Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Reklamy

Rowerowe Lazurowe Wybrzeże

Włochy opuściliśmy dość niespodziewanie.

Okazało się, że na najbliższe dwa dni zapowiadają deszcze, co oznaczało dla nas prawdopodobieństwo utknięcia na drogim kempingu (kwater w sensownych cenach w okolicach granicy włosko – francuskiej nie było).

Najlepszym pomysłem wydało nam się dotarcie do Francji, do miejsca, gdzie i tak mieliśmy spędzić dwa dni ze względu na pobliskie bigi.  Tylko, że od tego miejsca dzieliło nas 120 km i przełęcze. Okazało się jednak, że są pociągi 🙂

Przejechawszy zatem rowerami riwierę liguryjską, do Sanremo, gdzie zdobyliśmy dwa niewysokie bigi, które okazały się wybawieniem od koszmarnego ruchu nadmorskiej drogi, wsiedliśmy pociąg i dotarliśmy aż pod Monako.

włochy rowerem
Zła pogoda nas goni

Monako

Monako, czyli europejskie Las Vegas. Okazało się czyściutkim państewkiem, z ulicami wijącymi się po górskich stokach, pełnym zdobionych hoteli, kasyn i kamienic. Dużo przepychu, wszystko piękne, wymuskane, wygładzone. Na spacer z pieskami (kundelków nie uświadczysz) ludzie wychodzili pięknie ubrani (garnitur, błyszczące buty, marynarka, apaszka). Na ulicach drogie samochody. Galerie handlowe pozamykane w ładnych budynkach, o tym, że są tam sklepy świadczyły tylko napisy. Pozłacane 😉

monako wyjazd
Monako, europejskie Las Vegas

Dla M. Monako było trochę zbyt „ęą”, ale mnie się bardzo podobało, chociaż przyznam, że miejsce jest snobistyczne i wcale się z tym nie kryje.

Jakby tego było mało, trafiliśmy na wyścigi Grand Prix 😀 samochody wyły i warczały z toru wyścigowego, a część miasta zamknięto. I chociaż nie jesteśmy jakimiś fanami tego typu widowisk, to udało nam się jednak popatrzeć trochę z góry na zawody 😉

Monako Grand Prix
Monako i Grand Prix

Lazurowe Wybrzeże i Nicea

Z Monako ruszyliśmy w stronę Nicei Lazurowym Wybrzeżem, które zdecydowanie nas zachwyciło. Chociaż widoczność była przeciętna to i tak widoki sprawiały, że co chwilę się zatrzymywaliśmy. Przepięknie. Sama Nicea zresztą też okazała się bardzo przyjemnym miastem, z secesyjną, dobrze utrzymaną zabudową i dużą, ładną plażą. Fajne miejsce!

lazurower wybrzeże rowerem
Nicea i Lazurowe Wybrzeże

Dziki fart 😉

Po Nicei mieliśmy się przemieścić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pod góry, gdzie M. sobie miał pobigać. Zrobiliśmy zakupy w Intermarche, w którym nie wiedzieliśmy na co patrzeć, tyle było różnych pyszności 😀 i ruszyliśmy w ostatnią prostą do kempingu.

Po drodze minęliśmy hotelik w stylu amerykańskim, długi budynek parterowy w którym, jeden obok drugiego, mieszczą się pokoiki. Okazało się, że doba kosztowałaby nas 35 euro (czyli dość tanio), ale postanowiliśmy pojechać na kemping i zrobić rozeznanie cenowe.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kemping jest zamknięty na głucho. Na stronie żadnych informacji na ten temat, na bramie też… a jednak zamknięty.

Wróciliśmy więc do hotelu, nie dowierzając własnemu szczęściu, że mamy, gdzie spać. Gdyby nie hotelik, nie wiem co byśmy zrobili. Okolica to totalna wioska, prawie nic tu nie ma, nie mówiąc już o jakichś kwaterach, ale jednak nie aż takie bezludzie, żeby spać na dziko, zresztą… trzy noce…? A w około strome góry. A dodać trzeba, że przyjechaliśmy dość późno (koło 20), więc hotel dosłownie uratował nam tyłki 😛

Grasse – światowa stolica perfum

W hoteliku przesiedzieliśmy trzy dni. Przede wszystkim dlatego, że M. miał w okolicy dwa bigi ale też dlatego, że pogoda się popsuła. Padał deszcz, szalały burze.

Dopiero po tym czasie udaliśmy się do Grasse, w którym też skończyliśmy w hotelu, z pięknym widokiem. Grasse okazało się wyjątkowo drogie pod względem noclegowym.

Myśląc o stolicy perfum jakie macie skojarzenia? Bo ja nastawiałam się na miasteczko pełne kwiatów, pachnące i kolorowe. A do tego urocze, średniowieczne z wąskimi uliczkami. Ewentualnie mroczne i tajemnicze, jeśli przypomnimy sobie powieść „Pachnidło” Patricka Suskinda. Czy Grasse spełniło moje oczekiwania? Nie do końca.

Po pierwsze miasteczko jest wspaniale położone, na zboczu gór, ma fajną główną ulicę wiodącą wzdłuż drzew palmowych i malutkie, kamienne stare miasto.

grasse zwiedzanie
Grasse

 

Niestety w samym mieście nie pachnie niczym szczególnym, nie jest też kolorowo czy kwiatowo, a samo miasteczko nie jest jakieś nadzwyczajne. Jest wiele innych, dużo ładniejszych i klimatycznych miejsc. Znajdziemy tu rzeczywiście wąskie uliczki zakończone schodami wiodącymi jakby na kolejne poziomy starego miasta. Ale jest ono bardzo małe i łatwo wyjść poza stricte turystyczny obręb. A tam napotkamy szwendające się dzieciaki i młodzież oraz dorosłych lustrujących przechadzające się turystki.

Przyznam, że niezbyt było przyjemnie znajdywać się w takich miejscach, szybko starałam się je opuszczać.

Francja rowerem grasse
Grasse

Natomiast niewątpliwą zaletą Grasse jest wiele perfumerii i muzeów związanych z przemysłem perfumiarskim.

Zajrzałam do kilku takich perfumerii, gdzie od zapachów łatwo dostać zawrotów głowy 😉 Oraz udało nam się odwiedzić fabrykę perfum Fragonarda. Wąchaliśmy ich perfumy, ciekawe połączenia zapachowe i czyste zapachy (np. cedr, sandał, konwalię, mimozę, werbenę, kwiat pomarańczy, paczulę, lawendę). Wszystko było dobrze opisane, dzięki temu wiemy, jakie zapachy nam najbardziej się podobają. A to nie jest takie oczywiste, wiedzieć, że perfumy liliowe to tak, ale paczula już nie 😉

Perfumeria Grasse
Perfumeria Fragonard

Obejrzeliśmy też kadzie, alembiki i inne pojemniki w których wytwarza się zapachowe olejki i perfumy, historyczny sprzęt do tegoż oraz flakoniki perfum sprzed wielu lat. Niektóre wciąż jeszcze z zawartością! 🙂 Niestety, chyba spóźniliśmy się na pokaz wytwarzania perfum, który rzekomo można obejrzeć w muzeum.

Kalanki i Marsylia

Marsylia była naszym ostatnim przystankiem na południu Francji. W drodze do miasta mieliśmy obejrzeć Calanques czyli Kalanki. Klify można oglądać spacerując po parku narodowym albo z morza, decydując się na rejs łódką.

Jako, że górskie spacery w trakcie podróży rowerowej są zawsze skomplikowane (co zrobić z rowerami i bagażem? Czy zostać w ciuchach rowerowych, które nie nadają się do spacerów (zwłaszcza spodnie) czy może jechać i się zapchać w nieprzejezdny teren?) a M. Kalanki już widział, , zbadał, a nawet trochę przewspinał, więc zdecydowaliśmy, że ja sobie popłynę w rejs a M. na mnie zaczeka.

Oglądanie 3 calanques kosztowało nas 16 euro i trwało 45 minut. Do wyboru jest kilka tras rejsowych, my akurat przyjechaliśmy tak, że najkrótsza była za 5 minut.

Przyznam, że tego typu formacje już widziałam i nie zrobiły na mnie jakiegoś olbrzymiego wrażenia ale i tak są zdecydowanie warte zobaczenia. Tak naprawdę nie wiem, czy któraś z kalanek była lepsza od innej. Dostaje się mapkę, gdzie są one oznaczone, ale łódka płynie cały czas wzdłuż imponujących klifów, wpływając do małych portów, żeby turyści mogli podziwiać zatoczki.

kalanki zwiedzani
Calanques Marsylia

 

Po Kalankach ruszyliśmy do mieszkania, które wynajęliśmy przez Airbnb i powiem szczerze, uważam, że wynajmowanie pokoju w czyimś domu to małe nieporozumienie. Tym razem nie dość, że właściciel okazał się niepoważnym bucem, który w ogłoszeniu napisał, że można się zameldować w mieszkaniu od 11 rano a w mailu, że najwcześniej mamy być o 15, po czym i tak się spóźnił około godziny, podał też informację, że mówi po angielsku, ale jedyne co potrafił to „okay”, to na dodatek okolica była bardzo mocno wątpliwa.

Do domu wpuściła nas jego żona – piętro 5, winda nie działała, więc M. targał bagaże na górę, na kilka razy, a ja stałam pod blokiem, pilnując dobytku i będąc zagadywaną przez dzieciaki. Uliczką zaś przejeżdżały auta pełne czarnoskórej młodzieży, jak na filmach sensacyjnych. Poziom stresu mocno mi skoczył 😉

A gdy przyszedł jej mąż, to urządził scenę, że rowery nie mogą zostać w przedpokoju. Okej, może przedpokój był mały, ale ustawiliśmy je tak, że nie przeszkadzały. Długo się nie mógł z tym pogodzić, chyba dla samej zasady, ale kiedy powiedzieliśmy, że albo rowery zostają, albo my się wynosimy, to wreszcie dał spokój. Nie mogliśmy się zgodzić na wystawienie ich na klatkę schodową ze względu na niezbyt bezpieczną okolicę.

Samo mieszkanie okazało się całkiem okej, z tym iż korzystanie z łazienki i kuchni (poza tym, że dzielonymi z właścicielami) wiązało się z przechodzeniem przez salon w którym przesiadywali gospodarze. Na szczęście po południu sobie gdzieś poszli i do późnego wieczora nie wrócili. Zapewne dlatego, że wypadło nam tu być w sobotę 😉

Co zaś się tyczy Marsylii,  to jest to wyjątkowo wielokulturowe miasto, trochę zapuszczone i nie dające poczucia bezpieczeństwa. Okolice turystyczne są w porządku, ale lepiej nie zbaczać zbytnio ze szlaków. M. Marsylia bardzo nieprzypadła do gustu a we mnie nie wzbudziła żadnych emocji.

marsylia zwiedzanie
Marsylia z góry

Francuckie kempingi

We Francji spaliśmy trochę pod dachem, ze względu na pogodę a trochę na kempingach. I tak jak nie mam jakichś złych wspomnień z naszej poprzedniej wyprawy po Francji,  tak tym razem nie wyglądało to najlepiej.

Przede wszystkim w kwestii wifi popularna jest konieczność zapłaty za dostęp do Internetu. No i to jeszcze by tak nie bolało, gdyby nie fakt, że to dostęp na godzinę, albo kilka godzin i kosztuje na przykład 5 euro.

Poza tym sam standard kempingów jest co najwyżej poprawny.

 

Inną sprawą jest to, jak nas potraktowano pewnego dnia, którego odwiedziliśmy trzy kempingi i na każdym stało się coś nieprzyjemnego. Pierwszy z nich nie miał przyzwoitych miejsc pod namioty, tylko bungalowy. Dostaliśmy więc do rozbicia się jakiś zabłocony, podeszły wodą skrawek ziemi, przy drodze, gdzie wszyscy przejeżdżali samochodami (ciekawe jak szybko ktoś wjechałby w kałużę i nas ochlapał) i pod czyimiś oknami. Sanitariaty były brudne, że aż bolało patrzeć. W dodatku kibelek był tylko jeden i jeden był prysznic. Na szczęście w pobliżu miały być jeszcze dwa kempingi, więc szybko odjechaliśmy stamtąd, wzbudzając oburzenie właścicieli.

Drugi kemping, chociaż kierowały do niego nowe znaki, okazał się zamknięty. I nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie to, że luzem biegał duży pies, owczarek. Zaczął nas obskakiwać i obszczekiwać. Był dosyć agresywny a właścicielka nie raczyła go zabrać, ani nawet przywołać do siebie. Musieliśmy go odpędzać rowerami, do momentu aż przyszedł po niego jakiś facet.

Zaś na trzecim kempingu, na którym musieliśmy już zostać, ignorowano nas na recepcji przez kilka minut. Właściciele byli czymś bardzo zajęci, co wymagało krzyczenia do siebie, chociaż znajdowali się tuż obok siebie i kompletnie nie przejmowali się, że klienci stoją i czekają, żeby im zapłacić… a miejsce jakie dostaliśmy było tuż obok jakiegoś remontu, na którym prace wznowiły się jak tylko rozbiliśmy namiot. Na szczęście skończył się mniej więcej wtedy, gdy skończyliśmy brać prysznice.

Rano zaś pani z recepcji nie raczyła otworzyć nam szlabanu blokującego wjazd i wyjazd (przejście dla pieszych było wyjątkowo wąskie, z objuczonym rowerem nie dało rady się przecisnąć), bo… gadała przez telefon. Nikt nie wymagał od niej podejścia i zatańczenia, tylko wciśnięcia guzika zdalnie, z recepcji w której była. Przerosło ją jednak to zadanie i ostatecznie musieliśmy ręcznie unieść szlaban na tyle ile się dało i przejść pod nim.

A Francuzi mówią oczywiście tylko po francusku i często są dość niemili, pani w okienku na dworcu kolejowym czy na recepcji kempingu. W odpowiedzi na zadane pytania usłyszeliśmy na przykład „nie pozwalają!” (na przewóz rowerów) nie! (czy mówi po angielsku). Żadnego przepraszam, przykro mi, niestety. Większość osób jest tu raczej sympatyczna i przyjazna,  nawet zagadują w tym swoim dziwnym języku 😛 ale jakoś pewna konsternacja poznawcza pozostaje. No i nadal nie umieją jeść widelcem 😛

Ale, a propos, to jedno trzeba im przyznać  – jedzenie mają najlepsze na świecie! 🙂

Pociąg pod belgijską granicę

Nasz miesięczny, niespodziewany, powrót do Polski wiązał się między innymi z tym, że chcąc trzymać się planu bycia w Norwegii latem, musieliśmy jakoś nadrobić czas w terenie. Dlatego zdecydowaliśmy się na pociąg,  który przewiezie nas z południa Francji na północ kraju, pod granicę belgijską. Pociąg jedzie tylko 5 godzin (i ma chyba z kilometr długości)! Rowery zabiera złożone, w cenie zaś po dwie sztuki bagażu – musieliśmy więc dokupić więcej.

Okazało się, że mimo obiecanej przestrzeni bagażowej na 2 metry, nie było jej. Jeden rower bez koła zmiescił się w dużej półce zaś drugi musiał stać obok niej. Owinięte w worki foliowe, chyba dla niepoznaki 😀

Pociąg jest linii (przewoźnika?) OuiGo i jeśli będziecie chcieli z niego korzystać, to musicie wiedzieć, że OuiGo nie respektuje innych kart do płatności internetowej niż… oczywiście francuska. Szczęśliwie kolega Serwecz nas poratował (dziękujemy!) bo inaczej to nie wiem, co byśmy zrobili. OuiGo chyba działa tylko mobilnie.

A teraz oby północ nas miło rozczarowała! 😉

Natalia i M.