiedzić wystarczająco, zaglądając w różne zakamarki. Domki stanowią często jeden ciąg ze wspólnym podwórkiem – studnią, część domostw wydrążona jest w skale a część została później nadbudowana.

Sassi Matera we włoszech
Matera, skalne miasto

Sassi zrobiły na nas bardzo duże wrażenie, zwłaszcza w zestawieniu z historią. Bo Włosi kiedyś się wstydzili tego miejsca. Jeszcze w latach 50 ubiegłego wieku nie było tu kanalizacji, elektryczności ani bieżącej wody, nie było toalet (nieczystości wylewano do wąwozu), panoszyły się więc choroby, smród, muchy i insekty. Ludzie mieszkali w jednej izbie mieszkali wraz ze zwierzętami gospodarskimi; końmi, kurami, świniami. Umieralność dzieci była na poziomie 50%.

Kiedy o tym miejscu dowiedział świat, wybuchł skandal a Włochy zaczęły masowo wysiedlać ludzi, którzy z kolei wracali do swoich domostw i swoich sąsiadów. Dlatego zaczęto zamurowywać wejścia domów. W końcu jednak pozwolono im zasiedlać Materę na nowo, pod warunkiem wyremontowania wybranego do życia domu. Teraz Sassi to miejsce pełne odnowionych restauracji, hoteli i pokojów gościnnych. Zachwycające i pełne uroku.

zwiedzanie matery
Kolorowa Matera

Po Materze ruszyliśmy w stronę półwyspu Gargano, gdzie dopadła nas pierwsza poważniejsza awaria.

M. rano, z miasteczka Rionero, w którym spaliśmy, ruszył w góry i na podjeździe pękł mu łańcuch. Szczęśliwie z przełęczy do naszej kwatery było tylko w dół, więc nie miał przygód w drodze powrotnej i pod domem skuł łańcuch na nowo. Później wsiedliśmy w pociąg, do Foggi, i dopiero w niej okazało się, że to nie była jedyna awaria. Łańcuch „skołtunił” się w przerzutce i chyba ją rozepchnął, w każdym razie efekt był taki, że przednia przerzutka nie zmieniała biegów. Mieliśmy nie lada zgryz i obawialiśmy się, że nasza droga do Rzymu zostanie brutalnie przyspieszona. Postanowiliśmy poszukać w Foggi serwisu rowerowego a potem i noclegu, bo na poszukiwaniach sporo nam zeszło. A nawet znaleźliśmy kilka punktów, ale dzięki wszechobecnej sjeście, która dezorganizuje cały dzień, wszystkie były zamknięte przez najbliższe trzy godziny… M. spróbował więc samodzielnie usunąć usterkę i ku zaskoczeniu nas obojga… udało się! W trzydzieści minut uporał się z problemem, dzięki czemu następnego dnia mogliśmy ruszać dalej.

A dalej był już tylko półwysep Gargano i morze 🙂 No i chmury na niebie paskudne i ciężkie, ale udawało nam się przemykać między ulewami i nawet nas grzało słońce (20 stopni w listopadzie jest zawsze mile widziane). Jednak prognozy na najbliższe dni są bardzo nieciekawe, więc wykorzystaliśmy tyle ile się dało ostatnich ładnych chwil,  a od nowego tygodnia zaszyjemy się na zimę w miłym (oby!) mieszkanku 😉

Natalia

półwysep gargano co zobaczyć
Gargano