Czy Albania da się lubić?

Czy w Albanii jest bezpiecznie?

W związku z tym, że w Grecji planujemy być więcej niż jeden tydzień, to postanowiłam przybliżyć Wam jeszcze trochę Albanię. Bo to chyba „najdzikszy” z krajów na naszej trasie (może poza Kosowem?) i najbardziej obrośnięty w stereotypy.

Albania podróż rowerem
Bunkrów Ci w Albanii dostatek 😉

Dni w podróży albańskimi szosami mijały nam bez żadnych ekscesów czy innych dziwnych zdarzeń. Pogoda się uspokoiła i była wreszcie taka, jak miała być, czyli umiarkowane upały (tak do 30 stopni) i cień w którym było dość chłodno (a nie gorąco, zamiast upalnie, jak to zwykle w sezonie letnim na południu Europy), bezchmurne słońce, woda w morzu ciepła (nie to żebyśmy się jakoś namiętnie kąpali, ale stopki zamoczyć zawsze chętnie).

Albania urlop
Zamoczone stopki na albańskim wybrzeżu

Jakość asfaltu głównych dróg była znakomita a ruch samochodowy umiarkowany albo nawet nieduży. Kierowcy jeżdżą nie gorzej niż w pozostałych częściach Bałkanów. Co prawda trochę nas drażni ta ich wschodnia maniera trąbienia na nas w geście pozdrowień, ale też już przywykliśmy. Aczkolwiek to wcale nie jest takie miłe, a często nieźle potrafi przestraszyć, albo człowiek się naprawdę zastanawia czy ma uciekać na pobocze, czy co innego ze sobą zrobić.

Kwatery okazały się bardzo tanie (kempingów i tak nie było), mniej więcej w cenie maksymalnie do 20 euro, ich  standard niczym w zasadzie nie odbiegał od europejskiego, więc miło było w nich spędzać wieczory.

Jednak były pewne zdarzenia, które nie pozwalały nam zapomnieć, gdzie jesteśmy 😉 Zacznijmy od śmieci. Jest tu zapewne lepiej niż kilka lat temu, kiedy to relacje z tego kraju przepełniały obrazy stosów śmieci walających się w każdym miejscu i wysypujących się z kubłów. Rzeczywiście, śmieci jest dużo. Rozwłóczone przy drodze, wyrzucone na stertę gdzie popadnie. Na przykład na własnym pastwisku czy w ogrodzie.  Ale nie jest tego więcej niż w innych krajach bałkańskich (nie licząc zdechłego osła bez nogi, który leżał przy drodze – sic!), za to jest mniej rozjechanych psów i kotów. To zupełnie inna mentalność, brak świadomości. Przyznam, że mnie to bardzo męczy, ale nie jest tak, że w Albanii jest najgorzej. Natomiast w nadmorskich kurortach śmieci jest w ogóle niewiele, miasta są raczej zadbane i czyste.

Albania wyjazd na wakacje
Albańskie miasto

Zwierzęta. Na całych Bałkanach są stada wędrujących bez opieki psów i kotów. Czasem to rzeczywiście stada, a czasem pojedyncze sztuki. Nie wiadomo co gorsze, czy zabiedzone czy rozwścieczone i szczekające za rowerem… w każdym razie w Albanii pojawiają się jeszcze osiołki, które pasą się przy szosie. Czasami ciągną wozy, a czasami są ujeżdżane. Obok koni czy mercedesów osły to podstawowy środek transportu. Bardzo egzotyczny widok 😉 częsty zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach.

Albania czy warto?
Osiodłany osiołek

Są też oczywiście krówki, kózki i stada owiec, które beztrosko sobie spacerują po ulicach, albo wyłażą prosto pod koła 😉

Kwatery. Spaliśmy zarówno w hotelach jak i mieszkaniach. Ceny były niskie a standard wszędzie dobry. Gdyby nie liczyć pewnych niedogodności. W jednym z hoteli nie było ciepłej wody, nawet po naszej interwencji doczekaliśmy się ledwo letniej. Nikt nie chciał nam w to uwierzyć ani przyjść do nas i sprawdzić, co rzeczywiście leci z kranu. Przez nasze skargi straciliśmy w oczach właściciela, który początkowo był nami i naszą podróżą zachwycony 😛  W drugim hotelu mieliśmy ciągłe problemy z wifi… a w domu, w którym zatrzymaliśmy się na trzy dni (z powodu mojego przeziębienia) braki wody. Woda była tylko rano i wieczorem… (w sumie to i tak nieźle! :p). Poza tym było strasznie głośno i ze wszystkich  stron dochodziły różnego rodzaju dźwięki. Życie całego budynku, budowa nowych wieżowców, dzieci płaczące, rzucające pieniążkami w domu nad nami (o kafelkową podłogę), uliczni grajkowie, niespełnieni piosenkarze, telepiące się na wietrze popsute żaluzje (nasze), szurające krzesła nad nami, wiercenie i tłuczenie, no wszystko.

Widoki. Bardzo nas Albania zaskoczyła. Spodziewaliśmy się jakiejś pustyni na końcu świata z  górami dookoła i stepami porośniętymi zżółkniętą trawą a dostaliśmy… góry i stepy porośnięte zżółkniętą trawą 😀 ale też całkiem nieźle prosperujące miasteczka i przepiękne widoki na wybrzeżu. Wcale nie dziwne, że Albania stała się modna. Krajobrazy  są piękne, pogoda wspaniała, ludzie bardzo sympatyczni a ceny zbliżone do polskich. Jeśli chodzi o krajobrazy, nawet te nadmorskie, to więcej jest tu drzew liściastych niż palm. Kurorty są dość mocno wybetonowane, a skaliste wybrzeża zabudowane blokami, które jednak mają pewien urok, a nie są takie monotonne jak w Polsce.

Podróż do Albanii

Albania piękne wybrzeża

Jedzenie. W Albanii sprzedają najpyszniejszy chleb na świecie 😉 jak tu będziecie, to bierzcie tylko taki kwadratowy. Ma chrupiącą skórkę i pyszne, miękkie, chociaż nie „gumowate” wnętrze. A najlepsze jest to, że piekarnie otwarte są przeważnie od bladego świtu do godziny 22 i cały czas dostaniecie tu świeże pieczywo. Warzywa i owoce kupicie najlepsze tylko na straganach, w sklepach często nie ma ich wcale albo są marnej jakości. Jest też pewien specyfik który nam bardzo przypadł do gustu, nazywa się fergese me gjize to coś w rodzaju pasty z białego sera z pomidorami, papryką, oliwkami i zalane oliwą. To jedno z narodowych dań, jest ich kilka rodzajów. Podobno można w niej zapiekać mięso, sądzę, że nadaje się też do maczania mięsa, ale sama w sobie jest tak pyszna, że smarowaliśmy nią po prostu chleb i zagryzaliśmy włoską mortadelą z pistacjami albo albańskim serem (wszystkie słone jak sto diabłów :P). Pycha! 🙂

W Albanii więc miło spędziliśmy czas, chociaż przeziębiliśmy się (jakim cudem w czasie upałów…?) i przez kilka dni mieliśmy mały szpital na kółkach (dosłownie!). Ale powoli dochodzimy do siebie 😉

Albania urlop
Saranda, Albania

Po Albanii zaś przyszła pora na Grecję 🙂

Natalia i Mikołaj

Reklamy

Rowerowy tydzień macedońsko – albański

Macedonia i Albania rowerem

Macedonia

Macedonia to kraj o nazwie do której, według Greków, prawa mają tylko Grecy, jako do historycznie greckiego obszaru (a państwo Macedonii obejmuje tylko jego część, zaś mieszkańcy nie są Macedończykami tylko ludnością słowiańską), w związku z tym inną, obowiązującą nazwą jest FYROM czyli Former Yugoslav Republic of Macedonia co znaczy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. Macedonia ma więc problem. Część krajów uznaje nazwę macedońską, a część fyromską. I trzeba uważać do kogo się mówi o tym państwie, zwłaszcza w przypadku Macedończyków i Greków.

W każdym razie do tego kraju wjechaliśmy zmarznięci i przemoczeni. W 2012 roku, gdy przekraczaliśmy granicę, upał był nie do wytrzymania a teraz założyliśmy na siebie po kilka warstw ubrań i wciąż szczękaliśmy z zimna.

Skopje

Najważniejsze jednak, że w naszej kwaterze był kaloryfer 🙂 W Skopje zaplanowaliśmy dwudniowy pobyt w dość miłym domku niedaleko centrum, w przyjemnej, cichej dzielnicy (nie licząc szkoły naprzeciwko kwatery, która w piątek nie dawała o sobie zapomnieć 😉 ).

Skopje, mieszkanie Airbnb
Mieszkanko w Skopje

Pierwszy dzień, przy dość pochmurnej pogodzie, spędziliśmy na mieście, które nam bardzo przypadło do gustu. Po pierwsze dlatego, że przypomina Łódź (oczywiście nie w samym centrum i kilka lat temu, no i gdyby nie te góry na horyzoncie.. w zasadzie to wcale nie jest podobne :D), a po drugie bo jest inne od wszystkich stolic.

Skopje, akwedukt
Skopje, akwedukt z I wieku n.e. Oczywiście musieliśmy na niego wleźć 😀

W 1963 roku trzęsienie ziemi zniszczyło około 80% zabudowy miasta. Rozpoczęto więc odbudowę. Pierwszy jej etap zakończył się w 1980 roku a drugi rozpoczął w 2010 roku i został nazwany projektem Skopje 2014. Wybudowano więc około 20 nowych budynków oraz wypełniono wolną przestrzeń pomnikami postaci związanych z krajem. Mieszkańcy nie byli zadowoleni, że państwo wydaje grube miliony na monumentalne budowle zamiast zadbać o potrzeby miasta (to widać chociażby po wyglądzie chodników i fasad bloków – są w kiepskim stanie) i dali upust swoim emocjom w kolorowej rewolucji, której ślady można odnaleźć na fasadach niektórych budynków.

Skopje, podróż
Skopje

Skopje budzi więc bardzo wiele kontrowersji. Jedni uważają, że jest to stolica kiczu inni są zachwyceni. Nam się podobało, chociaż miasto wzbudzało czasem nasz uśmiech, bo jest jednocześnie patetyczne, trochę kiczowate, trochę „urwane z choinki”, ale bardzo ciekawe i ma dobrą atmosferę.

Natomiast druga twarz Skopje to Mały Istambuł. Tak nazywana jest muzułmańska część miasta. Druga w Europie po tej w Sarajewie. Małe, stare budyneczki, meczety, tureckie kawiarnie i herbaciarnie. A do tego fantastyczny bazar, na którym zaopatrzyliśmy się w diabelnie słone oliwki, sałatę (wreszcie! Sałaty nie widzieliśmy chyba od Austrii) i napatrzyliśmy się na kolorowe tony papryk, warzyw, przypraw i tureckich słodkości. Niestety, nawet tutaj nie mieli rzodkiewek 😛

Skopje, podróż rowerem
Skopje, ślady kolorowej rewolucji i muzułmańska część miasta

Kanion Matka i wieczorne Skopje

Drugiego dnia wybraliśmy się do Kanionu Matka. Dojazd trochę dał nam w kość, bo okazało się, że trzeba się przedrzeć przez wąską, remontowaną szutrową drogę, zakorkowaną przez wielkie autobusy i smrodzące stare auta. Na szczęście z powrotem ruch zniknął jak ręką odjął. Sam kanion jednak nie zrobił na nas dużego wrażenia. Wzdłuż skał poprowadzona jest piesza ścieżka z której można podziwiać olbrzymie góry schodzące do wody. Miejsce ładne, chociaż niestety bardzo zaśmiecone 😦 Fajnie, że wejście było bezpłatne. Po tej wycieczce wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na miasto nocą. Budynki – nowopowstałe „zabytki” są specjalnie oświetlone (światłem kolorach macedońskiej flagi – czerwonym i żółtym), co nadaje im uroku. Bardzo nam się podobał pobyt tutaj, a i pogoda powolutku zaczęła się poprawiać.

Macedonia, Kanion Matka spacer
Kanion Matka
Skopje wieczorem, Macedonia rowerem
Skopje wieczorem

Przygody z macedońskimi pociągami

Po przyjemnym pobycie w Skopje ruszyliśmy na pociąg do miejscowości Wełes, żeby oszukać pewien pagórkowaty kawałek trasy pociągiem. Pani w kasie nie chciała nam sprzedać biletów, bo koleje macedońskie nie przewożą rowerów, ale przekonaliśmy ją, żeby jednak to zrobiła, a gdy doszło co do czego, to konduktorzy nawet nie zwrócili na nas uwagi.

Tak bardzo, że wsiedliśmy do pierwszego wagonu, na pomoście, tuż za lokomotywą i nikt nam nie powiedział, że drzwi się nie zamykają (!) a te po drugiej stronie, że się nie otwierają… Zgadnijcie, po której stronie był peron w Wełesie, jeśli wszystkie po drodze były od strony otwartych drzwi? 😀 Musieliśmy więc zeskakiwać z pociągu na tory i po kolei zdejmować sakwy i rowery… ale daliśmy radę. Swoją drogą pociąg ze Skopje był w strasznym stanie, chyba nie czyszczony od czasów, gdy powstała Jugosławia… aż strach było czegokolwiek dotknąć, nie mówiąc o siadaniu w fotelach (ale i tak usiedliśmy).

Po pociągu i kilkudziesięciokilometrowej drodze po wzgórzach czekał nas podjazd w szutrze. Ciężko i długo nam się jechało, więc myśleliśmy z przyjemnością o drugim pociągu po zjeździe z przełęczy, w Prilepie. Tutaj też w kasie nas ostrzegali, że rowerów nie wolno przewozić, ale postanowiliśmy spróbować, jeszcze nigdy nie było przecież problemów.

Kiedy przyjechał pociąg, byliśmy miło zaskoczeni. Nowy, niskopodłogowy, dużo miejsca w przedsionkach. Ale na nasz widok zaraz wyskoczył na peron jakiś służbista krzycząc na nas, że z rowerami to nie, nie, nie. Nie można, nie wolno, nie i nie. Bo nie. Bardzo nieprzyjemny typ. Próbowaliśmy z nim rozmawiać, zwłaszcza, że skład był prawie pusty i miejsce naprawdę było, ale zdało się to na nic i ostatecznie  musieliśmy zwrócić bilety. Do Bitoli pozostawało do przejechania 40 kilometrów, na szczęście w płaskim terenie. Było już jednak po 17, więc zanim dotarliśmy na miejsce (po trochę ponad dwóch godzinach) to zrobiło się już ciemno. Na szczęście nocleg był przyjemny, łóżko szerokie i wygodne a pod nosem bar szybkiej obsługi, który serwował pyszne frytki z warzywami i pljeskawicą za 3 euro dwie porcje. Mniam! 🙂

Wjazd do Albanii

Rano, trochę obolali po wymagającym poprzednim dniu,  ruszyliśmy w stronę Albanii (przy okazji ratując żółwia przed rozjechaniem go na szosie). Dzień był wreszcie słoneczny, przed granicą drogi zrobiły się puste a okolica bardzo przyjemna, zaś po Albańskiej stronie nawet przepiękna.

Albania wyjazd rowerowy
Albania
żółw w Albanii
Żółwik, ale jeszcze macedoński 😉

Kolejne dni w drodze minęły nam spokojnie. Trasa była łatwa a pogoda słoneczna. W zasadzie zrobił się nawet lekki upał, nareszcie! 🙂  Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Ohrydzkiego, niestety po tej stronie nie jest już tak pięknie jak po macedońskiej, a Albańczycy nie potrafią zadbać o turystykę w swoim kraju. Komfort w hotelach owszem, ale kraj bardzo zaśmiecają i zaniedbują. I do tego te biedne psiaki szwendające  się wszędzie, które raz wyglądają lepiej, raz gorzej. Ale zawsze ich żal.

Na razie jednak we Vlorze złapała nas gorsza prognoza na piątek i sobotę oraz moje przeziębienie, postanowiliśmy więc je przeczekać przez dwa (ostatecznie jednak trzy) dni. Pogoda nawet nie była taka zła, ale albańskie przeziębienie dość paskudne, więc wyleżałam się z przyjemnością. Ten czas oczywiście nie był pozbawiony przygód, ponieważ okazało się, że nasz blok, jako jedyny w okolicy,  nie miał wody przez cały piątek (od 9 rano do 23 wieczorem), oraz pół soboty. A do tego bardzo cienkie ściany i budowa nowych bloków  z dwóch stron (mamy dwa balkony, każdy  wychodzi na inną budowę) dostarczają nam niezapomnianych,  różnorodnych wrażeń dźwiękowych (w tej chwili ktoś gdzieś śpiewa,  cały wczorajszy poranek dziecko w mieszkaniu nad nami rzucało pieniążkiem o kafelkową podłogę,  robotnicy wiercą i kłują ściany)  😛 Ach  te przygody… 😛

Jeszcze Wam opowiemy trochę o Albanii (przeczytaj post: czy Albania da się lubić?)  a tymczasem musicie wiedzieć, że mają tu najpyszniejszy chleb w całej Europie 🙂  szok 😉

Natalia