Liguria czyli raz słońce raz deszcz

Po słonecznej Toskanii przyszła kolei na Ligurię. Niestety wspominane kiepskie prognozy sprawdziły się i po pięknych dniach musieliśmy się zmierzyć się z pogodą w kratkę.

Wpis o powrocie na trasę, po zimie w Rzymie, tutaj!

Jazda stała się trochę szarpana, dzień – dwa jazdy i dzień przeczekiwania deszczu.

Z tym deszczem też bywało różnie, czasem przestawało padać jak tylko rozgościliśmy się na jakiejś kwaterze, czasem jak tylko podjęliśmy decyzję, że zostajemy, bo pada, niebo pięknie się rozjaśniało.

Pontremoli Włochy
Spacer w deszczu po średniowiecznym miasteczku

Inna sprawa, że nogi wciąż jeszcze nie złapały oczekiwanej formy (przynajmniej moje), więc uda i łydki trochę rwą i nie mają nic przeciwko odpoczynkowi 😛 no i rzeczywiście, brzydkie dni, mimo chwilowych przejaśnień udawało nam się przeczekać w miłych miejscach 🙂 Ale gdybyśmy musieli jednak jechać, to prawdopodobnie nie byłoby tak źle.

Raz jeden przemoczyło nas zupełnie, wydawało się, że po porannym deszczu przestało padać, ale pogoda postanowiła pokazać, na co ją stać, jak tylko znaleźliśmy się w szczerym polu…

Wiecie, najgorsze w jeżdżeniu w deszczu jest nie tylko to, że się jest po prostu mokrym, więc zalewa Cię i krew i pot i łzy i jeszcze deszcz się wlewa do oczu, a ciuchy są mokre, więc jest zimno i nieprzyjemnie, ale też, że nie ma gwarancji, że będzie jak się wysuszyć i rozgrzać.

Sezon grzewczy we Włoszech już się skończył, więc albo trzeba mieć szczęście, że gdzieś jeszcze kotłownia się zmiłuje i włączy kaloryfer chociaż rano i wieczorem, albo że samemu można odpalić np. kozę (raz trafiliśmy na taki domek z piecykiem właśnie) czy piecyk, który rozgrzewa kaloryfery.

Przeważnie jednak w domu jest chłodno, nie wspominając o bungalowie, czy namiocie, lub w pomieszczeniu typu świetlica na kempingu, więc rzeczy niezbyt chcą schnąć, a i ciężko się rozgrzać. Czasem ciężko nawet o wystarczająco gorący prysznic.

W każdym jednak razie, mimo pogorszenia się aury, jakoś nam się szczęści. Zmokliśmy w zasadzie tylko raz, a miejsca w których zostawaliśmy na noc czy na dwa dni, żeby ukryć się przed deszczem, oferowały nam komfortowe warunki.

Liguria

Sama Liguria nie sprawiła, że nasze serca zabiły do niej mocniej. Miasteczka były raczej brzydkie, lub co najwyżej przeciętne, szosy kiepskiej lub bardzo kiepskiej (!) jakości, a widoki plasowały się raczej w stawce średniej. Chociaż oczywiście były miejsca piękne czy urocze.

Włochy rowerem
Jedno z ładniejszych miejsc na liguryjskiej trasie

Cinque Terre, które było sztandarowym miejscem tej części Włoch, okazało się… hm… zwyczajne. Chyba widzieliśmy już zbyt wiele tego typu miejsc. Wysokie klify schodzące do morza i jedynie kolorowe miasteczka, które dodawały uroku tej okolicy, ale nie, żeby jakiś szał. Sama trasa po Cinque Terrre była też dość wymagająca – górzysta z dużymi nachyleniami.

cinque terre rowerem

Okolice podobne trochę do Półwyspu Gargano, czy nieco do Amalfi. Ale Amalfi bije na głowę oba te miejsca. Tutaj nie było nawet kolorowych kwiatów, które już przecież kwitną i pięknie pachną w całych Włoszech.

Rozczarowała nas też Genua. Chociaż nie byliśmy w samym jej sercu, więc to może krzywdząca opinia. Ale przedmieścia ciągnęły się niemiłosiernie. Duży ruch, brzydkie, portowe okolice. Jedynie co to port robił ogromne wrażenie bo i sam był ogromny. Największy we Włoszech. Ale nawet nie zrobiliśmy zdjęcia, bo przez ten olbrzymi ruch nie było warunków.

Genua włochy
Pesto po genuisku w Genui 😛

Włochy kończymy wybrzeżem, którym docieramy do Francji, do Lazurowego Wybrzeża, aż do Marsylii 🙂 Włoska riwiera liguryjska okazała się bardzo ładna, ale droga niestety ruchliwa, co znacznie odbierało przyjemność z nadmorskich okolic.

Włochy morze

Cieszymy się, że teraz przed nami Francja, bo już nam się przejadły włoskie makarony i sosy pomidorowe 😛

Natalia i Mikołaj

 

Reklamy

Gorąca Toskania czyli włoskiej trasy ciąg dalszy

toskania rowerem

Dwa kolejne tygodnie upłynęły nam w prawdziwie włoskim upale. Ale o ile w ciągu dnia jest czasem nieco za gorąco, to wieczory są jeszcze trochę za chłodne. Mimo to pogoda pozwoliła nam cieszyć się pięknymi okolicznościami trasy 🙂

Wpis o powrocie na wyprawę rowerową po przerwie zimowej.

Gorące Termy di Saturnia

Jednym z miejsc, które były na trasie, a o którym należy wspomnieć to Terme di Saturnia. Przyznam, że pierwszy raz w życiu kąpałam się w wodach termalnych 😀 Piękne Terme di Saturnia, wcale nie śmierdziały tak bardzo siarką, jak się spodziewaliśmy, a woda była przyjemnie ciepła.

Termy te to „zbiór” basenów ułożonych schodkowo, pomiędzy którymi przelewa się woda. Niestety dno jest dosyć kamieniste i trzeba iść bardzo ostrożnie, tym bardziej, jeśli zależy nam na zdjęciach wykonanych z wody.

Bardzo przyjemnie jest się zanurzyć w termach i pozwolić się ochlapywać wodzie nasyconej związkami mineralnymi. Co ciekawe okolica nie jest szczególnie ciekawa turystycznie. W pobliżu nie ma nawet dobrze rozwiniętej sieci gastronomicznej czy noclegowej. Są drogie resorty i jeden kemping dla campingcarów – właśnie tam się rozbiliśmy, pomiędzy wielkimi samochodami 😛 ale sam teren był całkiem w porządku a zapłaciliśmy tylko 11 euro B-)

termy włochy
Kąpiel w gorących termach

Przeczytaj też o teramch w greckich Termopilach.

Sobota na Elbie

Kolejnym interesującym punktem naszej trasy był skok na Elbę. Co prawda nie znaleźlibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że jakiś złośliwiec umieścił na wyspie biga 😛 mimo to o mało byśmy z niej nie zrezygnowali, bo okazało się, że prom w dwie strony kosztował nas 80 euro! :O Kompletnie nie spodziewaliśmy się takiej ceny i chwilę rozważaliśmy co zrobić. Jednak ostatecznie postanowiliśmy płynąć.

I dobrze, bo wyspa okazała się urocza. Jak to wyspa śródziemnomorska 😉 A do tego spędziliśmy noc na fajnym kempingu nad samym morzem – aczkolwiek woda była jeszcze bardzo zimna, jak w Bałtyku latem 😛 no i płynęliśmy promem, co jest samo w sobie frajdą 😀

W drugą stronę prom nam uciekł 😛 przyjechaliśmy 6 minut po czasie i spędziliśmy przymusowe 50 minut na skwerku, nieopodal portu, jedząc drugie śniadanie.

Elba wycieczka
Widoki z Elby

 

Volterra – czyli ruszamy wgłąb lądu

Volterra to miasteczko założone przez Etrusków, jej początki datowane są przed 700 rokiem p.n.e. Niestety, leży na wzgórzu, na 500 metrach, więc trzeba było się do niej dostać, a podjazd w połączeniu z upałem nas wymęczył. Pokręciliśmy się jednak trochę po uliczkach Volterry. Wysokie, kamienne domy dawały na szczęście dużo cienia, dzięki czemu można było odetchnąć od prażącego słońca.

Trzeba przyznać, że sama Volterra jest urocza, ale nie różni się wiele od innych tego typu średniowiecznych miasteczek – bo to średniowiecze pozostawiło najwięcej po sobie w tym miejscu.

Kto był w Carcassonne, a zwłaszcza w Czeskim Krumlovie ten może sobie wyobrazić, jak mniej więcej wygląda Volterra, aczkolwiek nie jest aż tak imponująca jak Carcassone. Ma za to pozostałości rzymskiego amfiteatru i forum 🙂

A także opuszczony wielki teren byłego szpitala psychiatrycznego, którego niestety nie udało nam się zwiedzić, bo był szczelnie ogrodzony i jakiś pan filował na płot 😦

Volterra zwiedzanie
Volterra

Lucca

Przez Etrusków założona została też Lucca, w której spędziliśmy dzień restowy. Miasto ogrodzone jest murami z XVI wieku, które robią naprawdę niesamowite wrażenie. Zaś sama Lucca, chociaż ma opinię perełki, nie sprawia, że człowiek przystaje co chwilę i zachwyca się architekturą czy kolorowymi ogrodami. Owszem, jest tu kilka ciekawych budynków, zwłaszcza kościołów ze zdobionymi fasadami, ale chyba główny urok tworzą wąskie uliczki pomiędzy kamieniczkami w stylu romańskim.

Na jednym ze znanych w mieście miejsc, Piazza Anfiteatro, trafiliśmy na targ kwiatowy. Dodał bardzo dużo uroku temu placowi, który zresztą samo w sobie jest chyba najciekawszy. Ma owalny kształt, a dookoła stoją kolorowe kamienice. Plac został zbudowany na planie i pozostałościach dawnego amfiteatru. Coś jak Piazza Navona w Rzymie, tylko zbudowana na Koloseum.

Miasteczko zwiedziliśmy spacerując. Zbyt duża ilość turystów sprawia, że rowerem nie jest łatwo się poruszać, a poza tym bez roweru wygodniej jest wejść w każdą dziurę i zrobić zdjęcie z dowolnego miejsca 😉 Objechaliśmy je też po murach – tak, bo mury miasta zostały zaadaptowane jako deptak i park jednocześnie. Ludzie na nich piknikują, wyprowadzają psy, dzieci się bawią. Taka wycieczka to około 5 kilometrów bardzo przyjemnego spaceru czy przejażdżki rowerowej, podczas których można zobaczyć miasto z trochę innej niż zwykle perspektywy 🙂

Lucca zwiedzanie
Citta di Lucca

Campingi w tym czasie

Trzeba też oddać sprawiedliwość campingom, na których nocowaliśmy przez ten czas. Nie należę do osób, które przepadają za tego typu obozowaniem, ale muszę przyznać, że w większości były to miejsca bardzo przyzwoite a niektóre wręcz super. Nie tylko pod względem wyglądu  – trawka pełna stokrotek? Proszę bardzo. Widok na morze? Nie ma problemu. Basen tylko dla nas? Też był 🙂  ale też i standardów. Większość campingów oferowała czyste i przyzwoite czy nawet bardzo dobre zaplecze sanitarialne ale i zdarzyła się kuchnia. Były lodówki i zawsze możliwość przytargania sobie krzesełek i stolika – a to akurat nie jest norma.

No i oczywiście pogoda dodała dużego plusa, tak, że obozowanie nie było przykrą koniecznością.

camping włochy
Obozowanie  i mieszkanie

Ale były też i takie campingi, co to miały prysznice na żetony i ogólnie słabo się prezentowały, tak aby przypomnieć, że obozowanie to nie jest moja ulubiona zabawa 😛

Vademecum kempingowicza.

Albo jak wynająć mieszkanie przez internet?

W Lukce zaś spędziliśmy dzień odpoczynkowy w mieszkaniu. Zapowiadało się, że będziemy dzielić je z gospodarzami lub innymi gośćmi, a tymczasem rodzina mieszkała w drugiej części domu a do naszej dyspozycji było całe, fajne mieszkanko oddalone 400 metrów od centrum miasta. Super 🙂

Z przygód jakie nas spotkały, to musimy się z Wami podzielić szokiem, jaki wywołuje w nas użytkowanie naszej grzałki do wody. Żeby nie wstawiać za każdym razem maszynki, czasem chcemy zagrzać wodę grzałką. I o ile jej podłączenie skutkuje wywaleniem korków w mieszkaniu – to jesteśmy w stanie jakoś zrozumieć, to wywalenie korków na kempingu do gniazdka, do którego podłączają się campingcary już nie! Szok.

Nasza grzałka jest mocniejsza niż cała instalacja wielkiego auta…?

Inną rzeczą, jaką zaobserwowaliśmy jest bardzo duża liczba czarnoskórych we Włoszech. Kiedy byliśmy tu w 2014 roku nie zwróciliśmy uwagi, żeby było ich jakoś więcej niż w innych krajach. Tymczasem teraz jest ich bardzo dużo, w każdym mieście i miasteczku a ich ulubionym miejscem są markety. Po prostu pod nimi przesiadują, ewentualnie sprzedają różne drobiazgi, typu skarpetki czy paski do spodni.. Nie, żeby to jakoś przeszkadzało (o ile nas nie zaczepiają, albo nie pokrzykują między sobą), ale jest to dość ciekawe zjawisko.

W każdym razie bardzo przyjemnie mija nam początek naszej włoskiej trasy. Trzeba też dodać, że oko cieszy soczyście zielona, uroczo pagórkowata Toskania.

M. mówi, że mu przypomina Pogórze Beskidzkie i w związku z tym go nie wzrusza. Ale ja myślę, że się nie chce przyznać 😉 jak mogą nie wzruszać zielone wzgórza pokryte żółtymi i fioletowymi kwiatami, pobocza usłane czerwonymi makami i kamienne domki na szczytach tych wzgórz 🙂

toskania rowerem
Zielona Toskania

Natalia i M.

10 najlepszych rzeczy we Włoszech

włochy najpiękniejsze miejsca

We Włoszech jesteśmy już na tyle długo, że chyba możemy się pokusić o subiektywną listę tego, co najlepsze w Italii. Jeśli Wasza stopa jeszcze nie stanęła na ziemi w kształcie kozaka, to może teraz Was do tego przekonamy! 🙂

Poznaj 16 ciekawostek o Rzymie.

  1. Luz

Przede wszystkim trzeba wspomnieć, że chyba w żadnym kraju zachodniej Europy ludzie nie mają takiego luźnego podejścia do życia (no, może w Hiszpanii jeszcze będzie podobnie) jak tu.

Możesz jednak stopniować ten rodzaj doznania – jeśli zbyt duża dawka luzu Ci przeszkadza, to wybierz północ kraju a jeśli potrzebujesz totalnej maniany to na południe od Rzymu dostaniesz dużą dawkę gościnności, spokoju i wzruszenia ramionami 😉

Bilety w pociągach często nie są potrzebne (zgłaszamy, że ich nie mamy a w odpowiedzi otrzymujemy tylko bene, bene 😉 ), zasady ruchu drogowego są tylko wskazówkami, chociaż raczej wszyscy jeżdżą tak, żeby się nie pozabijać, rower na autostradzie czy ekspresówce raczej nikomu nie będzie przeszkadzać, włącznie z policją. A najważniejsze jest, żeby mieć pieniądze na kawę i papierosy 😉

Włoskie knajpy
Knajpki tylko czekają, żeby w nich spędzić chwilę
  1. Sery, sery, sery.

Jak już wspominaliśmy we wpisie o rzymskich ciekawostkach cz. II, Włosi mają około 600 odmian serów. Dla miłośników tego rodzaju mlecznych przetworów i miłośników jedzenia to raj! Od miękkich białych, żółtych, pleśniowych po twarde jak kamień 🙂

  1. Makarony

Nie bez powodu Włochów nazywa się makaroniarzami. W Italii istnieje 350 różnych typów makaronów, ale według nas tak naprawdę jest ich kilka – kilkanaście. Kilka rodzajów wstążek, penne, rurek, spaghetti itp., itd. W marketach półki z makaronami ciągną się na kilka metrów. Ale warto wybierać tylko pasta fresca. To makaron w zasadzie już gotowy, trzeba go tylko chwilę pogotować. Pyszny.

  1. Czekolada, słodycze, kawa

Może i najlepsza czekolada jest w Belgii ale Włosi mają też niczego sobie czekoladowe desery. Profiterolki, czekoladowe musy, tiramisu, cannolli… sama słodycz! 😉

Dowiedz się, co najlepszego jedliśmy w podróży!

Do ciastka obowiązkowo kawa. Cappuccino lub szybkie i mocne espresso. Włosi mają przepyszną kawę, gdziekolwiek by jej nie kupić. Kawa to podstawa życia 😉

  1. Lody

Jeśli jesteśmy przy słodyczach. Może Włosi nie mają zbyt dużego wyboru jogurtów ale za to jakie mają pyszne lody! Lodziarnie we Włoszech otwarte są cały rok a chłodziarki w sklepach są cały czas odpowiednio zaopatrzone w te zimne desery. Wszystkie pyszne, kremowe o wyrazistym smaku. Czekoladowe, pistacjowe, owocowe, orzechowe. Idealne na upalne, włoskie dni.

  1. Pogoda

A skoro już o upałach mowa. Jeśli tęsknisz za gorącym latem, możesz się go spodziewać we Włoszech już w kwietniu. Żar potrafi się lać z nieba nawet w styczniu, ale wczesną wiosną masz niemal gwarantowane bardzo ciepłe dni i bezchmurne niebo.

włochy piękne miejsca
Toskania, Apulia i Jezioro Bracciano
  1. Miasta

Chyba w żadnym kraju nie ma tylu wspaniałych miast co we Włoszech. Dość wymienić tylko Wenecję, Florencję, Weronę czy Rzym na deser. Jest także wiele uroczych, malutkich miasteczek zbudowanych na skałach jak Poligniano a Mare (więcej na jego temat znajdziesz we wpisie o początkach podróży przez Włochy) czy Pitigliano.

Włochy warto zwiedzić
Pitigliano, Savona, Terme di Saturnia, wodospad marmurowy

 

 

  1. Widoki

Pagórki Toskanii, morze i klify na wybrzeżu Amalfi, skaliste wybrzeża, wysokie góry (czyli ukochane bigi M. ;), zielone polany pełne kwiatów wiosną, palmy, kaktusy. Pięknie jest. Można stać i się zachwycać całymi godzinami.

 

  1. Język

Rzadko jest tak, aby język słyszany na ulicy sprawiał przyjemność. Tak się jednak dzieje na włoskich ulicach. Fajnie jest słuchać tego języka, zwłaszcza, że Włosi nie są tak głośni jakby się zdawało, dzięki czemu nie obrzydzają włoskiego swoim zachowaniem 😉

  1. Ceny

Ceny we włoskich sklepach zaskakują (zwłaszcza w tych większych). Jest niewiele drożej niż w Polsce a już na pewno nie jest zbyt drogo jak na zachodnie standardy. Można robić zakupy nie odmawiając sobie niczego. A jest co kupować! Tyle pyszności do zjedzenia 😉

 

To co, wiecie już, gdzie spędzicie najbliższy urlop? 😉 Chyba, że wahacie się między bella Italia a słoneczną Grecją, wtedy polecamy…       10 najlepszych rzeczy w Grecji.

włochy urlop

Natalia i Mikołaj

Źródło: http://www.italymagazine.com/dual-language/so-how-many-pasta-shapes-are-there

II etap wyprawy czas zacząć!

Nasz miesięczny pobyt w domu zleciał bardzo szybko i nadszedł czas, żebyśmy wrócili na trasę. Mogliśmy oczywiście też ją przerwać, zwłaszcza, że dobrze nam było w domu. Pierwsza część wyprawy i pobyt w Rzymie trochę nas nasyciły a do tego w Polsce zrobiła się piękna wiosna.

Ale postanowiliśmy jechać dalej. Szkoda odpuszczać taką przygodę 🙂 Dlatego jedziemy zgodnie z planem, a w razie potrzeby będziemy go modyfikować.

Przypomnij sobie podsumowanie I części wyprawy dookoła Europy.

Początek w Rzymie

Do Rzymu przylecieliśmy chorzy. No, może nie słanialiśmy się na nogach ale mieliśmy dość nieprzyjemne problemy z gardłami, oboje. Więc kasłaliśmy niczym para gruźlików, a M. nawet zaniemówił 😉

W każdym razie odebraliśmy rowery i rzeczy z przechowalni i pojechaliśmy do hoteliku, który okazał się być zaadaptowanym mieszkaniem w starej kamienicy, więc był klimacik. Zwłaszcza, że wystrój taki raczej przedwojenny 😉 ale było bardzo czysto i przyjemnie 🙂

Rzym gdzie spać
Amico Hotel, Rzym

 

Minusem tej miejscówki był kompletny brak miejsca na rowery. No, może w pokoju by się zmieściły, ale nie było ich jak wtargać na górę (7 piętro!) wąską klatką schodową. Winda również była bardzo wąziutka. Pani recepcjonistka, kiedy się dowiedziała, że nasze rowery zostały same na klatce, zrobiła panikę. Faktem jednak jest, że w opiniach o hotelu pisano, że okolica jest nieciekawa, zwłaszcza wieczorem. My często byliśmy w tych rejonach, robiąc zakupy w Auchan i za dnia nie wyglądało, żeby było tu gorzej niż w innych dzielnicach Rzymu, które nie są w ścisłym centrum.

W każdym razie rowery powędrowały na „zaprzyjaźniony” parking, gdzie gość wziął od nas 10 euro (po 5 od roweru)! Czyli tyle co za samochód…

Chcesz wiedzieć, jak wynająć fajne mieszkanie na dłużej?

Kolejne dni

Zaś kolejny dzień Włochy przywitały nas marną pogodą. Prognozy były kiepskie i niestety się sprawdziły. W okolicy Ostii dopadł nas deszcz, wzmógł się wiatr, a że dodatkowo nie czuliśmy się najlepiej, to zakończyliśmy w tejże miejscowości. Pod dachem, w fajnym hoteliku.

Skoczyliśmy jeszcze rzucić okiem na Ostia Antica, ale nie wchodziliśmy na teren ruin, nie przekonało nas to, co było widać z zewnątrz, a że w Rzymie widzieliśmy już wiele to i nie byliśmy spragnieni oglądania kolejnych tego typu miejsc.

Co takiego widzieliśmy w Rzymie? O tym przeczytasz tutaj.

Ostia zwiedzanie
Ostia Antica, Zamek Julisza II i podwórko przed zamkiem

Na szczęście dwa kolejne dni upłynęły w słonecznej aurze. Chociaż niestety niebo zaczęło się chmurzyć a prognozy straszą nas burzami i deszczami.

Miłe początki

Te startowe dni dodatkowo oferowały nam bardzo fajne miejsca. Jezioro Bracciano (nad nim rozbiliśmy namiot na kempingu – glampingu. To taka forma luksusowego kempingowania. W tym przypadku luksus polegał na przewiewanej wiatrem łazience, letniej wodzie pod prysznicem, zimnej w umywalkach i ryczeniu kosiarką do 19 wieczorem i dmuchawą do liści od 8 rano), Cerveteri czyli nekropolię Etrusków z VII w. p.n.e, bardzo przyjemne miejsce do zobaczenia.

Przeczytaj więcej o kempingach z piekła rodem!

nekropolia etrusków
Etruskie grobowce w Cerveteri

Musieliśmy jednak zrezygnować z opuszczonego miasteczka Monterano, ze względu na czekające nas na drodze do niego podjazdy a nasze zdrowie wciąż nam nie dopisuje. Gdybyście jednak byli w okolicy, to chyba warto zobaczyć.

Następny dzień to był dojazd do miasteczka Marmore – na kemping, który leży tuż przy wodospadzie marmurowym. Niestety nie widać go (w związku z tym musimy się wybrać do niego osobiście :P), za to nieźle słychać. Wieczorami wyją syreny ostrzegające, że puszczają wodę w wodospadzie z pełną siłą. Wtedy to dopiero szumi 😉

wodospad marmurowy
Częściowy widok na wodospad marmurowy

Jeszcze po drodze wpadliśmy do Calcaty. Uroczego, małego średniowiecznego miasteczka. Troszkę oszukaliśmy pociągiem, ale sami przyznajcie, po co bezsensu pokonywać przełęcze? 😛 Zwłaszcza, że paskudne przeziębienie nie odpuszcza. Na szczęście w Marmore mamy fajny drewniany domek, ptaszki śpiewają, gości nie ma. Spokojnie, przyjemnie, M. zdobywa BIGa a ja się leczę i byczę 🙂

średniowieczne miasteczko włochy

Tak więc nam upłynął nasz okres startowy. Trochę ciężko, trochę choro ale też przy bardzo pięknych okolicznościach przyrody 🙂 Oby dalej było tylko lepiej 😉

Natalia

Tivoli, czyli tysiąc fontann i wodospady

Tivolii włochy

Tivoli. Pierwszy raz zobaczyliśmy je z pociągu jadącego do Rzymu, a w zasadzie to wodospady spadające kaskadą w górską dolinę. Później gdzieś znaleźliśmy informację o ogrodach tysiącu fontann, a potem jeszcze ktoś nam opowiadał o tym miejscu. Postanowiliśmy więc udać się do Tivoli i przekonać się, czy po Rzymie coś jeszcze może nas zachwycić.

Tivoli Roma
Tivoli, widok na miasto i wodospady

Tivoli to górskie miasteczko położone około 30 kilometrów od Rzymu (bezpośredni dojazd pociągiem z dworców Termini albo Tiburtina za 2,60 euro w jedną stronę). Znajduje się jakieś 220 metrów nad poziomem morza, więc nie są to poważne góry ale wystarczające, żeby był tam imponujący wodospad i ładna panorama na otaczającą dolinę i nieodległą stolicę Włoch.

Soczysta zieleń, krajobrazy, obecność rzeki, to wszystko sprawiało, że Tivoli było ulubionym miejscem najbogatszych rzymian do spędzania gorących dni. Znajdziemy tu willę cesarza Hadriana, wspaniały, renesansowy ogród czy park wokół letniej rezydencji papieskiej.  A do tego urocze stare miasto, wąziutkie uliczki, kamienne domki, podwórka, łuki zdobiące ulice…

Tivoli zwiedzanie
Tivoli, uliczki

Villa Gregoriana

Dotarłszy do Tivoli naszą uwagę przykuł park – Villa Gregoriana – z którego mieliśmy nadzieję na dostęp do ogromnego wodospadu, który wcześniej widzieliśmy.

Villa Gregoriana to XIX wieczny park wokół letniej rezydencji papieża Grzegorza XVI. Park ten to trochę taki rezerwat przyrody, ścieżki wiją się w górę i w dół,  pomiędzy grotami skalnymi, drzewami, omszałymi kamieniami a dnem rzeki. Wszędzie słuchać szum wody. Możemy też podejść blisko huczącego Wielkiego Wodospadu (wysokość 160 m.) i przyjrzeć się wodnej mgiełce, która unosi się nad strumieniem. Mamy tutaj również pozostałości dużej willi, którą wbudowano w skałę. Można wejść do środka i przekonać się na własne oczy, jak wyglądało wnętrze tego typu budowli (to oczywiście puste ściany i raczej przypomina grotę, ale kiedyś był to dom!)

Tivoli, villa lupina
Willa w skale

Ale najpiękniejsza w całym parku była Grota Neptuna, przez którą z impetem przepływa strumień rzeki, a cała jaskinia jest utworzona z jakby bąbli kamiennych. Nawet ciężko opisać te formacje.

Innym polecanym miejscem są Groty Syren, niestety były zamknięte 😦

Tivoli Villa gregoriana
Grota Neptuna, na zdjęciach nie widać niestety jak była niesamowita

Okazało się, że park jest większy niż przypuszczaliśmy (i kosztował 7 euro od osoby). Po parku wiedzie główna ścieżka od której odchodzą ślepo zakończone dróżki wiodące do ukrytych w nim zakamarków. Czasem z jednego miejsca odchodzą dwie drogi które spotykają się na głównym szlaku.

Spacer po zielonym terenie zajął nam około godziny, ale przemierzając go spokojnym krokiem można spędzić tu zdecydowanie więcej czasu. Według pani bileterki Villę zwiedza się przeciętnie w 1,5 godziny.

Villa Gregoriana what to see
Villa Gregoriana, ścieżki, wodospady, światynia Westy

Z Villi Gregoriana wychodzimy przez świątynię Westy, a potem pomiędzy ciasne uliczki, wijące się pośród starych, pełnych uroku kamienic.

Villa d’Este

Kolejnym naszym celem w Tivoli była Villa d’Este. To chyba jest podstawowy kierunek wszystkich wycieczek do tego miasteczka. Villa stoi na zboczu, dlatego z jej tarasów rozpościera się imponujący widok na panoramę doliny. Ale zanim tam dojdziemy, zwiedzamy wspaniałe wnętrza pałacu kardynała Hipolita d’Este. Dobrze zachowane (pewnie odnowione) malowidła, żywe kolory, okna i wyjścia na zielony ogród, te wnętrza zrobiły na nas chyba największe wrażenie ze wszystkich, które widzieliśmy (może poza Muzeami Watykańskimi).

Tivoli Villa D'Este
Wnętrza Villi d’Este

Z pałacu wychodzimy zaś wreszcie do ogrodu. Olbrzymiego, w którym wszędzie słychać szmer tryskającej z fontann wody. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, bo wszędzie jest przepięknie i wszędzie jest mnóstwo fontann.

Wśród zacienionych alejek, ogrodzonych płotem z bukszpanu, znajdziemy między innymi Fontannę Neptuna,  Fontannę Artemidy Efeskiej (ale tak naprawdę, jak dla mnie, to jedna z hinduskich bogiń), której z piersi płynie woda 😉 , Fontannę Smoków, Fontannę w kształcie łodzi, fontanny sfinksów z których piersi również tryska woda, La Rometę czyli „mały ogródek fontannowy” z małym zameczkiem, Fontannę Wielki Kielich zaprojektowaną przez Berniniego z którego strumienie wystrzeliwują w górę na kilka metrów, tuż pod nią Fontannę Organów, która zbudowana jest w taki sposób, że woda przepływająca przez sieć kanalików i rurek wydaje dźwięki podobne do muzyki granej na organach (kilka razy dziennie organizowane jest przedstawienie) oraz oczywiście słynne sto fontann Cento Fontane, porośniętych mchem, zajmujących długą ścianę przy jednej z pierwszych ścieżek.

Tivoli, villa d'este zwiedzanie
Fontanny w ogrodzie Villi d’Este

Wszystkie fontanny zasilane są z tej samej rzeki – Aniene, na której znajduje się też wspomniany wcześniej Wielki Wodospad.

Villa d’Este została zbudowana w XVI wieku i jest uznawana za arcydzieło architektury i projektowania ogrodów i bardzo słusznie! To miejsce nas totalnie zauroczyło.

I znowu można spędzić tu długie minuty, spacerując pomiędzy fontannami, podziwiając kunszt architektów i projektantów ogrodu oraz widok na rozciągającą się panoramę. Nam spacer zajął mniej więcej 1,5 godziny i popędziliśmy dalej (żeby zdążyć przed zapowiadanym na popołudnie deszczem).

Villa d'este, tivoli
Villa d’este

Villa Adriana

Oddalona o około 5 kilometrów od centrum Tivoli Villa Adriana to kompleks ogrodowo – pałacowy cesarza Hadriana z II wieku n.e.  Powierzchnia kompleksu porównywana jest rozmiarami do dawnych Pompejów (i chyba rzeczywiście, ale po Villi można się snuć bez celu, nie ma jednej właściwej ścieżki, a Pompeje są trochę bardziej „kompaktowe” i zorganizowane, Villa według mnie sprawia wrażenie większej). Nam to miejsce przypominało trochę Palatyn, trochę Forum Romanum, trochę Villę Quintili na Via Appia, właściwie wszystko w jednym tylko o wiele, wiele większe od nich wszystkich razem wziętych! I chyba najlepiej zachowane. A podobno to co widać, to tylko 20% całego kompleksu.

Villa Adriana Tivoli
Villa Adriana

Znajdziemy tutaj min.: pałac cesarski (pomieszczenia dla cesarza i jego rodziny) złoty plac (w czasach świetności bogato zdobiony portykami, rzeźbami i mozaikami) pokoje dla służby, dla gości, koszary, termy małe i duże, strefa pomieszczeń urzędniczych, bibliotekę, teatr grecki, basen nad którym wydawano przyjęcia, teatr morski (sztuczna wyspa otoczona ze wszystkich stron kolumnami, na którą prowadziły dwa mosteczki, na wyspie znajdował się niewielki budynek teatru). Co najciekawsze wszystkie części willi połączone są ze sobą systemem tuneli podziemnych, niestety nie ma do nich dostępu.

Po kompleksie można spacerować godzinami, zaglądać prawie do każdej dziury i podziwiać wiele zachowanych smaczków; freski, mozaiki, zdobienia na suficie, zdobienia na kolumnach i rzeźbach, nawet ostał się mały okulus w zadaszeniu basenu. Pomiędzy zabudowaniami rosną gaje oliwne, pełne starych, powykręcanych drzewek oliwkowych.

Villa Adriana zwiedzanie
Villa Adriana i oliwkowe drzewka

W Villi nie ma jednej właściwej ścieżki,  niestety drogowskazy chociaż są, to niezbyt intuicyjnie rozmieszczone. My spędziliśmy tam jakieś dwie godziny i zobaczyliśmy chyba wszystko (poza teatrem greckim, którego nie mogliśmy znaleźć) ale można spacerować o wiele dłużej, zwłaszcza jeśli sprzyjałaby temu pogoda.

Po śmierci Hadriana willę zamieszkiwał jeszcze cesarz Dioklecjan, ale kolejny władca, Konstantyn Wielki nie chciał już mieszkać w Rzymie i przeniósł się do Konstantynopola i Villa zaczęła popadać w niepamięć i niszczeć. Częściowo ją rozkradziono, częściowo rozbierano, żeby użyć budulca do nowych kamienic w mieście, mimo to nadal budzi podziw i zachwyt.

Tivoli villa adriana
Villa Adriana, każde miejsce lepsze od kolejnego

Podsumowanie

Tivoli nas oczarowało, zarówno główne atrakcje jak i samo stare miasto (mają tam też zamek, chociaż nie ma dostępu do niego, to dumnie stoi na górce i można go podziwiać przez ogrodzenie, a także rzymski amfiteatr, ale był zamknięty, a zza ogrodzenia niewiele niestety widać).

Okazało się, że jednak jest jeszcze coś, co jest wytworem rąk ludzkich i wzbudza w nas zachwyt, chociaż trzeba przyznać, że Tivoli to naprawdę światowa klasa zabytków. Wspaniałe, urocze, zachwycające i niesamowite. Teraz to już chyba nic nas nie zaskoczy. Aczkolwiek obyśmy się mylili 😉

Teatr wodny.jpg
Teatr morski, Tivoli

Natalia i Mikołaj

Przeczytaj o:

wycieczce dookoła murów rzymskich

16 ciekawostkach dotyczących Rzymu

jakie kościoły rzymskie warto zobaczyć?

czy Bazylika świętego Piotra warta jest wizyty?

albo o podziemiach Rzymu!

Źródła:
https://www.rzym.it/tivoli/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Villa_d%E2%80%99Este
http://www.kierunekwlochy.pl/tivoli-wlochy

Bazylika świętego Piotra i nekropolie watykańskie – zwiedzanie

Dziurka awentyńska bazylika św. piotra

Bazylika świętego Piotra w Watykanie to jeden z punktów obowiązkowych podczas zwiedzania Rzymu. Nie mogło tam zabraknąć również nas, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali zwiedzić również nekropolii.

Widok na bazylikę świętego piotra
Widok na Bazylikę św. Piotra

Jak dostać się do podziemi Watykanu?

Przede wszystkim na zwiedzanie nekropolii watykańskich należy się umówić. Postępując zgodnie ze wskazówkami znalezionymi w Internecie napisaliśmy maila na adres scavi@fsp.va  i podaliśmy potrzebne informacje: ilu będzie uczestników, ich imiona i nazwiska, przedział dat, które nam odpowiadają na zwiedzanie, preferowany język przewodnika (języki są podane do wyboru, podobno jest też polski ale nie było w terminie, który nas interesował) oraz dane kontaktowe. Należało też wpłacić od razu po 13 euro od osoby (tzn. przed wizytą, mieliśmy na to pięć dni).

Dziennie nekropolie może zobaczyć tylko 240 osób, liczyliśmy się więc z tym, że proponowany przez nas termin nie będzie dostępny i że biuro wykopalisk odpisze nam dopiero za jakiś czas. Odpowiedź jednak dostaliśmy tego samego dnia, wyznaczono nam godzinę oraz datę spośród dni, które nam pasowały.

W dniu, kiedy mieliśmy zwiedzać podziemia Watykanu planowaliśmy najpierw zobaczyć Bazylikę, ale zdaliśmy sobie sprawę, że to środa – a w środy papież odprawia audiencje i Bazylika w tym czasie jest zamknięta. O tym warto wiedzieć, planując zwiedzanie.

Bazylika świetego piotra
Bazylika świętego Piotra

Po południu więc stawiliśmy się pod biurem wykopalisk. Przekroczenie murów Watykanu jest niesamowitym uczuciem. Dodatkowo fakt ten umilają strażnicy, wszyscy napotkani byli bardzo uprzejmi.

 

Nekropolie zwiedzaliśmy w mniej więcej siedem osób. Grupy są zwykle maksymalnie 12 osobowe, ale według mnie 12 osób to za dużo, miejsca w środku jest zbyt mało, żeby móc zebrać się wokół przewodnika.

Do nekropolii schodzimy pod bazylikę. Jest tam duszno i bardzo wilgotno a do tego wąsko. Wilgoć ponoć pomaga zakonserwować i utrzymać w dobrym stanie ściany podziemnych grobowców.

Zdjęć nie wolno tam robić, ale po pierwsze, nasza przewodniczka mówiła całkiem ciekawe rzeczy, więc słuchało się jej z przyjemnością (ale i pewnym skupieniem, gdyż mówiła po angielsku) a po drugie raczej niewiele by z nich wyszło. Mało jest tam miejsca, aby uzyskać dobry kadr.

Nekropolie watykańskie

Wycieczka prowadziła również przez grób świętego Piotra oraz pierwszą bazylikę (zachowaną w całości). Wszystko robi duże wrażenie. Sama bazylika jest bogato zdobiona złotem i freskami, możemy też podziwiać wspaniały malachitowo – marmurowy ołtarz.

W każdym razie miejsce jest niesamowite, nie tylko dla chrześcijan ale i dla wielbicieli starożytności, historii i tajemnic. Doskonale widać warstwy życia Wiecznego Miasta – nekropolie znajdowały się na poziomie starożytnego Rzymu, a później przeszliśmy piętro wyżej (do bazyliki), ale wciąż pod ziemią – pod podłogą obecnej bazyliki.

Wycieczka trwa około półtorej godziny a miłą niespodzianką na koniec jest to, że po przejściu przez groby papieży przechodzimy do bazyliki świętego Piotra, pomijając kolejkę.

Bazylika świętego Piotra

Sama bazylika okazała się olbrzymia, zrobiła na nas duże wrażenie. Jest bardzo bogato zdobiona zdobiona i po prostu wielka.

Bazylika świetego Piotra
Ołtarz w bazylice świętego Piotra
Bazylika w watykanie
Wnętrze bazyliki świętego Piotra

Ale punktem obowiązkowym była też kopuła. Na balkon możemy się dostać windą lub wejść po schodach (10 i 8 euro). Odcinek, który pokonuje winda jest najłatwiejszym i niewiele ułatwia. Schody są bardzo niskie, pochyłe, szybko się po nich wchodzi. Trudności pojawiają się od balkonu, gdzie każdy musi już iść o własnych siłach. Stopnie stają się wąskie, wysokie, aż przechodzą w spiralę, jest wąsko, bardzo kręto i kręci się w głowie. Co prawda w końcu przestają ale nie jest lepiej.

Bazylika kopuła widok
Panorama na miasto z bazyliki

Ściany stają się pochyle, mamy też fragment spiralnych schodów po których wchodzimy trzymając się liny zamiast poręczy (brzmi strasznie ale nie jest tak źle).

Osoby mające problemy ze stawami, błędnikiem czy z nadciśnieniem lub oddechem, mogą mieć duże trudności wchodząc na kopułę. Podobno wejście bywa też zatłoczone, więc nie ma chwili na odpoczynek. My nie mieliśmy tego problemu, bo na szczęście nikt za nami nie szedł.

„Balkon wewnętrzny kopuły” z widokiem na wnętrze bazyliki oraz mozaiki na ścianach a później wspaniała panorama na Plac świętego Piotra i Rzym zapierają dech. Widać też dobrze sam Watykan oraz ogrody watykańskie.

kopula bazyliki swietego piotra
Wnętrze kopuły bazyliki św. Piotra

Schodząc możecie trochę czuć drżenie ud, jeśli jesteście z tych mniej wysportowanych 😉 oraz ból kolan lub kostek.

Z kopuły wyjście prowadzi do wnętrza bazyliki, dlatego, jeśli ktoś rozpocznie zwiedzanie od zdobycia kopuły, to nie musi się martwić, że będzie musiał stać w kolejce drugi raz.

Kopuła bazylika
Dach bazyliki świętego Piotra

Nekropolie i bazylikę wraz z kopułą bez większego problemu można zwiedzić w jeden dzień (my zaczęliśmy o 13:30 a skończyliśmy koło 17). Jeśli możecie sobie pozwolić na wejście na kopułę to polecamy zdobyć całość 🙂 Wyjdzie Wam bardzo interesująca i fajna wycieczka.

Natalia

Będąc w Rzymie nie zapomnij o:

Muzeach Watykańskich.

Zwiedzaniu za darmo w pierwszą niedzielę miesiąca.

Murach aureliańskich.

Podziemiach miasta.

Kościołach rzymskich.

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).
Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak
  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.
Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko
  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )
Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum
  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.
Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera
  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )
Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu
  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂
wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże
  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.
Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy
  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja
  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).
    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum
  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653
Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym wycieczka

W Rzymie jesteśmy już miesiąc i udało nam się zaobserwować kilka ciekawostek, którymi się z Wami podzielimy 🙂

Człowiek będąc w nowym miejscu, „na świeżo”, bardziej zauważa pewne rzeczy, ale mamy nadzieję, że to nie jedyny taki wpis i jeszcze coś uda nam się interesującego dostrzec w tym niezwykłym mieście 🙂

Tutaj przeczytasz część drugą rzymskich ciekawostek!

No, ale zaczynamy:

  1. śniadania włoskie – to jest typowa włoska „zaskoczka” dla każdego, nie tylko rzymska. Nigdy nie przestaje nas zadziwiać, że Włosi zaczynają dzień od słodkiego rogalika (cornetto) lub innych słodkości, takich jak sucharki z dżemem czy kawałek ciasta, popijając je espresso lub cappuccino. Dla nas to bardziej deser, a nie śniadanie, więc szybko burczy nam w brzuchach po takim posiłku.

Jeśli zaś chodzi o lunch, to tutaj, w Rzymie, niezwykle popularne są lokale (o ile tak można nazwać te miejsca) serwujące kanapki oraz małe, ciepłe przekąski, włącznie z pizzą sprzedawaną na wagę (najczęściej kilogram kosztuje 13/15 euro…), a jedna porcja (cięta nożyczkami!) to zaledwie 100 gramów.

Rzym sklepy
włoska salumeria
  1. Brak kawy rozpuszczalnej – jeśli jesteśmy już przy jedzeniu. We Włoszech prawie nie ma kawy rozpuszczalnej. W Lidlu znajdziemy może dwie lidlowe marki a oprócz tego jest tylko Nescafe (jak dobrze pójdzie to też aż dwa rodzaje i raptem w słoikach po 100 gramów). Podobnie w innych marketach – wyłącznie marka własna i paskudna neska. W dobrze zaopatrzonych sklepach zaś rozpuszczalna Lavazza (5 euro za 95 gramów, większych nie ma). I Hag – popularna marka bezkofeinowych kaw. I to tyle.

Ciężko nam było się z tym pogodzić, bo lubimy się napić rozpuszczalnej kawy. Włosi chyba lubią też bardzo kawy zbożowe, jest ich wiele rodzajów. Za to półki są pełne kaw do ekspresów oraz kaw sypanych, o różnych smakach i aromatach, różnych marek. Próbowaliśmy kilku ale ostatecznie wygrywa Lavazza o smaku tytoniowo – drewnianym. Tak, tak, jest taka 😀 jest też taka o aromacie owocowym 😉 Oczywiście żadna z nich nie jest sztucznie aromatyzowana, chodzi o naturalną nutę zapachową. Coś jak wino o owocowym bukiecie, tylko w winie tego nigdy nie czujemy, a drewno w kawie – i owszem 🙂

  1. Coperto – według nas coperto to takie małe włoskie cwaniactwo. To kwota, którą dolicza się do rachunku za obsługę w lokalu. Nie wiemy, czy występuje w każdym miejscu, teoretycznie powinna być podana w menu ale raczej nie jest (nigdy nie zauważyliśmy, żeby była). Jednak w niektórych knajpach znajduje się informacja, że ceny są podane już z opłatą serwisową. Warto zwrócić na to uwagę, bo potem następuje niemiły moment zdziwienia, kiedy zamiast 7 euro płacisz 10. Bo jeszcze 3 euro za serwis (nakrycie stołu, podanie talerzy itd.). Nie żeby 3 euro robiły wielką różnicę, ale zwróćcie uwagę, że to jest 43%! Przy wyższych rachunkach być może procent jest mniejszy, ale przy niskich rachunkach szokuje. Nie zapłacimy coperto, kiedy weźmiemy jedzenie na wynos i za zjedzenie czy wypicie kawy za barem.
  1. Sjesta – przerwa w środku dnia, która mocno dezorganizuje życie. Zamknięte są nie tylko sklepy, czasem też niektóre knajpy, urzędy, banki a nawet kościoły.  Kiedy więc spacerujesz wczesnym popołudniem po włoskich ulicach i chcesz zwiedzić jakieś miejsce, to upewnij się, czy będzie ono otwarte w wybranych przez Ciebie godzinach. Jeśli chodzi o Rzym, to sjestę tu mają w zasadzie tylko kościoły (nie wiedzieć czemu) i wybrane sklepy, o urzędach nie wiemy bo nie mieliśmy na szczęście potrzeby z nich korzystać.
Lody we włoszech, lodziarnia rzym
Do wyboru do koloru!
  1. Rodzaje ziemniaków – być może w Polsce też tak jest i Perfekcyjne Panie Domu o tym wiedzą, ale chyba nie jest to wiedza tak powszechna, jak we Włoszech. My dowiedzieliśmy się o tym kupując pewnego razu siatkę ziemniaków (tak, tak, kupiliśmy zwykłe pyry, ale po to, żeby zrobić z nich potrawkę fasolowo – pomidorowo – ziemniaczaną 😛 ) i ze zdziwieniem odkryliśmy, że na opakowaniu narysowane były jeszcze inne rodzaje ziemniaków z informacją do czego są najlepsze: do smażenia, do frytek, do gotowania, do robienia z nich produktów ziemniaczanych (jak krokiety, kluski), do zup, do robienia z nich ciasta.
  1. Pieczywo – piekarnie we Włoszech niestety nie stoją na każdym rogu, ale o ile na południu Włoch wybór pieczywa jest dosyć duży i wypieki są bardzo smaczne, o tyle w Rzymie niełatwo natrafić ot tak na piekarnię, a co dopiero na fajny chleb. Nie wspominając o tym, żeby był niedrogi. 2,5 euro za kilogram chleba (czyli średnio mały, jak na tutejsze standardy, bochenek) to rekordowo tanio, a nie jest rzadkością i 5-6 euro za kilogram.
wycieczka rowerowa po włoszech
włoski chlebek
  1. Marmury na podłogach – to rzecz interesująca, pojawiła się już w Grecji. W domach nie ma dywanów, nie ma też paneli czy drewnianych podłóg (chyba, że w nowych domach, ale raczej też nie, bo byśmy zauważyli podczas noclegów w trasie). W mieszkaniach, łącznie z naszym, na podłodze są kafelki. Zimne jak diabli.
  1. Brak światła środkowego na suficie – to ciekawa sprawa, oczywiście nie wiemy czy wszędzie tak jest, ale tam gdzie byliśmy (i gdzie mieszkamy), nie było światła na suficie (czasem nawet w łazience). Są różne lampki, kinkiety, czasem jest jakaś lampa gdzieś na suficie ale w rogu pokoju. Żeby dać światło centralnie, na suficie, to nie. W mieszkaniach więc jest kiepskie oświetlenie i dotyczy to często wszystkich pomieszczeń.
  1. Pranie między ścianami kamienic – wywieszanie prania między kamienicami to charakterystyczny widok we Włoszech (chociaż nie tylko). Czasem pranie jest stawiane na chodniku, bo drzwi wejściowe do domu wychodzą właśnie prosto na ulicę. Nie wiemy czym to jest spowodowane, czy tylko brakiem miejsca w domu, ale na przykład nasze mieszkanie tutaj jest bardzo słabo wentylowane i pranie wcale nie chce schnąć, dlatego nie dziwi nas, że panie domu wolą wywiesić je nawet za okno (chociaż w naszej kamienicy akurat na dachu 😉 ), niż pozostawić w pomieszczeniu.
Bari wycieczka
Bari i pranie wywieszone na ulicę
  1. Ruch na ulicach to chaos totalny – duży ruch to chyba norma w każdym większym mieście, ale w Rzymie, jak M. stwierdził, trzeba wyrobić w sobie pogardę dla śmierci ;).

Na szczęście wszyscy tu mają oczy dookoła głowy, bo na ulicach dzieje się w zasadzie wszystko, co chce, trzeba więc lawirować między przemykającymi setkami motocykli, nie bać się wymuszania pierwszeństwa i wymijać tych, co wymuszają sami – łącznie z pieszymi. Co do pieszych, to trudno im się dziwić, nikt ich tutaj nie przepuści (a nawet jeśli jedno auto się zatrzyma to już drugie niekoniecznie), więc sami muszą walczyć o to, aby przedostać się przez ulicę – czasem w miejscu niedozwolonym, ale to akurat najmniejszy problem 😛 Zdarza się też bardzo często zatamowanie ruchu przez auto, które czeka na środku pasa, aż zwolni się miejsce parkingowe. Często też cofają, żeby zaparkować, mimo, że na ulicy jest duży ruch. Czasami też jedynym sposobem, aby na kogoś zaczekać w samochodzie albo znaleźć miejsce postojowe jest jeżdżenie dookoła budynku/kamienicy (żeby nie stać i nie tamować ruchu).

  1. Mewy zamiast gołębi – to bardzo ciekawa i fajna sprawa. W Rzymie gołębi jest dosyć mało. Oczywiście są, jak w każdym mieście, ale tutaj rządzą mewy 🙂 Chyba na razie nie są utrapieniem dla mieszkańców a na pewno budzą więcej sympatii niż gołębie (przynajmniej w nas). Trzeba jednak uważać, bo są dość duże i odważne. Nie mają skrupułów, żeby stać blisko człowieka i wyrwać mu z dłoni jego kawałek pizzy 😉 Mewy rzymskie słychać cały dzień, ale to wieczorami dają najgłośniejsze koncerty 😉 Opanowują też wtedy mniej tłoczne po zmroku miejsca (np. Plac św. Piotra) wyciągając śmieci ze śmietników..
  1. Papugi – to ciekawostka, kiedy byliśmy tu w 2014 roku papug chyba jeszcze nie było. Teraz jest ich bardzo dużo, skrzeczą i panoszą się po parkach. Latają przeważnie w grupkach i są bardzo hałaśliwe a przy tym urocze 😉

włochy papugi

  1. Palmy i drzewka cytrusowe – fantastyczna sprawa, mieszkać w mieście w którym rosną sobie palmy i drzewka pomarańczowe oraz cytrynowe 🙂 co prawda pomarańcze są pieruńsko kwaśne i nie nadają się do jedzenia (chyba, że do herbaty), ale cytrynkom nic nie dolega 😉
cytrusy włochy
Są cytrusy i są palemki.
  1. Temperatura – nie oszukujmy się, Rzym w grudniu to nie to samo co Rzym w lipcu. Jest zimno, czasem deszczowo i pochmurno, podobno czasem nawet spadnie śnieg, ale jak na razie temperatura oscyluje w granicach nastu stopni, czasem mniejszych czasem przyjemnie większych, ale kiedy dzień jest słoneczny (a z reguły jednak jest) to słońce potrafi bardzo przygrzać, tak bardzo, że zdejmujesz kurtkę 🙂
Rzym temperatury zimą
Słoneczko, palmy i brak kurtki!
  1. Supermarkety – jesteśmy przyzwyczajeni, że duży sklep, supermarket czy galeria handlowa jest gdzieś blisko, tak samo duża drogeria. Tymczasem w centrum Rzymu w najlepszym razie znajdziesz sklep wielkości małej Biedronki, po większe zakupy musisz się specjalnie wybrać dalej.
  1. Bezdomni – wszędzie bezdomni. To jedna z tych ciemniejszych stron Rzymu. Podobno jest tu aż 16 tys. bezdomnych osób. Są dosłownie wszędzie; na moście, pod mostem, na chodniku, na ławkach, we wgłębieniach kamienic (takich w ścianie…), na ścieżce wzdłuż Tybru, pod drzewami… okopują się swoimi rzeczami i siedzą. Są raczej nieszkodliwi, nie zaczepiają też nikogo, czasem mają kubek, do którego przechodnie wrzucają pieniążki. Jest to przykry widok. Czasem jednak wzbudzają dyskomfort (samotny, wieczorny spacer wzdłuż rzeki, pomiędzy obozami bezdomnych nie brzmi interesująco) i wydaje się, że miasto nic z tym nie robi.
Forum romanum i mewa.png
Mewa i Forum Romanum

Jak widzicie więc jest kilka rzeczy, które można zauważyć podczas wakacyjnego pobytu ale jest też kilka innych, które wymagają dłuższych obserwacji. Mamy nadzieję, że jeszcze przyuważymy coś ciekawego (edit: i tak się stało! druga część pod tym linkiem), a tymczasem przed nami okres świąteczny a przed Wami, za tydzień, świąteczny wpis a po nim już Sylwester i podsumowanie 2017 roku! 🙂

Natalia i Mikołaj

A tu znajdziesz więcej Rzymu!

Czy w Rzymie pada śnieg?

13 miejsc w Rzymie, których nie możesz pominąć!

Katakumby pierwszych chrześcijan czy nekropolie pod bazyliką świętego Piotra?

A może wycieczka wokół murów aureliańskich?

Lub wspaniałe Termy Karakali i Zamek Świętego Anioła?

Albo po prostu – cisza i magia kościołów rzymskich.

 

Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Bella Italia

Włochy jesienią

Po nocnym promie z Grecji przypłynęliśmy do włoskiego Bari. Byliśmy dość śnięci, bo ciężko było wypocząć w nocy spędzonej na pokładzie. Więc dzień zaplanowaliśmy krótszy (około 50 km). Mieliśmy być wcześniej na kwaterze, spędzić spokojnie wieczór, zaplanować swoją przyszłość (bo nie mieliśmy kiedy zrobić trasy po Włoszech) i iść spać.

Najpierw jednak przyszło nam pozachwycać się trochę boską Italią. W pierwszej kolejności padło na Bari. Które w zasadzie nie jest jakoś szczególnie turystycznie, ale stare miasto jest bardzo klimatyczne. Bardzo włoskie. Mężczyźni sprzedają świeże owoce morza z przyczep samochodowych a kobiety ręcznie robiony makaron ze stolnic przed domami. Pośród wąskich, starych uliczek, suszy się pranie, które wcale nie szpeci a wręcz przeciwnie – nadaje smaczku tym miejscom. Zwiedzaniu starego miasta towarzyszy często zapach świeżo parzonej kawy z pobliskiej kawiarni albo… zapach spalin starego skutera, który właśnie przejechał między uliczkami, które są tak wąskie, że powietrze w nich stoi.

Bari, włochy
Bari

Dalej jechaliśmy wzdłuż wybrzeża aż do Polignano a Mare.

Dzień był piękny, słoneczny, a wiatr nam sprzyjał więc nawet nie czuliśmy się bardzo zmęczeni. I dobrze, bo trafiając do Polignano trzeba poświęcić mu chwilę. Miasteczko zbudowane jest na klifach, które wyrastają wprost z wody, albo nawet wyglądają, jakby były nad nią zawieszone. Domy, zbudowane z żółtej cegły i kamieni, są wtulone ciasno w siebie, tworząc co jakiś czas małe, urocze podwóreczka. Każde inne. Domy zbudowane są jeden na drugim, co dodaje im uroku. Miasto jest jakby jednocześnie wszystkimi uliczkami typu Złota w Pradze czy Mariacka w Gdańsku i starymi miastami, tylko o wiele, wiele lepsze.

Włochy co zobaczyc
Polignano a Mare
włochy jesienią
Polignano a Mare i dwa podwórka

Trochę żałując, że mamy już zarezerwowany nocleg ruszyliśmy przed siebie. Po drodze (jeszcze przed Polignano) mijaliśmy „dzikie” trulli na polach. Stały sobie rozrzucone po polach uprawnych, niektóre zadbane, inne nie. Służące raczej za składziki i budynki gospodarcze. Dodawały bardzo dużo uroku okolicy. Później zaczęły się zagony pełne zielonych czubków warzyw, pośród których rosły stare drzewa oliwne. Bardzo ładne okolice.

włoskie wakacje
Drzewa oliwne w sadzie

Aż w końcu nadszedł moment znalezienia naszej kwatery…

Mamma Mia! Czyli włoska rodzinka…

Okazało się, że na Airbnb punkt jest źle wskazany, a chłopak który był naszym gospodarzem nie umiał nam wysłać namiarów GPS (???). Ostatecznie jednak sobie poradziliśmy zajeżdżając wskazany gdzieś na stronie punkt „od tyłu” i okazało się, że Luigi, nasz gospodarz, pojechał nas szukać… (chociaż mówiliśmy mu, żeby tego nie robił, no bo jak miałby nas znaleźć skoro nie wie, gdzie jesteśmy). No nic, przyjęła nas mama. Początkowo nic nie zapowiadało, że wpadliśmy w szpony włoskiej rodzinki.

Luigi wkrótce przyjechał, oprowadził nas po sporym domu i dużym tarasie, pokazał cały ogród (tu pomarańcze, a tu gruszki, tam grejpfruty, a tu aloes) i przewodniki po okolicy (rozkładając wszystkie po kolei na naszym łóżku), przygotował pralkę pod nasze pranie a potem zaproponował kawy. Nieopatrznie się zgodziliśmy, dopiero później sobie uświadamiając, że to pewnie oznacza, że będzie trzeba wypić tę kawę z nim. A my, zmęczeni i będący w ciągłym niedoczasie z różnymi sprawami (blog, trasy, noclegi itd.) nie do końca mieliśmy na to ochotę. No ale trudno.

Wykąpaliśmy się i poszliśmy na kawę. Najpierw M., kiedy ja brałam prysznic, a potem dołączyłam ja. Moim oczom ukazał się stojący na stole kosz ze słodyczami, kosz z owocami, Luigi, mama Luigiego i wielki telewizor, na którym Luigi odtwarzał nam filmiki o okolicznych atrakcjach (z youtube’a), warto dodać, że część tych atrakcji była dla nas kompletnie nieatrakcyjna, ale nie mieliśmy serca im tego mówić. Mama w tym czasie wyjmowała z szafek co chwilę jakieś łakocie i pytała nas o różne rzeczy (między innymi o zimę w Polsce i aż się biedna złapała za głowę, gdy usłyszała o temperaturach jakie tam panują). W pewnym momencie chyba dotarło do niej, że my nie za bardzo rozumiemy po włosku, więc zaczęła mówić głośniej. Bo jak głośniej to może dotrze do naszych główek 😛

Po jakimś czasie udało nam się wymknąć tłumacząc, że musimy jeszcze zrobić kilka rzeczy, a potem przyjdziemy robić obiad. Gdy tylko usłyszeli o obiedzie zaczęli nam pokazywać, co gdzie jest i z czego możemy korzystać. Minęła więc jeszcze dłuższa chwila, zanim mogliśmy w pokoju odetchnąć i zastanowić się, co mamy do zrobienia. Po chwili jednak okazało się, że pranie, które wstawiliśmy jakiś czas temu już się skończyło a cała rodzina je rozwiesza.. no to my też. Nasze majtki, mój stanik, koszulki, wszystko w łapach włoskiej rodziny. To było dziwne 😛

Kiedy przyszła pora na robienie obiadu, M. z trwogą wyszedł do kuchni. I wraz z włoską  asystą przygotował pyszne danie,  które zyskało aprobatę mamy. Co prawda sos był ze słoiczka, ale dostaliśmy do niego cebulkę i pomidory z ogródka, oraz domową oliwę i od razu zyskał w oczach. Zresztą w smaku również. Obiad wyszedł wyśmienity a do tego zostaliśmy pochwaleni za wybór makaronu do obiadu. Były to orecchiete, takie łupinki, podobno tradycyjny makaron w Apulii (kupione w Lidlu :P). Do obiadu dostaliśmy też domowe wino i domowego szampana (pyszne!) surówkę ze świeżutkiej marchewki z oliwą i cytryną, pieczone bakłażany z pomidorowo – warzywno – mięsnym farszem (wszystko z ogródka, poza mięsem :P) warzywa oraz owoce na deser.

Objedzeni jak świnki i opici jak bąki mieliśmy wreszcie czas dla siebie, bo mama się gdzieś zmyła a Luigi wybył na imprezę. Tylko ojciec został, ale gdzieś się zaszył. Popijając więc pyszny domowy alkohol mogliśmy trochę się ogarnąć z planem na następny dzień i padliśmy do łóżek jak kawki. Zwłaszcza, że we Włoszech czas cofnął nam się w sumie o dwie godziny (czas zimowy w Grecji plus czas grecki – godzina do przodu).

Poprzedniego dnia, podczas „rozmów”, ustaliliśmy o której godzinie chcemy zjeść śniadanie i rzeczywiście rano, na stole w kuchni, czekał na nas kosz pełen słodkości. Włoskie śniadania to jeden wielki ulepek, więc dostaliśmy biszkopty, herbatniki, ciastka, kilka dżemów, miody, ale też płatki do mleka (kilka rodzajów), mak, nasionka chia i inne różności. Oprócz tego owoce. Luigi otwierał dla nas kolejne słodkości (w tym dżem mamy, który okazał się przepyszny), zaparzył kawę i wodę (na gorzką herbatę dla mnie) i przy okazji uczyliśmy się włoskich słówek. A na drogę dostaliśmy ciastka i owoce oraz marchewkę z obiadu i bakłażany 😛 (kuchnia mamy Luigiego była fenomenalna).

Po śniadaniu zaczęliśmy się zwijać i zbierać. Gdyby nie to, że ciągle nam brakuje czasu na chwilę spokoju, wypoczynek i ogarnięcie różnych spraw, to dużo bardziej byśmy docenili gościnę rodzinki, a tak mieliśmy poczucie, że jednak nas trochę przytłaczali. Ale i tak doceniliśmy, dziękując im i żegnając się z nimi jak z dobrymi znajomi. Kiedy już ruszyliśmy przed siebie trochę odetchnęliśmy, że nikt na nas już nie czeka, żeby  zagadywać i pomóc we wszystkim.

Na spokojnie ruszyliśmy do Arbelobello, które było jednym z miejsc, na które ostrzyliśmy sobie zęby. Niestety okazało się być zwykłym miastem. Sławne trulli to tylko jego mała część, do tego zamieszkała. Czy to źle czy dobrze, ciężko powiedzieć. W każdym razie trochę dziwnie chodzić i gapić się na czyjeś domy, w których ktoś mieszka i próbuje normalnie żyć 😉 Białe budyneczki, chociaż ładne, nieco cukierkowe, nie zrobiły na nas piorunującego wrażenia. Trochę się pokręciliśmy między nimi i ruszyliśmy dalej. Dużo bardziej interesowały nas trulli, które nie były aż takie zadbane, a za to znajdowały się przy gospodarstwach.

Arbelobello włochy
Trulli

Kolejnym punktem naszej trasy była Matera – miasto w skale. Wjazd do miasta nas bardzo rozczarował, jakieś jaskinie wydrążone w skałach, niezbyt ciekawe, ogólnie brudno i szaroburo. Do tego nasz gospodarz kazał na siebie czekać, więc trochę zmarzliśmy pod klatką mieszkania.

Kiedy jednak poczytaliśmy o tym mieście i odświeżyliśmy sobie pamięć (czytaliśmy o wszystkich naszych punktach przed wyjazdem, ale dużo nam już wyleciało z głów) nabraliśmy na nie apetytu i postanowiliśmy zostać tu pełen dzień, aby je na spokojnie zwiedzić. Zwłaszcza, że Sassi – czyli to kamienne miasto Matery, zbudowane jest na ścianach wąwozu Gravina, pełne schodów w górę i w dół. Jedynym komfortowym środkiem transportu są własne nogi. Miasto nie jest duże i nawet w kilka godzin można je zwiedzić wystarczająco, zaglądając w różne zakamarki. Domki stanowią często jeden ciąg ze wspólnym podwórkiem – studnią, część domostw wydrążona jest w skale a część została później nadbudowana.

Sassi Matera we włoszech
Matera, skalne miasto

Sassi zrobiły na nas bardzo duże wrażenie, zwłaszcza w zestawieniu z historią. Bo Włosi kiedyś się wstydzili tego miejsca. Jeszcze w latach 50 ubiegłego wieku nie było tu kanalizacji, elektryczności ani bieżącej wody, nie było toalet (nieczystości wylewano do wąwozu), panoszyły się więc choroby, smród, muchy i insekty. Ludzie mieszkali w jednej izbie mieszkali wraz ze zwierzętami gospodarskimi; końmi, kurami, świniami. Umieralność dzieci była na poziomie 50%.

Kiedy o tym miejscu dowiedział świat, wybuchł skandal a Włochy zaczęły masowo wysiedlać ludzi, którzy z kolei wracali do swoich domostw i swoich sąsiadów. Dlatego zaczęto zamurowywać wejścia domów. W końcu jednak pozwolono im zasiedlać Materę na nowo, pod warunkiem wyremontowania wybranego do życia domu. Teraz Sassi to miejsce pełne odnowionych restauracji, hoteli i pokojów gościnnych. Zachwycające i pełne uroku.

zwiedzanie matery
Kolorowa Matera

Po Materze ruszyliśmy w stronę półwyspu Gargano, gdzie dopadła nas pierwsza poważniejsza awaria.

M. rano, z miasteczka Rionero, w którym spaliśmy, ruszył w góry i na podjeździe pękł mu łańcuch. Szczęśliwie z przełęczy do naszej kwatery było tylko w dół, więc nie miał przygód w drodze powrotnej i pod domem skuł łańcuch na nowo. Później wsiedliśmy w pociąg, do Foggi, i dopiero w niej okazało się, że to nie była jedyna awaria. Łańcuch „skołtunił” się w przerzutce i chyba ją rozepchnął, w każdym razie efekt był taki, że przednia przerzutka nie zmieniała biegów. Mieliśmy nie lada zgryz i obawialiśmy się, że nasza droga do Rzymu zostanie brutalnie przyspieszona. Postanowiliśmy poszukać w Foggi serwisu rowerowego a potem i noclegu, bo na poszukiwaniach sporo nam zeszło. A nawet znaleźliśmy kilka punktów, ale dzięki wszechobecnej sjeście, która dezorganizuje cały dzień, wszystkie były zamknięte przez najbliższe trzy godziny… M. spróbował więc samodzielnie usunąć usterkę i ku zaskoczeniu nas obojga… udało się! W trzydzieści minut uporał się z problemem, dzięki czemu następnego dnia mogliśmy ruszać dalej.

A dalej był już tylko półwysep Gargano i morze 🙂 No i chmury na niebie paskudne i ciężkie, ale udawało nam się przemykać między ulewami i nawet nas grzało słońce (20 stopni w listopadzie jest zawsze mile widziane). Jednak prognozy na najbliższe dni są bardzo nieciekawe, więc wykorzystaliśmy tyle ile się dało ostatnich ładnych chwil,  a od nowego tygodnia zaszyjemy się na zimę w miłym (oby!) mieszkanku 😉

Natalia

półwysep gargano co zobaczyć
Gargano