Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Reklamy

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).
Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak
  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.
Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko
  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )
Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum
  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.
Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera
  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )
Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu
  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂
wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże
  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.
Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy
  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja
  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).
    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum
  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653
Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Bośnia i Sarajewo

podróż do Bośni i Hercegowiny

Żegnaj Chorwacjo!

Porywisty wiatr przed którym nas ostrzegały prognozy rzeczywiście był silny i utrudniał jazdę, czasem bardzo, ale mimo to udało nam się, trochę siłą woli, dotrzeć do Makarskiej. Całe szczęście, bo kolejnego dnia po południu rozpętała się huraganowa wichura. Skąd się biorą te deszcze i burze, skoro pada od paru dni…? W każdym razie M. w taką pogodę zdobywał szczyt Sv. Jure, a po powrocie utrzymywał, że była to fajna przygoda, ale ja mu nie wierzę 😉

Na szczęście wrócił przed wieczorem, kiedy to ulewa i wiatr przybrały na sile. Deszcz zamienił się po prostu w wylewające się poziomo (!) fale wody, wiatr dudnił w szybach wentylacyjnych i rozbijał się o ściany, auta kołysały się na boki, a wszystko, co nie było przymocowane, fruwało.

Okazało się, że tego dnia zalało Zadar. Były ewakuacje ludności, podtopienia i porwania (przez lawiny błotne). To była najgorsza ulewa od 20 lat i nie ciężko w to uwierzyć, gdy widziało się to, co się działo w Makarskiej.

Jednak następnego dnia pogoda trochę się poprawiła i mogliśmy uciekać z tej przeklętej Chorwacji. Na do widzenia jeszcze obejrzeliśmy Modre Jezioro (wyschło) i Czerwone Jezioro (które było modre), a potem już tylko piękna pogoda i bośniackie stepy.

Nasze chorwackie przygody przypomnisz sobie pod tym linkiem.

Bośnia podróż
Modre Jezioro, Chorwacja

Przyjemnie jak… w Bośni

W Bośni i Hercegowinie byliśmy w 2012 roku i pamiętam, że ta część Bałkanów bardzo mi się podobała. Na szczęście od tamtego czasu niewiele się zmieniło w krajobrazie. Szerokie, żółtozielone płaskowyże otoczone wysokimi górami i obsypane szarymi głazami. Wygląda to wspaniale.

Bośnia i Hercegowina podróż rowerem
Bośniacki płaskowyż

Do tego trafiły nam się świetne noclegi. Niby zwykłe motele, jeden przy stacji benzynowej, drugi przy głównej drodze. A standard w każdym z nich był wysokości dobrego hotelu. Elegancko, czyściutko. Obsługa miła, a do tego mogliśmy płacić w euro i otrzymywać resztę w bośniackich markach, i to po dobrym kursie. Sklepy również przyjmowały euro, więc przez pierwsze trzy dni w ogóle nie potrzebowaliśmy kantoru. Dopiero w Sarajewie skończyła się nam waluta 😉

Dodatkową zaletą było to, że motele znajdowaliśmy na Bookingu, więc wiedzieliśmy, że na pewno istnieją, a dzięki temu, że ich nie bukowaliśmy zawczasu, to cena przy bezpośrednim zameldowaniu była niższa średnio o 15% niż za pośrednictwem strony internetowej.

A wracając na chwilę do sklepów – w byle markecie wybór towarów jest dwa razy większy niż w Chorwacji. Ceny zbliżone do polskich, więc dodając do tego świetną pogodę zrobiło się wreszcie znowu fajnie.

Bośnia podróż
Visoko i bośniacka piramida słońca, najstarsza na świecie 😉

Jak jeszcze jest w Bośni?

Pewnie wydaje się Wam, że Bośnia to jakieś peryferie świata, gdzie nie ma niczego i nic. A tu jest jak w Polsce, kilka lat temu. Do tego główne drogi są w świetnym stanie, sklepy bardzo dobrze zaopatrzone, a w każdej wsi większy lub mniejszy market (to istotne, bo nie trzeba planować ilości zapasów na zbyt długą trasę). Kierowcy jeżdżą zaskakująco dobrze, z reguły nas wymijają w odpowiednim odstępie, tylko trochę trąbią za bardzo – chociaż raczej w geście pozdrowienia. Ludzie są sympatyczni i chętni do pomocy. Cieszą się z turystów. Poza tym Bośnia jest po prostu piękna.

bośnia i hercegowina wyprawa rowerowa

Ale tym, co robi największe wrażenie jest to, jak ten kraj radzi sobie po wojnie. Według różnych informacji wojna w Bośni była najbardziej krwawą po II Wojnie Światowej, a mimo to nie unosi się tutaj duch martyrologii. Bośniacy zakasali rękawy i postawili państwo na nogi, chociaż podziurawione od kul domy stoją przy szosie i przypominają o tym, co miało miejsce.

Sarajewo

Ale chyba największym zwycięzcą jest Sarajewo.

Postanowiliśmy spędzić tutaj kilka dni, żeby zregenerować siły i na chwilę przestać być ciągle w drodze. Udało nam się zarezerwować przez AirBnb świetne, duże mieszkanie (na osiedlu przypominającym Retkinię, tylko widoki trochę inne 😉 ).

 

Sarajewo, Alpasino Polje
Widok z okna sypialni, ładniejsza strona osiedla na Alipasino Polje, Sarajewo

Pięć lat temu tylko przejechaliśmy miasto, szybko rzucając okiem na okoliczne zabudowania. Już od pierwszych chwil widać, że ten czas wystarczył, aby bardzo poprawiono infrastrukturę, postawiono nowe, szklane biurowce (aczkolwiek część z nich to odnowione, oszklone budynki, które uległy zniszczeniu podczas wojny), ale też wciąż stoją takie, które są podziurawione od kul. Niektóre nadają się do użytku i są zagospodarowane inne pozostawiono w stanie zrujnowanym.

Sarajewo, ślady wojny, bośnia rowerem
Zniszczony podczas wojny budynek przy głównej drodze, Sarajewo

Muzeum Historii Bośni i Hercegowiny udostępnia,  od kilku już lat, stałą wystawę dotyczącą wojny domowej i oblężenia miasta. Znajdziemy tam nie tylko dokumentację  w postaci zdjęć, przedmiotów,  odłamków pocisków, informacji z gazet,  dotyczących tego, jak wyglądało wtedy życie ale także zdjęcia „przed i po”. To wszystko robi bardzo duże wrażenie.

Sarajewo to stolica inna od wszystkich. Komunistyczne bloki mieszają się z ładnymi osiedlami domków, a muzułmańska, orientalna kultura z europejską. Jednocześnie na ulicach przechadzają się dziewczyny z długimi włosami w kusych spódniczkach i kobiety w nikabach (czarny strój zakrywający całe ciało za wyjątkiem oczu). Wszędzie widać meczety a z głośników płynie śpiew muezina. Europejskie stare miasto przechodzi w orientalne, pojawiają się kolory, niskie budki targowe zamiast kamieniczek, wzory i zdobienia charakterystyczne dla Wschodu.

Sarajewo, orient i europa
Inat Kuca – Przekrony Domek, Sarajewo
Sarajewo rowerem
Sebilj, studnia miejska
Sarajewo co zobaczyć?
Jeden ze sklepów na targu w muzułmańskiej części Starego Miasta, Sarajewo
Sarajewo, orientalny targ
Rynek na Starym Mieście, część orientalna, Sarajewo
Sarajewo zderzenie kultur, Bośnia i Hercegowina
Widok na europejską część Starego Miasta, Sarajewo

Samo miasto usiane jest cmentarzami, białymi polami, które są dosłownie wszędzie. Przy przystankach, przy placach zabaw, przy knajpach.

Sarajewo miasto cmentarzy, wojna na bałkanach
Pola cmentarzy, Sarajewo

Przechodząc koło mieszkańców zastanawiasz się, co przeżyli w czasie wojny? Jak wyglądało życie w miejscu, w którym teraz jesteśmy? Ku takim myślom dodatkowo skłaniają ślady po pociskach moździerzowych, czasami wypełnione na czerwono w miejscach, gdzie ktoś zginął. Tak zwane róże Sarajewa.

Sarajewo, ślady po wojnie na Bałkanach
Róża Sarajewa
Sarajewo, wyprawa rowerowa po Bałkanach
Ślad po pocisku, tu na szczęście nikt nie zginął

Ciekawostką, którą odkryliśmy, było osiedle bloków wyglądających jak domki nasadzone jeden na drugim, a na ich najwyższe kondygnacje dojeżdżało się kolejką szynową (czy raczej windą na szynach)! 🙂 To było coś 🙂

Sarajewo, ciekawostki miasta
Piętrowe osiedle, Sarajewo
Sarajewo, kolejka linowa
Kolejka na najwyższe piętra osiedla

To miasto nie jest ładne, ale jest bardzo ciekawe i specyficzne. Ma klimat, o który ciężko gdzieś indziej. Nie jest tylko pomnikiem wojennej tragedii ale jest też pełne życia i energii.

Sarajewo, magiczne miasto
Osiedle nad rzeką Bośnia, Sarajewo
Sarajewo, bośnia i hercegowina, blokowisko
Mural na schodach piętrowego osiedla, Sarajewo

Na pewno warto przyjechać do Bośni i spędzić czas w Sarajewie, popijając turecką kawę i jedząc pyszne tutejsze lody kulkowe 🙂

Natalia

Sarajevo, styk kultur
Sarajewo, na styku kultur

Chorwacki dramat

podróż do chorwacji

Miłego złe początki?

Pierwsze trzy dni w Chorwacji były wyjątkowo złe. Prognoza od początku była fatalna na najbliższy czas, ale prognozy tak rzadko się sprawdzają, że nie wierzyliśmy w to za bardzo.

O ile jeszcze pierwszy dzień, chociaż deszczowy, dał się znieść, o tyle dwa kolejne były koszmarne.

Pierwszego dnia na kempingu w Piranie zdążyliśmy zwinąć namiot, zanim rozpętała się burza i ulewa. Resztę dnia popadywało od czasu do czasu, aż ostatecznie się rozpogodziło, by ponownie się zachmurzyć. Szczęśliwie kończyliśmy ten dzień na bardzo fajnej kwaterze o wdzięcznej nazwie „Apartamen Żule”, więc nocne deszcze i grzmoty nas nie martwiły, a jeszcze byliśmy na tym etapie, że nie poznaliśmy się na tutejszej pogodzie.

deszcz w chorwacji
Tak, to krople deszczu…
burza w chorwacji
Burza za rogiem!

Nazajutrz bowiem widzieliśmy paskudne, granatowe chmury dokładnie tam, gdzie był nasz kierunek jazdy, ale się nimi nie przejęliśmy…

Dlaczego nie zostaliśmy na kwaterze? Nie wiem, ale przemokliśmy i przemarzliśmy tego dnia zacnie. Truskawką 😉 na torcie był bardzo ostry i dość długi podjazd w deszczu. Wierzcie mi, marzyłam, żeby być wtedy w biurze 😉 (wtręt od M.: nie było tak źle, ale on lubi podjazdy w deszczu, twierdzi, że woli być mokry od wody niż od potu. Natomiast zjazd w deszczu to jego zdaniem koszmar.) Końcówka dnia trochę nam wynagrodziła trudy, bo niebo się rozpogodziło i naszym oczom ukazały się pierwsze nieziemskie, chorwackie widoki a noc spędziliśmy znowu na kwaterze. W cieplutkim pokoju z gorącą wodą w kranie (naprawdę gorącą! Można było nią parzyć herbatę – przynajmniej zieloną).

Trzeci dzień to była dla odmiany walka z wiatrem. Od rana wiało jak szalone, ale nasz pokoik nie był zbyt komfortowy, by spędzać tam dzień, a czekało na nas tylko 40 kilometrów, więc nie sądziliśmy, żeby to miał być duży problem. Ale był. Wiatr prawie uniemożliwiał jazdę, spychał z drogi. Jechaliśmy więc środkiem jezdni, a kierowcy na nas trąbili,  bo ich zdaniem na pewno jechaliśmy tak specjalnie, żeby im robić na złość. Było więc nerwowo, ciężko i niebezpiecznie. (Ale widoki nadal boskie!)

Mimo wszystko dojechaliśmy na miejsce – znów na kwaterę, tym razem w Svetim Juraju, w której spędziliśmy dzień odpoczynkowy.

chorwacja wyprawa rowerowa

Croatia, bike travel
Nie dajcie się zwieść niebu na zdjęciu. Przy paskudnej pogodzie nie w głowie nam było nam robienie zdjęć;)

Cisza przed burzą

Dzień restowy był bardzo przyjemny, pogoda była ładna (chociaż trochę nam było szkoda, że jej nie wykorzystaliśmy na dalszą jazdę, jak się później okazało), ja mogłam sobie pospacerować wybrzeżem, połazić po skałach i pomoczyć się trochę w morzu, a M. oczywiście pojechał na biga, ale na niezbyt długo, bo big miał raptem 950 metrów podjazdu, czy coś 😉

chorwackie wybrzeże

Kolejne dwa dni też nam minęły przy dobrej aurze. Było ciepło, nieszczególnie wietrznie, fajnie, chociaż druga noc na kempingu w Rizvanuszy już nieprzyjemnie zima – nad ranem 5 stopni i ciężko było wyjść z namiotu, nawet w puchowej kurtce…

No ale potem prognozy znowu się popsuły i dzień, który mieliśmy przeznaczony na Plitwice minął nam na słabiutkiej kwaterze. Padało od rana i choć w pewnym momencie przestało, to tylko po to, żeby dopaść nas na podjeździe w drodze do Jezior, kiedy już myśleliśmy, że pogoda się poprawiła.

Jakby tego było mało ja złapałam gumę, a nie mieliśmy przy sobie zapasowej dętki ani pompki (no bo po co…) więc M. jeszcze musiał wracać się po sprzęt do zmiany. Na szczęście była wiata przystankowa, gdzie mogłam poczekać, bo nie wiem, co by było… A trzeba zaznaczyć, że z nieba lały się litry wody….

Musieliśmy więc wrócić do naszej klitki i spędzić w niej dzień. Pokój był malutki, właściwie było w nim tylko duże łóżko (można się było po nim ganiać) i w sumie stanowiło centrum życia w tym pomieszczeniu. Była też całkowicie niepotrzebna szafa, dziwna komoda, którą zajmował telewizor oraz krzesło, na którym nie dało się siedzieć, bo nie było co zrobić z nogami (spróbujcie usiąść przy komodzie jak przy biurku…). Ledwo się można było poruszać po tym pokoju. No i było też okno, przez które mieliśmy wspaniały widok na ścianę domu obok (w takiej odległości, że można ręką dotknąć). Do tego wszystkiego pokoje były na górze a mała kuchenka na dole, więc nawet zrobienie herbaty to już mała wyprawa. Lodówka zaś stała w kuchni gospodarzy, do której się przechodziło się przez ich salon (w którym ktoś zawsze był, czasem spał, a czasem drzwi były po prostu zamknięte…), zatem komfort słaby. Kuchnia dla gości maleńka, ciężko w niej zrobić nawet obrót, nie mówiąc o tym, że nawet nie było nawet gdzie pokroić chleba… kiepskie miejsce.

No i nie zapominajmy, że nie było stołu 🙂 w pokoju ani na korytarzu, ani w kuchni. Był na zewnątrz, co przy deszczowej pogodzie jakoś nie wydawało nam się dobrym pomysłem, albo w salonie (gdzie był ciągle zajęty). Czuliśmy się jak w cudzym domu, ciągle obserwowani i niezbyt chciani 😉 w związku z tym wszystkim część posiłków jedliśmy na łóżku… 😉

Do odważnych świat należy

Kolejny poranek to znowu deszcz. Kombinowaliśmy jak się wydostać z tego koszmaru. Prognozy zapowiadają deszcze na najbliższy tydzień… ale gdy właściwie pogodziliśmy się z tym, że trzeba odpuścić Jeziora Plitwickie, to przestało padać. Szybko spakowaliśmy resztę bagażu rozrzuconego po łóżkowym centrum dowodzenia i ruszyliśmy przed siebie. No i udało nam się. Dotarliśmy do wejścia, zakupiliśmy bilety, a potem już nic nas nie mogło powstrzymać. I nie powstrzymało 🙂

widok na plitwice
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie widok z gory
Jeziora Plitwickie, widok z góry

Spędziliśmy na spacerze w Jeziorach prawie 4 godziny, wybrawszy spacer w w wariancie C – czyli 8 kilometrów, wzdłuż jezior, z dodatkową atrakcją w postaci przepłynięcia jednego z nich statkiem.

Chociaż było wilgotno, chłodno i pochmurno, to Plitwice zrobiły na nas bardzo duże wrażenie. Wszędzie szemrząca i hucząca woda, przelewająca się po skałach, pod kładką, nad kładką, przy kładce, no super 🙂 Tylko ludzi sporo, momentami było bardzo ciasno, tłoczno i trochę nerwowo.  Nie było możliwości, żeby chwilę sobie postać i popodziwiać w spokoju te cuda natury. Nie chcę wiedzieć co tu się dzieje przy pięknej pogodzie w sezonie 😉

jeziora plitwickie w chorwacji

plitwickie wodospady, chorwacja
Wodospady w Plitwicach

Oszukać przeznaczenie

Po Jeziorach ruszyliśmy do Udbiny, miasteczka oddalonego o 50 kilometrów od Jezior.

Chorwacja, podróż rowerem
Płaskowyż w Chorwacji

Tym razem trafiliśmy na bardzo fajne mieszkanko, szkoda tylko, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu, żeby się nim nacieszyć, ale dojechaliśmy tam suchą stopą a kolejnego dnia, dzięki uprzejmości konduktora i zawiadowcy, wsiedliśmy do pociągu, który formalnie nie przewoził rowerów i w dwie godziny przejechaliśmy odcinek, który byśmy pokonywali przez dwa dni. I całe szczęście, bo pociąg wjeżdżał w paskudne chmury jedna za drugą, oraz, oczywiście, w ulewy.

Ostatecznie wylądowaliśmy nad morzem z piękną pogodą i kiepską prognozą na jutro w postaci ostrzeżeń przed porywistym wiatrem…

Widok na split, Chorwacja
Widok na Split

I co nas tu jeszcze czeka, dowiecie się w kolejnym odcinku 😉 A tymczasem za trzy dni (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem) Bośnia.

Przeczytaj co nas spotkało w Bośni!

Natalia i M.

P.s. Mimo okropnego wiatru pokonaliśmy ponad 80 km by dotrzeć do Makarskiej, gdzie ja będę zbijać bąki a M. oczywiście pojedzie na jakąś wielką górę 😉