Santorini informacje praktyczne

santorini co trzeba wiedzieć

Wczasy na Santorini, królowej Cyklad, marzą się pewnie niejednej osobie. Co jednak należy wiedzieć, wybierając się na tę grecką wyspę?  I czy naprawdę jest to raj na ziemi, jak może nam się wydawać z bajecznych zdjęć?

Jak dotrzeć na Santorini?

Żeby dostać się na wyspę możemy albo wsiąść w samolot, wykupując wycieczkę w biurze podróży, bądź samodzielnie zakupić bilet; wtedy albo uda nam się złapać wolne miejsce w czarterze bezpośrednio lecącym na wyspę, albo będziemy musieli przesiąść się w Atenach. Bezpośrednio z Warszawy leci się około 2,5 godziny.

Można też z Aten (port Pireus) lub z Krety przypłynąć promem.

Rejs z lądu trwa 7 godzin w cenach od 150 zł do 300 zł za osobę, zależy od terminu i przewoźnika, no i rodzaju miejsca lub 1,45 godziny. Z Heraklionu zaś zapłacimy jednak około 200 – 300 złotych za osobę.

santorini samolotem
Na Santorini możemy dolecieć lub przypłynąć

Zakwaterowanie na Santorini

Jeśli chodzi o samodzielną wyprawę na tę wyspę to wyniesie nas ona zdecydowanie drożej, niż jeśli wybierzemy wyjazd z biurem podróży. To chyba jedno z niewielu takich miejsc, które nie opłacają się na własną rękę.

Za około 2000 złotych za osobę (a nierzadko i mniej) możecie mieć lot z zakwaterowaniem w hotelu na tydzień. Hotele często oferują basen albo są położone blisko morza.

Jeśli jedziemy na własną rękę, musimy się liczyć z tym, że sam lot może kosztować około 1000 zł w jedną stronę za osobę. Natomiast za  najtańszy dwuosobowy pokój zapłacimy około 100 euro za noc.

santorini gdzie mieszkać
Santorini zakwaterowanie

Gdzie mieszkać na Santorini?

Najsłynniejszym miasteczkiem na Santorini jest Oia. Nocleg tam potrafi kosztować nawet kilkaset euro dla dwóch osób. Dotyczy to zresztą wszystkich pensjonatów po tej stronie wyspy.

Jeśli chcecie płacić trochę mniej, wybierzcie miejscowości oddalone od słynnych białych miast. Vlychada, Perissa czy Kamari są zdecydowanie tańsze. Nie tylko pod względem noclegów ale i cen w restauracjach, sklepach czy cen pamiątek. (Z lotniska bez problemu dojedziecie tam taksówką za około 30 euro lub autobusem za 2,80 euro).

Jeśli interesuje Was pobyt na kempingu to jest tylko jeden, w Firze, ale ceny noclegów na nim też wynoszą około 100 euro za dwie osoby. Standard jest raczej wysoki (tak wynika z opisu), chociaż według opinii na Google komfort średni (kemping jest na Bookingu, możecie podejrzeć, nazywa się… Santorini Camping)

Warto też zwrócić uwagę na położenie noclegu. Południowa i wschodnia część wyspy są płaskie, łatwo Wam będzie wybrać się z domu nad morze, natomiast część północna i środkowa (Fira, Oia) są górzyste a zabudowania umieszczone są na klifach. Do plaży będzie bardzo daleko (150 metrów w dół i jeszcze jakiś kawałek do plaży).

santorini teren.jpg
Może być płasko i taniej, albo pięknie i drogo

Transport na Santorini

Santorini jest małą wyspą ale górzystą, dlatego, jeśli chcemy coś zobaczyć raczej musimy się liczyć z tym, że będzie trzeba skorzystać z jakiegoś środka transportu.

Autobusy – jest ich bardzo dużo na wyspie, jeżdżą często, a przystanki są dobrze oznaczone. Na prawie każdym znajdziemy też rozkład jazdy i co ciekawe, autobusy raczej jeżdżą zgodnie z nim. Sam tabor jest nowy, klimatyzowany i często autobusy wyglądają jak piętrowe wycieczkowce i początkowo możemy je zignorować, bo nie tego się spodziewamy 😉 Ale zawsze mają na szybie czy boku naklejony skrót: ΚΤΕΛ  czyli publiczne usługi komunikacyjne (tylko po grecku). Zresztą, gdy autobus się zatrzymuje, wysiadają z niego bileterzy i krzyczą, dokąd jedzie.

Warto pamiętać, że wszystkie autobusy jadą do Firy i z Firy, więc jeśli chcecie pojechać np. z Perissy na Czerwoną plażę, to musicie dostać się do Firy a z Firy do Akrotiri.

Bilety Oia – Fira kosztują 1,40 euro, z Firy dalej: 2,80 euro

Samochody, quady, skutery – Jest bardzo dużo wypożyczalni, a pojazdy nie są zbyt drogie (małe auto to wydatek około 40 euro za dzień)  Żeby się jednak nie dać naciągnąć proponujemy przeczytać opinie o danych wypożyczalniach.

Rower – no i oczywiście najbardziej ekologiczny sposób, pozwalający na największy kontakt z naturą.  Wypożyczalni rowerów nie jest jednak tak dużo jak samochodowych i rowerzystów prawie wcale nie ma.

Natomiast miasteczka takie jak Fira, czy Oia nie nadają się do zwiedzania ich na rowerze. Pomijając to, że jest naprawdę dużo ludzi i ciężko się czasem przepchnąć samemu, to uliczki są wąskie a i schodów nie brakuje.

santorini poza sezonem
Dużo samochodów, dużo ludzi i schody

Atrakcje na Santorini

Atrakcji na wyspie jest kilka. Przede wszystkim zwiedzanie Firy i Oii, dla lubiących historię także Akrotiri zwane santorińskimi Pompejami.

Kto lubi trekkingi będzie zachwycony. Możemy się wybrać na 8 kilometrowy spacer z Firy do Oii, który zaprowadzi Was na kraniec wyspy (po drodze niezapomniane widoki na kalderę), albo wybrać się ze stolicy do Akrotiri lub Perissy; to również mniej więcej 8 kilometrów.

Warto jednak wiedzieć, że na Santorini raczej nie ma chodników (nie dotyczy to szlaku Fira – Oia, oddalonego od ulic oraz centrum miast). Idzie się po prostu poboczem drogi. A że dróg jest mało, to trzeba się liczyć z tym, że ruch jest duży więc i dużo aut będzie przejeżdżało blisko nas. To akurat nie jest fajne.

Możecie też zdobyć najwyższy szczyt wyspy Mesa Vuono, niecałe 600 metrów n.p.m., a także skorzystać z wycieczek przygotowanych przez biura turystyczne na wyspie. Znajdziecie je wszędzie, w każdej miejscowości. Oferują między innymi: rejs na wulkan (wyspa Nea Kameni) oraz wysepkę Thirasia wraz z odwiedzinami w gorących źródłach (my zdecydowałyśmy się na taką wycieczkę i było super 🙂 ), dzień możecie zakończyć widokiem na zachód słońca w Oia, oglądanym z łódki. Koszt takiej wycieczki w zależności od wariantu ilości atrakcji to około 30 do 40 euro za osobę.

Są też wycieczki krajoznawcze, przewodnik obwiezie Was po całej wyspie, z wizytą w słynnych winiarniach santorińskich i degustacją tamtejszych win. Możecie również wybrać się na rejs po znanych plażach; Perissa (czarna plaża), Biała Plaża, Czerwona Plaża.

santorini wycieczki
Wycieczki na Santorini

No a skoro o plażach mowa, to oczywiście plażowanie…

Plaże na Santorini

Ale będąc na tej wyspie nie spodziewajcie się białego piasku, ani piasku w ogóle. Wszystkie plaże są czarne. Bo wszystkie powstały w wyniku wybuchu wulkanu.  A zamiast piasku znajdziecie tam maleńkie, czarne, powulkaniczne kamyczki. Nagrzane greckim słońcem parzą w stopy!

Zamku z nich nie zbudujecie 😛

Na plażach jest bardzo dużo leżaków i parasolek, które należą do barów naprzeciwko. Różne są zasady „wynajęcia” leżaka, może to być na przykład zamówienie za 20 euro i możemy korzystać z tej formy relaksu cały dzień.

Ale znajdziecie też miejsca, gdzie z łatwością rozłożycie się na plażowym kocyku bez konieczności płacenia. Aczkolwiek my byłyśmy zdziwione temperaturą wody. Jest zimna! Nie tak jak w Bałtyku co prawda… ale zimna.

santorini gdzie się kąpać
Plaże na Santorini

Gdzie kupować i jeść na Santorini?

Na Santorini jest jeden Lidl, na wjeździe do Firy z kierunku południowego. Nie byłyśmy tam, więc nie wiem nic na temat asortymentu. Jednak produkty w greckim Lidlu są ciekawe (trochę inne niż podczas znanego nam w Polsce greckiego tygodnia) i jeśli będziecie mieć możliwość, to warto tam zajrzeć.

Oprócz tego oczywiście mamy kilka marketów, w każdej turystycznej części wyspy przynajmniej jeden (najwięcej oczywiście w okolicy Firy). W nich możemy spodziewać się pewnego wyboru towarów i akceptowalnych cen (ale nie, żeby zaraz tanio). Nie warto zaopatrywać się w małych sklepach (które też nazywają się szumnie supermarketami). Ceny potrafią tam być dwukrotnie wyższe, ale czasem znajdziecie coś, czego w dużym sklepie nie było.

Spodziewajcie się, że jednorazowe zakupy (przykładowo: ser, tzatziki, napój, jakaś wędlina, wino, chleb, greckie słodycze, pomidor) będą was kosztowały przynajmniej 10 – 15 euro.

Jest jeszcze jedna rzecz o której trzeba wiedzieć, mianowicie na Santorini w zasadzie wszędzie poza marketami (i pewnie hotelami) płaci się gotówką. Bankomatów jest dużo, ale należy zdawać sobie z tego sprawę.

Trzeba też być przygotowanym na to, że na Santorini nie ma słodkiej wody w kranie. Woda, która tam się znajduje jest odsoloną, przefiltrowaną wodą morską.  Nie jest groźna, więc można się w niej bez obaw myć czy płukać usta, ale jest niesmaczna. Na wyspie nie ma źródeł słodkiej wody, dlatego żeby zrobić sobie kawę czy herbatę lepiej kupić sobie butelkowaną wodę (około 50 centów za 1,5 litra w markecie).

Wracając do jedzenia. Oczywiście wiadomym jest, że im bardziej turystycznie tym drożej. Nawet dwukrotnie! Możecie wypić koktajl za 15 euro, albo taki sam, w mniej turystycznym miejscu, za 7 euro (Mówiłam, że drogo 😉 ).

Będąc tam polecamy spróbować owoców morza lub ryb. Zwłaszcza w portowych knajpach; są świeżutkie i pyszne. Możemy wybrać sobie z lodówki co nam się podoba, zostanie nam to zaserwowane we wskazany sposób (grill? Souvlaki? Smażone? Jak chcecie) i podane z ryżem, ziemniaczkami albo frytkami i surówką. No, chyba, że skusicie się na mousakkę 🙂

santorini jedzenie
Port na Thirasii i dania z portowej knajpki

A co poza tym warto zjeść?

Oczywiście jogurt grecki (szukajcie zwłaszcza takiego  w kamionce)

Taramosalata – pasta z kawioru, kosztuje około 1 euro za 100 gramów. Dla miłośników rybnych smaków pozycja obowiązkowa (nie zrażajcie się dziwnym, różowym kolorem)

Tzatziki – najlepiej takie na wagę. Ogórki, trochę czosnku i duuużo gęstego, greckiego jogurtu. Pyszności!

Pita Gyros – czyli gyros w bułce z warzywami i… frytkami. Matko, jakie to jest pyszne 🙂 a kosztuje mniej więcej 2,50 euro.

Smak mastiha – możecie go znaleźć w gumach do żucia, cukierkach lub w lodach. Specyficzny, żywiczny smak (bo mastiha to żywica z drzew rosnących na wyspie Chios). Inny niż wszystko, co znacie.

Tradycyjny waniliowy krem – to taki grecki budyń waniliowy podawany z cynamonem. Pyszny, chociaż nie jest to żaden zaskakujący smak. Ale i tak warto spróbować. Tylko uwaga, bardzo słodki.

Frappe – czyli kawa na zimno, ulubiony napój Greków. Pamiętajcie tylko, żeby poprosić dużą porcję cukru, nawet jeśli normalnie nie słodzicie kawy. Zbyt gorzka frappe jest ciężka do przełknięcia.

Więcej na temat pysznych rzeczy znajdziecie w poście: 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży. Smacznego!

Na ile jechać na Santorini?

Według mnie kilka dni do tygodnia to jest maksimum, które warto poświęcić wyspie. W tym czasie zobaczycie wszystko co jest warte zobaczenia i jeszcze znajdziecie czas na plażowanie i spacerowanie promenadą. Oczywiście można wyspę objechać samochodem i w jeden dzień, ale co to za przyjemność 😉

Przeczytaj o naszym tygodniu na Santorini.

santorini piękne miejsca.jpg
Santorini, migawki

Kiedy jechać na Santorini?

My byłyśmy w połowie września a temperatury codziennie dochodziły do mniej więcej 30 stopni. Na wyspie prawie nie ma miejsc zacienionych, gdzie można się schować, zwłaszcza, gdy wybieramy się na zwiedzanie. Dlatego trzeba zabrać kapelusze i kosmetyki do opalania.

Wiosna na wyspie może być kapryśna, tak samo jesień czy zima (no i po sezonie może być też ciężej o kwaterę – część z nich zapewne się zamyka, to samo dotyczy sklepów). Miesiące letnie stanowczo za gorące (ponad 35 stopni to norma). Wydaje się więc, że wrzesień jest optymalny.

Zresztą sami oceńcie. Rocznie przyjeżdża tu około 5,5 mln turystów. Od kwietnia do końca października na Santorini trwa wysoki sezon a największe oblężenie trwa od czerwca do końca sierpnia.

Ważna informacja jest taka, że od 2019 roku Santorini chce wprowadzić limity dla turystów, dziennie będzie mogło przypływać tylko 8 tysięcy osób (czyli mniej więcej połowa mniej niż teraz).

santorini we wrześniu
Santorini we wrześniu

Czy warto jechać na Santorini?

Zdecydowanie tak. Nie na darmo białe miasteczka wyspy cieszą się mianem najpiękniejszych na świecie (a na pewno zachód słońca ma taką opinię!). Jednak nie jest to wyspa zielona, pełna palm czy gajów oliwnych i na to trzeba się przygotować. Rośliny, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach to czyjeś prywatne okazy, o które ludzie dbają. Bez regularnego podlewania nawet kaktusy ledwo tutaj żyją 😉

santorini rosliny.jpg
Pustynne Santorini

W każdym razie Santorini jest jedyne w swoim rodzaju, nawet w skali greckiej. Zdecydowanie warto zobaczyć 🙂

Poznaj 10 powodów dla których kochamy Grecję!

Natalia

 

Reklamy

Tydzień na Santorini

santorini z biurem podróży

Po rocznej wyprawie nadeszła pora, aby spędzić trochę czasu z rodziną. Dlatego razem z mamą i siostrą skorzystałyśmy z wygodnej formy urlopowania, jaką dają wczasy z biurem podróży i… wybrałyśmy się na Santorini 🙂

santorini urlop
Rodzinny wyjazd do Grecji

Jak jest na Santorini?

Pierwsze nasze wrażenia były mieszane. Podczas wysiadania z samolotu uderzyła nas ściana gorącego powietrza, czyli tak jak się spodziewałyśmy, ale za to wyspa widziana z okien autokaru była dość nieciekawa. Tylko piach, piach i brunatne kamienie.

Dotarło też do nas, że na Santorini nie uświadczymy palm, no chyba, że w przydomowych ogródkach, gajów oliwnych czy kaktusów. Pożółkłe aloesy i przyschnięte opuncje to był szczyt wyspiarskich możliwości w zakresie roślinności.

santorini teren.jpg
Szaro-bura ziemia na Santorini

Santorini, czyli pozostałości wulkanu

Dopiero spacer po tej wyspie uświadamia nam, że ma ona prawo wyglądać tak, jak wygląda. Nie tylko ze względu na prażące słońce, ale też dlatego, że jest pozostałością po wielkim wybuchu wulkanu, który miał miejsce 1600 r p.ne. Podobno była to największa katastrofa w rejonie Morza Śródziemnego tamtych czasów. A jej skutki były odczuwalne na całym świecie. Ostatecznie wyspa się rozpadła a wulkan zapadł się w siebie i zatopiło go morze.

Pamiątką po tym zdarzeniu jest kaldera – czyli właśnie zatopiony krater, którą okalają wystające ponad powierzchnię jej boczne fragmenty. I robi to naprawdę wielkie wrażenie.  Z morza wystają pumeksowe, czarno – bure ściany na których uroczo bielą się domki z niebieskimi dachami.

Z morza, z łódki, wygląda to najwspanialej.

santorini łódź
Santorini – rejs

Nea Kameni

A zatem jeśli o wulkanach mowa. Jedną z wysp otaczających kalderę jest właśnie Nea Kameni na której znajduje się Agios Georgios – aktywny wulkan.

Można tam dostać się łodzią z portu z Firze lub Athinios. Z tego co się dowiedziałyśmy, to taką wycieczkę trzeba zarezerwować przynajmniej z jednodniowym wyprzedzeniem. My wybrałyśmy opcję wyjazdu z miejscowości w której mieszkałyśmy – z Perissy. Autobus przyjechał po nas, zawiózł nas do portu a tam już czekała na nas łódź.

Spacer po Nea Kameni odbywa się z przewodnikiem i na „zwiedzanie” wyspy mamy mniej więcej godzinę. To wystarcza, żeby dość żwawym, ale nie spiesznym, krokiem wejść mniej więcej 300 metrów pod górę (ścieżka pnie się łagodnie), zrobić kilka przystanków na wysłuchanie przewodnika i zrobienie zdjęć oraz pokręcenie się chwilę na samym szczycie krateru.

A potem schodzimy, schodzimy! Do odpłynięcia łódki zostaje jakieś 15 minut. Ludzi jest sporo, szlak prowadzi po kamieniach – wyschniętej lawie 😉 Nie jest trudny, ale trzeba uważać i nie da się iść zbyt szybko. Jak zwykle w takich przypadkach z przewodnikiem, miejsce fajne tylko czasu brakuje.

Na Nea Kameni kamienie dymią, ziemia dymi, śmierdzi siarką, widoki wspaniałe. Takie wulkany to ja rozumiem 😉 Ale wyspa to tak naprawdę uśpiona bomba. W latach 60 wyspę zasypały popioły wulkaniczne a ostatnia aktywność miała miejsce w 2011 roku! Santorini zatrzęsło się od mini wstrząsów. Dla nas ta świadomość była niesamowita, dla mieszkańców trochę gorsza…

nea kameni
Nea Kameni

Thirasia

Podczas rejsu na wulkan nasza łódka zawinęła jeszcze na pobliską wyspę – Thirasię. Wyspa ta jest jedną wielką górą. Dosłownie. U jej stóp mamy mały port, pełen knajpek ze świeżymi, pysznymi owocami morza. Gotowe dania są wystawione w kamiennym piecu a ich składniki w przeszklonej lodówce. Można wybrać to, na co się ma ochotę a potem patrzeć, jak zostaje przyrządzone 🙂

Thirasia słynie jeszcze z tego, że na jej szczycie znajduje się miasteczko, opuszczone w sezonie. Ludzie stamtąd pracują na Santorini, więc za dnia w domach nie ma nikogo. Nie starczyło nam jednak zapału, żeby wejść na górę, wysoko po stromych schodach na szczyt.

thirasia santorini
Thirasia, po prawej stronie na dole widać szlak na szczyt góry

Fira i Firostefani – Imerovigli – Oia szlak pieszy, białe trójmiasto

Jednymi z „żelaznych” punktów do odwiedzenia na Santorini jest stolica – Fira oraz Oia, słynne miasteczko z białymi domkami. Tak naprawdę to na całej wyspie są tylko takie zabudowania ale  wygląda to przeuroczo. Jednak Fira i Oia zbudowane są na samym stoku wyspy, a Oia dodatkowo na jednym z jej koniuszków. Domek jeden nad drugim i błękitne kopuły kościołów robią oszałamiające wrażenie.

fira oia.jpg
W drodze na Oię

Z Firy prowadzi szlak pieszy, z dala od ulicy, aż do Oii. To 8 kilometrów, które początkowo wydają się łatwym spacerkiem, który zmienia się w wymagający trekking, wtedy kiedy, jest już za późno 😉 Z Firy do Imerovigli teren jest płaski, dobrze się idzie i niektórzy snują plany kolejnych wędrówek. Po dojściu na metę szybko się wycofują ze swoich zamiarów 😉

Wyzwanie zaczyna się, gdy opuszczamy ostatnie miasteczko i musimy pokonać góry. Szlak wiedzie kamienistymi i piaskowymi ścieżkami, w górę, czasem w dół. I to nie prawda, że w którąś ze stron jest łatwiej (jak usłyszeliśmy np. od naszej rezydentki). W każdą trzeba pokonać terenową ścieżką wzniesienia i w każdą czekają na nas zejścia.

Oia szlak pieszy
Szlak Fira – Oia

Zdecydowanie trzeba się zaopatrzyć w dobre buty, dużo picia i naprawdę się zastanowić, czy jesteśmy w przynajmniej poprawnej kondycji.

Jednak widoki ze szlaku są wspaniałe. Zawieszone nad morzem białe domki (Imerovigli nie na darmo nazywane jest „balkonem Santorini”), w oddali Oia, w zasięgu wzroku cała kaldera, którą wspaniale widać, wysepki które kiedyś tworzyły jedną wyspę i oba końce samego Santorini. Jest przepięknie.

Oia Santorini
W drodze do Oii

Oia – zachód słońca jak z obrazka

Kiedy docieramy do Oii jesteśmy wykończone ale zadowolone, że dałyśmy radę. Zresztą, jakie miałyśmy wyjście 😉 Snujemy się trochę wąskimi uliczkami miasteczka, zaglądając do kolorowych sklepów z różnymi pamiątkami i w menu pobliskich knajp, jednak ceny skutecznie nas zniechęcają do zakupienia tam czegokolwiek.

Oia
Oia, Santorini

Ostatecznie znajdujemy bramę z ławeczkami w cieniu (chyba jedyne w całej Oii) i kiedy nieco odpoczęłyśmy idziemy na basztę, która jest jednocześnie pozostałością po zamku i najlepszym punktem widokowym na słynny zachód słońca.

Miałyśmy szczęście, bo zajęłyśmy ostatnie siedzące miejsca (na murku) ze świetnym widokiem na zabudowę miasta. Pozostało nam więc czekać a ludzi zbierało się coraz więcej, w samym miasteczku też ustawiały się grupki turystów.

Słońce zaczęło w końcu zachodzić i rozpoczął się przepiękny spektakl świetlny. Najpierw woda zaczęła mienić się kolorami złota a następnie miasteczko przybrało wszystkie barwy zachodzącego słońca. Zapaliły się lampki i zrobiło się jeszcze piękniej.

Oia sunset
Oia, zachód słońca

Ale kiedy tylko słońce zaszło ruszyłyśmy sprintem na dworzec autobusowy, nastraszone wcześniej otrzymaną informacją, że z Oii po zachodzie słońca wracają autobusami tłumy turystów i można utknąć w mieście.

Może w sezonie tak, ale we wrześniu? Okazało się, że nikt się nie spieszył do powrotu. Ludzie spokojnie spacerowali uliczkami, na dworcu była niewielka kolejka. Co prawda rzeczywiście nie zmieściłyśmy się do pierwszego autobusu, który już stał, ale za to od razu podjechał kolejny, do którego spokojnie wsiadłyśmy.

Skaros Rock santorini
Skaros Rock, w stronę Oia

Fira – port

Aby zwiedzić Firę i port zarezerwowałyśmy sobie inny dzień niż ten ośmiokilometrowy spacer. Całe szczęście, bo stolica wraz z zejściem do portu kosztowały nas sporo czasu i trochę wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że postanowiłyśmy zejść o własnych siłach po około 600 stopniach. Po drodze można spotkać Greków ze stadkami osiołków, na których można zejść lub wejść na górę. Ale osiołki były tak biedne, że aż żal było na nie patrzeć, a co dopiero wsiąść. Stały bez wody, na pełnym słońcu. Cała trasa do portu jest w związku z tym ozdobiona oślimi kupami, a w miejscach, w których zwierzęta stoją, panuje nieznośny smród.

Zaś sam port jest bardzo rozczarowujący. Żadne tam klimatyczne miejsce. Ot parę bud, kilka knajp i jeden stragan z pamiątkami, a do tego opuszczone pozostałości po jakichś magazynach. Nic ciekawego.  Jeśli spacer – zejście po schodach nie stanowi dla Was atrakcji, to odpuście sobie to miejsce. Lepiej na nie popatrzeć z góry, dużo atrakcyjniej się prezentuje.

Fira Old Port
Fira, Stary Port

Z powrotem natomiast wjechałyśmy kolejką linową. Kolejka była na szczęście w dobrym stanie, wiatr nie wiał, więc wagoniki się nie kołysały za bardzo. I całe szczęście, bo wjechanie nią już samo w sobie było okropnym przeżyciem 😛

Mesa Vuono

Jednym z punktów na naszej marszrucie było zdobycie najwyższego szczytu na Santorini, 567 m npm. I wybrałam się tam tylko z siostrą. W samo upalne południe, ze zbyt małą ilością picia 😛 Ale dotarłyśmy!

widok na Santorini Mesa Vuono.jpg
Widok z drogi na szczyt

Szlak od strony Perissy, którędy wchodziłyśmy, jest górski, kamienisty i piaszczysty. Nie jest trudny, ale wysokość jest wystarczająca, żeby być mocno zmęczonym na górze. Tam zaś czeka na nas budka z piciem, lodami i jedzeniem 😉 oraz ruiny starożytnego miasta Thera. Ale nie miałyśmy ochoty tam wchodzić 😛

Za to schodząc nie mogłyśmy sobie odmówić zboczenia w inną górską ścieżkę, prowadzącą do małego, białego kościółka, na którego często patrzyłyśmy z dołu. Droga do niego jednak najpierw schodziła a potem, niespodziewanie, ostro wspinała się po kamiennych schodach w górę. A kościółek zamknięty! Usiadłyśmy pod nim wykończone, wytrząsając ostatnie krople picia. Ale najwyższy szczyt Santorini zdobyłyśmy i to z bonusem! 😉

Mesa Vuono santorini
Mesa Vuono, widok z góry, kościółek i panorama z trasy (z przypadkowym przechodniem)

Czas wolny i podsumowanie

Na Santorini spędziłyśmy tydzień. Jest to wystarczająca ilość czasu, aby dobrze poznać wyspę i zobaczyć wszystkie jej atrakcyjne zakątki. Na pewno łatwiej byłoby zwiedzać ją rowerem czy autem niż autobusem, ale z drugiej strony ruch jest duży, drogi są w kiepskim stanie i wąskie, a wielkich autobusów jest dużo. No i wszyscy muszą mieć kondycję na rower 😉

santorini urlop
Santorini rodzinnie

Nam nie udało się dotrzeć ostatecznie do Czerwonej Plaży i Akrotiri (zwanych santoryńskimi Pompejami), które są wymieniane jako jedne z atrakcji wyspy. Nie miałyśmy już siły po prawie całym tygodniu codziennych długich wycieczek. Wolałyśmy spędzić ten czas na spacerach po Perissie – wzdłuż promenady i na kąpielach w morzu (zimnym!). 🙂

Na Santorini.jpg

A o aspekcie praktycznym; jak dotrzeć na wyspę, jak się po niej poruszać, gdzie jest taniej a gdzie drożej, przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

 

Natalia

Wady i zalety podróżowania, cz. II Zalety

Po negatywnej dawce tego, co nie jest fajne, którą mogliście przeczytać w poście o minusach podróżowania, powiemy Wam, dlaczego, mimo wszystko dołączyliśmy do grona podróżników 🙂

Jakie zalety miała nasza roczna podróż?

1.Brak terminu powrotu. Chociaż musieliśmy liczyć się z czasem w różnych sytuacjach, to jednak najlepsze było to, że nie musieliśmy odliczać dni do powrotu, do końca urlopu. Dzięki temu mogliśmy gdzieś zostać tyle, ile nam się podobało (czy raczej na ile nas było stać 😉 ) i nie martwić się o to, że jeszcze mamy do zrobienia 1000 kilometrów i tylko tydzień wolnego.

2. Taka podróż sprawia, że spędzasz dużo więcej czasu na oglądaniu świata niż podczas urlopu. Możesz chłonąć piękne widoki, cieszyć się tym co dookoła i nie martwić się, że za tydzień wrócisz do domu. Bo za tydzień będziesz oglądać inne wspaniałe miejscadlaczego warto podróżować3. Próbowanie lokalnych przysmaków. To chyba jedna z największych zalet jakichkolwiek podróży. Możesz próbować nowych smaków i nowych potraw. Pod warunkiem, że jest czego próbować 😛 Zobacz wpis o najlepszych smakołykach, jakie jedliśmy w pierwszej części podróży

wyprawa przysmaki swiata
Na zdjęciu: przysmaki kosowskie, greckie, norweskie i niemieckie

4.Owoce z drzew. To prawdziwa frajda, móc sobie przystanąć przy drzewku, albo czasem i całym sadzie, i narwać fajnych owoców. Mamy już na koncie między innymi figi, mandarynki, grejpfruty, granaty, banany, migdały 🙂

5.Forma i zdrowie! 🙂 Rowerowa wyprawa ma to do siebie, że chcąc nie chcąc dbasz o zdrowie, nawet, jeśli jadasz dziwne, niezbyt zdrowe rzeczy. Chudniesz, w brzuchu lekko, nogi i pośladki się rzeźbią, a do tego opalasz skórę (no, chyba, że jesteś w Chorwacji i akurat trwa niepogoda :P). To jest super sprawa.

6. Minimalizm. To zarówno zaleta jak i wada. Okazuje się, że spokojnie możesz przeżyć z dwoma rodzajami koszulek na każdy rodzaj pogody, jedną parą spodni „na miasto”, z trzema parami butów (sandały, kryte, klapki) czy absolutnie minimalną ilością kosmetyków. Co więcej, niektórzy po takiej przygodzie opróżniają swoje szafy w domach.

No jasne, że się da i że można tak żyć, ale co to za życie! 🙂 Po powrocie nie mogę się nacieszyć swoją szafą i ilością kosmetyków, a w marcu, podczas krótkiego pobytu w domu pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam na zakupy ciuchowe :p

7. Dowiadujesz się wiele o sobie. Wiesz, że poradzisz sobie w różnych sytuacjach, ale też dowiadujesz się czego oczekujesz od życia i gdzie jest Twoje miejsce. Czy jesteś typem podróżnika, który bardziej sobie ceni przygody niż wygody, czy jednak odwrotnie. Podróż weryfikuje też Twoje plany na przyszłość (np. czy na pewno chcesz mieszkać za granicą i czy w Polsce jest tak źle, jak sądzisz), oraz to jaki naprawdę jesteś (np. że marudzenie to nieodłączna strona Twojej natury 😉 )

wyprawa dookoła swiata.jpg

8. Dowiadujesz się wiele o swoich znajomych. I okazuje się, czy masz w ich gronie ludzi na których możesz liczyć, tak jak przypuszczałeś, czy może jednak nie. Oraz czy są osoby życzliwie nastawione do Ciebie, a wcale ich o to nie podejrzewałeś 🙂

9. Cieszysz się z małych rzeczy. Kiedy człowiek za bardzo zapada się w tę wygodną strefę komfortu, to czasem nie dostrzega małych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie jest dobre. Taka podróż doskonale uwrażliwia na drobnostki. Na przykład jaka to radość jeść słony chleb 😉

Tak, nawet sobie nie zdajmy z tego sprawy, ale gdy we Włoszech natrafisz niechcący na ten niesolony to będziesz wiedzieć, o co chodzi 😉 Nie wspominając już o takich oczywistościach jak ciepła, bezpłatna, bez limitu czasowego woda pod prysznicem z dobrym ciśnieniem 😉

10. Ludzie są dobrzy. Oczywiście nie należy tutaj popadać w skrajności i przestać być ostrożnym lub koniecznie odwiedzać kraje ogarnięte wojną. Ale warto mieć świadomość, że prosząc o pomoc właściwie zawsze ją otrzymasz. A są też takie miejsca, że nie trzeba o nic prosić. Ludzie po prostu chcą pomagać. I to sprawia, że Twoje spojrzenie na świat staje się trochę inne. Bardziej pozytywne 🙂

11. Uczysz się nowych rzeczy. Języka lub tego, że nie ma się czego bać nawet jeśli tego języka nie znasz zbyt dobrze. Uczysz się dobrego planowania (ogólnie rzecz biorąc logistyka wyprawy tego wymaga), uczysz się szybko oceniać, co jest warte wydania pieniędzy a co nie i zwracasz na to uwagę, uczysz się nowych kultur i nowego spojrzenia na świat 🙂

12. Spełniasz swoje marzenie. A co jest cenniejsze od realizacji planów, celów i marzeń? 🙂

wyprawa po europie.jpg
Korfu, Norwegia, Grecja, Włochy… 🙂

Natalia i Mikołaj

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Norweskie ciekawostki czyli co jeszcze zaobserwowaliśmy

Norwegia trolle

Macie już wyrobione zdanie o Norwegii po przeczytaniu pierwszej części norweskich ciekawostek? Myślicie, że Norwegia to kraj mlekiem, miodem i śniegiem płynący? W tym wpisie dorzucamy Wam garść nowych faktów, które były naszą rzeczywistością przez jakiś miesiąc. Przekonajcie się, czego jeszcze nie wiecie 🙂

Ekologia? Owszem. Ale chyba nie do końca.

Prawie wszystkie warzywa pakowane są w pojedyncze torebki plastikowe. Papryka czy korzeń pietruszki, albo seler. Każde jest w osobnej zgrzewanej foliówce. Niby takie eko podejście do wszystkiego a z drugiej strony mnożenie śmieci. I wcale nie chodzi o to, żeby te produkty były czyste, bo powiedzmy paprykę je się na surowo (może selera w Norwegii też 😉 ), ale jabłka przecież też. A jabłka już nie są foliowane. Dziwne.

Torebki foliowe są za darmo. Będąc w poprzednich krajach mieliśmy takie poczucie, że torebki foliowe są cenne, bo w Skandynawii nie będzie tak łatwo je pozyskać. Bo przecież tu jest EKO. Już we Włoszech stały się płatne (zresztą w Polsce też). Okazuje się jednak, że w każdym jednym sklepie torebek foliowych, zwłaszcza takich na warzywa, jest pełno i są całkowicie za darmo. Można więc wszystko pakować w foliówki i jeszcze zabrać na zapas.

Trzeba jednak powiedzieć, że mimo iż mogłoby to się skończyć produkcją „przydrożnych śmieci” to tak się nie dzieje. W Norwegii jest bardzo czysto. Jest dużo koszy na śmieci, ale też chyba i mieszkańcy i turyści (o ile to możliwe) dbają o porządek. I prawdopodobnie są też sprawne służby czyszczące.

Norwegia widoki
A oto, jak czysto jest w Norwegii

Norwegowie są bardzo ufni. O ile tak to można nazwać. Ale były przynajmniej dwie sytuacje, które nas miło zaskoczyły. Pierwsza z nich dotyczyła pozostawionego przez nas towaru w sklepie.

Kupiliśmy jajka, zapłaciliśmy za nie, ale zapomnieliśmy je spakować z resztą zakupów. Na szczęście następnego dnia byliśmy w tym samym miejscu, więc gdy się zorientowaliśmy to spróbowaliśmy odzyskać nasz zakup. No i się udało, bez problemu wydali nam te same jajka. Bez sprawdzania, bez wypytywania. Pewnie kojarzyli, że zostały na taśmie, ale i tak to było fajne.

A druga sytuacja dotyczyła płatności za parking. Zatrzymując samochód (o tym dlaczego mieliśmy auto oraz kolejny przykład norweskiego zaufania w kolejnym odcinku 😉 ) na parkingu, musieliśmy w maszynie kupić bilet, ale okazało się, że maszyna pobiera pieniądze, ale nie wydaje żadnego paragonu. Zgłosiliśmy to na recepcji, a tam powiedzieli nam, że skoro zapłaciliśmy to w porządku. I tyle, żadnego potwierdzenia ani niczego nie dostaliśmy. Po prostu uwierzyli na słowo.

Wracając jeszcze do zakupów. W krajach UE wszystkie produkty powinny mieć podany dokładny skład na etykiecie. Z podanym procentowym udziałem każdego ze składników. Natomiast w Norwegii składy na produktach są często traktowane po „macoszemu”. Procentowy udział składnika w produkcie podawany jest najczęściej (o ile w ogóle jest) w przypadku najważniejszego z nich (np. ile jest ryby w rybnych plackach). Rzadko kiedy więcej informacji.

Opakowania też mają często słabe oznaczenie co do ich masy. Trzeba się naszukać, żeby znaleźć tę informację.

Ekoprodukty w sklepach są często tańsze niż „zwykłe”. W innych krajach na ogół jest odwrotnie.

Norwegia cuda natury
Nie mamy zdjęć produktów, więc są widoczki

Ale są też produkty zdecydowanie nie-eko. Dotyczy to zwłaszcza serów. Trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić seropodobnego produktu, który wygląda jak ser ale w składzie nie ma nic z nim wspólnego. Jest za to o wiele tańszy. O mały włos, a byśmy kupili takie coś.

Na tabliczkach z nazwami miejscowości często widnieją informacje, co się w nich znajduje. Kemping, kawiarnia, hotel, domki do wynajęcia. To przeważnie są dokładnie te rzeczy, których potrzebujesz 😉

Wszyscy mówią po angielsku i prawie każdy świetnie 🙂

Internet w Norwegii jest super! Praktycznie wszędzie jest dobry zasięg komórkowy i wszędzie jest komórkowy Internet LTE. Na samych kempingach czy noclegach różnie z tym bywa ale i tak przeważnie jest dużo lepiej niż bywało w innych krajach. Jest też sporo otwartych sieci, zwłaszcza dla klientów sklepów.

Prawie cała Norwegia jest drewniana. Początkowo sądziliśmy, że te domy nie mogą być całoroczne, ale raczej jednak są. Przywilej 😉 budowania się w cegle mają właściwie tylko większe miasta a w tych mniejszych murowane są w zasadzie tylko takie obiekty jak sklepy (niekiedy), szkoły (czasem) czy urzędy (zazwyczaj). Zimą chyba musi być w takim drewnianym domu pieruńsko zimno. A podobno Norwegowie nawet przy siarczystych mrozach śpią z  otwartym oknem w sypialni 😉 Jadąc przez ten kraj widzieliśmy stosy drewienek poukładane przy domach, czekające na zimę.

norwegia zabudowa
Przykłady norweskiej zabudowy

W Norwegii chyba każda atrakcja jest za darmo. Płatne są czasem parkingi (jak pod Trolltungą czy lodowcem Briksdalbreen) ale wejście na szlak, czy „wyglądaczki”, aby obejrzeć coś z bliska lub z panoramy są bezpłatne. Ale trzeba też zaznaczyć, że w Norwegii w zasadzie cały kraj jest jedną wielką atrakcją. Może więc dobrze, że nie pobierają opłaty za przekroczenie granic 😉

norwegia atrakcje.jpg
Od lewej: Lodowiec, wodospad z lodowca, widok na Geiranger Fiord, widok na drogę Drabina Trolli i widok na Drogę Atlantycką

W Norwegii wybór produktów spożywczych jest niewielki – to już pisaliśmy (Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach), ale żeby Wam to przybliżyć, to powiemy, że na przykład: są tylko dwie marki dostarczające mleko do sklepów. Niby mleko to mleko, a jednak mleko marki Tine jest jakby chudsze, mimo, że procentowo zawiera teoretycznie odpowiednią ilość tłuszczu. To samo dotyczy np. jogurtów, mamy tylko trzy czy cztery smaki do wyboru i dwie marki. Trochę lepiej sprawa ma się w przypadku serów i wędlin, ale wszystko jest tak drogie i raczej kiepskie w smaku (nie próbowaliśmy co prawda każdej rzeczy, ale udało nam się czasem kupić w promocji coś innego niż najtańszy produkt First Price’a 😛 ) że nie ma większej różnicy.

Ale mają coś, za czym będziemy tęsknić. Są to flintsteki, czyli kawałek wieprzowego mięsa (szynka) z grubym kawałkiem skóry (co brzmi dość okropnie, ale wygląda normalnie) w trochę dziwnej w smaku tutejszej marynacie, lekko kwaśnej. Smakuje przepysznie.

Śnieg i lodowce nawet w środku lata to w Norwegii nic dziwnego. Na 1000 metrach nad poziomem morza można być tuż obok czap śniegu a lodowiec mieć małe kilka kilometrów od szosy. A spod zalegającego lodu i śniegu wypływają strumienie wodospadów. Widoki są niesamowite i niewiarygodnie piękne 🙂

norwegia lodowce.jpg
Śnieg i lodowce w Norwegii

Norwegowie uwielbiają wieszać poroża łosi i reniferów nad drzwiami domów. Czasem są to same rogi, czasem z czaszką. Wygląda to niesamowicie (chociaż M. uważa, że to raczej przygnębiające) i nadaje klimat 🙂

Nie, renifera i łosia nie można spotkać tak po prostu. Jednak na północy Szwecji renifery są jak.. gołębie w mieście 😀 no dobra, może nie aż tak bardzo, ale jednego dnia zobaczyliśmy chyba z kilkadziesiąt sztuk.

Renifery chodzą sobie beztrosko po lesie, wychodząc niespiesznym krokiem, lub w radosnych podskokach (te młodsze) na szosę. Jadąc więc przez lasy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Zaskoczyło nas, jak niskie są te zwierzęta. Ale jednocześnie są bardzo zgrabne, mają wielkie oczy i wyglądają przesłodko 😀

Jest też mnóstwo owiec i kóz, które radośnie drepczą po drogach 🙂

renifery w szwecji.jpg
Reniferze rodzinki

Norwegia rozkochała nas w sobie swoimi obłędnymi widokami, ale sam kraj nie sprawił, żebyśmy mieli do niego sentyment ze względu na atmosferę, ludzi czy jedzenie.  Jednak to, ile wspaniałych miejsc tu widzieliśmy, powoduje, że podróżnicza poprzeczka względem atrakcyjności jest podniesiona baaardzo wysoko 🙂

Natalia i Mikołaj

 

Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach

Norwegia co jeść

Norwegia, ze względu na pewne odizolowanie kulturowe od reszty Europy musiała wykształcić swoją kuchnię i swoje smaki. Tylko dlaczego! Dlaczego w tym kierunku?!

W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o doświadczeniach z kuchnią norweską 😉

Słodko słony ser czyli brunost. Kupiliśmy go bo był najtańszy 😛 ale nie żeby tani 😉 To było na samym początku pobytu w Norwegii i jeszcze nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po tutejszych produktach. Ser był brązowy więc mieliśmy nadzieję, że jest wędzony. O my naiwni.

Okazało się, że jest słodko – słony. Koloru karmelu więc i o smaku karmelowym (lub krówkowym – dla lepszego wyobrażenia), tylko że słonawy o posmaku koziego sera (bo i jest z koziego mleka wyrabiany).

Początkowo próbowaliśmy go jeść „wytrawnie”, jak to ser, ale nie dało się. Natomiast nieźle się komponował ze słodkim chlebem w stylu żulika, który jeszcze mieliśmy ze Szwecji, a później z chrupkim pieczywem. Do tego dżem i oto jest. Pyszna kanapeczka, która nie wiadomo, czy ma służyć za deser, czy za słoną potrawę 😛 Jeździ ten brunost z nami już jakieś dwa tygodnie…(nie popsuł się!) nie ma na niego chętnych a żal wywalić. Zwłaszcza, że ostatecznie nie jest taki okropny, jak mogłoby się wydawać 😛

Brunost norwegia
Brunost z dżemem

Chleb. Chleb norweski nie należy do najpyszniejszych. Ani do najtańszych 😛 W najlepszym razie jest niezły. Prawie zawsze można natrafić na chleb w typie angielki (nazywa się loff), lub grahama (wygląda mało apetycznie) w cenie około 7 koron, czyli jakieś 3,50 zł.

Nie jest słodki ani niesłony, wypiekany jest przez lokalną piekarnię no i oczywiście.. jest marki First Price 😛 ewentualnie Coop Extra, marki własnej sieci Coop. Na zakupy jednak należy wybrać się do południa, później może go już nie być. I będziemy skazani na wcale nie lepszy ale za to duuużo droższy wypiek 😛 20 zł jeśli dobrze pójdzie 😉

norwegia chleb
Norweski chlebek

Dziwne napoje. Na pewno zwróciliście uwagę, że temat napojów pojawia się w naszych wpisach bardzo często. To dlatego, że to bardzo ważna część naszego prowiantu. Kupujemy picia dużo i często, zwłaszcza, gdy żar się leje z nieba. W Norwegii jednak wybór jest dość ograniczony, zwłaszcza, jeśli nie chcemy wydać na jedną butelkę napoju 15 – 20 złotych.

Ostatecznie naszym faworytem został sok pomarańczowy (2 litry za 13 koron, czyli jakieś 6,50 zł) oraz… cola 😛 tak, mają tutaj świetną podróbkę Coca – Coli, praktycznie nie do odróżnienia z oryginałem. Tak nam się wydaje, bo oryginału dawno już nie piliśmy 😛

A także napój, który ma być niby owocowy, ale smakuje jak… hm. Trochę jak napój energetyczny. Z owocami w każdym razie nie ma nic wspólnego.

No i wody smakowe. Są gazowane, jakimś cudem niesłodzone, ale za to mają lekki posmak owocu. Nam najbardziej pasuje wersja z granatem.

Napoje w Norwegii
Woda smakowa Boble

First Price – norweska marka produkująca wiele artykułów, które są co najmniej dwa razy tańsze od „markowych”. Opakowania „Firts price’ów” są brzydkie, nie przyciągają wzroku a nawet kojarzą się z latami 80. Jednak ich cena, tak drastycznie niższa, sprawia, że cieszą się zainteresowaniem naszym i wszystkich turystów 😛

To, co jednak jest najlepsze, poza ceną, to jakość tych produktów. Czasami zdarzało nam się kupić tę samą rzecz „markową” (np. żółty ser, norweskie naleśniki) i First Price w niczym nie ustępował tej droższej. No, może naleśniki były bardziej suche niż „oryginalne”. Ale za połowę ceny można się było z tym pogodzić.

Z First Price’a kupimy więc między innymi: chleb, banany, sosy do makaronów, sos tacos, rybne placki, kotlety, colę, napój pomarańczowy (w smaku dokładnie jak Fanta), soki pomarańczowy i jabłkowy, tortille, naleśniki.

Norwegia zakupy
Przykładowe opakowania First Price

Lompery – skoro już o naleśnikach mowa. Lompery to właśnie ich norweski odpowiednik. Zrobione są z mąki ziemniaczanej. Lekko wilgotne, można je jeść na słodko lub słono. Całkiem dobre.

Lulki z Klemem czyli nasz norweski słodycz 😉 Tortille (początkowo lompery, ale tortille lepiej znoszą zwijanie i są tańsze a smakiem niewiele gorsze) smarujemy czekoladą ze słoiczka, na to lejemy trochę dżemu (który w Norwegii nazywa się Klem :P) i oto jest! 😀 Deser mistrzów 😉

Norwegia co jeść
Czekolada z dżemem, mniam

Surowe warzywa i owoce o nich można w zasadzie w Norwegii zapomnieć. Są bardzo drogie. Czasem jednak uda nam się kupić jakąś paprykę (20 zł za kilogram), czasem pół arbuza (8 zł za kilogram), czasem pomidora (8 zł za dwa), a czasem mieszankę surówkową w torebce za 10 zł.  Czasem zaszalejemy i kupimy ogórka – 10 zł… Staramy się dbać o tę kwestię i nie zaniedbywać warzyw i owoców w naszej diecie, ale nie jest łatwo 😉

Mamy też naszą tajną broń; ziarenka czarnuszki, wierzymy, że ratuje nas przed kompletną awitaminozą 😉

Ziemniaki surowe są również bardzo drogie (10 zł za kilogram). Czasem kupimy kilka, żeby je ugotować do obiadu. Kiedyś jednak chcieliśmy zaszaleć. Kupić coś fajnego. Znaleźliśmy dwa duże ziemniaki zapakowane w folię aluminiową i opakowane w pudełeczko. Na nim rysunek nadzianych ziemniaczków z boczkiem, serem, warzywami. No pyszności! Wzięliśmy więc je, żeby mieć fajny obiad ale dopiero tuż przed otwarciem ich i włożeniem do piekarnika M. przeczytał, że należy je piec 2 godziny. 2 godziny? Dla już gotowych ziemniaków? Otworzył więc je a jego oczom… ukazały się surowe pyrki w dodatku już puszczające korzonki! Daliśmy 10 złotych za dwa ziemniaki 😛 ugotowaliśmy więc je i nie, wcale nie były smaczne 😛

Parówki które tutaj noszą nazwę pølse. Skład w najlepszym razie to 50% mięsa. Biedni Norwegowie, podobno uwielbiają swoje polsenki a nie wiedzą, że prawdziwe parówki są sto razy smaczniejsze. Aczkolwiek N. nawet posmakowały te norweskie kiełbaski. M. ich nie może znieść, są dla niego za słone.

Żółty ser za pierwszym razem kupiliśmy go (jakżeby inaczej 😉 ) z First Price. Był jednak bez smaku. Po prostu plastry bez smaku. Myśleliśmy, że to kwestia tej taniej marki. Później jednak mieliśmy  okazję kupić okazyjnie „firmowy” ser, który również był bez smaku. No, może z lekką nutą „mleczności”. Dopiero drogi żółty ser jakoś smakował. Co prawda ledwo wyczuwalnie, ale zawsze to jakiś smak 😛 Na szczęście był przeceniony i to bardzo mocno (5 zł za 180 gramów), więc jego wątpliwe walory nie były tak bolesne 😛

Fiskekakery czyli coś w rodzaju rybnych placków albo raczej rybnych parówek w kształcie placków 😛 Są całkiem dobre i smaczne. A do tego niedrogie jak na Norwegię.

Fiskekaker
Fiskekakery w akcji

Rybne przetwory. Generalnie w Norwegii jest dość dużo rybnych produktów. Wspomniane wyżej fiskekaker, rybny pudding, rybne kulki (coś w rodzaju klusek, całkiem dobre), coś co wygląda jak babka tylko z masy rybnej. A do tego oczywiście wędzony łosoś czy kawałki łososia do smażenia, ale łosoś jest tak drogi, że omijamy stoisko z nim szerokim łukiem.

Mięso z renifera i łosia, a głównie kiełbasy, są popularne ale i bardzo drogie a w smaku przypominają po prostu dziczyznę. Wiemy, bo załapaliśmy się na darmową degustację 😀

Wszystko jest słodkie i niestety chyba nie ma na to sposobu. Prawie każdy produkt potrzebuje odrobiny cukru w składzie, ale staramy się zwracać uwagę, aby nie był chociaż na jednym z pierwszych miejsc. Inaczej możecie naciąć się na coś co jest słodkie, a nie powinno być (tak jak my z musztardą :P)

Mały wybór produktów – właściwie w każdym sklepie jest to samo. Różnią się na ogół tylko cenami, asortymentem w bardzo niewielkim stopniu. Zawsze jesteśmy w stanie coś sobie wybrać na obiad, zwłaszcza, kiedy już wiemy, czego się spodziewać. Początkowo spędzaliśmy w sklepie bardzo dużo czasu, chodząc między półkami i szukając czegoś, co by nas interesowało i nie zwalało z nóg ceną. W każdym razie wybór produktów jest ostatecznie dość niewielki.

co jeść w norwegii
U góry dwa obiadki (po lewej kulki rybne z frytkami i czerwoną kapustą), na dole drugie śniadanie w trasie

Mrożone pizze – chyba, że chcecie kupić mrożoną pizzę 😛 Norwegowie je uwielbiają i w sklepach jest zawsze spory wybór tych smakołyków 😉 Spróbowaliśmy i my. Chociaż do włoskiej pizzy się nie umywa (ach jak tęsknimy!) to była całkiem smaczna. Lepsza niż się spodziewaliśmy.

Przeceny Trzeba jednak przyznać, że przeceny w Norwegii bywają naprawdę atrakcyjne. Przeważnie 50% lub 40% obniżki sprawiają, że można nabyć sporo fajnych artykułów (a ich data kończy się dopiero nawet i za kilka dni). Dzięki temu kupiliśmy już między innymi: ser, mleko, jogurty, pyszne mięso w marynacie, naleśniki 😛

Trzeba jednak pamiętać, że nawet po 50% przecenie dany towar jest z reguły sporo (czasem i dwukrotnie!) droższy niźli byłby bez przeceny w Polsce. Ot, takie uroki kraju fiordów…

słodycze skandynawia
Cukierki na wagę

Po spędzeniu trochę czasu w Norwegii udaje nam się już nieźle lawirować pomiędzy tutejszymi półkami sklepowymi i dobrze zaopatrzyć nasz koszyk zakupowy. Czasem kupimy sobie kawałek arbuza, czasem chipsy albo frytki 😀 czasem paczkę nektarynek, jajka czy słoiczek oliwek, mamy też w naszej spiżarni ketchup, majonez i musztardę. Kiedy już człowiek pogodzi się z norweską rzeczywistością, trochę łatwiej jest znieść te szalone ceny. Jednak tutejsze specjały raczej nie będą należały do tych za którymi tęsknimy, opuszczając dany kraj.

Mimo wszystko żywimy się naprawdę nieźle. Jako potwierdzenie możemy dodać, że na razie zjedliśmy tylko dwie zupki chińskie z naszego zapasu przeznaczonego na Skandynawię 😛 I to tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni a prawdziwy obiad (składający się z pieczeni! :P) zjedliśmy później 😉

Ale szczerze mówiąc Norwegia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie warto przywieźć ze sobą własne jedzenie 😉

Przeczytaj też wpis o 20 najlepszych potrawach jakie jedliśmy na wyprawie!

Natalia i Mikołaj

 

 

 

 

 

Norwegia – pierwsze wrażenia w 12 punktach

Norwegia jest ostatnim krajem na naszej aktualnej trasie. Ostrzyliśmy sobie na nią zęby, chociaż nie raz mieliśmy ochotę odpuścić (zwłaszcza N.). Czy jednak było warto, prawie po roku, dotrzeć aż tu? Na tę północ Europy?

Pierwsze wrażenia wskazują na to, że zdecydowanie tak. Oto, co możemy powiedzieć po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych w tym Skandynawskim Kraju Trolli.

Norwegia rowerem

1. Piękna pogoda. Podczas, gdy Polskę zalewały dzień w dzień strugi deszczu, w Norwegii słońce grzało z siłą 30 stopni. Czasem upał był aż nie do wytrzymania. Nawet, w pewnym momencie, powietrze przestało być chłodne.

Ale to oczywiście jakaś anomalia, sami Norwedzy są zaskoczeni tegorocznym latem. Zdarzyło nam się, że pogoda się nagle załamała i zlał nas deszcz (a wiatr chciał wywrócić), chmurzyło się i ogólnie ochłodziło, ale póki co można to potraktować jako wypadek przy pracy. Oby tak dalej, bo wystarczyła chwila gorszej pogody, by zdać sobie sprawę, że dwóch miesięcy przy takiej aurze nie znieślibyśmy (zwłaszcza N.)

Nnorwegia piękne miejsca

2. Przecudownie niesamowite widoki. A to dopiero początek. Przed nami dopiero najpiękniejsze miejsca – fiordy, a my już jesteśmy zachwyceni norweską przyrodą. Okoliczności są w zasadzie nie do opisania. Wysokie góry, skały, lasy, jeziora, rzeki, wodospady (tylu wodospadów ile tu widujemy jednego dnia nie widzieliśmy chyba przez całe życie),  płaskowyże, morze. Przepięknie jest. Właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli wyjść z zachwytu nad norweską przyrodą. W innych krajach, w których byliśmy, nie ma tak bardzo nagromadzonego piękna.

Norwgia co zobaczyć

3. Kiepskie jedzenie. Jedzeniu poświęcimy osobny wpis. Koniecznie 😛 ale a tę chwilę możemy Wam już zdradzić, że kuchnia norweska nie zostanie naszą ulubioną. To co w innych krajach jest słodkie tu jest słone, a to co powinno być słone – jest słodkie 😉

4. Kosmiczne ceny. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo. Ale nie aż tak! Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy przyprawił nas prawie o łzy. Co więcej – później się okazało, że to i tak najtańszy sklep w Norwegii i całkiem dobrze wyposażony (sieć Kiwi). Jest mniej więcej 10 razy drożej niż Polsce. Przykładowo chleb, jeśli akurat nie mamy pod ręką sklepu Kiwi i najtańszego chleba za 3,5 zł (w typie angielki) to możemy być skazani na bochenek o wartości od 20 do 30 zł.

Noclegi pod dachem kosztują jakieś 200 zł, no chyba, że trafi się jakaś wyjątkowa okazja (na razie trafiła się raz w Oslo i raz na kempingu, gdzie wzięliśmy chatkę za 350 NOK).

5. Kempingi. Wygląda na to, że standardem na kempingu jest kuchnia wyposażona przynajmniej w palnik elektryczny, na którym można sobie zagrzać jedzenie albo wodę. Często jest też lodówka, co dla nas bywa wybawieniem (a zwłaszcza dla naszego podgotowanego upalnym, norweskim słońcem, jedzenia). Czasem jednak palniki czy piekarnik są dodatkowo płatne. Czasem też zdarza się, że nie ma WiFi.

Za to prysznice prawie zawsze są płatne. Z reguły jest to 10 – 20 koron za 5 minut, czyli jakieś 5 – 10 zł.

Same kempingi kosztują około 100 zł. Za namiot i dwie osoby.

kamping w norwegii
Po lewej kamping w kotlinie, po środku hytta (domek kampingowy) i po lewej część jej wnętrza

6. Norwegowie. Podobno normalnym jest, że Norweg przejdzie koło swojego znajomego na ulicy i nie powie mu nawet „cześć”. Ciężko powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest, ale na kempingach można zaobserwować, że ludzie dużo rzadziej się ze sobą witają, niż w południowej części Europy. Po prostu, wchodząc na przykład do toalety, słowem się nie odezwą. Ale, z drugiej strony, słychać też „hej, hej” (czyli norweskie „cześć” :D) więc nie jest tak, że wszyscy są mrukliwymi gburami. No, chyba, że to obcokrajowcy się witają 😀

Podobno też Norwegowie unikają trudnych sytuacji, trudnych rozmów i w ogóle wolą święty spokój. Trochę by to potwierdzało pewne zachowanie, które zaobserwowaliśmy. Pod sklepem, gdy zajęliśmy rowerami miejsce przy krawężniku (i przy latarni, żeby się przypiąć), więc staliśmy minimalnie na miejscu dla samochodów, nikt tam nie zaparkował. W innych krajach nie mają z tym problemu, nawet podjeżdżają za blisko, a tutaj nie. Widzieli nas i chociaż swobodnie by wjechali, to woleli pojechać miejsce dalej. To było interesujące. I miłe.

Z drugiej strony czasem nas ktoś zagadnie i chce z nami pogadać, co więcej, czasem mam wrażenie, że nie do końca czują, że akurat przeszkadzają, bo my właśnie ruszamy, albo rozmawiamy między sobą 😉

7. Kierowcy. Wcale nie jeżdżą tak idealnie, jak można by się tego spodziewać.  Nie jest też źle, ale zdarza się, że wyprzedzają stanowczo za blisko. I to by miało pokrycie w tym, co czytałam, że Norwegowie źle jeżdżą.

8. Tunele. Norwegia to kraj tuneli. N. ich nie cierpi i boi się, ten huk przejeżdżających i nadjeżdżających aut jest przerażający. Na szczęście często dla rowerów są objazdy. I to nie biegnące gdzieś dziesiątki metrów wyżej, tylko po płaskim terenie, starą drogą, przy tunelu. Czasem wiodącą przez stare, nieużywane tunele. Tak, to można jeździć 🙂

9. Owce. W Norwegii owce mają takie psie pyszczki 😉 Wyglądają bardzo przytulaśnie, ale one od tulenia wolą… lizać samochody! 😀 właściwie to nie wiemy, co te owce dokładnie robią, ale uwielbiają zbierać się w skupiska przy zaparkowanych autach i .. wsadzać pyszczki w okolice kół. Skubią opony, liżą je… ciężko stwierdzić 😉 ale widok jest interesujący  😛

Norwegia owce

10. Wolnostojące ławeczki i toalety. Bardzo dużo jest miejsc „pikniowych”, gdzie można usiąść przy stoliku i zjeść drugie śniadanie z jakimś zapierającym dech widokiem 🙂 A do tego jest bardzo duża szansa, że gdzieś w pobliżu czeka już na nas toaleta. Nie toi toi, tylko chatka z kibelkiem i spłuczką, papierem toaletowy oraz umywalką i mydłem. Czasem z żelem antybakteryjnym.

Norwegia na dziko
Po prawej – toaleta, po lewej ławeczki dla strudzonych

11. Domki norweskie. Jadąc przez Norwegię często obserwowaliśmy, że dachy domów pokryte są trawą (!) a same domy często budowane są z węższym dołem i szerszą górą. Czasami stoją na kamieniach (nie na fundamentach) albo schody są dostawione z ułożonych na kupkę kamieni. Czad 😉

Trawa na dachach ma służyć termoizolacji (i rzeczywiście, gdy w upalny dzień weszliśmy do czarnego (!) domku z taką trawą na dachu, było w nim odczuwalnie chłodniej. Natomiast o tym drugim typie domów jeszcze nie znalazłam jeszcze informacji.

norweskie domki
Domku z trawą i na chudych „nóżkach”
  1. Stavkirke czyli klepkowe kościoły, które są tak popularne w Skandynawii. Póki co nie widzieliśmy jeszcze takiego, który by zrobił na nas wrażenie. Te, które mieliśmy na drodze nie wyglądały według nas szczególnie interesująco i nie wiemy, czemu budziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Chcieliśmy jednak wejść do jednego, żeby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Wejście jednak kosztowało 50 NOK, czyli 25 zł. Więc podziękowaliśmy. A przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo wnętrze kościoła było oddzielone od szyb drewnianymi ścianami :O

stavkirke norwegia.jpg
Kościoły klepkowe w Norwegii

Na razie Norwegia codziennie nas czymś zaskakuje i oszałamia widokami 🙂 Póki co, przemierzamy ją dalej 🙂

Przypomnij sobie inny kraj Skandynawski – Szwecję!  Albo Danię 🙂

Natalia i Mikołaj

Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Po Szwecji spodziewaliśmy się górzystego terenu, złej pogody, zawrotnych cen w sklepach i super ekologicznego podejścia do życia. Ostatecznie jednak możemy powiedzieć, że ten kraj nie spełnił naszych oczekiwań 😉

Podobno Szwecja to takie miejsce na mapie świata, w którym się nic nie dzieje. Ludzie są samotni, zdystansowani, zamknięci w sobie. Nawet znajomi, wracający ze sobą w jednym przedziale pociągowym z pracy, nie rozmawiają ze sobą. Wolą się zaszyć w swoich pięknie urządzonych, meblami z Ikei domach i jeść szwedzkie kotleciki. Czy faktycznie tak jest?

  1. Szwedzi. Nie próbowaliśmy się zaprzyjaźniać ze Szwedami, więc ciężko powiedzieć czy rzeczywiście stronią od bliższych kontaktów, ale te spotkania, których doświadczaliśmy nie wskazywały na to, żeby Skandynawowie na myśl o interakcji z innymi uciekali z ich pola widzenia.

Niektórzy nam machali, uśmiechali się. Czasem ktoś zagadnął. W sklepie wszyscy mili i życzliwi (niby tak powinno być, ale to nie standard ani norma). A gospodyni domku w którym mieszkaliśmy była nawet aż za bardzo gadatliwa 😉 no ale ona miała męża Amerykanina, to nie do końca była taką prawdziwą Szwedką 😉

Szwedzki znak
Szwedzi mają na pewno poczucie humoru. Znak głosi: uwaga na dzikie dzieci, zwierzęta domowe, szalonych starców i zdezorientowane żony

2. Pogoda. Szwecję przemierzaliśmy z Goetheborga  do Jonkoping a potem na północny zachód. Przez większość tego czasu mieliśmy przepiękną pogodę. Wręcz upał. Ostatecznie ja doprowadziłam swoje plecy do poparzeń a M. dostał na nogach uczulenia na słońce 😉 Oczywiście były też dni gorsze, pochmurne, nieco deszczowe (ze dwa), ale chyba mieliśmy bardzo dużo szczęścia.

Nie wystarczyło go jednak w kwestii wiatrowej. Prawie codziennie walczyliśmy z wiatrem.

Szwecja pogoda
Taką pogodę mieliśmy w Szwecji

3. Okoliczności przyrody. Okazało się, że na naszej szwedzkiej trasie nie ma gór 😛 było nieco pagórków, ale żadne nie stanowiły większego wyzwania (całe szczęście). Oprócz tego oczywiście lasy urozmaicone skałkami wystającymi z ziemi. Czasem mniejszymi, czasem większymi. No i jeziora. Wielkie jak Vanern, które jest wielkości dwóch Luksemburgów i drugie największe w Europie, ale też malutkie jeziorka i rozlewiska. Może nie są to widoki na skalę światową, ale bywają bardzo, bardzo ładne.

przyroda w Szwecji
Przyroda w Szwecji

4. Szwedzkie domy. Czy w Szwedzkim mieszkaniu wszystko jest z Ikei? 😀 Tak! A tak serio to nie wszystko, ale sporo rzeczy. Co się jednak dziwić. Szwedzi też potrafią liczyć. W Ikei ceny są przystępne, rzeczy funkcjonalne i  niektóre nawet ładne.  Szwedzi podobno lubią ładnie mieszkać. Nam przyszło być w trzech kwaterach.

Jedna to było mieszkanie u młodego Hindusa, chyba wynajmowane. Urządzone zwyczajnie, bez zbędnych dodatków upiększających przestrzeń. Kuchnia jednak pełna była różnych kuchennych akcesoriów. No i hinduskich przypraw. A w lodówce znaleźliśmy rybę w sosie indyjskim. Pyszne i na pewno nie szwedzkie jedzenie 😛

Drugie mieszkanie było fantastyczne. Był to typowy, czerwony, szwedzki domek nad rzeką, w małym miasteczku. W domku prawie wszystko było białe lub brązowe (kanapy, fotele), do tego właściciele wyjątkowo dbali o czystość a bardzo ładne dodatki stwarzały naprawdę przytulny i przyjemny klimat całego mieszkania.

Trzecia kwatera to było już coś w rodzaju hostelu. Wnętrze budynku i pokoje były w drewnie, ozdobione drewnianymi dodatkami i klimatycznymi zdjęciami. Tutaj jednak Ikea chyba nie dotarła, był to środek pustkowia z Czechem jako gospodarzem! 😀

szwecja do
Szwedzkie domki ale i blokowiska w Goetheborgu

5. Czarne rolety. W szwedzkich oknach często mogliśmy zauważyć czarne rolety. Początkowo bardzo się dziwiliśmy, zwłaszcza, że w naszym domku też takie były. Nagrzewały się strasznie i zastanawialiśmy się po co coś takiego montować. Czy po to, aby łapać każdy promień słońca zimą? Ale okazało się (gdzieś wyczytałam), że to po to, aby zaciemnić pokój podczas białych nocy.

6. Brak zasłon w okna. Podobno Skandynawowie nie zasłaniają okien, bo nie mają nic do ukrycia, i rzeczywiście w większości jest to prawda, ale nie reguła. Przeważnie rzeczywiście mamy tylko podwinięte rolety lub odsłonięte zasłony. Raczej nie uświadczymy firanek.

Ale na parapetach często stoją wysokie kwiaty, ozdoby. Możemy jednak spotkać też i przeszklone werandy, wysokie okna z których doskonale widać salon domu (i zawsze w środku jest bardzo ładnie).

7. Białe noce. A jeśli już o nich mowa. Słońce zaczęło zachodzić po 22 ale ciemno się chyba nie robiło już wcale. Szarówka była zarówno o 2 w nocy jak i o 4 nad ranem.  Niesamowite zjawisko i bardzo fajne. Oczywiście nie ma nic za darmo i Skandynawowie płacą za tak długi dzień kilkoma godzinami światła zimą. W namiocie chodzenie spać, kiedy jest tak jasno, może stanowić pewne wyzwanie (aczkolwiek my i tak zawsze jesteśmy tak padnięci, że zasypiamy bez problemu), natomiast w domu zaciąga się grube lub ciemne zasłony i zaciemnia mieszkanie.

Białe noce
Zdjęcie zrobione po godzinie 23

 

 

8. Ceny. Dla kogoś, kto jedzie do Szwecji prosto z Polski ceny wydadzą się wysokie. Jednak my, przyjeżdżając tutaj z drogich krajów, nie odczuliśmy, aby było szokująco drogo. Owszem, były produkty w bardzo wysokich cenach (np. na mięso przestaliśmy praktycznie zwracać uwagę), ale i takie, które wrzucaliśmy do koszyka bez wahania, chociażby pastę kawiorową (50% kawioru i 23% serka śmietankowego), w cenie 8 złotych (po przeliczeniu) za 250 gramów.

Ogólnie sklepowe ceny w Szwecji są zbliżone do tych w strefie Euro. Może nie jest aż tanio jak w Niemczech, ale na pewno nie drożej niż we Francji czy Włoszech. I na pewno znacznie taniej niż w Belgii 😛

Szwecja ceny
U góry: zupa grochowa, fasolka z karmelem (sic!), pudding ryżowy, na dole pasta kawiorowa i wielki ser

9. Sklepy. Chyba nie było dnia, żebyśmy musieli martwić się, czy na naszej trasie jest sklep. Znajdowały się w każdym miasteczku. Być może na północy jest trochę gorzej (już na zachód zrobiło się pustkowie), ale tam gdzie my byliśmy, zakupy nie stanowiły problemu. Było też dużo Lidli, w których ceny były wyjątkowo dobre a asortyment szeroki.

W sklepach nie znajdziemy też małego kawałka sera (400 gramów najmniej) czy małego jogurtu (litr najmniej). Ale o ile ser jest dość zwyczajny, o tyle jogurty mają pyszne i mogą konkurować z Grekami! Serio 🙂

10. Napoje. Ale dostępność sklepów nie oznaczała, że będzie co pić. W Szwecji co prawda jest bardzo duży wybór napojów, które stoją w kartonach i wyglądają jak soki. Ale to raczej kiepska podróba Tymbarku. Nie są złe, ale wszystkie podobnie smakują – słodko – kwaśno.

Mamy też spory wybór gazowanych napojów, bardzo słodkich. Naszymi faworytami został imbirowy Schwepps i Trocadero, napój podobny w smaku do energetyka, ale bez tauryny za to z niewielką dawką kofeiny.

11. Słodycze. Podobno wizytówką Szwecji są bułeczki cynamonowe. Jeśli tak, to marna ta wizytówka. Szwedzi powinni się nauczyć je robić od Holendrów albo Niemców. Szwedzkie ciasto jest… ciastowate 😛 mączne jak nieświeża drożdżówka. A jedliśmy różne, z różnych miejsc, zawsze świeże, więc to nie tak, że mieliśmy pecha.

Za to trafiliśmy na pyszne ciasto Brownie. I na czekolady z migdałami i dodatkiem pomarańczy oraz mięty (dwie różne). No i na ciastka z budyniem i dżemem porzeczkowym oraz ciastka z kardamonem– mniam!

Szwecja słodycze
U góry cukierki, po prawej na dole słodkie bułeczki, po lewej słodko słone przekąski

12. Lukrecja. W Szwecji prawie w każdym sklepie możemy znaleźć ścianę cukierków. Wszystkie są na wagę w tej samej cenie (jakieś 80 koron, czyli 8 euro za kilogram), można więc dowolnie mieszać i próbować wszystkiego po trochu. Ale trzeba mieć się bardzo na baczności, bo Szwedzi potrafią dodać do wszystkiego lukrecję. Co więcej, również lukrecję w słonej odmianie, czyli salmiakki. Nie sposób opisać tych dwóch smaków. Ale możecie natknąć się na nie wszędzie. Cukierek lukrecjowy obtoczony w dużej kulce soli, kawałek salmiakki do ssania, guma ze słoną lukrecją, lody, guma do żucia, czekolada. No cokolwiek zechcecie i wymyślicie na pewno już tu jest. Słono – owocowe smaki również. Znajdą się też pikantne, pieprzowe cukierki. Smaki tylko dla odważnych 😛

13. Chleb. Chleby w Szwecji nie wyglądają zbyt apetycznie, ale da się kupić przyzwoitą bagietkę za 10 – 16 koron, czyli 1 – 1,6 euro. Jednak chcąc kupić chleb „długotrwały”, trzeba uważać, żeby nie naciąć się na słodki; z miodem czy jabłkiem (no, chyba, że o taki Wam chodzi). Wystarczające jest to, że chyba każdy tego typu chleb jest słodkawy, więc dodatkowo słodzony będzie jak słodka bułka. Niesłodzony przypomina żulika. Ma nawet podobną konsystencję.

14. Pieczywo waza. Jest wszędzie. Tak jak we Włoszech w sklepach znajdziemy długie metry półek z makaronami tak w Szwecji znajdziemy tyleż samo pieczywa chrupkiego typu Waza. Duże, małe, okrągłe, trójkątne, podłużne i kwadratowe. Z ziarnem i bez, wszystkie odmiany świata 😉 Ale smakuje tak samo jak w Polsce.

szwedzkie kruche pieczywo
Szwedzkie kruche pieczywo

15. Kierowcy i drogi. Drogi w Szwecji są doskonałe, niestety część z nich, będąc czymś w rodzaju ekspresówek jest poogradzana metalowymi linami. Po to, żeby  kierowcy się nie wyprzedzali. Może to i rozsądne, ale pobocze pozostawiono bardzo wąskie, co stwarzało nam duży dyskomfort. Szwedzi wyprzedzali nas często niewiele zwalniając (a dozwolone było 100 lub 90 km/h na tych drogach). I o ile auta osobowe chociaż trochę miały miejsca, żeby nas wyminąć, to już ich przyczepy kempingowe, camping cary oraz ciężarówki – nie. Nie przeszkadzało im to, żeby przejeżdżać obok nas bez zdejmowania nogi z gazu.

16. Ścieżki rowerowe. W Szwecji drogi rowerowe istnieją, są lepsze albo gorsze, czasem szutrowe. Ale niestety kompletnie nieoznaczone, więc często nie wiadomo dokąd taka ścieżka prowadzi, czasem odbijają od szosy gdzieś w pole, czasem są ogrodzone  i nie ma jak z nich zjechać, gdy zorientujemy się, że zaraz nas gdzieś wyprowadzą.

17. Ekologia. Czy Szwecja kojarzy się Wam się z ekologią? Nam tak się właśnie kojarzyła. I rzeczywiście w sklepach mnóstwo ekoproduktów, Szwedzi podobno mają za mało śmieci (!), przetwarzają 97% tego, co trafia na wysypiska, jeśli znajdziemy wreszcie śmietniki to oczywiście będą one stały trójkami lub innymi liczbami, podzielone na różne rodzaje śmieci (papier, plastik, szkło, metal, bio), w naszym szwedzkim domku było pięć koszy na śmieci. Mamy też automaty, jak w Danii, do których wrzucamy butelki lub puszki i otrzymujemy 1 – 2 korony (w zależności od pojemności butelki) na zakupy w sklepie, przy którym stoi automat (ale możemy też wymienić kwitek na gotówkę).

A jednak w Szwecji dużo śmieci leży na ulicy, w rowach, w lasach. Przebywając wśród ludzi nie odnosi się wrażenia, by byli maniakami sortowania czy ekopostawy w ogóle 😉

18. Pociągi szwedzkie. Z przykrością stwierdzamy, że w większości przypadków szwedzkie pociągi nie przewożą rowerów. Wózki inwalidzkie, wózki dziecięce, specjale wagony dla zwierząt – tak. Ale rowery nie. Jest tylko jeden przewoźnik, który to robi i niestety nie jeździ po całym kraju (nazywa się Vastrafik). Nie zmienia to jednak faktu, że pociągi szwedzkie są nowoczesne i szerokie (5 foteli w jednym rzędzie). Automaty do kupowania biletów są bardzo nieczytelne, napisy znajdziemy tylko po szwedzku a na koniec okazuje się, że i tak są tylko dla posiadaczy miejskiej karty komunikacyjnej. Możemy więc bilet kupić albo online albo u konduktora, bo kasy na dworcach są rzadkością (o ile w ogóle  istnieją – my nie widzieliśmy żadnej).

19. Amerykańskie auta. Szwedzi kochają Cadillaki, Pontiaki, Dodge, Buicki, Bonneville i wszystko inne co ma cztery koła i pochodzi z Ameryki 😀 Nie wiemy za bardzo dlaczego tak jest (podobno w latach 80 był dobry kurs korony szwedzkiej, więc Szwedzi posprowadzali samochody), ale nadaje to pewnego kolorytu. Jeżdżą te wielkie, powolne auta po drogach, czasem ciągnąc za sobą retro przyczepkę kempingową. W środku siedzi albo szwedzka młodzież udająca trochę punków, trochę dzieci kwiaty, albo podstarzałe gwiazdy rocka 😉 Koszulka na ramiączka, długa siwa broda i wąs, kobiety w szerokich sukniach lub luźnych koszulach 😉 Warczą te auciska jak startujący odrzutowiec  i kopcą okropnie, a niby tak eko 😛

Szwecja auta
Amerykańskie auta w Szwecji

 

20. Kempingi. Szwedzi uwielbiają przebywać na słońcu. Zresztą chyba nie ma się co dziwić. Na ulicach mnóstwo samochodów ciągnących za sobą przyczepki kempingowe, na kempingach ledwo skończył się rok szkolny – pełne obłożenie.

Podsumowanie

Podsumowując –  podobało nam się w Szwecji. Pogoda bardzo dopisała, okoliczności przyrody również były umilały nam pobyt w tym kraju. Szwecja raczej nie może konkurować widokami z południem Europy, w dodatku, moim zdaniem mając do wyboru Szwecję a Mazury, można spokojnie zostać na Mazurach. Na uwagę jednak zasługuje wybrzeże szkierowe – skałki wystające z morza.  Trochę takie miniaturowe wybrzeże Chorwacji 😛

Mimo, iż widoki nie powaliły nas na kolana, to będziemy dobrze wspominać podróż przez ten kraj 🙂 No i dodatkowym atutem jest trochę inny asortyment spożywczy niż w znanej nam Europie, możemy popróbować nowych smaków (smaków (i to nie tylko słonej lukrecji) 🙂

Szwecja widoki(1).jpg
Szwecja

Natalia i Mikołaj

W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

Dania była kolejnym krajem, który nie poruszył naszych serc (tak jak Belgia: przeczytaj 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii, i Luksemburg – 8 pytań, które chcecie zadać jego temat), ale za to bardzo poruszył nasze portfele 😉

Zanim ułożyliśmy trasę na każdy z krajów, szukaliśmy dokładnie miejsc, które są warte uwagi. Jakichś atrakcji, czy to przyrodniczych czy kulturowych, każdą oznaczając cyfrą charakteryzującą jej atrakcyjność. Wszystkie punkty dla Danii miały (najniższy w naszej skali) numerek 3 (ładna plaża, zamek, wydmy itp.), więc pociągnęliśmy drogę prosto na północ, pomijając miejsca, które nas nieszczególnie interesowały, do promu mającego zawieźć nas do Szwecji.

Może, gdyby podczas naszej drogi przez ten kraj okazało się, że jest tu na tyle zachęcająco, że warto zostać dłużej i odbić gdzieś w bok, to Danię zwiedzilibyśmy bardziej. Tak się jednak nie stało i „przelecieliśmy ją” w cztery dni.

Ale były to dni pełne spostrzeżeń 😉

1.Upały. Albo trafiliśmy na prawdziwy środek lata w Skandynawii (czasem trzeba mieć szczęście do pogody 😉 przeczytaj podsumowanie I etapu wyprawy) albo klimat zmienia się tak bardzo, że wystąpiły jakieś anomalie pogodowe. Efekt był jednak taki, że mieliśmy 30 stopniowe upały, ciepłe wieczory i bardzo ciepłe poranki. Spaliliśmy się, jakbyśmy byli na południu! 😀

Dania wycieczka

2.Białe noce. Coś fantastycznego! 🙂 O godzinie 23 dopiero się ściemnia. Można spokojnie chodzić po dworze bez światła. W namiocie jest jasno prawie jak w dzień 😛

księżyc w danii
Wschód księżyca

3. Drożyzna. Szalone ceny w sklepach, nawet w Lidlu. Niby byliśmy na nie przygotowani, ale co innego zdawać sobie z czegoś sprawę a co innego stanąć z tym oko w oko 😉 W związku z tym wchodząc do sklepu, nawet na głodniaka, szybko nam się odechciewało jeść 😛 Po przeliczeniu wyglądało to mniej więcej tak: Bagietka 10 zł, chleb 12 zł, jedna bułka 3 zł, 1 banan 1,5 zł, czekolada 200 gramów – 14 zł, domek na kempingu na jedną noc – 600 zł (w standardzie, za który wcześniej płaciliśmy góra 160 zł).

Za to pół kilo pysznego wątróbkowego pasztetu 5 zł 😀

Ale znaleźliśmy sieć sklepów, gdzie ceny były do przełknięcia (co nie znaczy, że tanio). Gdybyście byli więc kiedyś w Danii to zaopatrujcie się w marketach Rema 1000. Ich wadą jest bardzo słaby wybór napojów – w zasadzie spoza stajni Coca Coli daje się pić tylko soki (polecamy Multifrugt), a ceny to ok 5 zł za litr (przy zakupie w 1,5-2 litrowych butelkach)

4. Kempingi. Kempingi w Danii są w cenach duńskich. Czyli tak 30 euro lekką ręką kosztują, czasem więcej. Co prawda dwa, na których spaliśmy, oferowały kuchnię do dyspozycji gości (mikrofale, płyty grzewcze). W jednym z nich powiedzieli nam, że możemy korzystać z niej za darmo (wow, serio? Przecież to standard na zachodzie), ale w drugiej okazało się, że wszystko jest  płatne (aha). Nawet ciepła woda w prysznicu. W takiej cenie to trochę przesada. Standard tych kempingów był zwyczajny. Nie było brudno, czy jakoś obskurnie, ale nie było też fajerwerków. A same pola namiotowe słabe. Zwykły kawałek trawy, bez cienia, bez ławek, przeważnie daleko od toalet. Słabizna. A cena za drugi (ten z płatną wodą i wszystkim) wyszła nam łącznie 41 dolarów (sic! Aha, bo płacimy tu kartą dolarową – najlepszy przelicznik) i to mimo, że nie korzystaliśmy z żadnych płatnych dodatków poza prysznicem.

Dania widoki
Piękna Dania 😛

5. Noc pod dachem. Trzecią noc spędziliśmy już pod dachem, który kosztował nas 20 euro. Więc wybór pomiędzy kempingiem a domem był oczywisty. Co prawda mieszkanie jeszcze nie było wykończone (pusty salon, puste pokoje), ale oferowało w pełni użytkowy aneks kuchenny, łazienkę, łóżko, a z ogrodu przyciągnęliśmy krzesła 😛 Gorzej, że drzwi się nie zamykały (zginął klucz, zepsuł się zamek? Nie wiem).

A kiedy się położyliśmy spać, to koło północy/pierwszej w nocy obudziły nas dźwięki czyjejś obecności w domu. Pierwszy zerwał się M., który wybiegł z sypialni a do mnie dotarło chwilę później co się dzieje. Usłyszałam tylko, jak M. wyprasza gościa. Okazało się, że to był ktoś, kto, jak powiedział, czasem tu sypia :O nic nam o tym nie powiedziano, ba, nawet poinformowano nas, że mieszkanie jest do naszej dyspozycji. Bardzo to było dziwne. Rzeczywiście w domu były ślady przebywania tu innej osoby, ale sądziliśmy, że to miejsce syna właścicieli. Szczoteczki do zębów w łazience, szampon, żel pod prysznic, jakiś materac w drugim pokoju i skołtuniona pościel (swoją drogą takie rzeczy się sprząta albo zamyka przed gośćmi, no ale okej 😉 ). W każdym razie wszystkie nasze rzeczy zebraliśmy do sypialni a pod drzwiami ustawiliśmy krzesło, przynajmniej w ramach wczesnego systemu ostrzegawczego. Nie wiemy jednak co tu się ostatecznie zadziało i czy ten ktoś miał prawo tu być. Faktem jednak jest, że zdarzenie było okropne i bardzo stresujące. Później już ta noc raczej nie należała do dobrze przespanych.

6. Wiatr. W Danii wieje jak szalone i zawsze z północy. A przynajmniej, kiedy my tam byliśmy, więc każdy dzień, to była walka z wiatrem. Jeśli nie cały dzień, to chociaż jakaś jego część.

7. Duńczycy źle się ubierają. Lubię obserwować jak ubierają się ludzie w danym kraju. Tak jak na Bałkanach (zwłaszcza w miastach) zaskoczyło mnie, że ludzie ubierają się dokładnie w stylu Europy Zachodniej (dżinsy, spódnice, kolorowe koszule – również mężczyźni, wszystko dopasowane do siebie, wyglądało co najmniej dobrze) i tak jak we Włoszech praktycznie wszyscy (a zwłaszcza mężczyźni) mają szaloną stylówę – klasa! tak tutaj nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo źle się ubierają Duńczycy. W zasadzie wszyscy. Czytałam gdzieś, że Dunki wolą się ubrać wygodnie niż elegancko, ale naprawdę spodnie w kocie łebki (!) i t-shirt w szare esy-floresy nie do końca do siebie pasują. Lub suknia królowej elfów i leginsy 😉 Nie żebym była jakąś modową wyrocznią, ale no… czasami się zastanawiałam, co kierowało tym człowiekiem danego dnia rano 😉

Dania podróż rowerowa
Wiszące nad ulicą buty w jednym z miasteczek

8. Język. Chociaż duńskiego nie byliśmy w stanie rozszyfrować, to wszyscy Duńczycy mówią co najmniej poprawnie po angielsku. A większość wręcz doskonale. To akurat jest tutaj super.

9. Maszyny do zwrotu butelek. To pojawiło się już w Holandii i Niemczech. Maszyna przyjmuje butelki i puszki (czasem z tego samego sklepu, czasem z innego), które zabiera w celu recyklingu, a oddaje paragon na podstawie którego otrzymujemy w sklepie zniżkę na dowolne zakupy. Ale tylko w tym sklepie, w którym zdaliśmy butelki. Jak przy kasie zapomnimy o tym kwitku, to kaplica 😉

Jedna butelka to przeważnie 25 eurocentów lub 3 DKK.

Generalnie Dania nie zaoferowała nam nic wartego powrotu. Ani jedzenia, ani picia, ani cen. No, może pogodę 😀

Natalia i Mikołaj

p.s napis na zdjęciu tytułowym Boring, to nazwa miasteczka w Danii ale też po angielsku znaczy nudny, znudzony, tak jak my w tym kraju 😀

 

Dodatkowe źródło: https://rzucijedz.pl/ciekawostki-ze-swiata/376-dania-ciekawostki

Niemcy w 10 punktach, czyli czym Cię może zaskoczyć Twój sąsiad

Z czym kojarzą Wam się Niemcy? Z Angelą Merkel? Dobrymi samochodami, piwem, kiełbaskami i imprezą Oktober Fest?

Jeśli tylko z tym, to spróbujemy Wam odczarować naszych sąsiadów, bo chyba są niedoceniani lub przeceniani 😉

Niemcy andernach
Proszę, jak kolorowo w tych Niemczech

1.Tanio! Tak 😛 Po palpitacjach serca, jakie przeżywaliśmy w poprzednich krajach i przy których Francja, jednak dość droga, wydawała nam się tania, w Niemczech jest raj cenowy 😛 właściwie większość produktów kosztuje tyle, co w Polsce, z jakimiś drobnymi różnicami. Również noclegi pod dachem można znaleźć w normalnych cenach (do 50 euro przeważnie jest niezły wybór).

2. Dobre jedzenie i picie. Zdziwieni? W Niemczech jest spory wybór różnego rodzaju produktów. Nie tylko niemieckich ale też z innych rynków (jak buraczkowy humus! Pycha). Jednak przede wszystkim zachwycaliśmy się wędzoną leberką czyli wątrobianką, której nigdzie indziej nie dostaniecie tak pysznej, oraz apfelschorlem, czyli napojem jabłkowym. Niby nic, pomyślicie, jabłkowe picie. A jednak. Niemieckie schorle są pyszne, lekko gazowane. Nigdzie indziej napoje jabłkowe nie smakują tak dobrze.

3. Piękne rejony Doliny Mozeli. Wzgórza pełne winnic, pomiędzy którymi wystają skały, czasem na szczycie górek stoi zamek a pod nim kolorowe, ładne, pełne uroku miasteczko. A wszystko to odbija się w lustrze wijącej się rzeki Mozeli. Brzmi nieźle? W rzeczywistości jest naprawdę prześlicznie! 🙂 No i nigdy nie sądziłam, że w Niemczech są takie winne rejony.

Niemcy Mozela
Dolina Mozeli

4. Najwyższy gejzer świata. Taki z zimną wodą. Znajduje się właśnie tutaj, w Niemczech, w mieście Andernach. Strumień sięga aż na 60 metrów w górę i to naprawdę fajne widowisko. Woda zaczyna powoli bulgotać w czymś w rodzaju kotła, aż z bulgotania robi się coraz wyższa fontanna, która ostatecznie sięga właśnie 60 metrów. Woda tryska i chlapie, płynie chodnikiem i można się nieźle zmoczyć 😉

Gejzer w Niemczech, Andernach
Erupcja gejzeru

5. Niemieckie drogi wcale nie są najlepsze. Tak! Obalamy mit, jakoby w Niemczech szosy były idealne. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że nie są. Jest różnie, od świetnych „dywaników”, przez lekko wyboiste szosy aż do totalnie dziurawych, źle połatanych dróg. To samo tyczy się ścieżek rowerowych. Niektóre są poprowadzone mądrze i dobrze, na przykład będąc pasem wzdłuż ulicy, ale inne są brukowane kostką (więc telepią niemiłosiernie) lub bardzo wyboiste z kiepską nawierzchnią. Często też poprowadzone są kompletnie bezsensu, robią jakieś labirynty i ósemki, zamiast iść po prostu równo z drogą.

Jedna z nich wiodła nawet środkiem strefy pieszej, gdzie jazda na rowerze była zabroniona.

Niemcy drogi.jpg
U góry po lewej, N. wykończona jazdą pod wiatr i fatalną nawierzchnią

6. Niemcy są sympatyczni. O ile są młodzi 😛 starsi Niemcy często są niezbyt przyjemni, nie wiem z czego to wynika, ani nie umiem przytoczyć żadnej konkretnej sytuacji. Po prostu są niesympatyczni.

Przy okazji tego punktu opisać należy jeszcze naszą przygodę, dzięki której poznaliśmy chyba najfajniejszego Niemca na świecie 🙂

Podczas przejazdu przez jakieś malutkie miasteczko M. usłyszał stukanie w kole. Myśleliśmy, że może coś się przykleiło do opony i uderza w błotnik albo haczy o hamulec. Po oględzinach okazało się jednak, że opona właśnie jest w trakcie kończenia swojego żywota. Wybrzuszyła się i przetarła do gołej dętki. Zdążyłam zrobić zdjęcie i… Opona strzeliła! I było i po dętce i oponie.

Zaczęliśmy myśleć, co robić, najbliższy sklep rowerowy, który wyszukał nam się na mapach był 9 kilometrów od nas, a było już późno, więc szansa że M. zdążyłby tam dojechać na moim rowerze była mała.

Ja próbowałam ustalić, czy mamy szanse na jakiś transport komunikacją miejską do campingu, a M. szukał właściciela wypatrzonego w pobliżu roweru, który stał na flaku, żeby odkupić oponę.

I Christian, jedna z osób, do której M. zapukał podczas tych poszukiwań, zaproponował, że zawiezie nas do sklepu rowerowego swoim samochodem 🙂 (okazało się, że sklep był zresztą bliżej niż ten wyszukany, co więcej, wcześniej robiliśmy w jego pobliżu zakupy).

Po powrocie dokonaliśmy naprawy w garażu Christiana, który nawet zafundował naszym obręczom czyszczenie odtłuszczaczem :))

Na koniec zostaliśmy jeszcze poczęstowani zimnym Red Bullem 🙂 bardzo jesteśmy wdzięczni Christianowi za tę bezinteresowną pomoc 🙂 Dzięki niemu potencjalnie poważna komplikacja szybko i miło została zażegnana. Aczkolwiek nie tanio (58 EUR  za oponę i dętkę).

Niemcy pomoc.jpg
Nasz wybawca 😉

7. Niemieckie miasta bywają albo urocze albo kompletnie bez wyrazu 😛 wsie i małe miasteczka często są bardzo ładne. Czyste, śliczne często wręcz cukierkowe, kolorowe od kwiatów w ogrodach i przy drogach, ale już te większe miasta przeważnie nie mają żadnego charakteru, są nijakie.

Niemieckie miasta.jpg
Niemiecka zabudowa

Jednym z wyjątków jest Hamburg, w którym  poczułam się jak w filmie z lat 90 😀 wysokie, postkomunistyczne bloczyska a do tego ogólny brud na ulicach. No, ale to było tylko pierwsze, słabsze wrażenie.

Nadrzeczna część miasta, „stare miasto” to zupełnie co innego. Budynki nad kanałami, port, to zupełnie inny klimat. Trochę jak Amsterdam, tylko nie tak zatłoczony, no i nie taki cukierkowy. Bardziej nowoczesny, industrialny ale i jednocześnie klimatyczny. Lubimy takie miejsca i bardzo się nam spodobał Hamburg 🙂

Hamburg niemcy

8. Niemieckie koleje. Według niemieckich pociągów można regulować zegarki. Chyba, że akurat mają opóźnienie 😀

Za pierwszym razem, gdy kilka lat temu przejeżdżaliśmy Niemcy pociągami, wszystkie jeździły z dokładnością co do minuty, jednak jeden z nich i tak się spóźnił i nie zdążyliśmy na ostatnie połączenie do Bazylei.

Koleje Niemieckie nie dość, że przedłużyły nam bilet na następny dzień to jeszcze zagwarantowały nocleg w pobliskim, bardzo przyzwoitym Hotelu Ibis.

Tym razem też przejeżdżaliśmy dużą część kraju pociągami, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwały remonty torów (i niektórych dworców) i wszystkie pociągi w całym kraju były opóźnione, wjeżdżały na inne tory niż zwykle. Stan dezorganizacji był dość wysoki i na dworcach było spore zamieszanie.

Trzeba jednak powiedzieć, że w każdym innym kraju zapewne nie byłoby w ogóle szans na ogarnięcie tego chaosu. A tutaj informacje o wszystkim (np. jakie opóźnienie, na który tor wjeżdżamy, jakie opóźnienie mają najbliższe pociągi, na które perony wjeżdżają) były między innymi na ekranach w pociągach oraz na  stronie internetowej kolei niemieckich.

Z resztą sama strona Deutsche Bahn  powinna być wzorem dla wszystkim innych stron informacyjnych. Dowiemy się z niej wszystkiego. Ceny biletu, peronu na który pociąg wjeżdża (nasz i kolejny w który się przesiadamy – i tak rzeczywiście jest, nie trzeba szukać na dworcu tych informacji),  stację docelową pociągu, który ma nas dowieść gdzieś wcześniej niż sam jedzie, bez wklikiwania się w trasę tego drugiego pociągu czy pytania na dworcu. Jest też informacja o opóźnieniach.

Ta strona wyszuka nam też połączenia chyba dla wszystkich kolei europejskich, nawet takie, z którymi nie radzi sobie rodzima wyszukiwarka danego kraju (np. strona francuskich kolei nie umiała nam podać połączeń typu francuskich linii regionalnych, a niemiecka nie miała z tym najmniejszego problemu).

Przesiadki często są też tak pomyślane, że nie trzeba biegać po całym dworcu, często jest to ten sam peron lub peron obok. Ale niestety nie jest to reguła, do takiej perfekcji jeszcze nie doszli 😉

Kolejna rzecz, jaką trzeba napisać o kolei niemieckiej, to to, że jest mnóstwo połączeń zewsząd do wszędzie.  Istnieją różne warianty tras, które dowiozą Cię do celu, w razie, gdyby jedno z połączeń przesiadkowych z jakiegoś powodu nie doszło do skutku.

Pociągi niemieckie są przeważnie niskie a perony są wysokie więc wchodzenie z obładowanym rowerem, wózkiem czy ciężką torbą nie stanowi większego problemu. No, chyba, że peron jest wyższy od podłogi pociągu, co się czasem zdarza 😀

W pociągach też zawsze otrzymujemy informację nie tylko o tym, do jakiej stacji dojeżdżamy i ewentualnie co się dzieje, że stoimy i za ile ruszymy, ale także o tym na którą stronę jest wyjście. Banalna informacja? Nie w innych krajach.

Na dworcach prawie zawsze są szerokie windy, pomyślane między innymi po to, żeby zmieścił się w nich rower.

Co tu dużo mówić, koleje niemieckie są idealne, może lepsze są tylko w Japonii 😉

9. Niemieccy kierowcy jeżdżą bardzo dobrze. Nawet jeśli obok idzie jakaś ścieżka rowerowa, na którą jeszcze nie zjechaliśmy, nie trąbią na nas i w ogóle chyba ani razu nikt na nas nie zatrąbił.  Nie wyprzedzają na czołówkę, nie spychają do krawędzi, generalnie, w Niemczech mamy takie samo prawo być na drodze, jak wszyscy inni. Super.

10. Porządek musi być! Chociaż nie wszystko jest idealne w Niemczech, to nieprzestrzeganie zasad jest nie do pomyślenia. Generalnie to nawet dobrze, chyba dzięki temu Niemcy osiągnęły taki poziom gospodarczy i kulturowy, ale starsze pokolenie potrafi nas prawie zdzielić laską po plecach, że toczymy się na rowerach po strefie pieszej, nawet jeśli jest nie zatłoczona 😛 młodsze pokolenie samo jeździ po deptakach, a pani konduktorka w pociągu machnęła ręką na nasz zły bilet i poradziła, jaki powinniśmy wybrać następnym razem (zamiast biletu dla Nadrenii i Westfalii wybrać taki uprawniający przekraczać landy – szkoda, że w automacie biletowym nic o tym nie napisali :P). Więc może nadchodzi porządek z lekkim przymrużeniem oka w wydaniu młodszych Niemców 🙂

Podsumowanie

Przyznam szczerze, że czas spędzony w Niemczech był bardzo przyjemny. Pogoda nam się pod koniec popsuła i na kempingach nie zawsze było tak komfortowo, jak bym sobie tego życzyła, ale i tak Niemcy rozpieszczały nas dobrym jedzeniem, dobrymi cenami i ogólną dobrą atmosferą w kraju. No i komunikacją. Język niemiecki M. zna przyzwoicie, a ja rozumiem na tyle dużo, że nie muszę się denerwować, że słyszę tylko dziwne dźwięki, do niczego niepodobne, z ust rozmówcy 😛

Teraz języki skandynawskie 😉

Natalia i Mikołaj

8 pytań o Luksemburg, które sami sobie zadajecie

Podróż przez Luksemburg była tak samo pozbawiona emocji jak droga przez Belgię (przeczytaj: 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii!) dlatego i jeden z najbogatszych krajów świata podsumujemy w kilku punktach, a raczej w odpowiedziach na pytania, które sami sobie stawialiśmy i które pewnie zastanawiają również i Was. Oto i one!

  1. Czy w Luksemburgu jest drogo? Zakupy robiliśmy głównie w Aldich i Lidlach, a ceny w tych dyskontach były „dla ludzi”, ba! nawet niektóre artykuły tańsze niż w Belgii czy Holandii. Co więcej, również kempingi mają tutaj przyzwoite ceny w wysokości nastu euro dla naszej dwójki z namiotem, a sklep, na jednym z lepszych kempingów, oferował artykuły w zwyczajnych, dla tego typu miejsc, cenach (spodziewaliśmy się „kosmosu”), np. bagietka 1,50 euro, mleko 1 litr 1,30 EUR, podczas gdy w sklepie/piekarni bagietka około 1 – 1,30 EUR a mleko około 1 euro).

Jednak zwyczajne sklepy (no, dobra, byliśmy aż w jednym: „SMatch” się nazywał) oferują produkty w różnych cenach. Są  i takie droższe i takie, których ceny nie powalają na kolana i dało się kupić fajne rzeczy za niezbyt duże pieniądze (co na przykład w Belgii było praktycznie niemożliwe).

Bardzo drogie natomiast są noclegi pod dachem. Ale mimo to udało nam się dorwać noc w hotelu (bardzo fajnym) za marne 50 euro i to było, bardzo, bardzo tanio. Z reguły atrakcyjne ceny zaczynają się od 100 euro za noc.

  1. Gdzie w Luksemburgu robić zakupy? Nigdzie! 😀 a tak serio, to w całym państewku jest niewiele sklepów, w sumie nie wiemy ile, ale na naszej trasie było ich może z pięć. Tak. W tym dwa Aldi, dwa Lidle, duży Cactus i jeden wiejski sklepik, który był jednocześnie jedynym sklepem dla dość dużego miasteczka. Jak to możliwe? Jak oni tu żyją i na co wydają te pieniądze, które ponoć mają? Nie wiem.

Luksemburg Esch sauer.jpg

  1. Czy w Luksemburgu widać to bogactwo? Absolutnie nie. Spodziewaliśmy się cukierkowego państewka, ślicznych, kolorowych miasteczek, wszędzie kwiatowych dekoracji a dostajemy… przeciętność. Zadbaną, ale nic poza tym. Domy to takie zwyczajne prostokątne bryły, bez żadnych zdobień, kolorów, bez pazura ani finezji. Ogrody nieszczególnie zadbane. Nie są zapuszczone, ale nie są też obsadzone kwiatami czy drzewkami ozdobnymi. Ot, rośnie sobie dookoła jakiś wrzosik, krzewik i to tyle. Czasem oczywiście zdarzały się posesje wyjątkowo ozdobione i piękne, ale nie była to norma.

Były jednak dwie sytuacje, w których widać było, że chyba tutaj mają trochę więcej pieniędzy.

Pierwsza z nich, to kiedy burzono jakiś dom a ktoś stał i polewał miejsce burzenia z wielkiego szlaucha, żeby się nie pyliło.

Druga, to w pewnym miejscu, po środku niczego, posadzono wzdłuż drogi różne gatunki drzew, mnóstwo szpalerów z najróżniejszych gatunków. Nie wiadomo, co to było, ani jednej tabliczki nie znaleźliśmy :p

Wszędzie też jest czysto (w skrzynkach z torebkami na psie kupki zawsze jest zapas foliówek) a ponoć każde miasteczko ma basen, place zabaw, parki, świetnie wyposażone szkoły, dobrze zorganizowaną komunikację miejską. Rzeczywiście czasem przejeżdżając przez najmniejsze wioski mijaliśmy kolorowe budynki przedszkoli czy szkół, wyposażonych placów zabaw i obiektów sportowych. W każdym miasteczku znajdują się też zadaszone przystanki autobusowe z ławeczkami. Czasem to oszklone wiaty, czasem drewniane budki. W każdej można sobie usiąść, schronić się przed wiatrem czy deszczem.

Czasem przy drogach (a nawet przy przystankach) stoją publiczne toalety.

Same drogi są świetne. „Dywaniki” jakie rzadko można gdziekolwiek spotkać. Może świadczyć o tym chociażby fakt, że na zjeździe z zablokowanym amortyzatorem w ogóle się nie zorientowałam, że nie pracuje – a z reguły bardzo szybko można to poznać, bo rowerem „trzepie” na nierównościach, inaczej niż, kiedy amortyzuje.

Mamy jednak wrażenie, że bogactwo nie dotyczy przeciętnych mieszkańców tego państwa. Zapewne żyją na poziomie i zarabiają nieźle, ale raczej nie każdego stać na wystawne życie.

Beneluks rowerem
Jedne z ładniejszych miejsc w Luksemburgu
  1. Czy w Luksemburgu jest ładnie? Na pewno nie jest brzydko, ale nie jest też na tyle ładnie, żeby jechać tu dla widoków. Są górki, są rzeczki, lasy, ale czy tego nie ma nigdzie indziej? Miasteczka i miasta nie mają żadnego wyrazu. Czasem wręcz wygląda to tak, jakby wokół kościoła z czasów średniowiecza zburzono kamienice i wybudowano nowe domy.

 Uroku dodają zamki, które stoją na szczytach gór (czy raczej górek). Zamki są przeważnie ładne, zadbane, wyglądają jak nowe. Trochę nie pasują więc do nich kamieniczki kompletnie bez wyrazu.

Są jednak ładne miejsca, które zasługują na wyróżnienie.  Okolice rzeki Sure, środkowo – północne tereny kraju – dość sielska okolica. Oraz wschodnia część Luksemburga, tzw. Szwajcaria Luksemburska, której uroku dodają skały i gdzie znajduje się Wilczy Wąwóz z labiryntem skalnym.

Luksemburg Sur Sure
Okolice rzeki Sure
  1. Jak jeżdżą kierowcy? Luksemburczycy jeżdżą bardzo zgodnie z prawem. Traktują nas jak równoprawnych użytkowników drogi o szerokości innego auta 😉 Nie wyprzedzą, póki nie będą mieć całkowitej pewności, że jest to zgodne z prawem i że na pewno z naprzeciwka nic nie jedzie. Generalnie lubimy jak samochody nie spychają nas z drogi i nie muskają lusterkami ale kiedy ciężarówka nas nie wyprzedza na prostej drodze, bo przekroczyłaby linię ciągłą i przez to za nią tworzy się korek, który wyżywa się później na nas, no to już jest pewna przesada.

7. Jak wygląda miasto Luksemburg? Jest bardzo kameralne. Spokojne i ładne. Nie zwala z nóg ale jest urokliwe. Przede wszystkim warte uwagi jest centrum (czyli Dolne i Górne Miasto), z murami obronnymi , widokiem na miasteczko wbudowane w kanion. Czy jednak można spędzić tu więcej niż maksymalnie kilka godzin i mieć co robić przez ten czas? Według nas niespecjalnie.

 

Luksemburg miasto
Miasto Luksemburg

8. Czy warto odwiedzić Luksemburg w trakcie urlopu? Na pewno można, zwłaszcza samo miasto Luksemburg oraz Małą Szwajcarię Luksemburską z jej wąwozem. Brakuje tutaj spektakularnych widoków, ale zdecydowanie można wypocząć i o dziwo nie zbankrutować (jeśli nie weźmiemy pod uwagę kosztów noclegów :P), ale przyznajemy szczerze, że Luksemburg nas wynudził i gdyby nie ten ostatni dzień (stolica plus Mała Szwajcaria) to raczej byśmy go nie polecali.

Luksemburg Mała Szwajcaria
Mała Szwajcaria Luksemburska

 

Cóż, Beneluks raczej nie zostanie naszym ulubionym miejscem na ziemi 😉

Przeczytaj też: Holandia i zwiedzanie Luksemburga

 

Natalia i Mikołaj

12 Rzeczy, które wkurzają w Belgii!

beneluks rowerem

Po pierwszych zachwytach Belgią (wpis: Belgia i Holandia czyli jak tu płasko!) kraj ten skutecznie zatarł dobre wrażenie.

Nie dość, że niewiele ciekawego się wydarzyło w trakcie podróży przez belgijskie tereny, to jeszcze towarzysząca nam rzeczywistość sprawiła, że podsumujemy Belgię w kilku punktach i nie będzie to dla niej nic miłego 😉

belgia huy.jpg

1. Drogo! Przede wszystkim szalone ceny w sklepach.

Myślicie, że we Francji jest drogo? W stosunku do Belgii francuskie ceny wydają się symboliczne. Chociażby taka bagietka. Powinna kosztować kilkadziesiąt centów, może 1 euro w piekarni. W Belgii 2 EUR. Napój? Paskudne, chemiczne picie – 1,70 za litr (we Francji tyleż za 1,5 – 2 litry). 200 gramów mydła? 3 EUR zamiast 1,80. Ten sam cydr 1,5 litra kosztuje we Francji około 2 EUR a w Belgi 2,70 za 0,75 l!!

Nawet piwo belgijskie jest tańsze we Francji o jakieś 1 euro na puszce! Radler za puszkę 0,33l kosztuje 1,15 EUR (w Niemczech 50-80 centów za pół litra, we Francji nie występuje). Mięso (mielone czy jakieś steki z karkówki) kosztujące we Włoszech czy we Francji jakieś 7-8 EUR za kilogram, w Belgii kosztuje 12-15. Ser coulomiers marki Cour de Lion: we Francji 1,8 EUR, w Belgii 3,8! Kawa rozpuszczalna: we Francji 4-6 EUR za 200 gramów, w Belgii 7-9. Masakra!

2. Nie ma nic do picia…

Ciężko znaleźć coś dobrego do picia w trasie, co nie kosztuje majątek. Orangina, za której 1,5 litra płaciliśmy około 1,70 EUR, tutaj dobrze jak ma cenę 2,20. 1,90 euro za 1,5 litra napoju (typu Lipton Ice Tea) to cena wyjątkowo atrakcyjna i rzadko spotykana. Dlatego ostatecznie zaczęliśmy kupować soki z Lidla lub Aldiego, po około 1,90 euro za 1,5 litra. Przynajmniej są smaczne a część z nich tak słodka, że można je rozcieńczyć w wodą i zyskać dodatkową ilość 😉

3. …Ale jest dobra czekolada.

To trzeba przyznać. Czekoladowe musy belgijskie bardzo nam przypadły do gustu i są nie drogie. 1 euro za 200 gramów musu to dobra cena.

belgijski mus czekoladowy
źródło: https://pixabay.com My za szybko zjadamy, żeby robić zdjęcie

4. Kiepskie drogi

Belgijskie drogi są kiepskiej jakości. Często fatalnie połatane, dziurawe, albo złożone z niedopasowanych do siebie betonowych płyt. Ogólnie jakość dróg porównywalna do polskich lub gorsza. I to na „bogatym zachodzie”! Szok!

5. …Nawet jeśli są zamknięte.

No, oczywiście, że nie wszystkie, ale Belgowie chyba uwielbiają stawiać znaki o braku przejazdu daną drogą i to w takich miejscach, że nie ma alternatywy poza całkowitym zawróceniem kilka ładnych kilometrów do jakiegoś rozstaju dróg. Okazuje się jednak, że droga była po prostu bez oznakowania poziomego albo najzwyczajniej jeszcze nie nabrała mocy urzędowej.

Zdarzyło się, że rzeczywiście ulica była w remoncie, ale rowerem bez problemu dało się przejechać. Jednak jadąc w kierunku rozkopów wzbudziliśmy popłoch wśród okolicznych mieszkańców, którzy usilnie nas namawiali, byśmy zawrócili. Na szczęście byliśmy mądrzejsi (tym razem :p).

6. Nie znają języków.

Z tym, że Francuzi nie znają (nie używają) języków obcych, pogodził się cały świat. Kraj – słońce, wielka historia, wielki kraj i jeszcze większe ego, wykraczające poza granice państwa. No trudno. Ale Belgowie? Sorry.

7. Jeżdżą jak wariaci.

No, może nie wszyscy i nie zawsze. Ale po kierowcach z kraju, w którym jest wielu kolarzy spodziewałam się więcej. A oni często mijają nas o milimetry, wyprzedzają na czołówkę z nami, wymuszają pierwszeństwo. Znów, poziom podobny jak w Polsce. A nie trzeba daleko szukać dobrych przykładów – Francuzi, a zwłaszcza Niemcy, jeżdżą z wielkim szacunkiem dla rowerzystów.

8. Nudno. Idzie umrzeć z nudów w tym kraju.

Właściwie tylko pola i lasy i wsie. Zdarzają się oczywiście miejsca urokliwe, ładne i przyjemne, jak Dolina Mozy, ale nie nadrabiają całości. Bywały dni, podczas których można było zaziewać się na śmierć.

Belgia dolina mozy
Okolice Doliny Mozy

9. Architektura.

Trzeba jednak przy tym przyznać, że wsie, miasta i miasteczka są bardzo ładne. Kolorowe kamieniczki, kamienne domki z kolorowymi okiennicami i ślicznie zadbanymi ogródkami. Dobrze się je ogląda 🙂

belgia miasta.jpg
Belgijskie miasta i miasteczka

10. Śmieci. Myślałby kto, że jak kraj Północy to czysto będzie, że aż można jeść z ziemi a tu wcale nie.

W Belgii śmieci leżą to tu to tam. Puszka po piwie w rowie, jedna, druga. Śmieci w fontannie, papierki na trawie. Trochę jak we Francji, a za to zupełnie nie jak w Holandii.

11. Ostre podjazdy.

Na szczęście część z nich została mi oszczędzona i M. sam podjeżdżał belgijskie bigi, ale mi wystarczy tyle, ile musiałam. Ostre, czasem nawet brukowane podjazdy, niezbyt długie ale i tak wystarczająco męczące.

12. Belgowie (i Holendrzy) nie myją się!

To oczywiście żart, ale chyba nie do końca. Na tutejszych kempingach prysznic nie jest oczywistością. Prawie zawsze pytają nas, czy aby na pewno będziemy chcieli się umyć? Czasem zachwalają, że oto oni mają prysznice! Co za luksusy! A czasem po prostu, jeśli chcemy wziąć ciepły prysznic to musimy więcej zapłacić lub wyczarować żetony, a dwa razy nie było po prostu ciepłej wody.  No i w kempingowych łazienkach rzadkością jest spotkanie kogokolwiek. Nawet, gdy na kempingu sporo ludzi. Wydaje się więc, że nie jest normą branie prysznica.

 

Widzicie jak mało zdjęć? Nawet nie ma co cykać! 😛 Ale najgorsze są jednak te ceny w sklepach. Po prostu kosmos, aż żal cokolwiek jeść i pić! Skończ się już Belgio! 😉

Natalia i M.

10 niepozornych rzeczy, które ułatwią Ci życie

bagaż na wyprawę

Są takie rzeczy, kompletnie niepozorne, a w najmniej spodziewanych momentach oddają nieocenione usługi 🙂 Oto lista 10 przedmiotów, które bardzo ułatwiły nam życie, a nikt tego od nich nie oczekiwał 😉

Dowiedz się, jaki bagaż ze sobą mamy!

  1. Foliówki i wszelkiego rodzaju „dilerki”, torebki, worki foliowe

Począwszy od przechowywania w nich otwartego jedzenia, takiego jak ser czy salami, aż do noszenia w nim prania, używania ich jako śmietniczków czy opakowywania przedmiotów (np. wszystkie części maszynki do gotowania w jednym miejscu). Nigdy niewiadomo, do czego może się przydać taka folióweczka, dlatego zawsze mam w sakwie kłąb torebek, przygotowanych na wszystko! 😀

wyprawa po europie co jeść
Oto i jedzonko w… foliówce
  1. Torba z Ikei

To też torba, ale innego rodzaju, dlatego zasługuje na własny punkt 😉 Torba z Ikei dzięki temu, że jest bardzo mocna, pojemna i dość gruba bywa przez nas wykorzystywana do pakowania sakw w jeden tobołek, kiedy lecimy rowerami samolotem. Tym razem nie musimy jej używać w ten sposób, ale nadaje się do siadania na niej, do przeniesienia wielu rzeczy na raz (np. podczas wyciągania prania z pralki, żeby nie wywalać go na podłogę to do torby) czy do pomocy w pakowaniu, kiedy rzeczy trzeba by było kłaść na ziemi.

  1. Ostrzałka do noży

Rzecz, o której kompletnie zapomnieliśmy, ruszając na wyprawę i szybko gorzko tego pożałowaliśmy. Nasze dwa noże stępiły się zanim dotarliśmy do Rzymu. A do tego nigdzie nie byliśmy w stanie dostać ostrzałki. Nie wiem, czy we Włoszech noże się nie tępią? Czy się je wyrzuca zamiast ostrzyć?

Na szczęście uratowali nas goście, którzy odwiedzając nas w Rzymie, przywieźli nam prezent w postaci małej, ale ostrzącej jak szatan, ostrzałki 🙂

bagaż rowerowy
Oto i częściowo wybebeszony bagaż
  1. Gumki recepturki

To chyba dość oczywista rzecz, a jednak nie zabraliśmy z domu ani jednej (albo zabraliśmy właśnie jedną i pękła). Co okazało się sporym błędem, bo co i rusz trzeba coś obwiązywać gumką. A to napoczętą paczkę przypraw, a to kabel od grzałki, a to coś jeszcze innego.

Przez długi czas ciężko było zdobyć gumkę recepturkę, bo warzywa, które w Polsce często się wiąże w ten sposób, np. pęczki rzodkiewek, tutaj występują spakowane w torebkę plastikową. Na szczęście udało nam się zaopatrzyć kilka razy w coś związanego gumką recepturką i teraz mamy mały zapas.

  1. Druciki

Metalowy drucik, którym przewiązane są na przykład nowo zakupione słuchawki. Wydaje się, że to śmieć, ale są rzeczy, które najlepiej jest związać właśnie takim drucikiem. Na przykład dyndający kabel od słuchawek 😀 Drucik niełatwo jest dostać, najczęściej związany nim jest woreczek w którym znajdują się jakieś warzywa. Przez cały ten czas pozyskaliśmy tylko jeden taki i został wykorzystany 😉

  1. „Przelotki” do kontaktów i rozgałęźnik

Po pierwsze adapter do gniazdek kempingowych, które są przystosowane do podłączana do prądu camping carów. Gniazdka te mają zupełnie inny wlot ale też większą moc, dlatego zwykła wtyczka nie pasuje do tego typu kontaktu. Dlatego zakupiony kiedyś, dawno temu, adapter, okazał się jedną z naszych najlepszych decyzji 😉 Dzięki niemu możemy swobodnie korzystać z prądu na kempingu, pomimo, iż teoretycznie nam nie przysługuje 😛

A drugą przelotką, która niejednokrotnie nam ułatwia życie, jest przelotka do włoskich (ale też greckich) kontaktów. Nie wiedzieć po co i czemu, ale we Włoszech kontakty mają trzy dziurki i wiele wtyczek do nich nie wchodzi. Zresztą, we Włoszech często sprzęty są sprzedawane już z przelotkami.

Trzecim sprzętem tego typu jest rozgałęźnik. Dzięki niemu jedno gniazdko zamieniamy na trzy i nie martwi nas zbytnio brak innych gniazdek w pobliżu.

wyprawa włochy
Camping, camping car i skrzynka z gniazdkami
  1. Sznurek do bielizny i „żabki”

Dzięki własnemu sznurkowi do bielizny nie musisz szukać suszarki, której często nie ma, lub rozwieszać rzeczy na krzesłach lub krzakach 😉

Niby takie oczywiste, ale czy myśli się o tym, wyjeżdżając? A o dobry sznurek też nie jest łatwo. Nie może się rozciągać pod ciężarem mokrego prania i musi być odpowiednio cienki i długi.

Nasz pierwotny sznurek był trochę za krótki i kupiliśmy sobie piękny, nowy, który okazał się… zbyt rozciągliwy, więc zawieszone wysoko rzeczy wkrótce… powłóczyły się prawie po ziemi!

Uratował nas porzucony (tj. rozciągnięty miedzy drzewami i nieużywany) w Chorwacji nylonowy sznurek, który łatwo się wiąże i rozwiązuje, jest dość długi i lekki a do tego nie rozciąga się. Zaopiekowaliśmy się nim 😉

Początkowo nie mieliśmy też klamerek do przyczepiania bielizny. Nie wiem jak mogliśmy bez nich żyć? Teraz, zebrane to tu tam, niczyje żabki, dzielnie trzymają nasze pranie na chorwackim sznurku i nie musimy się martwić, że wiatr zwieje nam majtki 😛

  1. Termos – bidon

Termos, w którym mieści się około 500 ml płynu. Na Bałkanach nam bardzo brakowało ciepłej herbaty, sądziliśmy jednak, że w tej części wyprawy termos przyda nam się dopiero w Skandynawii. Jak bardzośmy się pomylili! Termosu używamy codziennie, ratuje nas gorącą herbatą w zimne poranki i wieczory a czasem i niezbyt słoneczne dni. Często też jest na szczytach i przełęczach „nagrodą wojownika” z lodowatym piciem w upalne dni 🙂

bagaż wyprawowy
Jest i termos przy rowerze
  1. Obrusik

Czyli kawałek czystego materiału, który służy do trzymania na nim rzeczy spożywczych w miejscach niezbyt czystych, jak stół na kempingu 😉 Dzięki niemu nie musimy kłaść jedzenia na papierze, jak te żulki 😛

  1. Plecaki i kurtki zwijane w siebie

Wiele czasu nas kosztowało znalezienie dobrego plecaka, który nie zajmie dużo miejsca, nie będzie ciężki a będzie funkcjonalny i przydatny na piesze wycieczki. Ostatecznie kupiliśmy dwa i trzeci dostaliśmy w prezencie 😀 I dwa z nich pojechały z nami. Jeden po zwinięciu jest wielkości myszki od komputera, drugi dużej rolki papieru toaletowego 😉 Lekkie, z kieszonkami, jeden z nich nawet nieprzemakalny. Te plecaczki są mistrzostwem świata.

To samo tyczy się kurtek. Zarówno puchowe jak i przeciwdeszczowe kurtki zwijają się w swoje kieszenie (no, moja puchówka ma osobny woreczek kompresyjny), dzięki czemu zabierają dużo mniej miejsca niż po prostu złożone w kostkę (czy zwinięte w kulkę :P)

plecak zwijany.png
Oto jeden z naszych zwijanych plecaczków

 

A na koniec bonus – deska do krojenia.

Chcieliśmy mieć deskę do krojenia, żeby nie musieć kroić w powietrzu czy na jakichś dziwnych powierzchniach, ale deska służy nam również jako usztywnienie do komputera i jednocześnie dodatkową ochronę dla niego. No i skończyło się tym, że chociaż deska jest w osobnej foliówce (ha!) to brzydzimy się ją zabrudzić i używamy li tylko jako zabezpieczenie 😛

Jak więc widzicie potrzeba matką wynalazków i warto czasem czegoś nie wyrzucić, nawet jeśli śmieją się z Was, że jesteście chomikami 😉  Mała rzecz a cieszy! 😀

Natalia i M.

10 najlepszych rzeczy we Włoszech

włochy najpiękniejsze miejsca

We Włoszech jesteśmy już na tyle długo, że chyba możemy się pokusić o subiektywną listę tego, co najlepsze w Italii. Jeśli Wasza stopa jeszcze nie stanęła na ziemi w kształcie kozaka, to może teraz Was do tego przekonamy! 🙂

Poznaj 16 ciekawostek o Rzymie.

  1. Luz

Przede wszystkim trzeba wspomnieć, że chyba w żadnym kraju zachodniej Europy ludzie nie mają takiego luźnego podejścia do życia (no, może w Hiszpanii jeszcze będzie podobnie) jak tu.

Możesz jednak stopniować ten rodzaj doznania – jeśli zbyt duża dawka luzu Ci przeszkadza, to wybierz północ kraju a jeśli potrzebujesz totalnej maniany to na południe od Rzymu dostaniesz dużą dawkę gościnności, spokoju i wzruszenia ramionami 😉

Bilety w pociągach często nie są potrzebne (zgłaszamy, że ich nie mamy a w odpowiedzi otrzymujemy tylko bene, bene 😉 ), zasady ruchu drogowego są tylko wskazówkami, chociaż raczej wszyscy jeżdżą tak, żeby się nie pozabijać, rower na autostradzie czy ekspresówce raczej nikomu nie będzie przeszkadzać, włącznie z policją. A najważniejsze jest, żeby mieć pieniądze na kawę i papierosy 😉

Włoskie knajpy
Knajpki tylko czekają, żeby w nich spędzić chwilę
  1. Sery, sery, sery.

Jak już wspominaliśmy we wpisie o rzymskich ciekawostkach cz. II, Włosi mają około 600 odmian serów. Dla miłośników tego rodzaju mlecznych przetworów i miłośników jedzenia to raj! Od miękkich białych, żółtych, pleśniowych po twarde jak kamień 🙂

  1. Makarony

Nie bez powodu Włochów nazywa się makaroniarzami. W Italii istnieje 350 różnych typów makaronów, ale według nas tak naprawdę jest ich kilka – kilkanaście. Kilka rodzajów wstążek, penne, rurek, spaghetti itp., itd. W marketach półki z makaronami ciągną się na kilka metrów. Ale warto wybierać tylko pasta fresca. To makaron w zasadzie już gotowy, trzeba go tylko chwilę pogotować. Pyszny.

  1. Czekolada, słodycze, kawa

Może i najlepsza czekolada jest w Belgii ale Włosi mają też niczego sobie czekoladowe desery. Profiterolki, czekoladowe musy, tiramisu, cannolli… sama słodycz! 😉

Dowiedz się, co najlepszego jedliśmy w podróży!

Do ciastka obowiązkowo kawa. Cappuccino lub szybkie i mocne espresso. Włosi mają przepyszną kawę, gdziekolwiek by jej nie kupić. Kawa to podstawa życia 😉

  1. Lody

Jeśli jesteśmy przy słodyczach. Może Włosi nie mają zbyt dużego wyboru jogurtów ale za to jakie mają pyszne lody! Lodziarnie we Włoszech otwarte są cały rok a chłodziarki w sklepach są cały czas odpowiednio zaopatrzone w te zimne desery. Wszystkie pyszne, kremowe o wyrazistym smaku. Czekoladowe, pistacjowe, owocowe, orzechowe. Idealne na upalne, włoskie dni.

  1. Pogoda

A skoro już o upałach mowa. Jeśli tęsknisz za gorącym latem, możesz się go spodziewać we Włoszech już w kwietniu. Żar potrafi się lać z nieba nawet w styczniu, ale wczesną wiosną masz niemal gwarantowane bardzo ciepłe dni i bezchmurne niebo.

włochy piękne miejsca
Toskania, Apulia i Jezioro Bracciano
  1. Miasta

Chyba w żadnym kraju nie ma tylu wspaniałych miast co we Włoszech. Dość wymienić tylko Wenecję, Florencję, Weronę czy Rzym na deser. Jest także wiele uroczych, malutkich miasteczek zbudowanych na skałach jak Poligniano a Mare (więcej na jego temat znajdziesz we wpisie o początkach podróży przez Włochy) czy Pitigliano.

Włochy warto zwiedzić
Pitigliano, Savona, Terme di Saturnia, wodospad marmurowy

 

 

  1. Widoki

Pagórki Toskanii, morze i klify na wybrzeżu Amalfi, skaliste wybrzeża, wysokie góry (czyli ukochane bigi M. ;), zielone polany pełne kwiatów wiosną, palmy, kaktusy. Pięknie jest. Można stać i się zachwycać całymi godzinami.

 

  1. Język

Rzadko jest tak, aby język słyszany na ulicy sprawiał przyjemność. Tak się jednak dzieje na włoskich ulicach. Fajnie jest słuchać tego języka, zwłaszcza, że Włosi nie są tak głośni jakby się zdawało, dzięki czemu nie obrzydzają włoskiego swoim zachowaniem 😉

  1. Ceny

Ceny we włoskich sklepach zaskakują (zwłaszcza w tych większych). Jest niewiele drożej niż w Polsce a już na pewno nie jest zbyt drogo jak na zachodnie standardy. Można robić zakupy nie odmawiając sobie niczego. A jest co kupować! Tyle pyszności do zjedzenia 😉

 

To co, wiecie już, gdzie spędzicie najbliższy urlop? 😉 Chyba, że wahacie się między bella Italia a słoneczną Grecją, wtedy polecamy…       10 najlepszych rzeczy w Grecji.

włochy urlop

Natalia i Mikołaj

Źródło: http://www.italymagazine.com/dual-language/so-how-many-pasta-shapes-are-there

16 ciekawostek o Rzymie, o których nie miałeś pojęcia, cz. II!

ciekawostki o rzymie

Pierwsza część rzymskich ciekawostek powstała na początku naszego pobytu w Rzymie a druga go zamyka. Co jeszcze zaobserwowaliśmy w Wiecznym Mieście przez cztery miesiące? 🙂

1.Śmietniki daleko, daleko stąd… nie wiemy czy tak jest w całym mieście, ale w naszej okolicy najbliższy śmietnik był około 300 metrów od naszego domu! Na tej ulicy stało kilka śmietników ale korzystali z nich mieszkańcy wielu kamienic, więc możecie sobie wyobrazić, jak wyglądały te kontenery. W dodatku otwarcie ich graniczyło z cudem, a w środku i tak już nie było miejsca na kolejny worek.

Dzięki temu dwa razy dostaliśmy „ochrzan”. Raz, że nie wrzuciliśmy worka do śmietnika tylko postawiliśmy obok kontenera a raz, po walce z pokrywą, żeby wcisnąć nasz worek, spadł inny i za niego dostaliśmy reprymendę 🙂 Sytuacje były dość nieprzyjemne i to nie do nas mieszkańcy powinni mieć pretensje, ale do miasta, które wywozi śmieci za rzadko i rozstawia za mało kontenerów.

2. Szmatki zamiast szafek – kolejna dziwna rzecz w rzymskich/włoskich domach. W kuchni, zamiast zamontować szafki pod zlewem, albo nawet nic nie robić, to Włosi wychodzą z założenia, że lepiej jest założyć firankę. Więc możecie spotkać szmatki zakrywające na przykład śmietniki, lub jakieś inne szpargały. Firanki przeszkadzają i brudzą się a do tego nie wyglądają jakoś szczególnie dobrze, zwłaszcza, gdy ktoś rozwiesi taki całun, który trochę zakrywa a trochę nie 😉 I aż się same proszą, żeby wycierać w nie ręce 😛

3. Spanie pod prześcieradłem – to dziwny zwyczaj, prawdopodobnie wynika z upalnych temperatur latem. Ale serio… oni naprawdę śpią pod samym prześcieradłem? Nawet najcieńszej kołderki nie używają…? No niestety. Na jakieś ocieplenie mogliśmy liczyć jesienią, czasem to był koc, czasem kołdra, ale latem…? Nie liczcie na to. My osobiście nie jesteśmy się w stanie przyzwyczaić do takiego okrycia.

4. Tarasy i ogrody na dachach – chyba każdy, kto był w Wiecznym Mieście zwrócił na nie uwagę. Ludzie mają małe ogródki nie tylko na balkonach (notabene często dużych jak tarasy), ale również na dachach. To dodaje dużo uroku miastu.

rzym ogrody na dachach

5. Sezon na truskawki to styczeń – maj. Kiedy w styczniu pojawiły się paczki wielkich truskawek po 99 centów za 250 gramów oboje patrzyliśmy na nie podejrzliwie. W Polsce nie raz widuje się te owoce zimą, kosztują krocie a smakują różnie, o ile akurat nie są spleśniałe.

A te włoskie truskawy… chociaż przy szypułkach były jeszcze zielone to niczego im nie brakowało. Były dojrzałe, twarde, słodkie, przepyszne! Szczerze mówiąc to truskawkowe polskie ciapy nie dorastają im do pięt.

italian strawberries
Włoskie truskaweczki

6. Tysiące odmian serów a konkretnie podobno jest ich około 600 (to więcej niż we Francji, gdzie mają tylko 400 rodzajów 😉 ). Niektóre z jedzonych przez nas serów nie wyróżniały się niczym specjalnym, ale były też takie, które skradły nam serca. Na przykład wyraziste  caciocavallo czy provolone,  lub delikatny ser z zalewy o dymnym smaku – provola, czy świeża mozarella nadziewana śmietaną i strzępkami mozarelli – buratta. Parmezan czy mozarella od Zotta to przy nich małe piwo 😉

włoskie sery
Burrata, źródło: https://scootsy.com

Przeczytaj też wpis o 20 najsmaczniejszych potrawach jakie jedliśmy!

7. Cappucino prawie w każdej kawiarni kosztuje tylko 1.50 i wszędzie jest przepyszne! 🙂

włoski deser
Do cappuccino musi być cannolo 😉

8. Pewex – w Rzymie jest sieć sklepów spożywczych Pewex, nieźle się zdziwiliśmy widząc jeden z nich za pierwszym razem 😉 Mają oryginalne logo dawnego polskiego Pewexu i są całkiem nieźle zaopatrzone (zwłaszcza w sery i wędliny). Na dachach powiewają zaś flagi Polski i Włoch.

sklepy we włoszech
Pewex we Włoszech

9. Warzywa – we Włoszech zaskoczyła nas różnorodność warzyw, mimo iż była to pora zimowa. Najbardziej nam zasmakowała puntarella, która chyba nie ma polskiej nazwy. To roślinka z rodziny cykorii. Można ją jeść na surowo albo robić pędy w zalewie. Musi być jednak świeża i młoda, bo inaczej robi się zbyt gorzka i łykowata. Innym naszym przysmakiem były gotowane liście przede wszystkim rzepy brokułowej (cime di rape). Ale liści i dziwnych liściastych warzyw we Włoszech są nieprzebrane rodzaje. Rzepkę wrzucaliśmy na patelnię razem z oliwą i cebulką. Była pysznym dodatkiem do gnocchi (czyli tych włoskich kopytek) 😉

włoskie warzywa
Puntarelle i cime
  1. Pogoda więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o zimie w Rzymie. Dość powiedzieć, że prawie cały czas było sporo słońca a temperatury były na plusie (ale i deszcze nas nie omijały). To była taka raczej ładna polska wiosna 🙂 Kwiaty kwitły, ptaki cały czas śpiewały, było naprawdę przyjemnie. Nic dziwnego, że lodziarnie w Rzymie otwarte są cały rok 😉
lody we włoszech
Włoska lodziarnia

11. Zielona trawa w styczniu i przez całą zimę 🙂 To było super. Nie tylko trawa była zielona ale i wiele drzew. Naszych gości ten widok szokował i wprawiał w stan euforii 😉 Kiedy wpadliśmy do domu na miesiąc, ciężko było się przyzwyczaić do błota i brunatnych kępek resztek traw w Polsce w marcu

12. Żółte kamienice, kolorowe bloki – oczywiście nie cały Rzym jest w kamienicach albo nawet w ciekawych blokach. Nie wszystkie też są pomalowane. Ale całe centrum i wiele miejsc poza nim jest po prostu ładnych. Odcienie żółci czy czerwieni zmieniają bardzo wiele i nawet pochmurny dzień jest łatwiej znieść niż w otoczeniu szarych bloków i kamienic.

rzym zabudowa
Kolorowe kamienice rzymskie

13. Tłuste koty w Rzymie jest bardzo dużo kotów a ich ulubionymi miejscówkami są… starożytne ruiny. Zresztą, nie ma się co dziwić 😉 Koty są zadbane, dokarmiane (kiedyś widzieliśmy wystawioną dla nich złotą tacę z prosciutto :P) i jak to koty… mają w nosie cmokających na nie ludzi 😉

koty w rzymie
Tak się stołują rzymskie koty 😉

14. Stare tramwaje – po Rzymie poruszaliśmy się raczej rowerami, metrem lub na własnych nogach. Ale zaobserwowaliśmy, że tramwaje w Rzymie to często tak zwane „telepaki” lub inne stare modele wyglądające jak żywcem wyjęte z lat 70. Na kilku liniach jeździły też pojazdy nisko podłogowe ale to raczej była mniejszość.

15. Zakupy online tylko z codice fiscale! Nie wiemy co prawda, czy tak jest w każdym włoskim sklepie online’owym, ale przyjechawszy do Rzymu chcieliśmy wykorzystać promocje na ciuchy, żeby podmienić kilka zużytych na nowe. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste, bo płatność kartą to jedno, ale posiadanie numeru codice fiscale, czyli tamtejszego numeru pesel, to drugie i obowiązkowe, żeby zrobić zakupy przez internet w niejednym sklepie. Ostatecznie zaopatrzenie przybyło wraz z moją mamą 😀

16. Nagabywacze niezbyt przyjemna strona Rzymu. Sprzedawcy selfiesticków, afrykańskich bransoletek, parasolek, kwiatów, rzymscy pretorianie-przebierańcy pozujący do zdjęć. Wszyscy Cię zaczepiają i chcą Ci coś wepchnąć różnymi metodami. Pytają czy jesteś szczęśliwy, skąd jesteś, zagradzają drogę mieczami, dają „podarunki”, proponują bilety pomijające kolejki, proponują pomoc, która jest Ci na pewno niezbędna a niektórzy potrafią łapać za rękę, iść za Tobą i do Ciebie mówić (głównie czarnoskórzy). Są nachalni i trzeba im stanowczo i jasno powiedzieć, że nic się od nich nie chce i mają sobie iść. To często odbiera frajdę ze spacerów po tych niesamowitych miejscach, zwłaszcza, gdy spaceruje się samemu.

Roma Colloseum.png
Ludzi jak mrówków 😉 Panorama z Koloseum

Teraz wreszcie nadchodzi pora na ciekawostki z innych krajów 😉 miejmy nadzieję, że nie będziemy tylko pędzić przez kolejne państwa i coś nam się uda zaobserwować 🙂

Przypomnij sobie najlepsze miejsca na Bałkanach…

… i te najbardziej rozczarowujące.

Przeczytaj o podsumowaniu pierwszego etapu wyprawy rowerowej po Europie.

Natalia

Czy w Rzymie jest ciepło cały rok? Czyli zima w Rzymie.

kiedy jechać do rzymu

Nasza pierwsza część wyprawy miała skończyć się w Rzymie. Tak też się stało i w połowie listopada wylądowaliśmy jakieś 300 metrów od Bazyliki św. Piotra na cztery miesiące.

Ideą było spędzenie zimy w jakimś ciepłym miejscu, pozbawionym mrozu i śniegu, do tego ciekawym. Nie byliśmy zdecydowani na Amerykę, dlatego padło na Rzym. Czy nam się to udało? I czy Wieczne Miasto rzeczywiście jest ciepłe cały rok?

Zgodnie z danymi dotyczącymi średnich opadów i temperatur, najwięcej deszczowych dni przypada od października do grudnia, a najchłodniej jest między grudniem a lutym.

rzym średni temperatury
Źródło: https://www.meteoblue.com/pl/pogoda/prognoza/modelclimate/rzym_w%C5%82ochy_3169070

Warto jeszcze nadmienić w jakiej odzieży poruszaliśmy się po mieście. Otóż podstawowym naszym okryciem były kurtki przeciwdeszczowo-wiatrowe pod które w chłodniejsze dni zakładaliśmy dodatkowo bluzę i to przeważnie wystarczało.

rzym jak się ubrać
Raz w kurtce i bluzie raz bez kurtki i w krótkim

Z sandałów zrezygnowaliśmy dopiero w grudniu na rzecz dobrych butów trekkingowych AKU (które jednak nie okazały się takie dobre, bo na mokrym, rzymskim bruku, nie raz się ślizgaliśmy). Ani razu nie było nam zimno w stopy.

rzym buty.jpg
Kopanie w słoneczny kalendarz. Keeny i Aku w akcji

Do tego ja od czasu do czasu zakładałam opaskę na uszy i wieczorami, w te najzimniejsze dni, rękawiczki polarowe.

Mieliśmy też kurtki puchowe, których użyliśmy kilka razy, głównie podczas wieczornych wyjść i jednego bardzo wczesno porannego 😉

rzym w co się ubrać

Listopad

Początkowo listopad był na tyle deszczowy, że skróciliśmy naszą podróż o dwa dni. W Rzymie jednak była piękna późnoletnia pogoda. Ciepło, ale nie gorąco (w słońcu jakieś 23 stopnie), wieczory też nie należały do chłodnych. Nie padało, nawet się nie chmurzyło. Dzięki temu mogliśmy spokojnie zwiedzać miasto i cieszyć się wciąż trwającym latem (zwłaszcza jak na polskie standardy). Co więcej, nadal mogliśmy używać sandałów bez narażania się na zmarznięcie! 🙂

Oczywiście na ziemi leżało dużo liści (sprzątnięto je chyba dopiero, jak już wszystkie opadły) a drzewa (konkretnie platany) były w większości łyse.

jesień w rzymie
Listopad w Rzymie

Grudzień

Im było bliżej końca roku tym dni robiły się chłodniejsze, jednak pierwsza połowa miesiąca była wciąż bardzo zadowalająca, w słońcu mniejsze lub większe naście stopni.  Dopiero wraz ze zbliżającymi się świętami pogoda wyraźnie się pogorszyła. Czasem popadało i ochłodziło się (akurat na przyjazd gości :P). Na tyle, że nasze wiosenne kurtki w zestawie z bluzami były często niewystarczające podczas spokojnych spacerów. Pewnie przy szybszym marszu byłoby nam optymalnie, ale zwiedzanie większą grupą ma to do siebie, że tempo nie jest zbyt dziarskie.

Co jednak warto odnotować, sylwestrowa noc była całkiem ciepła i podczas spaceru, żeby obejrzeć fajerwerki nad miastem, wszyscy się zgrzaliśmy. My w naszych przezornie założonych puchowych kurtkach i cała rodzinna ferajna w zimowych okryciach 😛

święta w rzymie
Grudzień w Rzymie (u góry pierwszy dzień Świąt Bożonarodzeniowych) . W wysokich górach spadło dużo śniegu.

Przeczytajcie więcej o:

świętach Bożego Narodzenia w Rzymie

i Sylwestrze w Rzymie!

Styczeń

Kiedy goście wyjechali zrobiło się na nowo bardzo wiosennie. Wręcz letnio. Temperatury były ponadprzeciętnie wysokie. W słońcu było mocno ponad 20 stopni. W jedną z takich ciepłych niedziel wybraliśmy się do parku akweduktów, gdzie dzieciaki grały w piłkę w krótkich spodenkach, ludzie grzali się bez kurtek, a niektórzy nawet siedzieli w słońcu bez koszulek. Rodziny piknikowały na trawie. Było bardzo, bardzo ciepło.

Przy tej okazji warto wspomnieć, że zarówno w styczniu jak i w grudniu, no i przez cały ten czas, wszechobecna była trawa. Soczysto-zielona trawa w całym mieście (a zwłaszcza w parkach, rzecz jasna). Palmy, zielone drzewka pomarańczowe i mandarynkowe z owocami, zielone cyprysy. Ich widok wywołał w grudniu szok wśród naszych gości z Polski 😉

kiedy jechac do rzymu
Cudowny styczeń w Rzymie

Pod koniec miesiąca jednak znów się trochę ochłodziło, dni były często pochmurne.

Dlatego, kiedy na przełomie stycznia i lutego przyjechali kolejni goście, na część wspólnych spacerów zabieraliśmy parasolkę. Zdarzało się, że popadało rano, wieczorem, trochę w ciągu dnia. Na szczęście opady były niezbyt uciążliwie, chociaż prognozy były dość ponure.

pogoda w rzymie w styczniu
Pogoda pod koniec miesiąca bywała wątpliwa

Luty

Najgorszy natomiast okazał się luty. Bardzo często padało, potrafiło padać  nawet kilka dni z rzędu. Chmurzyło się i zrobiło się dość zimno, aczkolwiek nadal na plusie. Do czasu aż nie odwiedziły nas kolejne osoby 😀

Nasi biedni goście trafili właśnie w taki ciąg deszczy i nie było dnia, żeby nie zmokli. Ba, żeby nie przemokli! Kupili nawet parasolkę i pelerynki, żeby być w stanie zwiedzić choć trochę tego i owego w deszczu.

rzym jak się ubrać zimą
Deszczowe dni w Rzymie

W końcu jednak przestał padać deszcz… a spadł śnieg! 😀 pierwszy w Rzymie od 6 lat. Śnieg spadł w nocy i nad ranem, tak, że udało nam się wyjść wcześnie i zrobić jeszcze kilka zdjęć białego Rzymu. W ciągu dnia wyszło jednak piękne słońce i śnieg się roztopił. Aczkolwiek tylko po to, żeby zamarznąć wraz z mrozem, który chwycił wieczorem.

czy w rzymie pada śnieg
Rzym pod śniegiem

Włosi, zwłaszcza ci z Włoch centralnych i południowych, nie są przyzwyczajeni do takich zjawisk atmosferycznych, więc na dwa dni zamknęli szkoły i urzędy. Pierwszego dnia zamknięte były nawet niektóre sklepy (na przykład nasza piekarnia :P). Widzieliśmy jak ludzie bawią się na śniegu, zjeżdżają z ośnieżonych górek, lepią bałwany, rzucają się śnieżkami, zapanowała ogólna radość 🙂

Na ulicach i chodnikach lodu nie posypano ani solą ani piachem, więc to było pewne wyzwanie poruszać się po nich :p

Przeczytajcie o wycieczce wokół murów aureliańskich, którą odbyliśmy dzień po opadach śniegu.

Więcej śnieg oczywiście nie spadł i temperatura powoli się podnosiła , ale nie można powiedzieć, żeby było ciepło. Raczej dość chłodno i deszczowo cały czas.

Trzeba jednak wspomnieć, że deszczowe wieczory umilały mi świeże, wielkie truskawki! 😀 Od stycznia do maja jest sezon, a truskawki włoskie są duże, twarde i pyszne, nawet M., który nie lubi tych owoców przyznał, że są niczego sobie 😉

Połowa marca

Dopiero pod koniec pierwszej połowy marca zaczęło się znacznie ocieplać. Zrobiło się naście stopni, dni coraz częściej były ładne, słońce grzało, o ile akurat się nie chmurzyło. A zdarzało się to wciąż często.

Kiedy wróciliśmy w połowie marca do Polski, różnica temperatur wynosiła jakieś 15 stopni! A nawet więcej, bo dzień po naszym przylocie w kraju na Wisłą spadł śnieg i chwycił mróz 😛

Podsumowanie zimowych miesięcy w Rzymie

Będąc w Rzymie, nawet w najchłodniejszym i najbardziej deszczowym okresie, ciężko było uwierzyć, że gdzieś na świecie właśnie panują śnieżyce. Dla mnie temperatura zimą nie była na tyle wysoka, żebym mogła uznać ją za idealną, pogoda też czasami nie zachęcała do wyjścia z domu. A jednak było dużo cieplej i przyjaźniej, niż w to jest w Polsce, w tym okresie roku. Zielono, już w lutym zaczęły kwitnąć róże, wiśnie, pojawiły się czerwone maki.

Dodatkowym atutem Rzymu jest to, że otaczające budynki są w kolorach żółci, a nie szarości. To bardzo dużo zmienia, nawet w ponury dzień.

kiedy kwitną róże
Kwitnące późną zimą kwiaty

M. natomiast się zakochał. Te dziesięć do kilkunastu stopni to różnica, która daje bardzo wiele. Wręcz zmienia okropną nieznośność zimy w bardzo przyjemny klimat. Owszem, miło by było mieć pełne lato, ale to właśnie ta – pozornie niewielka – różnica między polską a rzymską zimą jest kluczowa.

Czy zatem Rzym jest idealnym miejscem na zimę? Dla mnie nie do końca (mnie się marzy wieczne lato 😉 ), M. twierdzi, że wystarczającym. Jeśli jednak rozważacie to miasto na Boże Narodzenie czy Sylwestra raczej się nie zawiedziecie, chociaż upałów się nie spodziewajcie. Istnieje też ryzyko pochmurnych i deszczowych dni, zwłaszcza w stosunku do Świąt Wielkanocnych, które tam będą już z pewnością ciepłe i słoneczne 😉 Dlatego Rzym i okolice na urlop polecamy raczej od kwietnia do początku grudnia 🙂

kiedy jechac do rzymu
Koloseum, widokówki z via Appii i papużka

Natalia i Mikołaj

 

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Rzym miejsca które warto odwiedzić

Nie będzie chyba przesadą, jeśli stwierdzimy, że po czterech miesiącach pobytu w Rzymie znamy miasto już całkiem nieźle, zwłaszcza okolice szerokiego centrum. Oczywiście, zapewne wciąż jest wiele miejsc nieodkrytych przez nas (nawet ostatniego dnia znaleźliśmy nowe zaułki) i za każdym razem znajdywaliśmy coś nowego lub jakieś  smaczki. Ale tak czy inaczej udało nam się wyselekcjonować najlepsze atrakcje Wiecznego Miasta, oto lista!

  1. Crème de la crème Rzymu, czyli trzy punkty obowiązkowe w jednym:
    1. Forum Romanum, Palatyn i Koloseum

Zaczynamy z grubej rury 😉 Nikomu nie trzeba przedstawiać tych miejsc. Absolutny punkt obowiązkowy. Bilet łączony na te trzy atrakcje kosztował nas 12 euro, ale to o czym warto wiedzieć to, że Palatyn jest połączony z Forum Romanum. Nie możecie wyjść z jednego i wrócić do drugiego, nie będą chcieli Was wpuścić. Traktują je jako całość. Natomiast Koloseum to osobna atrakcja, którą na tym samym bilecie możecie zwiedzić nazajutrz (lub poprzedniego dnia), bo bilet ważny jest dwa dni.

Forum Romanum, Palatyn, Koloseum
Od lewej: część Palatynu od środka, Forum Romanum widok z Palatynu, Koloseum od środka
  1. Ulica Fori Imperiali i Kapitol

Łączy się z punktem powyżej. Po obu stronach ulicy mamy fora – Forum Romanum, Forum Cezara, Forum Augusta, po drugiej Forum Trajana, Forum Nerwy. Jest też wielki budynek Ołtarza Ojczyzny a na horyzoncie majaczy Koloseum. Z Kapitolu macie cudowne widoki na Forum Romanum. Możecie nawet zejść przy kościele i stanąć bardzo blisko Łuku Tytusa.

Forum Romanum, Rzym
Widok na ulicę Forów oraz na Forum Romanum
  1. Muzeum Fori Imperiali czyli Mercati di Traiano

Skoro już jesteśmy przy Forach. Warto rozważyć odwiedziny w Muzeum Fori Imperiali, czyli spacer po Halach Trajana. Wejście kosztuje niestety aż 15 euro, ale budynek jest bardzo duży. W środku znajdziecie dość nudną wystawę fragmentów Hal Trajana, wraz z wieloma, całkiem ciekawymi informacjami na ich temat i temat pozostałych mniejszych forów (po włosku i angielsku), ale to co najlepsze zaczyna się, gdy już opuścicie wnętrze muzeum. Macie możliwość wyjścia na patio, spaceru po tarasach (trzy poziomy) oraz dachach Hal a nawet wyjścia pod samą Torre delle Milizie. Dla miłośników takich miejsc muzeum zdecydowanie warte odwiedzenia.

Muzeum
Hale Trajana od środka
  1. Bazylika świętego Piotra

Warto wejść i zobaczyć ogrom oraz monumentalność tego miejsca. Niech Was nie przerazi stanie w kolejce, nie trzeba wstawać bladym świtem. Kolejka przesuwa się sprawnie, a jeśli pogoda jest dobra, to czekanie w niej nie jest uciążliwe.  Jeśli macie trochę czasu i pieniędzy (13 euro od osoby) to polecamy też umówić się zawczasu (mailem) na wizytę w nekropoliach watykańskich, bardzo ciekawa wycieczka, zwłaszcza, że jest dostępny polski przewodnik (o ile będziecie mieć szczęście) więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o Bazylice i nekropoliach – (klik).

Koniecznie również wejdźcie na kopułę bazyliki. Cena biletu to 8 EUR piechotą i 10 EUR windą (ale pokonuje się nią tylko „mniejszą połowę” drogi), a widoki zapierają dech i mimo, że na górze zazwyczaj jest olbrzymi tłok, to zdecydowanie warto, również ze względu na fakt, że samo wejście po schodach w ich końcowej części robi niesamowite wrażenie.

Bazylika świetego Piotra Watykan
Wnętrza Bazyliki, oraz widok z kopuły i z dachu przed kopułą
  1. Park Akweduktów

Jest tam po prostu pięknie, co tu dużo mówić. Możemy podziwiać monumentalne akwedukty, które doprowadzały wodę do Rzymu. Mamy zarówno częściowe łuki jaki i całe ciągi akweduktów. W Parku znajdziemy sześć z jedenastu starożytnych akweduktów (z czasów republiki – l’Anio Vetus, l’Acqua Marcia, l’Acqua Tepula i l’Acqua Iulia, z czasów imperium – l’Acqua Claudia i l’Anio Novus) oraz siódmy powstały w czasach renesansowych – l’Acquedotto Felice , wykorzystujący arkady l’Acqua Marcia).

Robią niesamowite wrażenie a do tego jest to olbrzymi zielony teren. Warto zwiedzać go rowerem.

Akwedukty Rzym
Park Akweduktów
  1. Via Appia

Kolejne zielone miejsce, bardzo klimatyczne. Możecie rozważyć przejażdżkę rowerem z Castel Gandolfo via Appią do Rzymu (pod warunkiem, że wcześniej nie padało, bo początkowa część będzie zalana :P) albo po prostu możecie się tam dostać rowerami lub autobusem. Na via Appia  poczujecie się, jakbyście przenieśli się w czasie 🙂 Droga wyłożona jest kamieniami bazaltowymi (ale na szczęście nie w całości), po obu jej stronach rosną strzeliste tuje i stoją starożytne grobowce, a także, budzące podziw, pozostałości po Villi Quintilli.

Via Appia.jpg
Via Appia i Villa Quintilli
  1. Forum Holitorium i teatr Marcellusa

Jak już wspominałam we wpisie o podziemiach Rzymu,  Forum Holitorium to imponujące miejsce pomiędzy dzielnicą getta a wzgórzem Kapitolu. Spacerujemy pod wielkim Portykiem Oktawii i wspaniale zachowana ścianą teatru Marcellusa (z I wieku p.n.e) w który wbudowana jest „współczesna” kamienica (konkretnie pałac Sevellich z XVI w). Ścieżka jest krótka, ale ciągnie się na poziomie gruntu starożytnego Rzymu, a pozostałości budowli, które są dosłownie na wyciągniecie ręki,  pamiętają Juliusza Cezara 😉

Rzymskie Getto
Widok na ścianę teatru Marcellusa, Portyk Oktawii oraz ścieżkę
  1. Circus Maximus

Co prawda ze stadionu pozostał tylko plac, ale nie trudno sobie wyobrazić, że ta udeptana wokoło ścieżka, to właśnie był tor wyścigowy dla rydwanów, który z trybun oglądał lud rzymski. Z cyrku mamy również piękny widok na Palatyn, bardzo warto zobaczyć to miejsce!

Circus Maximus
Widok na Palatyn i jeden z torów Circus Maximus
  1. Termy Karakali

Pisaliśmy o tym miejscu wcześniej (darmowe zwiedzenie Rzymu – klik). Olbrzymie ściany term Karakali, pomiędzy którymi spacerujemy, budzą prawdziwy podziw. Teren term to obecnie coś w rodzaju parku, więc jest pięknie zielono, ptaki śpiewają, a my możemy pogrążyć się w zachwycie nad monumentalną budowlą z 216 roku. Co najciekawsze, termy były nie dość, że za darmo dla wszystkich, to oferowały baseny z ciepłą, zimną i letnią wodą (pod ziemią są ukryte jeszcze kotłownie, ale niedostępne). Rzymianie mieli do dyspozycji biblioteki, sklepy, sale masażu, sauny. Możemy znaleźć też tabliczki informacyjne, na których widzimy jak termy wyglądały w pełni swoich dni.

Jeśli macie wybór między Termami Karakali a Dioklecjana, to zdecydowanie wybierzcie Karakalę. Niestety Dioklecjan nie robi takiego wrażenia.

Termy Dioklecjana Rzym
Termy Karakali
  1. Porta Maggiore

Skrzyżowanie akweduktów, o którym pisaliśmy więcej przy okazji wycieczki wokół murów aureliańskich. Jeśli możecie, to koniecznie zobaczcie tę olbrzymią bramę do miasta, łączącą się z wysokimi akweduktami. W niektórych miejscach możecie dostrzec też otwory na wodę.  W tym miejscu doskonale widać potęgę i umiejętności budowniczych starożytnego Rzymu. Ponadto mamy tam ciekawy Grób Piekarza oraz podziemna bazylikę z czasów Tyberiusza, którą można zwiedzić, lecz trzeba umawiać się ze znacznym (nawet kilkumiesięcznym!) wyprzedzeniem.

akwedukty rzym
Porta Maggiore i skrzyżowanie akweduktów
  1. Domus Aurea

Więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o podziemiach Rzymu. Domus Aurea to rezydencja Nerona, w której ciągle pracują archeolodzy. My możemy spacerować po wysokich wnętrzach z częściowo zachowanymi mozaikami, ale największe wrażenie robi tak naprawdę możliwość cofnięcia się w czasie dzięki okularom VR. Widzimy wspaniale zdobione wnętrza, które nas otaczają a które przed chwilą były gołymi ścianami, wychodzimy też przed Domus.  W oddali majaczy długi akwedukt oraz pałac cesarski na Palatynie, a pod stopami mamy falującą trawę, kwiaty i tuż przed nami basen. Pięknie!

Pałac Nerona Rzym
Filmik wyświetlany na ścianie w Domus Aurea i wnętrza pałacu
  1. Villa Borghese

Duży park „nafaszerowany” świątyniami, jeziorkami, rzeźbami,  fontannami, uroczymi skwerkami.  Bardzo ładne miejsce, gdzie można zapomnieć o zgiełku otaczającego miasta. Warto wypożyczyć rower i zwiedzić park w ten sposób.Parki Rzymu

  1. Awentyńska dziurka od klucza i ogród pomarańczy

O tym miejscu przeczytacie więcej tutaj (klik). Warto zajrzeć, zwłaszcza jeśli jesteście porą zimową w Rzymie. Wtedy na drzewach zobaczycie dużo pomarańczy. Cały ogród pełen jest pomarańczowych drzewek. Przechodzimy ścieżką aż do punktu widokowego, skąd mamy wspaniałą panoramę Rzymu.

Natomiast dziurka awentyńska to dziurka w drzwiach, za którą kryje się uroczy widok. Warto chwilę stanąć w kolejce (o ile jest), żeby później przyłożyć twarz do zielonych drzwi i zachwycić się tym, co widać za nimi. Więcej szczegółów nie zdradzamy, niech to będzie niespodzianka! 🙂 Namiary dokładnie to miejsce to: 41°52’58.7″N 12°28’42.6″E

dziurka awentyńska
Awentyn

O Rzymie można pisać i pisać, przez cztery miesiące widzieliśmy wiele miejsc i moglibyśmy opisać w zasadzie każde z nich jako koniecznie warte uwagi. Jednak mając do dyspozycji tylko kilka czy nawet kilkanaście dni, trzeba wybrać część atrakcji.

Oczywiście Rzym to również setki kościołów, których nie sposób pominąć.  Nie  ma możliwości (a czasem sił), aby wejść do każdego, zwłaszcza, że wiele z nich ma sjestę, ale stworzyliśmy dla Was listę tych najbardziej interesujących, a oprócz tego rozważcie zajście pod Rzym! 🙂 Pod tym linkiem znajdziecie więcej informacji jak to zrobić 😉

A najbardziej zdeterminowanym polecamy jeszcze wycieczkę wokół murów aureliańskich 🙂

Natalia i Mikołaj

Ile kościołów jest w Rzymie i które warto zobaczyć?

Rzym koscioły które warto odwiedzić

Rzym kościołami stoi. Stwierdzenie zdecydowanie nie przesadzone, bo podobno jest ich aż 400 ale  według Wikipedii ponad 900![1] Wliczając kościoły nie tylko katolickie. W każdym razie zanim zajrzeliśmy do Wikipedii, słyszeliśmy o 400. Zapewne chodziło tylko o te zabytkowe 🙂 Dość powiedzieć, że nigdy w życiu nie byliśmy w tylu kościołach i zapewne już nigdy nie zajrzymy do tylu świątyń, ile odwiedziliśmy tutaj 😉

Na podstawie naszych kościelnych spacerów spróbowaliśmy wytypować dla Was perełki, które najbardziej warto zobaczyć. Warto też wiedzieć, że kościoły i bazyliki odwiedzać można za darmo, ale część z nich ma w środku dnia sjestę (z reguły trwającą od 12/13 do 15/16), która może zdezorganizować plany.

  • Bazylika Św. Piotra – to chyba koronny punkt podczas każdej wycieczki do Rzymu. Zresztą słusznie, bo, abstrahując od kwestii wiary, Bazylika jest monumentalnym, bardzo bogato zdobionym budynkiem, który robi wspaniałe wrażenie z zewnątrz i nie mniejsze z wewnątrz. Nad bazyliką pracowali miedzy innymi Rafael Santi i Michał Anioł. Znajdziemy tu też Pietę Michała Anioła, jedyne podpisane przez niego dzieło.
bazylika sw. piotra
Bazylika św. Piotra i jej wnętrze

O Bazylice napisano już wiele, więc z ciekawostek powiemy Wam tylko tyle, że na fasadzie stoi 11 rzeźb apostołów wraz z Jezusem i Janem Chrzcicielem, nie ma zaś św. Piotra. Rzeźby mają prawie 6 m wysokości, a co interesujące, ich plecy są prawie całkiem płaskie, niewyrzeźbione.

Na placu watykańskim był kiedyś (w I w n.e) cyrk Nerona, czyli stadion, na którym zabijano pierwszych chrześcijan. Na jego środku stał obelisk, który w XVI wieku przeniesiono przed wznoszoną bazylikę, którą zresztą stawiano na już istniejącej bazylice, tylko mniejszej. Co więcej, ten pierwszy kościół został wybudowany na  grobach chrześcijan. Przypuszczano, że w jednym z grobów pochowano świętego Piotra (znajduje się on pionowo pod ołtarzami obu bazylik), dopiero w XX wieku przeprowadzono badania, które potwierdziły, że to mogą być rzeczywiście szczątki świętego Piotra (tj. znaleziono przy grobie inskrypcję „tu jest Piotr” oraz kości białego mężczyzny w wieku około 68 lat, czyli takim, w którym zmarł prawdopodobnie Piotr).

Sam plac watykański otacza portyk Berniniego na którym znajdziemy 140 posągów przedstawiających świętych.  Co ciekawe jednym z nim jest Jacek Odrowąż, jedyny święty z Polski. Znajdziecie go po lewej stronie, na wysokości fontanny (przy okazji – fontanna po prawej stronie jest oryginalnym dziełem Berniniego, ta po lewej to jej kopia).

Oczywiście nierozłączną częścią zwiedzania bazyliki jest wejście na jej kopułę, skąd rozciąga się wspaniały widok na Rzym i ogrody watykańskie. Przy okazji można również rozważyć wizytę w nekropoliach i pierwszej bazylice, o której więcej znajdziecie tutaj.

bazylika swietego piotra watykan
Widok z kopuły świętego Piotra: od góry – plac watykański, ogrody watykańskie, rzeźby na dachu i schody na kopułę

Wirtualnie możecie zwiedzić bazylikę pod tym linkiem: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_pietro/vr_tour/index-en.html

Współrzędne GPS: 41.902222, 12.453333

  • Bazylika Św. Jana na Lateranie a jej właściwa nazwa to: Papieska arcybazylika Najświętszego Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty na Lateranie. Matka i Głowa Wszystkich Kościołów Miasta i Świata. Jest to bazylika znajdująca się na eksterytorialnej ziemi Watykanu. Wiecie, że właśnie ona jest najważniejszym kościołem świata? Wcale nie Bazylika świętego Piotra. Jan na Lateranie jest bardzo duży i robi wrażenie, choć tak naprawdę najmniejsze ze wszystkich bazylik większych.

    swiety jan na lateranie
    Bazylika świętego Jana na Lateranie i jej wnętrze

W tym kościele znajdziemy ołtarz papieski oraz gotycki baldachim z XIV wieku. Podobno w jego górnej części umieszczone zostały czaszki świętych Piotra i Pawła, ale znajdują się tu też dwie inne relikwie: drewno ze stołu, przy którym Jezus spożywał ostatnią wieczerzę, oraz krople krwi Chrystusa.

Tutaj znajduje się również tron papieski, nad którym możemy podziwiać XIII wieczną mozaikę przedstawiającą Krzyż Święty, Matkę Boską oraz postać fundatora mozaiki, papieża Mikołaja IV.

Mszę przy głównym ołtarzu w bazylice na Lateranie może odprawiać tylko papież. Taka msza odbywa się raz w roku, w Wielki Czwartek.

Za dodatkową opłatą można zwiedzić wewnętrzny dziedziniec Bazyliki, zaś po drugiej stronie ulicy znajdziecie Święte Schody, czyli schody, które według legendy pochodzą z domu Poncjusza Piłata, a Jezus miał być po nich prowadzony na sąd. Schodów jest 28 i są tak cenne, że wierni mogą wchodzić po nich tylko na kolanach.

scala sancta
Po lewej tron papieski po prawej Święte Schody

Wirtualna wizyta w Bazylice św. Jana na Lateranie dostępna jest tutaj: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_giovanni/vr_tour/index-it.html

Współrzędne GPS: 41.885906, 12.506156

  • Bazylika Matki Bożej Większejw zestawieniu nie może zabraknąć oczywiście olbrzymiej bazyliki Santa Maria Maggiore, czyli kolejnej świątyni watykańskiej znajdującej się poza terenem Watykanu. Kościół pochodzi z V wieku i jest bogato zdobiony, zwłaszcza ołtarz i kopuła robią wrażenie.  Pod ołtarzem zaś mamy zejście do zdobionego relikwiarza, w którym ponoć przechowywane jest drewno ze żłóbka Jezusa Chrystusa (co jest możliwe, bowiem naukowo stwierdzono, że drewno pochodzi z okolic Palestyny i ma ponad 2000 lat).
Bazylika Matki Bożej Większej
Santa Maria Maggiore i jej wnętrze

W Bazylice mieszczą się dodatkowo: muzeum archeologiczne, do zwiedzenia domy rzymskie za 5 euro, muzeum skarbca papieskiego za 3 euro i ponoć z przewodnikiem możliwe jest zwiedzanie loggii, mozaik i oglądanie schodów Berniniego za 5 euro.

Maria Maggiore do zwiedzenia wirtualnie tutaj: http://www.vatican.va/various/basiliche/sm_maggiore/vr_tour/index-it.html

Współrzędne GPS: 41.8975, 12.498611

  • Bazylika Świętego Pawła za Murami to według tradycji miejsce pochówku świętego Pawła. Czwarty kościół należący do państwa Watykan znajdujący się poza jego murami.

Nas Bazylika urzekła przede wszystkim uroczym patiem przed kościołem i długimi kolumnadami z granitu. Ale w środku znajdziecie również wspaniałe zdobienia, baldachim z mozaikami w stylu bizantyjskim z V wieku oraz, co ciekawe, obrazy przedstawiające wszystkich panujących do tej pory papieży, ze specjalnymi oznaczeniami tych, których uznano za świętych. Obecnie panujący Franciszek został oświetlony dodatkowo snopem światła. Zastanawiamy się, co będzie jak skończy się miejsce na ścianie papieży 😉

Basilica Papale di San Paolo fuori le Mura
Bazylika św. Pawła za Murami, u dołu kolumnada spod spodu

Dzisiejszy wygląd kościoła to rekonstrukcja poprzedniego budynku, który spalił się  prawie całkowicie w XIX wieku.

Za dodatkową opłatą możemy zwiedzić opactwo i dziedziniec klasztoru z VIII wieku.

A tutaj możecie zwiedzić bazylikę wirtualnie: http://www.vatican.va/various/basiliche/san_paolo/vr_tour/index-en.html

Współrzędne GPS: 41.858611, 12.477222

  • Bazylika Świętego Klemensa o niej już wspominałam we wpisie o podziemiach Rzymu. To kościół z XII wieku z pięknym, mozaikowym wnętrzem, ale to co najlepsze kryje się pod bazyliką. Obecny budynek zbudowano na bazylice z IV wieku, którą postawiono na mithreum – pogańskiej świątyni boga Mitry, którą zbudowano na kamienicach, a pod wszystkim przepływa od tysięcy lat rwący potok. Robi wrażenie już samym opisem? To zejdźcie pod ziemię! Bardzo warto.

    święty klemens rzym
    W Bazylice nie wolno robić zdjęć

Współrzędne GPS: 41.889444, 12.4975

  • Święta Sabina to bazylika na wzgórzu Awentyńskim z V wieku. Wnętrze jest inne niż pozostałych świątyń, które odwiedzicie. Surowe i mistyczne, zwłaszcza jeśli będziecie mieć okazję podziwiać wpadające do środka promienie słoneczne. Warto też przyjrzeć się samym oknom. Kiedy budowano bazylikę, rzymianie nie znali jeszcze szkła. Dlatego stworzyli rodzaj bardzo cienkiego gipsu, tak cienkiego, że prześwitywał.

    święta sabina bazylika rzym
    Bazylika Świętej Sabiny

Z innych ciekawostek warto wiedzieć, że Święta Sabina była jedną z najważniejszych bazylik wczesnochrześcijańskich, jedną z nielicznych, która posiadała chrzcielnicę. Zwróćcie też uwagę na 24 kolumny w jej wnętrzu, które pochodzą z antycznych świątyń, oraz na wspaniale zdobione drzwi wejściowe i oryginalną mozaikę z V wieku pod głównymi drzwiami kościoła.

Współrzędne GPS: 41.884444, 12.479722

  • Bazylika Matki Bożej Anielskiej i Męczennikówkościół bardzo interesujący. Został zbudowany w części Term Dioklecjana (przeróbki podjął się sam Michał Anioł) dzięki temu możemy sobie wyobrazić jak wspaniale musiały wyglądać Termy. Aczkolwiek kolorowe marmury, obrazy i zdobienia zostały dodane w XVIII w. Sklepienie wnętrza jednak jest oryginalne, starorzymskie i liczy sobie ponad 1700 lat.

Bazylika kryje w sobie także inne ciekawostki. Po prawej stronie prawej nawy, u góry, możemy zobaczyć świetlik (nie wiem, jak to fachowo nazwać 😉 ), przez który wpadają promienie słoneczne, tworząc na podłodze jasny punkt. Znajduje się tam też kalendarz słoneczny (słynna meridiana papieska z XVIII wieku) i w odpowiednim momencie dnia w południe słoneczne słońce wskazuje miejsce na kalendarzu – miesiąc, dzień, aktualne położenie słońca w znaku zodiaku a także ile czasu zostało do Wielkanocy, lub ile czasu od niej minęło. Był to kiedyś najdokładniejszy kalendarz w Rzymie.

Warto też wyjść na zakrystię, przejdziemy najpierw przez muzeum dotyczące samej bazyliki i term (głównie zdjęcia i opisy), a później na malutkie podwórko typu studnia, obudowane ścianami term.

Santa Maria degli Angeli e dei Martiri kryje jeszcze jeden smaczek – jest nim okulus. Przedstawiający moim zdaniem kosmos, najpiękniejszy ze wszystkich w Rzymie i w ogóle jakie do tej pory widziałam.

Bazylika Matki Bożej Anielskiej i Męczenników rzym
Od góry wnętrze Bazyliki, jej bok oraz okulus i podwórko od zachrystii

Współrzędne GPS: 41.903056, 12.496944

  • Bazylika św. Szczepana po włosku Basilica di Santo Stefano Rotondo al Celio. Jeden z najstarszych kościołów w Rzymie (z około V wieku), o tyle ciekawy, że okrągły (rotondo znaczy po włosku okrągły) św. Szczepan był pierwszym okrągłym kościołem w Rzymie, wzorowanym na Bazylice Grobu Świętego w Jerozolimie. W środku dość surowy klimat, a do samego kościoła idzie się przez podwórko ogrodzone murem zza którego wygląda ogród. Tutaj możemy się poczuć, jakby czas się na chwilę zatrzymał.

    bazylika swietego szczepana rzym
    Wnętrze św. Szczepana

Współrzędne GPS: 41.884444, 12.496667

  • Kościół Santa Maria in Aracoeli to kolejne miejsce, gdzie stykają się chrześcijaństwo z pogaństwem. We wnętrzu znajdziecie kolumny pochodzące z różnych świątyń starorzymskich. Kolumny naprzeciwko siebie są zbliżone wyglądem, ale każda kolejna jest inna. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że kościół powstał na świątyni Junony.

W podłogę wbudowane są groby, tutaj jest ich wyjątkowo dużo, trzeba uważać, bo można się potknąć o nierówności płaskorzeźb.

Sam kościół jest z XIII wieku i warto do niego zajrzeć podczas wycieczki po Ołtarzu Ojczyzny, czy w drodze na Kapitol i punkt widokowy na Forum Romanum. Żeby zdobyć kościół trzeba najpierw pokonać wiele schodów, Schody Hiszpańskie przy tym to mały pikuś 😉

Santa Maria in Aracoeli Roma
Wnętrze Santa Maria in Aracoeli oraz fasada kościoła

Współrzędne GPS: 41.893889, 12.483333

  • Bazylika Santa Maria sopra Minerva bazylika ma bardzo niepozorną fasadę, w dodatku ostatnio zasłoniętą rusztowaniami i nie wiedząc, że w środku jest kościół, przejdziecie obok, kompletnie nie zwracając na niego uwagi. A szkoda, bo bazylika to jedyny w Rzymie kościół gotycki. W środku jest dość mroczno, ale nie bardzo ciemno, więc można podziwiać wnętrze. Sklepienia pokryte są namalowanymi świętymi postaciami na tle niebieskiego, rozgwieżdżonego nieba, poza zdobieniami zwraca uwagę wyjątkowy kunszt i bogactwo formy architektonicznej. Jak w wielu innych kościołach znajdziemy tu też groby świętych, ale tylko w tym miejscu zachowała się pamięć o papieżu Pawle IV, Wielkim Inkwizytorze, który kazał zamknąć Żydów w getcie w 1555r. Lud Rzymu nienawidził papieża  dlatego zniszczono jego wszystkie podobizny, odrąbano nawet głowę pomnikowi z podobizną Pawła IV, który postawił sobie na Kapitolu. Ta bazylika jest jedynym miejscem, w którym znajduje się jego herb.

Przy samej bazylice stoi Panteon a przed bazyliką zaprojektowany przez Berninego słoń, dźwigający na grzbiecie egipski obelisk.

Santa Maria Sopra Minerva
Wnętrze kościoła oraz słoń Berniniego na przeciwko wejścia, źródło: wikimedia.org

Współrzędne GPS: 41.898056, 12.478333

  • Kościół Najświętszego Imienia Jezus znany bardziej jako: Il Gesu. Pierwszy jezuicki i jednocześnie pierwszy barokowy kościół, a co za tym idzie zdobienia są bardzo bogate i pełne przepychu. Na podłodze ustawiono lustro, za pomocą którego możemy podziwiać freski na suficie, zamiast zadzierać głowę, a jest na co patrzeć.

    Il gesu rome
    Il Gesu, freski na suficie i odbicie w lustrze oraz nawa główna

Współrzędne GPS: 41.895833, 12.479722

  • Kościół św. Ignacego Loyoli – nawiązuje do kościoła Il Gesu, ale budżet na budowę kościoła był trochę mniejszy. Stąd zastosowanie baaardzo ciekawych fresków wykorzystujących iluzję optyczną, dzięki czemu stworzono niezwykłą, nieoczekiwaną i zaskakującą głębię. Mamy tu fałszywe okna, sztucznie podwyższony sufit oraz – co najlepsze – fałszywą kopułę! M. twierdzi, ze to najciekawszy kościół w Rzymie 🙂

    kosciół ignacego loyoli
    Po prawej sztuczna kopuła, na żywo robi świetne wrażenie, u dołu optycznie podwyższony sufit

Współrzędne GPS: 41.898889, 12.479722

Spacerując po Wiecznym Mieście natkniecie się na jeszcze wiele, wiele innych kościołów i do każdego na pewno warto wejść. Ale jest ich tak dużo, że czasem lepiej wiedzieć, który jest godny zwrócenia uwagi, ale w każdym z pewnością znajdziecie jakąś perełkę lub przynajmniej otoczy Was spokojna atmosfera i przyjemny zapach kadzideł.

Tak jak wspomniałam, największym minusem jest to, że wiele z nich jest zamknięte w środku dnia i często trzeba się obejść tylko smakiem. Dlatego warto wcześniej zaplanować wizytę w konkretnym kościele, a Bazylikę świętego Piotra zostawić na sam koniec, bo po niej istnieje ryzyko, że już nic Was tak nie zachwyci 😉

Natalia i Mikołaj

Jeśli interesuje Cię, co zobaczyć w Rzymie przeczytaj też:

Podziemne miejsca Rzymu

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

A jeśli wybierasz się do Rzymu, to sprawdź jak znaleźć nocleg na Airbnb?

Wycieczka wokół murów aureliańskich.

Źródła:
https://pl.aleteia.org/2017/02/20/gdzie-gineli-pierwsi-chrzescijanie-w-koloseum-prawda-jest-inna/
http://www.abcwatykan.pl/bazylika-sw-piotra.html
http://www.adalbertus.katowice.opoka.org.pl/baz_piotr.html
https://histmag.org/Bazylika-sw.-Piotr-aa1-7578
https://www.rzym.it/bazylika-san-clemente
https://voiceofrome.com/swieta-sabina-perla-awentynu/
https://www.rzym.it/bazylika-santa-maria-degli-angeli/
https://www.podrozepoeuropie.pl/bazylika-matki-bozej-wiekszej-rzym/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_%C5%9Bw._Paw%C5%82a_za_Murami
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_%C5%9Bw._Szczepana_w_Rzymie
https://www.rzym.it/wzgorze-celio/
http://albumromanski.pl/album/rzym-kosciol-santa-maria-aracoeli-z-xiii-wieku
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_Santa_Maria_sopra_Minerva
http://www.krajoznawcy.info.pl/santa-maria-sopra-minerva-8951/2
http://rzym.pl/santa-maria-sopra-minerva.html
http://rzym24.pl/bazylika/bazylika-sw-jana-na-lateranie
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Churches_of_Rome

20 najsmaczniejszych potraw czyli co dobrego jedliśmy w podróży?

co zjeść w europie

Jedną z ważniejszych rzeczy podczas podróży (ale nie tylko 😉 ) jest jedzenie 🙂 Uwielbiamy próbować nowych potraw, po pierwsze dlatego, że lubimy kulinarne eksperymenty a po drugie dlatego, że dzięki jedzeniu można choć trochę poczuć kulturę kraju, w którym właśnie przebywamy. A po trzecie, najważniejsze, czasem po prostu nie ma nic innego 😀

W każdym razie mamy dla Was listę pyszności, z którymi zetknęliśmy się podczas naszych wypraw. Warto wziąć ją sobie do serca i kiedy będziecie w miejscach, o których mowa poniżej, poszukać tych smaków (czasem i w Polsce można je spotkać, ale nie zawsze to to samo). Z reguły nie są to rzeczy drogie.

Jesteście najedzeni? Bo po przeczytaniu tej listy gwarantuję, że zacznie Wam burczeć w brzuchach! 🙂

  1. Greckie jogurty – to jest nasz hit numer jeden. Nigdzie nie dostaniecie takich jogurtów jak w Grecji, a to, co znacie pod tą nazwą w Polsce (lub gdziekolwiek poza Grecją) nie ma z nimi nic wspólnego. Niestety. Jogurty greckie w Grecji, te najlepsze, sprzedawane są w kamiennych miseczkach, owinięte folią spożywczą z małą naklejką firmy. W kamionce znajdziecie pokryty grubym kożuchem jogurt tak gęsty, że łyżka w nim stoi. Ale ten kożuch nie jest taki obleśny, jak ten, który zbiera się na przykład na mleku, to gruba, jogurtowa skórka, wcale nie obrzydzająca. Pyszna (a wierzcie mi, kożuch mleczny mnie wyjątkowo brzydzi). Smak jogurtu jest kremowo kwaskowy. Można go jeść saute, na słono i na słodko. W trasie często żywiliśmy się tymi jogurtami i kopertą z ciasta filo (albo może to było francuskie) z kremowym nadzieniem o smaku waniliowym (dostępną w każdym Lidlu). Jakie to było razem pyszne 🙂
    grecki jogurt
    Wygooglane, ale prawdziwe

    Więcej greckich pyszności w poście: Za co kochamy Grecję?

  2. Albańskie Fergese me gijze – hit numer dwa. Paprykowo – pomidorowa pasta z serem w stylu fety albo bardziej twarogu, cebulką i oliwkami. Sprzedawali ją w słoikach, z tego co czytałam, można było używać jej do mięsa, zapiekając je w tym sosie. Pyszności. Przepis na ten sos można znaleźć po polsku w Internecie i nie jest zbyt skomplikowany, mam w planach wykonanie 😉
  3. Włoska pizzanie mogło zabraknąć włoskiej pizzy w zestawieniu. Jak się okazuje są pizze włoskie na grubszym i cieńszym cieście (w Rzymie na cienkim), ale nigdy z tymi okropnymi ciastowymi brzegami (no, chyba, że całe są jednym wielkim nadzianym brzegiem, ale wtedy to nie pizza, to calzone (po włosku „skarpeta”). Trzeba uważać, aby nie dać się nabrać na lokal w którym podają pizzę rozmrażaną, albo kupując pizzę na kawałki – żeby nie dostać zimnego. Świeżutka włoska pizza jest soczysta od sosu pomidorowego, sera (konkretnie mozzarelli), który się po niej rozpływa i oliwy. Dobrą pizzerię poznaje się podobno po tym, jaką robi margheritę i bywa, że taka zwykła margherita to prawdziwe niebo w gębie 🙂

    pizza włoska margarita
    Pyszna margharita źródło: https://pixabay.com

Uwaga! Nie spodziewajmy się dostać sosu do pizzy (pomidorowego ani tym bardziej czosnkowego!). Nie prośmy też o niego – nie zrozumieją nas, a jeśli jednak, to popełnimy faux pas! No i dodajmy: przy włoskiej pizzy nie jest on do niczego potrzebny! 🙂

Przeczytaj również 16 ciekawostek o Rzymie!

  1. Chleb w Albanii, Grecji i we WłoszechJuż kiedyś wspominaliśmy, że w Albanii mają najlepszy chleb w Europie. Później się okazało, że w Grecji i we Włoszech też można znaleźć takie pieczywo, że człowiek ma ochotę sam zjeść kilo chleba 😉 Chrupiąca ale niezbyt twarda skórka i mięciutki, puszysty ale nie gąbkowaty środek, a kiedy jeszcze jest ciepły i pachnący…? Mniam!

    chleb we włoszech
    Może na zdjęciu nie wygląda najlepiej ale smakuje wspaniale
  2. Czewapcze (cevapcici) w Kosowie i Macedonii czyli podłużne kawałki mięsa grillowane i podane z grillowanym chlebem w rodzaju pity. Na pewno kojarzycie, takie zrobione w czewaptorii – mięsnym barze szybkiej obsługi, smakują naprawdę wybornie.
  3. Surówka z białej kapusty w Kosowie – taką surówkę jedliśmy tylko w Kosowie (jako dodatek do czewapczy), kilka lat temu i teraz. Próbujemy samodzielnie powtórzyć ten smak, ale nie do końca wychodzi. Kapusta ma swój naturalny kolor, chrupie i jest kwaskowa w smaku jakby z octem, tylko, że nam ocet zażółca kapustę a tam nie ma takiego efektu… Może ktoś z Was zna przepis? 😉 Więcej o Kosowie możesz dowiedzieć się z wpisu Kosowo, czy jest się czego bać?

    surówka po kosowsku
    Suróweczka, najważniejszy składnik dania
  4. Burki – burek na Bałkanach a w Albanii – byrek, to po prostu zapiekane ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym z serem. Może być podłużny lub okrągły. Niestety w wielu miejscach burki są gumowate i mają mało nadzienia. Ale kiedy już traficie na ten dobry, to będziecie chcieli jeść go cały czas 😉
  5. Fasola w pomidorach z ziemniakami w Grecji – robiliśmy zakupy w jakimś większym markecie w Grecji i to było jedyne danie gotowe, które mogliśmy kupić i od razu zjeść na ciepło. Nigdy nie sądziłam, że zielona fasolka z pomidorami to będzie dobre połączenie, ale okazało się genialne. Do tego cebulka, ziemniaki i oliwa. Proste, łatwe i pyszne.
  6. Tzatziki i tarama – przede wszystkim takie, które można kupić na wagę. Tyczy się to zwłaszcza tzatzików, bo wtedy są robione na prawdziwym, gęstym jogurcie. Co do taramy lub taramosalaty (właściwa nazwa) – jest to pasta dla wielbicieli rybno – kwaskowych smaków (nie zrażajcie się jej dziwnym różowym albo łososiowym kolorem). Jej głównym składnikiem jest kawior, ale nie bójcie się, nie kosztuje tyle co kawior. W Grecji można znaleźć 200 gramów taramy za jedno euro.

    tarama grecja
    Może nie wygląda zbyt apetycznie, ale za to jest pyszna
  7. Małe rybki smażone bardzo krótko na głębokim oleju – jedliśmy je w Grecji, konkretnie w rodzinnej knajpce w miasteczku Florina. Nigdy później nie udało nam się zjeść takich samych, ani w knajpie, ani w lepszej restauracji ani tym bardziej jak robiliśmy je sami, ale wspomnienie do którego wzdychamy pozostało.
  8. Pate di fegatto czyli pasztet wątróbkowy. Toskański mus z wątróbki, którego w Rzymie nie znajdziecie, niestety (szukaliśmy wszędzie!). Występuje za to w marketach w Kampanii – kupuje się go na wagę, nakładany wielką łyżką do plastikowego pojemniczka, na wierzchu zawsze zbiera się oliwa. Przepyszny, co tu dużo mówić. A przepis jest na tyle prosty, że udało nam się nieraz samodzielnie zrobić taki pasztet w domu i wychodził wyborny! 🙂
  9. Pesto z radicchio czyli czerwoną cykorią – koniecznie z dodatkiem słoniny (lub boczku), po włosku po prostu radicchio con speck. Inaczej będzie gorzkie. Pesto ma kolor różowy a w smaku jest wyraziste, lekko kwaskowe, czuć też ser, który jest w składzie. W sumie ciężko opisać smak, ale jest naprawdę pyszne 🙂 Najlepiej smakuje z włoskim makaronem z rodzaju pasta fresca.

Okej, dosyć tych obiadowych dań, przejdźmy do słodkości!

  1. Włoskie ciasteczka migdałowe – czyli amaretti, zwłaszcza morbidi – co znaczy miękkie. Niestety nie należą do najtańszych słodyczy, ani w Polsce ani we Włoszech, ale uwielbiam ich smak 😉

    amaretti
    Malutkie ciasteczka migdałowe, źródło: pixabay.com
  2. Włoska kawa – po pierwsze w sklepach (zwłaszcza dużych) mamy bardzo duży wybór kaw sypanych, w tym takich specjalnie do kawiarki. Kiedy już się opanuje sztukę parzenia kawy w tym urządzeniu (a wbrew pozorom to wcale nie jest takie łatwe) możemy delektować się naprawdę pysznym smakiem. Ale przede wszystkim należy wejść na kawę do włoskiej kawiarni, gdzie mają duży, stary ekspres, zamówić i rozkoszować się pysznym smakiem napoju. Ba, nawet kiedyś weszliśmy do McDonalds’a, bo mieli tam kawiarniane stoisko z olbrzymim ekspresem. I kawa była świetna.

    Cappucino włochy
    Kawa przy barze jest tańsza niż przy stoliku, pamiętajcie 😉
  3. Cannoli sycylijskie ciastko z kremem – Włosi mają bardzo smaczne słodycze, chociaż my chyba zostaniemy wierni profiterolkom i tiramisu, ale cannoli to popularne (zwłaszcza w Rzymie) ciastko z kremem. Ciasto przypomina w smaku i kruchości faworka, tylko nadziane jest dużą ilością bardzo smacznego kremu. Jedno ciastko kosztuje jedno euro, dosyć sporo, ale warto spróbować.

    cannoli ciastka włoskie
    Cannoli, źródło: http://www.foodnetwork, autor: Alex Guarnaschellicannoli
  4. Kołacz węgierski albo kurtosz albo Kürtöskalács albo trdelnik – tak naprawdę pochodzi ze Słowacji, a najbardziej popularne jest chyba w Rumunii (często przy szosach zobaczycie dymiące jak grill stoiska – tam można je prawie na pewno kupić). Od niedawna można je też spotkać w Polsce i całe szczęście, bo to kręcone ciasto jest pyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Ciasto kręci się na wałkach w piekarniku, po zdjęciu jest bardzo gorące i obłędnie pachnie. Paluchami odrywamy pasma jeszcze ciepłego ciasta i pałaszujemy nim zdąży wystygnąć 😉

    trdelnik
    Kołacz węgierski, źródło: pixabay.com, autor: fishinkaa
  5. Greckie ciasto pomarańczowe – czyli deser z ciasta filo, ciężki i wilgotny, niezbyt słodki, idealnie wyważony smak z nutą pomarańczy. Boski 🙂 Musicie spróbować będąc w Grecji, ale z przepisów, które znalazłam, wynika, że i samemu można łatwo zrobić 🙂
  6. Panettone – o nim już pisaliśmy. Włoski rodzaj babki bożonarodzeniowej z rodzynkami, skórką pomarańczy, czasami z migdałami. Idealne panettone jest mięciutkie i wilgotne. Próbowaliśmy wyrobów kilku firm i najlepsze (a niedrogie!) było od Balocco, pamiętajcie w razie czego 😉

    włoska babka bożonarodzeniowa
    Panettone z rodzynkami i skórką pomarańczy
  7. Owoce z drzewa – towar sezonowy, ale jasne jest, że jak widzicie na drzewie dojrzałe owoce to musicie ich spróbować 🙂 Nam jak do tej pory udało się zjeść świeżo zerwane figi (pyszne!), granaty, pomarańcze, mandarynki, cytryny, czereśnie, grejpfruta, banany (na Cyprze), winogrona, migdały, daktyle, sharony, no i jabłka (ale na południe od Toskanii raczej niedobre, chyba że rosną na znacznej wysokości nad poziomem morza, np. w Macedonii były smaczne, ale tam było prawie 1000 m npm :). Widzieliśmy też pola arbuzów i plantacje kiwi. No i oliwki, ale tych nie polecamy prosto z drzewa 😉

    oliwki grecja
    Oliwki prosto z drzewa
  8. Gofry z lodami i bitą śmietaną – tego się nie spodziewaliście, co? 😀 Nigdzie gofry z lodami i bitą śmietaną nie smakują tak, jak nad polskim morzem (i nigdzie nie są takie drogie 😀 )!

    gofry nad morzem
    Gofry nad Morzem Bałtyckim

No i na koniec dwa rozczarowania.

Włoskie (zwłaszcza sycylijskie, ale w Rzymie bardzo popularne) przekąski:  suppli i arancini. To kulki ryżowe obtoczone w cieście. Suppli mają nadzienie z mozzarelli a arancini z mięska i oliwki. Oba niezłe ale bez szału, niestety.

Kebab turecki. Co prawda nie jedliśmy ich w Turcji tylko po tureckiej stronie Cypru i Sarajewa, ale za każdym razem rozczarowywał smakiem – mięso przesmażone i suche, mało warzyw, zbyt ostry lub zbyt mdły sos. Wiecie gdzie był najlepszy? W Warszawie pod Dworcem Centralnym! 🙂

No, ale mam nadzieję, że teraz już wiecie na co zwrócić szczególną uwagę podczas własnych wyjazdów 😉

Natalia

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).
Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak
  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.
Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko
  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )
Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum
  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.
Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera
  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )
Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu
  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂
wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże
  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.
Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy
  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja
  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).
    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum
  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653
Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym wycieczka

W Rzymie jesteśmy już miesiąc i udało nam się zaobserwować kilka ciekawostek, którymi się z Wami podzielimy 🙂

Człowiek będąc w nowym miejscu, „na świeżo”, bardziej zauważa pewne rzeczy, ale mamy nadzieję, że to nie jedyny taki wpis i jeszcze coś uda nam się interesującego dostrzec w tym niezwykłym mieście 🙂

Tutaj przeczytasz część drugą rzymskich ciekawostek!

No, ale zaczynamy:

  1. śniadania włoskie – to jest typowa włoska „zaskoczka” dla każdego, nie tylko rzymska. Nigdy nie przestaje nas zadziwiać, że Włosi zaczynają dzień od słodkiego rogalika (cornetto) lub innych słodkości, takich jak sucharki z dżemem czy kawałek ciasta, popijając je espresso lub cappuccino. Dla nas to bardziej deser, a nie śniadanie, więc szybko burczy nam w brzuchach po takim posiłku.

Jeśli zaś chodzi o lunch, to tutaj, w Rzymie, niezwykle popularne są lokale (o ile tak można nazwać te miejsca) serwujące kanapki oraz małe, ciepłe przekąski, włącznie z pizzą sprzedawaną na wagę (najczęściej kilogram kosztuje 13/15 euro…), a jedna porcja (cięta nożyczkami!) to zaledwie 100 gramów.

Rzym sklepy
włoska salumeria
  1. Brak kawy rozpuszczalnej – jeśli jesteśmy już przy jedzeniu. We Włoszech prawie nie ma kawy rozpuszczalnej. W Lidlu znajdziemy może dwie lidlowe marki a oprócz tego jest tylko Nescafe (jak dobrze pójdzie to też aż dwa rodzaje i raptem w słoikach po 100 gramów). Podobnie w innych marketach – wyłącznie marka własna i paskudna neska. W dobrze zaopatrzonych sklepach zaś rozpuszczalna Lavazza (5 euro za 95 gramów, większych nie ma). I Hag – popularna marka bezkofeinowych kaw. I to tyle.

Ciężko nam było się z tym pogodzić, bo lubimy się napić rozpuszczalnej kawy. Włosi chyba lubią też bardzo kawy zbożowe, jest ich wiele rodzajów. Za to półki są pełne kaw do ekspresów oraz kaw sypanych, o różnych smakach i aromatach, różnych marek. Próbowaliśmy kilku ale ostatecznie wygrywa Lavazza o smaku tytoniowo – drewnianym. Tak, tak, jest taka 😀 jest też taka o aromacie owocowym 😉 Oczywiście żadna z nich nie jest sztucznie aromatyzowana, chodzi o naturalną nutę zapachową. Coś jak wino o owocowym bukiecie, tylko w winie tego nigdy nie czujemy, a drewno w kawie – i owszem 🙂

  1. Coperto – według nas coperto to takie małe włoskie cwaniactwo. To kwota, którą dolicza się do rachunku za obsługę w lokalu. Nie wiemy, czy występuje w każdym miejscu, teoretycznie powinna być podana w menu ale raczej nie jest (nigdy nie zauważyliśmy, żeby była). Jednak w niektórych knajpach znajduje się informacja, że ceny są podane już z opłatą serwisową. Warto zwrócić na to uwagę, bo potem następuje niemiły moment zdziwienia, kiedy zamiast 7 euro płacisz 10. Bo jeszcze 3 euro za serwis (nakrycie stołu, podanie talerzy itd.). Nie żeby 3 euro robiły wielką różnicę, ale zwróćcie uwagę, że to jest 43%! Przy wyższych rachunkach być może procent jest mniejszy, ale przy niskich rachunkach szokuje. Nie zapłacimy coperto, kiedy weźmiemy jedzenie na wynos i za zjedzenie czy wypicie kawy za barem.
  1. Sjesta – przerwa w środku dnia, która mocno dezorganizuje życie. Zamknięte są nie tylko sklepy, czasem też niektóre knajpy, urzędy, banki a nawet kościoły.  Kiedy więc spacerujesz wczesnym popołudniem po włoskich ulicach i chcesz zwiedzić jakieś miejsce, to upewnij się, czy będzie ono otwarte w wybranych przez Ciebie godzinach. Jeśli chodzi o Rzym, to sjestę tu mają w zasadzie tylko kościoły (nie wiedzieć czemu) i wybrane sklepy, o urzędach nie wiemy bo nie mieliśmy na szczęście potrzeby z nich korzystać.
Lody we włoszech, lodziarnia rzym
Do wyboru do koloru!
  1. Rodzaje ziemniaków – być może w Polsce też tak jest i Perfekcyjne Panie Domu o tym wiedzą, ale chyba nie jest to wiedza tak powszechna, jak we Włoszech. My dowiedzieliśmy się o tym kupując pewnego razu siatkę ziemniaków (tak, tak, kupiliśmy zwykłe pyry, ale po to, żeby zrobić z nich potrawkę fasolowo – pomidorowo – ziemniaczaną 😛 ) i ze zdziwieniem odkryliśmy, że na opakowaniu narysowane były jeszcze inne rodzaje ziemniaków z informacją do czego są najlepsze: do smażenia, do frytek, do gotowania, do robienia z nich produktów ziemniaczanych (jak krokiety, kluski), do zup, do robienia z nich ciasta.
  1. Pieczywo – piekarnie we Włoszech niestety nie stoją na każdym rogu, ale o ile na południu Włoch wybór pieczywa jest dosyć duży i wypieki są bardzo smaczne, o tyle w Rzymie niełatwo natrafić ot tak na piekarnię, a co dopiero na fajny chleb. Nie wspominając o tym, żeby był niedrogi. 2,5 euro za kilogram chleba (czyli średnio mały, jak na tutejsze standardy, bochenek) to rekordowo tanio, a nie jest rzadkością i 5-6 euro za kilogram.
wycieczka rowerowa po włoszech
włoski chlebek
  1. Marmury na podłogach – to rzecz interesująca, pojawiła się już w Grecji. W domach nie ma dywanów, nie ma też paneli czy drewnianych podłóg (chyba, że w nowych domach, ale raczej też nie, bo byśmy zauważyli podczas noclegów w trasie). W mieszkaniach, łącznie z naszym, na podłodze są kafelki. Zimne jak diabli.
  1. Brak światła środkowego na suficie – to ciekawa sprawa, oczywiście nie wiemy czy wszędzie tak jest, ale tam gdzie byliśmy (i gdzie mieszkamy), nie było światła na suficie (czasem nawet w łazience). Są różne lampki, kinkiety, czasem jest jakaś lampa gdzieś na suficie ale w rogu pokoju. Żeby dać światło centralnie, na suficie, to nie. W mieszkaniach więc jest kiepskie oświetlenie i dotyczy to często wszystkich pomieszczeń.
  1. Pranie między ścianami kamienic – wywieszanie prania między kamienicami to charakterystyczny widok we Włoszech (chociaż nie tylko). Czasem pranie jest stawiane na chodniku, bo drzwi wejściowe do domu wychodzą właśnie prosto na ulicę. Nie wiemy czym to jest spowodowane, czy tylko brakiem miejsca w domu, ale na przykład nasze mieszkanie tutaj jest bardzo słabo wentylowane i pranie wcale nie chce schnąć, dlatego nie dziwi nas, że panie domu wolą wywiesić je nawet za okno (chociaż w naszej kamienicy akurat na dachu 😉 ), niż pozostawić w pomieszczeniu.
Bari wycieczka
Bari i pranie wywieszone na ulicę
  1. Ruch na ulicach to chaos totalny – duży ruch to chyba norma w każdym większym mieście, ale w Rzymie, jak M. stwierdził, trzeba wyrobić w sobie pogardę dla śmierci ;).

Na szczęście wszyscy tu mają oczy dookoła głowy, bo na ulicach dzieje się w zasadzie wszystko, co chce, trzeba więc lawirować między przemykającymi setkami motocykli, nie bać się wymuszania pierwszeństwa i wymijać tych, co wymuszają sami – łącznie z pieszymi. Co do pieszych, to trudno im się dziwić, nikt ich tutaj nie przepuści (a nawet jeśli jedno auto się zatrzyma to już drugie niekoniecznie), więc sami muszą walczyć o to, aby przedostać się przez ulicę – czasem w miejscu niedozwolonym, ale to akurat najmniejszy problem 😛 Zdarza się też bardzo często zatamowanie ruchu przez auto, które czeka na środku pasa, aż zwolni się miejsce parkingowe. Często też cofają, żeby zaparkować, mimo, że na ulicy jest duży ruch. Czasami też jedynym sposobem, aby na kogoś zaczekać w samochodzie albo znaleźć miejsce postojowe jest jeżdżenie dookoła budynku/kamienicy (żeby nie stać i nie tamować ruchu).

  1. Mewy zamiast gołębi – to bardzo ciekawa i fajna sprawa. W Rzymie gołębi jest dosyć mało. Oczywiście są, jak w każdym mieście, ale tutaj rządzą mewy 🙂 Chyba na razie nie są utrapieniem dla mieszkańców a na pewno budzą więcej sympatii niż gołębie (przynajmniej w nas). Trzeba jednak uważać, bo są dość duże i odważne. Nie mają skrupułów, żeby stać blisko człowieka i wyrwać mu z dłoni jego kawałek pizzy 😉 Mewy rzymskie słychać cały dzień, ale to wieczorami dają najgłośniejsze koncerty 😉 Opanowują też wtedy mniej tłoczne po zmroku miejsca (np. Plac św. Piotra) wyciągając śmieci ze śmietników..
  1. Papugi – to ciekawostka, kiedy byliśmy tu w 2014 roku papug chyba jeszcze nie było. Teraz jest ich bardzo dużo, skrzeczą i panoszą się po parkach. Latają przeważnie w grupkach i są bardzo hałaśliwe a przy tym urocze 😉

włochy papugi

  1. Palmy i drzewka cytrusowe – fantastyczna sprawa, mieszkać w mieście w którym rosną sobie palmy i drzewka pomarańczowe oraz cytrynowe 🙂 co prawda pomarańcze są pieruńsko kwaśne i nie nadają się do jedzenia (chyba, że do herbaty), ale cytrynkom nic nie dolega 😉
cytrusy włochy
Są cytrusy i są palemki.
  1. Temperatura – nie oszukujmy się, Rzym w grudniu to nie to samo co Rzym w lipcu. Jest zimno, czasem deszczowo i pochmurno, podobno czasem nawet spadnie śnieg, ale jak na razie temperatura oscyluje w granicach nastu stopni, czasem mniejszych czasem przyjemnie większych, ale kiedy dzień jest słoneczny (a z reguły jednak jest) to słońce potrafi bardzo przygrzać, tak bardzo, że zdejmujesz kurtkę 🙂
Rzym temperatury zimą
Słoneczko, palmy i brak kurtki!
  1. Supermarkety – jesteśmy przyzwyczajeni, że duży sklep, supermarket czy galeria handlowa jest gdzieś blisko, tak samo duża drogeria. Tymczasem w centrum Rzymu w najlepszym razie znajdziesz sklep wielkości małej Biedronki, po większe zakupy musisz się specjalnie wybrać dalej.
  1. Bezdomni – wszędzie bezdomni. To jedna z tych ciemniejszych stron Rzymu. Podobno jest tu aż 16 tys. bezdomnych osób. Są dosłownie wszędzie; na moście, pod mostem, na chodniku, na ławkach, we wgłębieniach kamienic (takich w ścianie…), na ścieżce wzdłuż Tybru, pod drzewami… okopują się swoimi rzeczami i siedzą. Są raczej nieszkodliwi, nie zaczepiają też nikogo, czasem mają kubek, do którego przechodnie wrzucają pieniążki. Jest to przykry widok. Czasem jednak wzbudzają dyskomfort (samotny, wieczorny spacer wzdłuż rzeki, pomiędzy obozami bezdomnych nie brzmi interesująco) i wydaje się, że miasto nic z tym nie robi.
Forum romanum i mewa.png
Mewa i Forum Romanum

Jak widzicie więc jest kilka rzeczy, które można zauważyć podczas wakacyjnego pobytu ale jest też kilka innych, które wymagają dłuższych obserwacji. Mamy nadzieję, że jeszcze przyuważymy coś ciekawego (edit: i tak się stało! druga część pod tym linkiem), a tymczasem przed nami okres świąteczny a przed Wami, za tydzień, świąteczny wpis a po nim już Sylwester i podsumowanie 2017 roku! 🙂

Natalia i Mikołaj

A tu znajdziesz więcej Rzymu!

Czy w Rzymie pada śnieg?

13 miejsc w Rzymie, których nie możesz pominąć!

Katakumby pierwszych chrześcijan czy nekropolie pod bazyliką świętego Piotra?

A może wycieczka wokół murów aureliańskich?

Lub wspaniałe Termy Karakali i Zamek Świętego Anioła?

Albo po prostu – cisza i magia kościołów rzymskich.

 

10 rzeczy, za które kochamy Grecję

Grecja góry

Grecja cieszy się coraz większą popularnością wśród turystów i trudno się dziwić. Podzielimy się z Wami naszym greckim TOP TEN 😉 żeby Wam przypomnieć, dlaczego warto czekać na wyjazd do Grecji 😉

wyprawa do grecji.png

1. Widoki – to chyba oczywiste, między innymi po to się tu przyjeżdża 😉 Zarówno w głębi lądu jak i nad morzem ten kraj zachwyca, a naszym zdaniem linia brzegowa i horyzont z każdego dowolnego miejsca sto razy przewyższa na przykład chorwackie wybrzeże. Góry schodzące do lazurowego morza, wyspy i wysepki, poszarpany ląd po drugiej stronie zatoki, a do tego błękitne niebo i małe wioski wciśnięte gdzieś w zbocza gór, albo na cyplu wychodzącym w morze, cudownie. Jak z obrazków.

Grecja widoki

2. Jedzenie – druga podstawowa sprawa po widokach. Grecy są mistrzami w jogurtach. Nie wiemy jak to jest, ale ich jogurty naturalne moglibyśmy jeść na okrągło, nawet M., który z reguły na widok takiego jedzenia kręci nosem. A najlepsze są takie w kamionkach, często zapieczętowane zwykłą folią spożywczą. Pokrywa je kożuch pod którym kryje się masełkowa konsystencja i dopiero pod nią jogurt. Pyszności! Natomiast grecka feta jest bardziej gorzka niż słona. Polska lepsza 😉
a. Poza jogurtami należy również wspomnieć o smażonych, malutkich rybkach (najlepsze we Fiorinie, w małej rodzinnej knajpce 😉 ), fasoli w pomidorach i oliwie, ryżu ze szpinakiem (serio, najlepszy jest w Lidlu 😉 ) oraz o taramie – paście z ikry w kolorze różowym lub pomarańczowym. Tania jak barszcz o rybnym smaku, lekko kwaskowa, fajna, zwłaszcza jeśli ktoś lubi tego typu smaki. No i oczywiście tzatziki, prawdziwe greckie tzatziki to niebo w gębie w gęstym jogurcie greckim. A na deser ciasto pomarańczowe. Ciężkie, nasączone syropem, ze skórką pomarańczy, będące jakby pieczonym ciastem filo. Pychotka.

Grecja rowerem
Niestety jakoś nie ma zdjęć jedzenia, więc jest koci boss pod drzwiami tawerny ;P

3. Owoce przy drodze – a konkretnie drzewa cytrusowe i granatowe rosnące dla ozdoby przy drodze, albo w ogródkach. Pomarańcze i mandarynki dojrzewają jesienią i zimą, dlatego będąc w Grecji we wrześniu ale także i w październiku (a nawet i w lutym) mamy okazję zrywać dojrzałe owoce z drzew i się nimi zajadać. To samo dotyczy cytryn, granatów czy persymony (zdarza się nawet i kiwi!). Jesienią niestety jest już za późno na figi (ostatnia szansa w sierpniu), które surowe smakują wyśmienicie, a w dżemie są nie do zniesienia 😉

4. Oliwki – wszędzie oliwki, drzewa oliwkowe i gaje oliwne. Ja jestem wielką fanką oliwek, chociaż często ich smak mnie rozczarowuje, zwłaszcza tych sprzedawanych na wagę. W Grecji spotkacie oliwki we wszelkich rozmiarach, podaje się je nawet jako przystawkę do piwa, zamiast orzeszków. Natomiast takich gajów oliwnych jakie tu są, to chyba nie ma nigdzie indziej. Gęste i ciemne od drzew, często starych i powykręcanych, jak z horrorów. Dają dużo cienia i są baaardzo klimatyczne.

greckie oliwki
Gaj oliwny od środka i od góry 😉

5. Pogoda – grecka aura pokazała nam swoje brzydsze oblicze dopiero pod koniec października, kiedy to wypadło nam kilka dni chłodnych i deszczowych. Ale chyba można na to przymknąć oko, w końcu jesienią nie musi codziennie być 30 stopni 😉 A latem spodziewajcie się tylko błękitu nieba i żaru lejącego się na Wasze blade ciałka 😉

Grecvja jesienią
Raz cieplej aż razi w oczka, a raz zimniej 😉

6. Luz – jedna z rzeczy, którą uwielbiamy w krajach południa. Grecy i Włosi chyba przodują w tak zwanej olewce 😉 Przykładem może być to, że w Grecji nikomu nie przeszkadzało, że mkniemy rowerami autostradą, za żadnym razem (a było ich kilka, również poprzednim razem, w 2016 roku), nawet policji, która nas mijała. Nikt też na nas nie trąbił ani nie wymachiwał. Jazda pod prąd? Również nie ma problemu.

No i to sączenie kawy i gapienie się w morze🙂 nic dziwnego, że Grecy spędzają w ten sposób wiele czasu 😉

7. Ludzie – trzeba przyznać, że właściwie z każdym można się dogadać, niektórzy mówią po angielsku lepiej inni gorzej, jeszcze niektórzy po niemiecku. Ale zawsze jesteś w stanie się porozumieć. Ludzie są otwarci, bardzo sympatyczni i chętni do pomocy. Właściwie jest tak na całych Bałkanach, ale to inna sprawa 😉

Greckie koty
Nie mamy jednak w zwyczaju fotografować ludzi, wolimy koty 😉

8. Zapachy – w Grecji pachnie. Oczywiście nie w mieście. Ale poza miastem można poczuć zapachy kwiatów pomarańczy (jeśli akurat kwitną, jeden z piękniejszych zapachów), oliwę i oliwki (w okolicach zakładów przetwórstwa oliwek), las sosnowy (zwłaszcza gdy jest rozgrzany promieniami słonecznymi) oraz cierpki, chociaż przyjemny, zapach wciąż niezidentyfikowanej przez nas rośliny, który pojawia się prawie tylko nad morzem i tylko na południu. No i oczywiście kwiaty. Latem i wczesną jesienią krzewy czerwienią się od pachnących kwiatów.

9. Historia – nawet, jeśli nie lubisz historii i ze szkoły pamiętasz tylko kiedy była bitwa pod Grunwaldem, to fakt przebywania w starożytnych miejscach robi wrażenie. Macanie kamieni, które dotykali tysiąc lat temu starożytni to zawsze intrygujące przeżycie.

Grecja Delfy
Widok na Termopile (u góry) i ruiny w Delfach.

10. Kaktusy i palmy – nie wiem jak to jest, ale widok tych roślin zawsze sprawia, że mam lepsze samopoczucie. A w Grecji jest dużo i palm i kaktusów. Można patrzeć i dotykać i cieszyć się ich widokiem 🙂

Czego nie znajdziecie na naszej liście? Greckiej kawy, która nam nie do końca pasuje 😉 za słodka i wcale nie taka mocna jakby można się spodziewać. No chyba, że frappe, mrożona kawa, tę można pić często i dużo.
Alkoholu – jakoś nie przypadły nam do gustu greckie napitki, nawet popularna Retsina (białe, lekkie wino) nie jest naszym faworytem (chyba, że rozrobiona z dużą ilością sprite’a). Greckich smaków słodyczy i gum do żucia – cynamonowych i żywicznych. Chociaż to świetne smaki, polecamy każdemu spróbować 😉 ale mimo to nie skradły nam serduszek.
Nie lubimy też cen w Grecji. Niestety jest tu drogo, chociaż akurat kwatery są stosunkowo tanie (20/30 euro za noc za dwie osoby a standard często bardzo dobry).

Grecja dojazd na Peloponez
Most autostradowy między Grecją Centralną a Peloponezem. Przedostaliśmy się nim po poboczu dla pieszych 🙂

Chociaż przebywamy w Grecji już trzeci tydzień (a nasza poprzednia wyprawa to też były trzy tygodnie) to nadal nie mamy jej dość (a to się rzadko zdarza, z reguły lubimy i chcemy opuszczać kraje na rzecz innych). Grecja ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie są tutaj szczęśliwsi i gdyby nie ten język, to szukalibyśmy domku na sprzedaż 😉

Natalia

Jaki bagaż zabrać w roczną podróż?

jaki bagaż zabrac w podróż po świecie

Po ciuchach i kosmetykach nadszedł czas, aby zapakować do naszych sakw bez dna inne rzeczy 😉

czesc bagazu na wyprawę
Pierwsza z brzegu część bagażu

Część techniczna: czyli zestaw małego majsterkowicza i nasz podręczny warsztat rowerowy:

  • Przede wszystkim tajna saszetka Mikołaja, w której ma wiele niezidentyfikowanych przeze mnie przedmiotów i narzędzi.
  • 2 zapasowe podstawki do liczników – to takie ustrojstwo, w którym siedzi licznik i od którego kabelki uwielbiają się przerywać, dlatego bierzemy zapas.
  • Dętki zapasowe (po dwie). Oprócz dętek oczywiście pompka. Mamy taką fajną małą, którą się stawia na ziemi i pompuje „z góry”.
  • Czołówki – lampki, w których człowiek wygląda jak niespełniony górnik (czyli po prostu głupio). Ale które są niezbędne, gdy potrzebujesz zrobić coś po ciemku i przy użyciu obu rąk.
  • Oczywiście takie rzeczy jak zapasowe szprychy, lampki, łatki do dętek też z nami jadą.

Elektronika: dużo, dużo, dużo 😉

  • Odtwarzacz mp3 – no wiem, to sprzęt z epoki kamienia łupanego 😛 muzykę i audiobooki mamy również w telefonach, ale nie chcemy tak eksploatować baterii, poza tym odtwarzacz jest wygodniejszy w użyciu podczas jazdy niż smartfon.
  • Dysk przenośny – bierzemy dysk o pojemności 1TB, na który zgraliśmy to, co było ważne na naszych domowych komputerach (w razie, gdyby odmówiły posłuszeństwa po nieużywaniu ich przez tyle czasu), oraz to, co chcemy mieć ze sobą (zdjęcia, ebooki, audiobooki itd.).
  • Powerbank – o pojemności 7800mAh. To nasze koło ratunkowe. Z reguły noclegi spędzamy w pobliżu gniazdek z prądem ale w razie czego, to mały powerbank jedzie z nami.
  • Maszynka do golenia (włosów i brody) – Cóż mogę powiedzieć? Facet się ogoli, a ja będę plotła warkocze jak Julia Tymoszenko 😉
  • Laptop z myszą – oczywista oczywistość. Kupiliśmy mały, 13 calowy sprzęt z Windowsem, żeby mieć zdalne biuro w każdym miejscu i o każdej porze 😉
  • Tablet – jakiś czas temu zainwestowaliśmy w tablet z Androidem (i z mocarną baterią; wystarcza ładowanie raz w tygodniu przy cowieczornym, zwykłym użytkowaniu). To nasz drugi komputer, raczej do Internetów niż do pracy.
  • Aparat fotograficzny – mieliśmy okazję kupić fajny, malutki sprzęt. Dzięki temu trochę oszczędzimy baterię w telefonach, ale przede wszystkim robi nieco lepsze zdjęcia.
  • GPS – od kilku lat nie ruszamy się nigdzie dalej bez GPSa. Nie wiem jak ludzie (i my) mogli żyć bez tego wspaniałego wynalazku 😉 Dlaczego nie używamy tego w telefonie? Ponownie – bateria. Te w dedykowanym GPSie (2xAA) wystarczają na ok. 400 km jazdy, te w telefonie po ok. 100 km są do ładowania. Nawet jeśli telefonu nie używa się do innych celów. Poza tym garmin ma fantastyczny wyświetlacz, który wyraźnie widać nawet w pełnym słońcu bez żadnego podświetlenia J
  • Baterie AA i AAA – na zapas, do lampek, do GPS i odtwarzaczy mp3 (tak, tak, nasze odtwarzacze nie dość, że są odtwarzaczami to jeszcze na baterie :D)
  • Czytnik ebooków – nie wyobrażam sobie podróżowania bez tego sprzętu 🙂 można na nim mieć wiele, wiele książek, zamiast targać je wszystkie w wersji papierowej. Wolę co prawda klasyczną formę literatury, ale kiedy ważny jest każdy kilogram bagażu, no to niestety.
  • Zapasowe słuchawki – uwielbiają się przerywać i psuć na jednym z głośników, dlatego każde z nas wzięło przezornie po zapasowej parze.

zdjecie na wyprawie rowerowej

Jednak kiedy już dojedziemy do punktu docelowego musimy gdzieś spać i coś jeść…

Spanie

  • Materacyki – dwa dmuchane, sześciokomorowe materacyki. Sześć komór ma tę zaletę, że przebicie materacyka w jednym miejscu nie spowoduje jego całkowitego zniszczenia. A poza tym można sobie podmuchać aż dwanaście razy 😉
  • Linery – takie cieniutkie i leciutkie kokony, w których można spać zamiast w wątpliwej czystości pościeli czy w śpiworze, dzięki czemu będzie trochę dłużej czysty.
  • Śpiwory – mamy dwa puchowe śpiwory. Będzie mięciutko i cieplutko 😉
  • Ręczniki – bierzemy dwa „normalne” i jeden malutki, szybkoschnący. Zrezygnowaliśmy z dużych szybkoschnących, bo według nas bardzo kiepsko ścierają wodę z ciała a co gorsza szybko łapią brzydki zapach. Niby są antybakteryjne, ale jakoś to nie wychodzi.
  • Namiot (Big Agnes Copper Spur UL2) – lekki, dwuosobowy namiocik. Jest bardzo lekki a jednocześnie na tyle duży, że można w nim spędzić deszczowy dzień bez łamania sobie przy tym kręgosłupa.

Naczynia

kawa z widokiem

  • Oczywiście bierzemy ze sobą kubki. Harcerskie, ze stali nierdzewnej, których ja nie znoszę 😛 ale są lekkie, nietłukące i można w nich gotować
  • Sztućce tytanowe (czyli lekkie) i spork – widelcołyżka.
  • Maszynka benzynowa MSR – do gotowania wspaniałych dań jednogarnkowych 😉
  • Deska do krojenia – wbrew pozorom to bardzo przydatna rzecz 😉
  • Garnki turystyczne (tytanowe) – nie może zabraknąć
  • Dwa scyzoryki

Skoro już mamy gdzie zrobić, to jeszcze co jeść? Oczywiście będziemy robić normalne zakupy, chociaż raczej na bieżąco, ale zabieramy ze sobą pewne zapasy z Polski na dobry początek.

Spożywcze

  • Cukier – w dużej puszce po kawie.
  • Kawa, herbata – własne na start.
  • Zupki chińskie – za granicą  są tylko kurczakowe!
  • Fixy i inne sproszkowane dania – bierzemy kilka fixów, gorących kubków i innych budyniów, żeby mieć na czarną godzinę.
  • Musztarda – mamy musztardę w proszku! Mistrzostwo świata 🙂
  • Oliwa – udało nam się dorwać szczelnie zamykaną buteleczkę, w której będziemy trzymać oliwę. Do smażenia 😉 Masło ma to do siebie, że lubi zmieniać stan na ciekły.
  • Sól i przyprawy – w małych pojemniczkach

A teraz najciekawsze, nieskategoryzowane przedmioty.

Rzeczy nietypowe

  • Isostar w proszku – nieoceniony, kiedy chce się pić, zwłaszcza po wysiłku w upalny dzień.
  • Ochraniacze na buty – ochrona przed deszczem i wodą rozchlapywaną z kałuż.
  • Adapter kampingowy – magiczne urządzenie, które pozwala przekształcić dziwne gniazdko lub gniazdko dla kampera w kontakt dla zwykłego człowieka J
  • Fiolka z workami foliowymi/zamykane torebeczki – pozwalają na przechowywanie różnych rzeczy, od jedzenia po brudy 😉
  • Apteczka – czyli różnego rodzaju leki, plastry, medykamenty.
  • Prysznic turystyczny –taki worek na wodę z podziurkowaną nakrętką. Wieszasz na drzewie i szalejesz 😉 ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli z niego korzystać.
  • Grzałka do wody – w razie nocowania na kwaterze bez czajnika. Albo gdy skończy się benzyna w maszynce.
  • Obcinacz do paznokci – dla piękna i urody 😉 pilniczek też jedzie.
  • Ludwik i gąbeczka – Spróbujcie zmywać naczynia mydłem 😛
  • Ściereczka – bywa, że służy za obrusik, albo po prostu, po drugiej stronie za ściereczkę 😉
  • Torba IKEA – fantastyczny wynalazek. Można na niej siadać, składować sprzęty, pakować się przy jej pomocy (dzięki niej rozbebeszone przedmioty są w jednym miejscu).
  • Plecak – bierzemy dwa składane plecaki, jeden z nich po zwinięciu jest wielkości myszki od komputera a drugi niewiele większy 😉
  • Sznurki do bielizny i klamerki – żeby wieszać pranie, jak w każdym gospodarstwie domowym 😉
sprzęt na wyprawę rowerową
Mysz komputerowa oraz dwa plecaki

Jest też oczywiście wiele innych drobiazgów, jak przelotki do komputera, ładowarki, kable USB, spinki do włosów czy długopis.

W każdym razie to, generalnie rzecz biorąc, komplet naszego bagażu…  a czy jesteśmy w stanie go udźwignąć to inna sprawa 😉

Wydaje się, że wzięliśmy wszystko, oby! 🙂

Tu przeczytasz co jeszcze schowaliśmy w naszych sakwach:

> jakie ubrania zabrać w podróż rowerową?

> jakie kosmetyki zabrać w podróż rowerową?

> o czym pamiętać przed roczną wyprawą?

Natalia