10 rzeczy, których nam NIE brakowało w podróży

Po zaletach i wadach podróżowania, oraz spisie tego, czego nam w trasie brakowało pora na pozytywy. Czyli czego nam NIE brakowało 😀

  1. Polskiej zimy

W podróży pogoda była różna, zwłaszcza na Bałkanach deszcze i wiatr dały nam niezły wycisk, ale kiedy zatrzymaliśmy się w Rzymie, żeby pożyć trochę tym miastem i przeczekać najchłodniejszy okres roku, mogliśmy się cieszyć naprawdę piękną pogodą.

Większość dni była słoneczna i ciepła. Mróz i śnieg zdarzyły się raz i okazało się, że ostatnio takie zjawisko miało miejsce 6 lat temu (więc w Rzymie ten okres był jednocześnie świętem i dniami o podwyższonym ryzyku, zalecano pozostanie w domu, zamknięto szkoły i urzędy). Ale nawet wtedy słońce pięknie świeciło i dni były bardzo urokliwe.  Bywało też oczywiście deszczowo, ale większość jesiennego i zimowego czasu mogliśmy cieszyć się słońcem.

grudzień we włoszech
Rzym jesienią i zimą

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o Rzymie przeczytaj wpisy:

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Ile kościołów jest w Rzymie i które warto zobaczyć?

  1. Internetu

Trochę się martwiliśmy, jak to będzie z Internetem za granicą. Jednak dzięki ustawie, która weszła w zeszłym roku, w całej Unii obowiązują zasady operatora komórkowego sieci do której się należy, pod warunkiem, że przebywa się za granicą pewną, określoną, ilość czasu. Mogliśmy się zatem cieszyć darmowym Internetem przez mniej więcej pół roku (dzięki temu, że wróciliśmy na miesiąc do Polski i licznik się wyzerował). Po tym czasie operator zaczął naliczać nam dodatkowe opłaty, ale w UE były tak niskie, że nie przerażało nas korzystanie z danych komórkowych.

Natomiast poza Unią bardzo często Internet był bez hasła, „w powietrzu”, zaś właściwie  wszystkie kwatery oferowały wifi. W zasadzie więc Internet nie stanowił większego problemu, choć czasem działał chimerycznie, ale suma summarum pod tym względem było dobrze.

Dowiedz się, jak wynająć mieszkanie przez AirBnB? 

  1. Prądu

W dzisiejszych czasach chyba nie da się być niezależnym od prądu, chociaż staraliśmy się mieć część sprzętu na baterię (GPS, szczoteczka do zębów, odtwarzacze mp3), to jednak smartfony, aparat fotograficzny, laptop czy tablet wymagały ładowania. Na szczęście prawie każdy nocleg zapewniał nam tę możliwość, chociaż czasami nie było łatwo (zdarzały się kempingi bez dostępnych gniazdek i musieliśmy kombinować) a temat swobodnego dostępu do prądu czasami sprawiał, że dany nocleg nas denerwował albo w ogóle się na nim nie zatrzymywaliśmy.  Mimo wszystko należy powiedzieć, że zawsze mieliśmy naładowane telefony i tablet gotowy, aby wieczorem zajrzeć na Facebooka 😉

Sprawdź też: 10 niepozornych rzeczy, które ułatwią Ci życie

gdzie ładować telefon w podrózy
Zawsze było czym zrobić zdjęcie
  1. Świeżego powietrza i ruchu

Tego mieliśmy zdecydowanie aż za dużo 😀 Wpłynęło to jednak pozytywnie na nasze ciała; opaliliśmy się, wyrzeźbiliśmy tu i tam, zgubiliśmy trochę kilogramów (ale zaskakująco niewiele). Przebywanie na powietrzu wiązało się też z tym, że mogliśmy podróżować wąchając zapachy kwitnących kwiatów czy roślin, morskiego powietrza albo lasu 🙂

widoki na wyprawie.jpg
Dużo powietrza, widoków i ruchu
  1. Terminów

To jest wielka zaleta takich podróży. Żadnej daty, która się nieuchronnie zbliża i trzeba gonić, żeby zdążyć. Można zapomnieć jaki jest dzień tygodnia (pod warunkiem, że w niedziele czynne są sklepy w danym kraju). A co za tym idzie – nie brakowało nam tęsknego wyczekiwania na weekend 😉

  1. Widoków i wrażeń

Podczas gdy inni planowali swoje urlopy, wspominali je albo tylko tęsknie wyglądali za okno myśląc o pięknych miejscach i ciepłych krajach, my mieliśmy wspaniałe widoki i wrażenia zapewnione prawie codziennie.

Czy znasz 11 najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie?

A może wolisz dowiedzieć się jakich jest 11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy?

7. Wolnego czasu

Jeśli komuś się wydaje, że taka wyprawa to boskie wakacje i spokojna jazda rowerkiem po pięknych miejscach, to jest w błędzie 😛 No, może nie całkiem, ale wakacjami takiej podróży raczej nazwać nie można. Wstajemy rano (około 7- 7:30 i nie ma mowy o wyspaniu, po poprzednim, pełnym wysiłku dniu, 7 rano to zawsze za wcześnie) pakujemy obóz, jemy śniadanie i ruszamy. Przed nami kilka ładnych godzin w siodełku, duże kilkadziesiąt kilometrów do przejechania i jeśli nie jesteśmy w Skandynawii latem, to zmierzch jest tym momentem dnia, w którym musimy być już na campingu, prawie całkiem ogarnięci, żeby nie musieć robić niczego po ciemku albo przy słabym świetle. Wieczorem, o ile wreszcie jest czas dla siebie, człowiek nie ma już siły na nic i pada ze zmęczenia 😉

internet na balkanach.jpg

8.Nowych smaków

Chociaż czasem bywało słabo (Serbia), to właściwie każdy kraj dostarczał nam kulinarnych przyjemności. Mniejszych lub większych, ale zawsze wyjątkowych. I to jest jedna z najfajniejszych rzeczy w podróżowaniu.

9. Siebie

Haha 😉 Jasnym jest, że podróżując we dwójkę spędza się ze sobą 24 godziny na dobę. No, czasem M. jechał na biga, czasem ja szłam na jakieś samotne zwiedzanie i wtedy cieszyliśmy się chwilę samotnością. Ale generalnie byliśmy non stop razem i dobrze nam z tym było 🙂 oczywiście pewnej wymiany zdań nie da się uniknąć, zwłaszcza, gdy jest się zmęczonym, wkurzonym, ma się wszystkiego dość a w perspektywie jeszcze kawał drogi do przejechania. Ale daliśmy radę.

widoki na wyprawie 2

10.Polityki i tego całego zamieszania w mediach

Oczywiście, jak już wspomnieliśmy, byliśmy online, ale ograniczało się to głównie do najważniejszych spraw typu wpis na bikestats, na blog czy Facebook. Na więcej nie było czasu ani ochoty i wcale nam nie brakowało, tego, że nie wiemy co słychać w naszym kraju. Jakie znowu fantastyczne ustawy są przepychane kolanem w nocy, kto kogo oskarża, kto z kim się rozwiódł i inne takie sytuacje. W Rzymie trochę to nadrobiliśmy, ale fajnie było odetchnąć i odciąć się na chwilę od takich spraw.

wyprawa rowerowa

Zatem taka podróż to nie tylko wspaniała przygoda i wyzwanie dla ciała i ducha, ale także pewien reset dla umysłu 🙂 i takie rzeczy w pełni można przeżyć tylko podczas długiej podróży.

Natalia i M.

Reklamy

Tivoli, czyli tysiąc fontann i wodospady

Tivolii włochy

Tivoli. Pierwszy raz zobaczyliśmy je z pociągu jadącego do Rzymu, a w zasadzie to wodospady spadające kaskadą w górską dolinę. Później gdzieś znaleźliśmy informację o ogrodach tysiącu fontann, a potem jeszcze ktoś nam opowiadał o tym miejscu. Postanowiliśmy więc udać się do Tivoli i przekonać się, czy po Rzymie coś jeszcze może nas zachwycić.

Tivoli Roma
Tivoli, widok na miasto i wodospady

Tivoli to górskie miasteczko położone około 30 kilometrów od Rzymu (bezpośredni dojazd pociągiem z dworców Termini albo Tiburtina za 2,60 euro w jedną stronę). Znajduje się jakieś 220 metrów nad poziomem morza, więc nie są to poważne góry ale wystarczające, żeby był tam imponujący wodospad i ładna panorama na otaczającą dolinę i nieodległą stolicę Włoch.

Soczysta zieleń, krajobrazy, obecność rzeki, to wszystko sprawiało, że Tivoli było ulubionym miejscem najbogatszych rzymian do spędzania gorących dni. Znajdziemy tu willę cesarza Hadriana, wspaniały, renesansowy ogród czy park wokół letniej rezydencji papieskiej.  A do tego urocze stare miasto, wąziutkie uliczki, kamienne domki, podwórka, łuki zdobiące ulice…

Tivoli zwiedzanie
Tivoli, uliczki

Villa Gregoriana

Dotarłszy do Tivoli naszą uwagę przykuł park – Villa Gregoriana – z którego mieliśmy nadzieję na dostęp do ogromnego wodospadu, który wcześniej widzieliśmy.

Villa Gregoriana to XIX wieczny park wokół letniej rezydencji papieża Grzegorza XVI. Park ten to trochę taki rezerwat przyrody, ścieżki wiją się w górę i w dół,  pomiędzy grotami skalnymi, drzewami, omszałymi kamieniami a dnem rzeki. Wszędzie słuchać szum wody. Możemy też podejść blisko huczącego Wielkiego Wodospadu (wysokość 160 m.) i przyjrzeć się wodnej mgiełce, która unosi się nad strumieniem. Mamy tutaj również pozostałości dużej willi, którą wbudowano w skałę. Można wejść do środka i przekonać się na własne oczy, jak wyglądało wnętrze tego typu budowli (to oczywiście puste ściany i raczej przypomina grotę, ale kiedyś był to dom!)

Tivoli, villa lupina
Willa w skale

Ale najpiękniejsza w całym parku była Grota Neptuna, przez którą z impetem przepływa strumień rzeki, a cała jaskinia jest utworzona z jakby bąbli kamiennych. Nawet ciężko opisać te formacje.

Innym polecanym miejscem są Groty Syren, niestety były zamknięte 😦

Tivoli Villa gregoriana
Grota Neptuna, na zdjęciach nie widać niestety jak była niesamowita

Okazało się, że park jest większy niż przypuszczaliśmy (i kosztował 7 euro od osoby). Po parku wiedzie główna ścieżka od której odchodzą ślepo zakończone dróżki wiodące do ukrytych w nim zakamarków. Czasem z jednego miejsca odchodzą dwie drogi które spotykają się na głównym szlaku.

Spacer po zielonym terenie zajął nam około godziny, ale przemierzając go spokojnym krokiem można spędzić tu zdecydowanie więcej czasu. Według pani bileterki Villę zwiedza się przeciętnie w 1,5 godziny.

Villa Gregoriana what to see
Villa Gregoriana, ścieżki, wodospady, światynia Westy

Z Villi Gregoriana wychodzimy przez świątynię Westy, a potem pomiędzy ciasne uliczki, wijące się pośród starych, pełnych uroku kamienic.

Villa d’Este

Kolejnym naszym celem w Tivoli była Villa d’Este. To chyba jest podstawowy kierunek wszystkich wycieczek do tego miasteczka. Villa stoi na zboczu, dlatego z jej tarasów rozpościera się imponujący widok na panoramę doliny. Ale zanim tam dojdziemy, zwiedzamy wspaniałe wnętrza pałacu kardynała Hipolita d’Este. Dobrze zachowane (pewnie odnowione) malowidła, żywe kolory, okna i wyjścia na zielony ogród, te wnętrza zrobiły na nas chyba największe wrażenie ze wszystkich, które widzieliśmy (może poza Muzeami Watykańskimi).

Tivoli Villa D'Este
Wnętrza Villi d’Este

Z pałacu wychodzimy zaś wreszcie do ogrodu. Olbrzymiego, w którym wszędzie słychać szmer tryskającej z fontann wody. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, bo wszędzie jest przepięknie i wszędzie jest mnóstwo fontann.

Wśród zacienionych alejek, ogrodzonych płotem z bukszpanu, znajdziemy między innymi Fontannę Neptuna,  Fontannę Artemidy Efeskiej (ale tak naprawdę, jak dla mnie, to jedna z hinduskich bogiń), której z piersi płynie woda 😉 , Fontannę Smoków, Fontannę w kształcie łodzi, fontanny sfinksów z których piersi również tryska woda, La Rometę czyli „mały ogródek fontannowy” z małym zameczkiem, Fontannę Wielki Kielich zaprojektowaną przez Berniniego z którego strumienie wystrzeliwują w górę na kilka metrów, tuż pod nią Fontannę Organów, która zbudowana jest w taki sposób, że woda przepływająca przez sieć kanalików i rurek wydaje dźwięki podobne do muzyki granej na organach (kilka razy dziennie organizowane jest przedstawienie) oraz oczywiście słynne sto fontann Cento Fontane, porośniętych mchem, zajmujących długą ścianę przy jednej z pierwszych ścieżek.

Tivoli, villa d'este zwiedzanie
Fontanny w ogrodzie Villi d’Este

Wszystkie fontanny zasilane są z tej samej rzeki – Aniene, na której znajduje się też wspomniany wcześniej Wielki Wodospad.

Villa d’Este została zbudowana w XVI wieku i jest uznawana za arcydzieło architektury i projektowania ogrodów i bardzo słusznie! To miejsce nas totalnie zauroczyło.

I znowu można spędzić tu długie minuty, spacerując pomiędzy fontannami, podziwiając kunszt architektów i projektantów ogrodu oraz widok na rozciągającą się panoramę. Nam spacer zajął mniej więcej 1,5 godziny i popędziliśmy dalej (żeby zdążyć przed zapowiadanym na popołudnie deszczem).

Villa d'este, tivoli
Villa d’este

Villa Adriana

Oddalona o około 5 kilometrów od centrum Tivoli Villa Adriana to kompleks ogrodowo – pałacowy cesarza Hadriana z II wieku n.e.  Powierzchnia kompleksu porównywana jest rozmiarami do dawnych Pompejów (i chyba rzeczywiście, ale po Villi można się snuć bez celu, nie ma jednej właściwej ścieżki, a Pompeje są trochę bardziej „kompaktowe” i zorganizowane, Villa według mnie sprawia wrażenie większej). Nam to miejsce przypominało trochę Palatyn, trochę Forum Romanum, trochę Villę Quintili na Via Appia, właściwie wszystko w jednym tylko o wiele, wiele większe od nich wszystkich razem wziętych! I chyba najlepiej zachowane. A podobno to co widać, to tylko 20% całego kompleksu.

Villa Adriana Tivoli
Villa Adriana

Znajdziemy tutaj min.: pałac cesarski (pomieszczenia dla cesarza i jego rodziny) złoty plac (w czasach świetności bogato zdobiony portykami, rzeźbami i mozaikami) pokoje dla służby, dla gości, koszary, termy małe i duże, strefa pomieszczeń urzędniczych, bibliotekę, teatr grecki, basen nad którym wydawano przyjęcia, teatr morski (sztuczna wyspa otoczona ze wszystkich stron kolumnami, na którą prowadziły dwa mosteczki, na wyspie znajdował się niewielki budynek teatru). Co najciekawsze wszystkie części willi połączone są ze sobą systemem tuneli podziemnych, niestety nie ma do nich dostępu.

Po kompleksie można spacerować godzinami, zaglądać prawie do każdej dziury i podziwiać wiele zachowanych smaczków; freski, mozaiki, zdobienia na suficie, zdobienia na kolumnach i rzeźbach, nawet ostał się mały okulus w zadaszeniu basenu. Pomiędzy zabudowaniami rosną gaje oliwne, pełne starych, powykręcanych drzewek oliwkowych.

Villa Adriana zwiedzanie
Villa Adriana i oliwkowe drzewka

W Villi nie ma jednej właściwej ścieżki,  niestety drogowskazy chociaż są, to niezbyt intuicyjnie rozmieszczone. My spędziliśmy tam jakieś dwie godziny i zobaczyliśmy chyba wszystko (poza teatrem greckim, którego nie mogliśmy znaleźć) ale można spacerować o wiele dłużej, zwłaszcza jeśli sprzyjałaby temu pogoda.

Po śmierci Hadriana willę zamieszkiwał jeszcze cesarz Dioklecjan, ale kolejny władca, Konstantyn Wielki nie chciał już mieszkać w Rzymie i przeniósł się do Konstantynopola i Villa zaczęła popadać w niepamięć i niszczeć. Częściowo ją rozkradziono, częściowo rozbierano, żeby użyć budulca do nowych kamienic w mieście, mimo to nadal budzi podziw i zachwyt.

Tivoli villa adriana
Villa Adriana, każde miejsce lepsze od kolejnego

Podsumowanie

Tivoli nas oczarowało, zarówno główne atrakcje jak i samo stare miasto (mają tam też zamek, chociaż nie ma dostępu do niego, to dumnie stoi na górce i można go podziwiać przez ogrodzenie, a także rzymski amfiteatr, ale był zamknięty, a zza ogrodzenia niewiele niestety widać).

Okazało się, że jednak jest jeszcze coś, co jest wytworem rąk ludzkich i wzbudza w nas zachwyt, chociaż trzeba przyznać, że Tivoli to naprawdę światowa klasa zabytków. Wspaniałe, urocze, zachwycające i niesamowite. Teraz to już chyba nic nas nie zaskoczy. Aczkolwiek obyśmy się mylili 😉

Teatr wodny.jpg
Teatr morski, Tivoli

Natalia i Mikołaj

Przeczytaj o:

wycieczce dookoła murów rzymskich

16 ciekawostkach dotyczących Rzymu

jakie kościoły rzymskie warto zobaczyć?

czy Bazylika świętego Piotra warta jest wizyty?

albo o podziemiach Rzymu!

Źródła:
https://www.rzym.it/tivoli/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Villa_d%E2%80%99Este
http://www.kierunekwlochy.pl/tivoli-wlochy

Darmowe zwiedzanie – Castel Sant’Angelo, Termy Karakali i wystawa Google’a

Zamek świętego anioła, rzym

Każdy szanujący się turysta, który chce spędzić w Rzymie trochę czasu, a zwłaszcza taki, który nie mniej niż siebie szanuje swój portfel, wie, że w pierwszą niedzielę miesiąca można zwiedzić za darmo muzea państwowe.

Nie mogliśmy więc nie skorzystać z takiej okazji i 2 grudnia zaplanowaliśmy zwiedzanie. Naszym celem miały paść Termy Karakali i Dioklecjana, oraz, przy okazji, wystawa Google’a, który akurat w ten weekend postanowił odwiedzić Rzym ze swoimi technologiami.  Ale jak to w życiu bywa, nasze plany już od rana zostały pokrzyżowane. Deszcz siąpił, na dworze było chłodno i mokro a ja, na domiar złego, obudziłam się z migreną. Uznaliśmy więc, że na pierwszy ogień pójdzie jednak Mauzoleum Hadriana, znane szerzej jako Zamek Świętego Anioła (Castel Sant’Angelo). Wybór podyktowany był tym, że od  Zamku dzieli nas może pół kilometra, więc w razie, gdyby mój ból głowy nie chciał przejść, to możemy szybko znaleźć się z powrotem w domu, a oprócz tego jest to obiekt zamknięty, w przeciwieństwie do term, więc nie zmokniemy, a w środku nie będzie mokro.

Zwiedzanie Mauzoleum Hadriana – Zamku Świętego Anioła

Zamek św Anioła Rzym.png
Zamek wieczorem, chociaż byliśmy rano 😛

Zwiedzanie Zamku to spacer po murach i salach. Pokoje są z reguły puste, można jednak podziwiać wspaniale zdobione sufity, czasem trafi się jakieś średniowieczne krzesło, jest nawet sypiania papieża. Nie znajdziecie tutaj rzeźb ani obrazów. Za to w wielu miejscach są tabliczki z objaśnieniami, dzięki czemu łatwiej można zrozumieć tę niezwykłą budowlę, jednak cena regularna (13 euro) to chyba trochę za dużo. Całe zwiedzanie trwało około godziny, pewnie trwałoby dłużej, gdyby nie zagrodzone przejścia, które pozwalały trzymać się wyznaczonej ścieżki i nie zgubić się w labiryncie sal i korytarzy.

Zamek Świętego Anioła, Rzym
Mury na Zamku
Rzym wyprawa rowerem
Zdobione sale w Zamku
Rzym wyprawa rowerowa
Zdobione sufity w Zamku

Warto wspomnieć, że w Mauzoleum byliśmy około pół godziny po otwarciu (otwarcie o 9 rano) i weszliśmy bez kolejki (nawet wycieczka mnichów buddyjskich nie zakorkowała wejścia :P). Natomiast wieczorem sznur chętnych ciągnął się na kilkadziesiąt długich metrów.

Rzym co zwiedzić?
Tylko trzech z wielu szalonych mnichów 😛

Efekt „WOW” w Termach Karakali

Termy Karakali Rzym
Termy Karakali

Dzięki końskiej dawce leków mój ból głowy zelżał (pojawił się ból żołądka 😉 a pogoda się poprawiła, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać do Term Karakali. To było kiedyś miejsce, gdzie rzymianie mogli spędzać czas, korzystając z basenów z zimną i gorącą wodą i saun, a oprócz tego w olbrzymim kompleksie mieściły się sklepy, gastronomia, biblioteka, ogrody, sale gimnastyczne, sale masażu, sale wypoczynkowe. Termy mogły pomieścić podobno 10 000 osób i funkcjonowały 300 lat, póki Goci nie zniszczyli akweduktów doprowadzających wodę do Rzymu.

Termy karakali czy warto zobaczyć
Termy Karakali

To co widać na powierzchni robi olbrzymie wrażenie. Monumentalne, wysokie ściany, zdobione posadzki, dobrze też widać tereny basenów, gdzie teren się obniża ku środkowi, gdzieniegdzie zachowały się też marmurowe i płytkowe zdobienia ścian. Do tego świadomość, że pod stopami kryją się kolejne poziomy – kotłownie. Spacer po tym miejscu bardzo działa na wyobraźnię i zdecydowanie warto zajrzeć do Term Krakali, zwłaszcza, że normalnie bilet kosztuje 8 euro więc nie tak źle, jak na możliwości cenowe Rzymu ;).

Rzym, zwiedzanie term karakali
Termy Karakali

I na koniec miała być truskawka na torcie czyli Google

Kolejnym punktem tego dnia była wystawa Google’a. Chociaż tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Google ogłaszało tę „imprezę” jako połączenie przeszłości z przyszłością i generalnie całość owiana była tajemnicą (i po włosku, więc na jedno wychodzi :P). Wstęp był darmowy, więc postanowiliśmy zobaczyć, co to takiego.

Kiedy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazała się kolejka na kilkadziesiąt osób. Miejsce było niezbyt „wyjściowe” – dzielnica zdecydowanie nieturystyczna, kamienice odrapane. Przypięliśmy jednak rowery i stanęliśmy w ogonku. Chyba towarzyszy nam szczęście do tego typu akcji, bo po nas nadciągnęły tłumy ludzi.

Niestety kolejka posuwała się bardzo powoli, co jakieś 15-30 minut wpuszczano do środka po dziesięć osób, oczywiście pod warunkiem, że wcześniej wyszło odpowiednio dużo. Czekaliśmy chyba półtorej godziny i nieźle zmarzliśmy. Trochę wstyd dla Google’a, takie polowe warunki… mieliśmy nadzieję, że w środku będzie chociaż trochę cieplej i że w ogóle warto czekać.

Wreszcie nadeszła nasza kolej, wpuścili nas za czerwoną kotarę. Wewnątrz, na środku białego korytarza, ustawiony był wielki ekran, na którym wyświetlano film – reklamę o połączeniu przeszłości z przyszłością i zdjęciami z Włoch, a za ekranem była… hm.. „wystawa”.

Jedno stoisko z panią, która pokazywała wszystkim możliwości nowej kamery Google, która skanowała obrazy w olbrzymiej rozdzielczości, więc można było powiększać tak bardzo, żeby dokładnie przyjrzeć się szczegółom nieuchwytnym w normalnej wielkości, np. pojedynczym pociągnięciom pędzla pana Canaletto. Były trzy smartfony do podotykania, jedno stoisko ze sprzętem, który umożliwiał rysowanie w powietrzu. Nakładało się gogle, w ręku trzymało się coś w rodzaju joysticka i rysowało się, a widzowie mogli to wszystko oglądać na wielkim ekranie (konkretnie były to czarne bazgroły), kolejka była długa, więc tylko chwilę się przyglądaliśmy i poszliśmy dalej. Kolejne stanowisko, również z długą kolejką, to były googolowskie okulary pozwalające prawdopodobnie znaleźć się na trójwymiarowej mapie jednego z włoskich miast (chyba Florencji). Do testowania były tylko dwie pary okularów, więc nie chciało nam się czekać, aż będziemy mogli się do nich dostać. Na trzecim stanowisku była możliwość przeniesienia się na tor wyścigów konnych, również za pośrednictwem gogli (do dyspozycji dwie pary)  i słuchawek, które tłumiły dźwięki z zewnątrz i odtwarzały odgłosy zawodów. Tym razem udało nam się wypróbować sprzęt i byliśmy naprawdę pod niesamowitym wrażeniem. Obraz był bardzo realistyczny, dźwięki również. Można było się obracać dookoła siebie, patrzeć w górę i w dół, wszystko tak, jakby się właśnie stało przy samym torze, brakowało tylko zapachu 😉 Trwało to jednak zaledwie parę minut i maksymalnie po pół godzinie wyszliśmy z całej „imprezy”. Dosyć spore rozczarowanie, tak mało sprzętu do sprawdzenia, a tyle stania w kolejce na zimnie po to, żeby w środku znowu stać w kolejce. Nie wygrzaliśmy się też zbytnio, a w dodatku byliśmy już tak zmęczeni, że nie robiliśmy żadnych zdjęć. Zresztą nikt nie robił, być może nawet nie wolno było. No ale udało nam się spojrzeć przez gogle VR i było to niezwykłe doświadczenie.

Następna darmowa niedziela dopiero w styczniu, po Nowym Roku, może być ciężko 😉

Panorama Rzymu
Zdjęcia z Google’a nie ma, więc chociaż panorama z Zamku 😉

Natalia i Mikołaj

A co jeszcze czeka na Ciebie w Rzymie?

Zamek Świętego Anioła i Termy Karakali (zakochasz się w tym miejscu!)

Nekropolie pod Bazyliką świętego Piotra.

Katakumby pierwszych chrześcijan i podziemia Rzymu.

Magiczne mury miasta.

Wspaniałe kościoły.

I inne ciekawostki!