Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Reklamy

Airbnb – jak wynająć mieszkanie? Poradnik

Airbnb wynajecie mieszkania

Dzisiejszy wpis jest trochę bardziej praktyczny. Mamy nadzieję, że przyda Wam się, kiedy będziecie planować wyjazd 🙂

Jednym ze sposobów z jakich korzystamy w celu znalezienia noclegu podczas naszych wypraw jest Airbnb (to znaczy, zaczęliśmy go używać dopiero podczas tej podróży).  Wskażemy Wam kilka punktów, na jakie warto zwrócić uwagę korzystając z tego serwisu.

Post nie jest sponsorowany, ale o tym sami się przekonacie 😉

Główne atrakcje

  • Zmieniający się język – to jedno z pierwszych utrapień. Strona, lub aplikacja, czasami, w dowolnie wybranej przez siebie chwili (po wejściu w jakąś podstronę serwisu) zmienia język (czasem przetłumaczy na koślawy polski, czasem zostawi wybrany domyślny a czasem zmieni na język w którym napisano ogłoszenie), to nic, że na samym początku ustawiasz jakiś domyślny.
  • Zmieniająca się waluta – kolejna zmora. To, że ustawisz na stronie, że chcesz, aby ceny noclegów pojawiały się w euro (lub innej wybranej walucie) nie przeszkodzi aplikacji zmienić cen na złotówki (no bo przecież jesteś z Polski!) albo na… dolary. Dlatego zawsze się upewniajcie, że podana wartość jest w tej kwocie o którą Wam chodzi, do samego końca. Nam kiedyś Airbnb zmieniło euro na dolary podczas podsumowania płatności za mieszkanie, kiedy już było za późno aby wprowadzić zmiany, bo wiązałoby się to z anulowaniem/zmianą rezerwacji a więc i stratami finansowymi. No i ściągnęło nam z rachunku kwotę w dolarach. A innym razem w złotych, dla odmiany 😉
  • Cena po zalogowaniu – myślisz, że jak się zalogujesz to cena za wynajem pozostanie bez zmian? Niespodzianka! Ceny skaczą w górę o kilka procent. Dlaczego? Nie rozgryźliśmy algorytmu…
  • Cena plus opłata serwisowa – jeśli udało Ci się zawalczyć z walutą i językiem i już się zalogowałeś, Airbnb ma dla Ciebie kolejną atrakcję – otóż jest to opłata serwisowa. I może Twoje wypatrzone mieszkanie kosztuje 25 euro za noc i tyle właśnie się wyświetla na mapce, ale po kliknięciu w szczegóły oferty okazuje się, że jeszcze doliczone jest kilka, albo i kilkanaście euro, za sprzątanie/opłatę serwisową/podatek – czasem wszystko na raz a czasem w dowolnej kombinacji ale opłata serwisowa jest zawsze. Wynosi ona ok 7% i trzeba po prostu ją „przełknąć”. Natomiast opłata za końcowe sprzątanie i inne „jednorazówki” (jeśli się pojawiają) nie stanowią przeważnie różnicy istotnej części (o ile wynajmujesz na dłużej), natomiast w przypadku jednego lub dwóch noclegów może znacząco podnieść ich koszt – nawet o ponad 100% (!)
  • Więcej cen pojawi się, gdy zbliżysz mapkę. Wybierz najbardziej interesujące Cię miejsce i zbliż mapkę. Zdziwisz się, jak wiele może być ofert, które przy zbyt dużym oddaleniu od mapy się w ogóle nie pojawiają.

 

Airbnb wynajecie
Ale gdyby wszystkie były widoczne, to chyba byłoby jeszcze gorzej

Okej. Skoro już przebrnęliśmy przez przygody z cenami teraz warto się przyjrzeć mieszkaniom, które wpadły nam w oko. Na co zwracać uwagę wybierając mieszkanie na Airbnb albo innym tego typu portalu?

  • Brak zdjęć – jeśli nie zamieszczono zdjęć mieszkania, to rzadko kto się nim zainteresuje, zresztą trochę strach brać taką ofertę. My jednak raz musieliśmy zaryzykować, bo w wybranej przez nas okolicy nie było zupełnie nic ale szczęśliwie okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Mieszkanie było nowiutkie – nowy budynek, nowo wyremontowane i nawet pachniało nowością 😉 Było śliczne i bardzo przyjemne, z fajnym, ogrodzonym tarasikiem, prawie przy samym klifie z widokiem na morze, tylko bez wifi, na co się świadomie musieliśmy zgodzić, ale ugoszczono nas bardzo dobrze i naprawdę był to jeden z przyjemniejszych noclegów. W sumie nie wiemy dlaczego gospodarz nie załączył zdjęć, bo zdecydowanie nie miał się czego wstydzić. Po czasie widzę, że dodał zdjęcie, owszem. Morza.

Skoro mowa już o zdjęciach na co zwrócić uwagę, gdy możemy je przejrzeć?

  • Bałagan. Nigdy nie zdecydowaliśmy się na lokal, którego zdjęcia przedstawiają bałagan w domu. Nie wiem, jak ludzie chcąc zarobić na mieszkaniu mogą wrzucać do Internetu zdjęcia rozwłóczonych majtek i skotłowanej pościeli. Wiele poradników mówi o tym, żeby takich lokali nigdy nie wybierać.
  • Okna. Zwróć uwagę czy w domu są okna i jakie. Często (zwłaszcza w dużym mieście) może się okazać, że mieszkanie znajduje się gdzieś w suterenie i dostępny jest tylko lufcik, albo w ogóle nie ma okien. Albo okno jest jedno – więc mieszkania ani nie przewietrzysz ani nie będzie w nim widno.

W naszym mieszkaniu w Rzymie okna są na jedną stronę i nie ma żadnej innej wentylacji. Okazało się, że wychodzą na wąską uliczkę i prawie na wyciągnięcie ręki mamy wysoką kamienicę. Więc mieszkanie bardzo ciężko przewietrzyć, bo powietrze stoi (chyba, że otworzymy drzwi na klatkę schodową, wtedy jest odrobinę lepiej), a do tego jest bardzo wilgotno (np. pranie zupełnie nie schnie, musimy je kłaść na kaloryferach).

Rzym, wyprawa rowerowa
A to ulica na której mieszkamy. Po lewej drzwi do klatki schodowej. Na zdjęciu wygląda na szerszą 😉
  • Widok za oknem. Wszelkiego rodzaju poradniki mówią, że jak okna są zasłonięte i nie widać co jest za nimi, to znaczy, że nie ma na co patrzeć. I rzeczywiście. Może widok nie zawsze jest fatalny, ale przeważnie nie prezentuje nic ciekawego. Nie zwróciliśmy uwagi ale również w ofercie naszego mieszkania okna na zdjęciach są zasłonięte, inaczej pewnie nie każdy by się zdecydował na widok na pub oraz wgląd w okno sąsiada z naprzeciwka 😉 Warto też dodać, że mieszkanie jest na niskim parterze, więc wszyscy wszystko doskonale widzą a my widzimy ich i czasem wymieniamy spojrzenia z klientami knajpy za oknem 😉
  • Widok na mieszkanie typu rybie oko. Czyli jeśli zdjęcie mieszkania wygląda jakby odbijało się w szklanej kuli, to znaczy, że jest mniejsze niż naparstek.

    Airbnb perspektywa zdjęć
    Bywają jeszcze bardziej okrągłe
  • Zdjęcia, które sugerują, że w mieszkanie jest długie. To często zasługa sprytnej perspektywy. Na to chyba ciężko mieć inny sposób niż spytać o metraż mieszkania, o ile nie został podany w ogłoszeniu.
  • Rozkład mieszkania. Czasem zdjęcia są robione tak, że kompletnie nie wiadomo jak to mieszkanie wygląda. I o ile jedziesz tam na jedną noc to nie ma większego znaczenia, czy jest to „monolokal” (czyli sypalnia – salon – kuchnia w jednym) czy nie. Ale jeśli jedziesz na dłużej to warto się przyjrzeć, poprosić o wyjaśnienia czy nawet o inne zdjęcia lub schemat, dzięki czemu będziesz widział jaki jest rozkład mieszkania.
  • Zweryfikowane zdjęcie. Warto zwrócić uwagę, czy zdjęcia danego mieszkania mają adnotację zweryfikowane zdjęcie w lewym dolnym rogu fotografii. Jeśli tak, to znaczy (podobno), że ktoś z zespołu Airbnb widział dom i nie dość, że on istnieje, to jeszcze wygląda jak na zdjęciu.
Airbnb jak wynająć mieszkanie
Tak, to nasze mieszkanie 😉
  • Samodzielna weryfikacja. A skoro o zdjęciach mowa, to natknęliśmy się (aczkolwiek NIE na AirBnB) na oszustwo, polegające na wystawianiu na wynajem mieszania, do którego ogłoszeniodawca nie ma żadnych praw. Liczy on na otrzymanie zaliczki i zwianie z nią, ewentualnie na kradzież danych osobowych (po otrzymaniu skanu paszportu, dowodu osobistego niezbędnego np. do przygotowania umowy). Rady są dwie: 1) nigdy nie płacić jakichkolwiek pieniędzy, zanim się nie zobaczy mieszkania; 2) najlepiej zawczasu zweryfikować zdjęcia. Robi się to bardzo prosto – w przeglądarce „Google Chrome” klikamy prawym przyciskiem myszy na zdjęcie i wybieramy „wyszukiwanie obrazem”. Jeśli wyskoczy nam to samo zdjęcie, ale w innym kontekście (np. szukaliśmy mieszkania w Berlinie, a tu nam zdjęcie wyskakuje w Adelajdzie), to mamy pewność, ze to oszustwo.

Kiedy już wybrane przez Ciebie mieszkanie wygląda i kosztuje atrakcyjnie, to warto zwrócić uwagę jeszcze na kilka innych rzeczy.

  • Opinie. Czyli co inni lokatorzy piszą o danym mieszkaniu. Z komentarzy można się bardzo dużo dowiedzieć. Począwszy od ”sympatyczności” gospodarza aż po jakość WiFi i informacje o niedogodnościach związanych na przykład z bojlerem i ogrzewaniem wody czy z hałasami za oknem.
  • Zaufany host. Na dole strony znajdziesz informację o właścicielu. Obok jego zdjęcia wyświetla się ile ma opinii oraz czy jest zweryfikowanym hostem – czyli podał kilka informacji na swój temat (numer telefonu, przesłał skan dowodu itd.). Nasza gospodyni nie jest „zweryfikowana” ale wszystko z nią w porządku, więc jak widać nie można się tylko tym kierować.
  • Jak szybko host odpowiada. Na Airbnb jest też informacja jak szybko właściciel odpowiada na zadane zapytanie (lub prośbę o rezerwację). Z reguły zgadza się to z faktycznym czasem w jakim otrzymywaliśmy odpowiedzi, ale czasami ważna była dla nas każda chwila a reakcji nie było.
  • Rezerwacja natychmiastowa. Jeśli zależy Ci na czasie warto zwrócić uwagę na filtr „rezerwacja natychmiastowa” (znaczek pioruna przy niektórych ofertach). Wtedy masz pewność, że Twoja rezerwacja została dokonana (bez tego najpierw wysyłana jest wyłącznie prośba o rezerwację do gospodarza). Od razu dostajesz informację z adresem mieszkania i innymi dodatkowymi danymi, nie musisz czekać, aż host przeczyta wiadomość i zdecyduje czy zgodzić się, aby Cię przyjąć czy nie.
  • Anulowanie. Warto przyjrzeć się zasadom odwołania/zmiany rezerwacji. Niektórzy gospodarze zgadzają się na zwrot całej kwoty, jeśli rezerwacja zostanie anulowana przez gościa np. do 30 dni przed przyjazdem, po tym czasem tylko jej część zostanie zwrócona, albo nic.

    Airbnb kemping chorwacja
    Ten kemping znaleźliśmy sami, ale też był na Airbnb

Podsumowując.  Korzystanie z Airbnb zawsze nas kosztuje trochę nerwów ze względu na niedopracowany interfejs (zwłaszcza te zmieniające się waluty),  ale serwis ma kilka zalet o których warto wspomnieć:

  • Mieszkasz w prawdziwym domu. To znaczy – nie mieszkasz w hotelu, ale w czyimś mieszkaniu (czasem pokoju). Możesz więc zobaczyć, jak żyją ludzie w  danym kraju. Czasem mieszkania są pełne cudzych przedmiotów, figurki, perfumy, szczotki do włosów (z włosami, ble :P), dokumenty (!). Wtedy jest trochę dziwnie, ale ma to swój urok 😉
  • Host otrzymuje zapłatę za pośrednictwem serwisu, dopiero dzień po Twoim przyjeździe – więc masz czas na ewentualne zgłoszenie reklamacji/zażalenia, że coś jest nie tak.
  • W razie problemów Airbnb służy pomocą w rozwiązywaniu sporów (przynajmniej w teorii).
  • Negocjowanie cen. Jeśli jakieś mieszkanie Ci się wyjątkowo podoba (albo jest jedyne w danej lokalizacji) i masz dość czasu, żeby prowadzić konwersacje, to możesz spróbować napisać do właściciela, aby dał Ci specjalną ofertę. Wtedy host może zaproponować inną cenę za mieszkanie niż ustalona na stronie – tylko dla Ciebie (raz dostaliśmy specjalną ofertę droższą, niż standardowa 😀 ).

    Airbnb wynajem mieszkania na wyprawie
    nasze mieszkanko w Sarajewie, jedno z fajniejszych

Airbnb to nie Booking, to jego największa wada według mnie 😉 Chociaż Booking to głównie odpersonalizowane hotele (chociaż nie zawsze), to  interfejs jest przejrzysty, wszystko jest jasne i klarowne, a zarezerwowany nocleg nie wywinie Ci jakiegoś numeru:

  • Na Airbnb host może odwołać rezerwację. W związku z tym, że właściciele są prywatnymi osobami to mają prawo dysponować swoim mieszkaniem wedle uznania, ale to raczej nic fajnego dostać nagle informację, że właściciel odwołał rezerwację np. dzień przed przyjazdem, a Ty zostajesz z ręką w nocniku.
  • Brak odpowiedzi od hosta. Jeśli akurat nie rezerwujesz noclegu z natychmiastowym potwierdzeniem, to musisz poczekać aż właściciel się do Ciebie odezwie. Czasem to pewien problem, zwłaszcza, gdy zależy Ci na czasie, bo od tej informacji zależy reszta Twojej podróży.
  • Czasem właściciel musi dopiero przyjść na miejsce. I trzeba mu dać znać, że jesteś w drodze i będziesz za jakiś czas. Gorzej, jak się spóźnia… Tak było na przykład w Kosowie.

Przyznam, że wolimy profesjonalizm serwisu B. oraz biznesowe podejście do gości, ale Airbnb  często wygrywa cenami (no i ta możliwość negocjacji) a do tego dochodzi możliwość zaspokojenia ciekawości na temat tego, jak mieszkają ludzie w danym kraju, a czasem i zjedzenia jakichś lokalnych przysmaków czy wypicia kieliszka domowego alkoholu 😉

domowy alkohol na wyprawie
pigwówka, szałwiówka, oliwówka (!) i oliwa, wszystko domowej roboty

Natalia i Mikołaj

źródło zdjęcia wyróżniającego: https://pixabay.com/pl/airbnb-apartament-wynajem-logo-2384737/

Słowenia, czyli małe jest piękne

podróż na Słowenię

Słowenia na dzień dobry

Do Słowenii dostaliśmy się przez kawałek Włoch – od strony Tarvisio, do którego dojechaliśmy pociągiem. Trochę oszukaliśmy, ale dzięki temu podjazdu było o 200 metrów mniej (w pionie).

Tu  możesz przeskoczyć od razu do Włoch!

Już we Włoszech było przepięknie, ale po stronie słoweńskiej zrobiło się jeszcze lepiej. Co prawda, kiedy tylko Mikołaj zdobył przełęcz Mangart i zaczęliśmy zjeżdżać, piękne widoki trochę się wygasiły, ale tylko po to, aby nam urwać dupki w samym Kobaridzie 😉

Alpy słoweńskie
Widok na Alpy

Widoki

Słowenia chociaż mała, to jest bardzo urokliwa. Alpy Julijskie, szemrzące rzeki, wodospady, lasy i zielone pola. Naprawdę jest tu bardzo ładnie.

Socza, Słowenia
Socza, Słowenia

Kobarid

Na początek dolina Soczy, która ma takie miejsca, gdzie człowiek tylko wzdycha jak tu pięknie! Niesamowicie przezroczysta i turkusowa Socza, wspaniały wodospad Kozjak (niezbyt duży ale malowniczo wciśnięty między pochyłe skały wąwozu) oraz wąwóz w Tolminie robią naprawdę duże wrażenie (chociaż wąwóz najmniejsze).

Socza, Słowenia rowerem
Socza widok z góry

Jeśli chodzi o wodospad, to wejście jest darmowe. Idzie się jakieś 20 minut leśną ścieżką, aż docieramy do wąwozu o olbrzymich, zielonych, kamiennych ścianach.  Dochodzimy do turkusowego jeziora i właśnie Kozjaka. Widok zapiera dech.

podróż rowerowa do Słowenii, wodospad Kozjak
To niestety nie ja 😛
Podróż rowerowa do Słowenii, wodospad Kozjak
Kozjak, Słowenia

Natomiast Tolmiński wąwóz to wycieczka na około 1,5 godziny. My weszliśmy wyjściem, leży dużo wyżej niż wejście. Podjechaliśmy do niego rowerami, bo prowadzi tam asfaltowana uliczka (którą czasem jeżdżą auta, dojeżdżające do dalszych miasteczek). Dzięki temu nie musieliśmy wchodzić aż tak wysoko do wyjścia, bo zawróciliśmy zanim zeszliśmy całkowicie na poziom wejścia. Trochę zagmatwane, ale wierzę, że wiecie o co chodzi 😉

Słowenia podróż rowerem, Wąwóz Tolmiński
Wąwóz Tolmiński

Piran – perła Adriatyku?

Generalnie wszyscy się Piranem zachwycają, czy słusznie? Ja miałam nadzieję na prawdziwą perełkę, a dostałam miasteczko jakich wiele w krainie śródziemnomorskiej.

Piran, Słowenia, rowerem po Europie
Piran, Słowenia

Nie można odmówić oczywiście Piranowi uroku. Wspaniała panorama na miasto z murów obronnych, wąskie klimatyczne uliczki, kamienice i całe miasto zbudowane w stylu weneckim. Knajpki serwujące owoce morza, a do tego wjazd na Stare Miasto płatny dla aut, więc ruch samochodów bardzo niewielki. Przyjemne miejsce, zwłaszcza, jeśli ktoś lubi się snuć po wąskich uliczkach, ale nie oferuje niczego nowego – nie należy tam jechać z takim nastawieniem 😉

Piran, podróż rowerowa Słowenia
Piran, Słowenia

Jedzenie w Słowenii

W Internetach wyczytaliśmy, że w Słowenii nie ma narodowego dania, że ich kuchnia to taki zlepek włosko – bałkańskich kultur.

I rzeczywiście, nie trafiliśmy na nic specyficznego. Pierwsze co zjedliśmy w Słowenii to pizza. Na cieniutkim cieście z dużą ilością sera, sosu pomidorowego i szynką. Kupiliśmy ją w piekarni, jeszcze ciepłą i wspaniale pachnącą. Byliśmy tak wygłodniali, że zniknęła od razu (więc przykro mi, nie ma zdjęcia :P).

Niestety jeśli chodzi o pyszności, to tak naprawdę na tej pizzy się skończyło. Nie udało nam się znaleźć na trasie dużego słoweńskiego marketu. Największymi były Merkatory wielkości naszych Biedronek. Niestety nie było w nich nic, co ujęłoby nasze serca i podniebienia (za wyjątkiem jogurtu kokosowo – ananasowego z Zelenej Doliny). Żadnych frykasów Słowenia nam nie zaoferowała (nawet w kwestii napojów).

Kempingi

Spędziliśmy dwie noce w Kobaridzie, na kempingu Lazar, jedną na kempingu Corso (w kierunku Triestu, ale to były właściwie jeszcze Włochy i dwie przed Piranem na kempingu Auto-Moto.

Żadnemu z tych kempingów w zasadzie nie mamy nic do zarzucenia. Place wśród drzew, łazienki czyste i wszystko było z nimi w porządku, wifi było również (bezpłatne).

Co lepsze, poza Kobaridem, widać było koniec sezonu – mniej ludzi, mniej dzieci 😉 większy spokój (pod warunkiem, że w pobliżu nie było akurat imprezujących staruszków lub linii kolejowej :D)

Na kempingu jedna noc w namiocie dla dwóch osób, bez samochodu, wynosiła nas z reguły około 22 euro.

Przeczytaj vademecum kempingowicza.

Ceny

Ceny w Słowenii są gdzieś po środku między Polską a Austrią. I tak na przykład:

Pół bagietki: 1 euro (!)

Chlebek okrągły 300 gramów: 0,80 centów

Pudding czekoladowy 175 gramów Mercator: 0,24 centy

Kajzerka: 0,17 centów

Kosmetyki różnego rodzaju (od past do zębów, przez szampony, płyny pod prysznic  w wielkości 250 ml., itp.) średnio 3 euro. Takie „naturalne” około 6 euro

Mleko 1,5% tłuszczu, 1 litr: 0,80 centów

Nie robiliśmy  zbyt dużych zakupów na Słowenii, bo część rzeczy mieliśmy ze sobą jeszcze z Austrii,  a  część kupiliśmy we Włoszech, o które zahaczyliśmy w drodze do Piranu.

Teraz przed nami Chorwacja, w której dwa pierwsze dni już nam upłynęły w deszczu…

Przeczytaj, co jeszcze nas spotkało w Chorwacji…

Natalia

Czeski tydzień i kempingi z piekła rodem

wyprawa rowerowa do Czech

Nasz pierwszy tydzień wyprawy rowerowej rozpoczął się dzień później niż planowaliśmy, bo okazało się, że pakowanie zajęło więcej czasu niż miało. Nie chcieliśmy się spieszyć i przesunęliśmy start.

Dzięki temu komitet pożegnalny złożony z naszych Rodziców poszerzył się o kolegę Jasia, który pojechał z nami w odwiedziny do znajomych w Trzebnicy 🙂

Do okolic Trzebnicy dostaliśmy się pociągiem i tak też odjechaliśmy ;). Zaliczyliśmy tylko nocleg w Bystrzycy Kłodzkiej i dalej ruszyliśmy w drogę już na rowerach, żeby po 80 kilometrach wsiąść w pociąg w Svitavie do Blanska.

Droga do Svitavy była koszmarna, bardzo duży ruch tirów, brak pobocza, ciągłe górki i upał sprawiły, że nie był to dobry dzień.

Czeskie pociągi

Na szczęście uratował go pociąg do Blanska. Niski, więc łatwo było nam wtarabanić się do środka bez zdejmowania sakw (w Polsce się to prawie nigdy nie zdarza), pachnący nowością, czyściutki, cichutki, klimatyzowany. Super.

Sloup – kemping Relaxa i Propast Macocha

Z Blanska dotarliśmy do kempingu Relaxa w Sloup. Po zdjęciach spodziewaliśmy się szału a dostaliśmy łysą polanę  z samochodami i brudnawą łazienkę 😛 drzwi do toalet i pryszniców bez zatrzasków, no ale to jeszcze można przeżyć, gorzej, że nie wszystkie się zamykały. Niektóre zahaczały się futrynę a inne nie.

Kemping był schowany między lasami, więc zanim słońce na dobre wyszło zza drzew, żeby go oświetlić, było już grubo po południu,  a chłodny poranek w cieniu nie jest zbyt przyjemny.

Natomiast zaletą kempingu było to, że ciepła woda w całej łazience była nielimitowana. Żadnych żetonów, wciskanych kranów, zimnej wody w umywalce (a to wcale nie jest takie oczywiste).

W toaletach zabrakło mydełka i papieru toaletowego, ale za to była kuchnia z butlą oleju i workiem soli do dyspozycji, oraz z lodówką (sprawną, a to rzadkość) i zlewy z płynem do mycia naczyń.

Na kempingu był też barek i stoliczki, oraz domek z zadaszoną werandą, stołem i ławkami, które zaanektowaliśmy 😛

Były też miejsca na ogniska, które cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Niestety wiatr zawiewał dym na wszystkich, również tych niezainteresowanych, a popiół z imprezy rozniósł się w nocy po całym kempingu i mimo, że rozbiliśmy się z dala od tego miejsca, to namiot był cały w pyle.

Na kempingu przyjmowali psy – no i super. Ale też dzieci. Tu gorzej. Więc dzieci dużo biegały i jeszcze więcej krzyczały (jak to dzieci). Teren zbyt duży nie jest, więc czuliśmy się trochę jak w komunie.

Ale ogólnie kemping w miarę okej, żeby spędzić tam noc, czy dwie.

Propast Macocha

Sluop był miejscem wypadowym do Przepaści Macochy – największego leju kresowego w Czechach i środkowej Europie (138 m). Przepaść można oglądać z góry (są dwa mostki, do których łatwo dotrzeć na nogach, oraz z po wjechaniu kolejką linową – tę trasę też można pokonać pieszo) i od środka – na pieszo i łódką. Żeby jednak wejść do jaskini trzeba kupić bilet, a tych już zabrakło, kiedy tam byliśmy. Podobno ludzie kupują je z dużym wyprzedzeniem (można nawet rok wcześniej).  Popatrzyliśmy więc tylko w dół z wyglądaczek. No i cóż. Szału nie było 😉 przepaść jak przepaść.

Przepaść Macochy, Czechy
Przepaść Macochy, Czechy

Kto się nie załapie na zwiedzanie tej jaskini może spróbować z innymi, jest ich tam chyba z pięć, każda wydaje się warta uwagi, o ile ktoś lubi jaskinie i muzea (bo te pozostałe to takie mieszane twory). Koszt wejścia do każdej to około 150  – 170 koron za osobę a czas zwiedzania to mniej więcej dwie godziny.

Po drodze jest też kilka dzikich jaskiń (darmowych) niezbyt głębokich, ale można wetknąć głowę tu i tam 😉 My wybraliśmy właśnie tę, niskobudżetową opcję 😛

jaskinia, Czechy
Dzika jaskinia w drodze ze Sloup do Macochy, Czechy

Brno i szybki prysznic

Zwiedzanie jaskiń i byczenie się na werandce zajęło nam cały dzień, a następnego ruszyliśmy do Brna.

Miasto nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia (może mamy za dużo w dupkach). Przypomina trochę Pragę, trochę Wiedeń.

Brno, Czechy
Brno, Czechy

Droga do Brna i z Brna (w stronę Wiednia) bardzo ruchliwa. Niby jest autostrada ale chyba wszyscy, łącznie z tirowcami, ją omijają, żeby oszczędzić na winietach…

Po dniu zwiedzania i zmagania się z upałem przyszła pora na nocleg. Wypadał jeszcze w Czechach, ale to, na co trafiliśmy, sprawiło, że trochę zrzedły nam miny.

ATC Merkur – jedyny, który znaleźliśmy (mimo, że na mapie jest ich wiele)  kemping nad jeziorem Dyja. Jest więc pełen ludzi (z dziećmi), bardzo głośny i tłoczny. Niby niedrogi (chociaż jak na Czechy to jednak drogi) – zapłaciliśmy za samo miejsce na namiot i dwie osoby jakieś 50 zł.

Warunki na kempingu były ciężkie. Nie dość, że nie bardzo było gdzie wbić szpilkę, bo każde miejsce zostało zajęte, również w przejściu, wszędzie dookoła ludzie grillowali i puszczali sobie muzyczkę z radyjek, zatem o zacisznym kąciku można było zapomnieć, to łazienki udostępniane na każdą część kempingu są maleńkie (dwie kabiny prysznicowe w jednym pomieszczeniu). Na szczęście było sporo kibelków, ale za to tylko jedna umywalka w toalecie.

Ale najlepsze czeka w kabinie prysznicowej. Ja wesoło weszłam sobie do jednej, rozejrzałam się, czy nie ma wrzutki na żetony. No nie ma, więc rozebrałam się, przygotowałam sobie kosmetyki i stanęłam pod natryskiem. I tak stoję. Nic się nie dzieje. No to skaczę, pukam, wciskam, zaglądam, macham, proszę, grożę. No nie leci, nie ma wody. Więc się ubieram z powrotem (taka spocona, w te brudne ciuchy) i wychodzę. Oczywiście kolejka, no bo dwa prysznice nie są w stanie ogarnąć setek ludzi, którzy chcą się umyć po upalnym dniu. Mówię „nie działa! Jak zrobić żeby leciało?” a pani mi pokazuje, gdzieś tam przy wejściu do budynku, puszkę na pieniążki. Nie chcecie wiedzieć, jak się wściekłam 😉

Pani na recepcji zapomniała o tym wspomnieć, że prysznice są za dodatkową opłatą.

10 koron starcza na 4 minuty, jak Ci nie starczy, to musisz wyleźć z kabiny przeparadować przed kolejką, która przebiera nogami na Twoje miejsce, i wrzucić kolejne monety. Ale najlepsze jest to, że maszyna wskazuje, którą kabinę możesz wybrać, więc jeśli ta obok zwolni się w czasie, kiedy dorzucasz (z mydłem w oczach) kolejne pieniążki, to może Ci wskazać tę drugą, z której nie korzystasz. Taki żarcik. Przerażona taką wizją umyłam się w czasie 4 minut, ale takiego przyspieszenia w łazience jeszcze nigdy nie dostałam.

Szybkie spłukanie i moczenie mydła – woda stop – szybkie mydlenie  wszystkich części ciała – woda żeby zmoczyć włosy – woda stop – szamponowanie i dodatkowe mydlenie – puszczamy i spłukujemy… i módlmy się, żeby się wszystko się zmyło… a jak nie, to można jeszcze przetrzeć wilgotnym ręcznikiem 😀

Żeby było zabawniej kemping udostępnia swoim gościom coś w rodzaju scenki /kina na powietrzu. Wielki ekran, wielkie kolumny i ławeczki. Szkoda tylko, że filmowych, muzycznych i bajkowych dźwięków muszą słuchać wszyscy, nawet ci niezainteresowani, no bo miejsce zabaw było tuż przy polu namiotowym (więc nawet grubo po 22 można było imprezować, czy się chciało czy nie…).

A na dokładkę zgadnijcie, gdzie rozbiliśmy namiot, jeśli w pobliżu była tylko jedna działająca latarnia 😛

Plusem obu kempingów było to, że wifi udostępniano niezahasłowane.

To w ogóle często się zdarzało w Czechach. Stacje benzynowe, Galerie Handlowe, takie miejsca „ogólnego użytku” udostępniały niezabezpieczoną sieć.

Ale w sumie to i tak lepiej niż pewien kemping gdzieś w Macedonii (chyba w Tetovie), który ukryty był w zbożu (czy innej trawie). Znaleźliśmy go jakimś cudem po ciemku, na tyłach wypasionego hotelu – zamku.  Byliśmy sami, więc mieliśmy do własnej dyspozycji klepisko i brudne łazienki. Ale prysznice były wzorem czystości przy nigdy nie mytych, nie zamykających się, kucanych kiblach.  I uwierzcie mi, pajęczyny, musze truchła i pająki to było nic w porównaniu z tym, co tam się działo…

Był też sobie kemping w Bośni, wielki, pełen porzuconych, starych i brudnych przyczep kempingowych. Właściciel objeżdżał go jakimś takim Melexem i pilnował, czy nie ma dzikich lokatorów. Szkoda tylko, że teren był zaniedbany i pełen zeszłorocznych jesiennych liści (albo i starszych) a kuchnia, którą udostępnił, została wzięta we władanie przez leśne stworzenia. Wisiały tam dziwne, wielkie (ale malutkie też), brunatne kokony… nie zbliżałam się do niej 😛

namiot, wyprawa rowerowa
A to z Grecji czy skądś 😛

Tak więc pierwsza garść nowych przygód (i dla porównania dwie archiwalne) za nami 😉

Przeczytaj relację z kolejnych krajów!

> co się działo w Austrii?

> a co na Słowenii?

> i jak dała nam popalić Chorwacja?

Natalia

Gdzie spać podczas podróży?

wyprawa rowerowa gdzie spać

To, gdzie będziemy spać podczas naszej wyprawy rowerowej po Europie nurtuje bardzo wiele osób i chociaż wspomniałam pobieżnie o tym w notce 10 najczęściej zadawanych pytań o podróż dookoła Europy, to postanowiłam poświęcić zagadnieniu więcej miejsca.

Słowem wstępu i jak to było kiedyś

Temat noclegów mamy chyba dość dobrze przerobiony ze względu na nasze coroczne wyprawy rowerowe, które organizowaliśmy całkowicie na własną rękę i wypracowaliśmy chyba nie najgorsze rozwiązania.

Kiedyś na mapie (papierowej, ołówkiem!) zaznaczaliśmy wszystkie kempingi i hostele na naszej trasie i w jej okolicy. Ale gdy nadeszły czasy cyfryzacji przenieśliśmy się na GPS.

Oprócz kempingów zaczęliśmy korzystać z kwater, które czasem bukowaliśmy z wyprzedzeniem, jeśli po drodze, w danym dniu, nie było innego miejsca do spania albo wiedzieliśmy, że do najbliższej, w najatrakcyjniejszej cenie (często taniej lub porównywalnie do kempingu), dystans jest na pewno w naszym zasięgu.

Minusem takiego rozwiązania jest to, że do zarezerwowanego noclegu trzeba dojechać, choćby nie wiem co, bo przeważnie jest już opłacony (a odwołanie jest bezzwrotne) lub po prostu nie ma gdzie wcześniej spać.

Rozeznanie tematu

Kiedy już mamy trasę wyznaczoną, wtedy za pomocą zielonej strony z kampingami (www.camping.info), bookingu oraz airbnb szukamy noclegów na naszej trasie.

Kempingi nanosimy znacznikami na mapę w GPS.

Jeśli na odcinku, który jesteśmy w stanie przejechać, nie ma zupełnie nic, wtedy przyglądamy się jak mniej więcej wygląda teren w okolicy, czy znajdzie się w razie czego miejsce, w którym można spać na dziko.

Kempingi

W sezonie letnim kempingi wchodzą w grę zawsze. Jeśli sezon jest wiosenny, dni chłodne lub deszczowe, kempingi nie są naszym pierwszym wyborem (często w ogóle nim nie są).

Ciekawostką jest to, że strona camping.info wskazuje nam miejsca min. z oznaczeniem ACSI.

ACSI to taka karta kempingowa, która uprawnia to różnego rodzaju zniżek na danym kempingu. W sumie nigdy się tym nie interesowaliśmy, bo znaczki ACSI zawsze kojarzyliśmy z pewnym standardem.

Nie jest to reguła, ale często po kempingu oznaczonym ACSI można się spodziewać lepszego standardu (wiecie, czyste kibelki, papier w toaletach itd. ;).

Może to co napiszę zabrzmi jak herezja, ale nie jestem jakąś zagorzałą fanką kempingów 😉 jednak jeśli dzień jest piękny, wieczór ciepły, a w zasięgu wzroku jakiś widok, że mózg staje, opcjonalnie tłuczące się o brzeg morskie fale i na dodatek przyjazne kotki i pieski do towarzystwa, to kemping wygrywa z noclegiem pod dachem w przedbiegach.

Koty w Grecji
Ale czasem i na kwaterach zdarzają się goście

Obozowisko na dziko

Mimo fajnych wspomnień z takich noclegów nie jest to preferowana przeze mnie forma biwakowania. Najzwyczajniej w świecie się boję (dziwnych odwiedzin, dziwnych odgłosów) i nie lubię braku toalety. Dla jednych to przygoda a dla mnie też stresik 😉

W każdym razie jeśli zapada decyzja, że nie ma rady, nie ma kempingu, nie ma kwatery to szukamy miejsca w pobliżu słodkiej wody, schowanego i oddalonego od ludzi.

Czasami musi wystarczyć zapas wody, którą zgromadzimy wcześniej, jeśli przypuszczamy, że dobre miejsce do spania nie jest przy rzeczce.

Nocowaliśmy między innymi na polu w Bośni, które okazało się być pełne min naturalnych oraz ostrzeżeń o tych prawdziwych. Trochę nam mina (nomen omen;) zrzedła rano, jak zobaczyliśmy te ostrzeżenia 😉

Nocowaliśmy też nad rzekami czy nad jeziorem pod opuszczonym domem.

Do tej pory nie byliśmy w kraju, w którym spanie na dziko jest zabronione, ale wyjeżdżając zawsze to sprawdzamy. Na pewno ciekawym doświadczeniem będzie Norwegia, gdzie stoją podobno „dzikie” toaletki i gdzie można biwakować na łonie natury zupełnie legalnie 🙂

Prywatna kwatera

Do tej pory pokoje/mieszkania zdarzały nam się rzadko, bo airbnb odkryliśmy dopiero niedawno a na bookingu nie ma zbyt wielu takich ofert (aczkolwiek to zależy od regionu). Na bieżąco, w trasie, można nie natrafić na tego typu nocleg.

W górach, na Korsyce, znaleźliśmy kiedyś kwaterę, w której właściciele najpierw nas ugościli kanapeczkami z pasztetem z kosa (albo to był szpak?), a potem dostaliśmy wspaniałe śniadanie, z domowym pieczywem, domowym jogurtem i dżemem oraz innymi frykasami (których już nie pamiętam). Całe mieszkanie było wspaniałe a łóżko najwygodniejsze na świecie.

Swoją drogą kwatera była też najdroższa ze wszystkich, w jakich kiedykolwiek spaliśmy (do czasów naszej długiej wyprawy)… 70 euro za noc!

Hotele/Motele/Schroniska

Takie przybytki jak hotele czy motele rezerwujemy przeważnie przez booking. (Nie jest to absolutnie reklama tego serwisu, ale korzystamy z niego namiętnie i jesteśmy zawsze zadowoleni.)

Niedawno też znalazłam stronę www.hostelworld.com, która podobno jest bardzo popularna i każdy szanujący się hostel chce się na niej znaleźć.

Hotele i motele bywają w każdym standardzie, od brudnych i paskudnych, do takich, że oko bieleje 😉 Rezerwując nocleg online zawsze patrzymy na opinie i oceny, ale bywa tak, że gorszy standard bije na głowę ceną i czasem decydujemy się na opcję budżetową (co Mikołaj musi przypłacić moim ciągłym marudzeniem, że brudno, że obleśnie, że prysznic nie działa… :P)

Basen w Grecji
Są i kwatery z basenami do dyspozycji 🙂

Couchsuring/Warmshowers

To rozwiązanie, z którego nigdy jeszcze nie korzystaliśmy. www.couchsurfing.org oraz na https://pl.warmshowers.org/ to portale społecznościowe, przeważnie zrzeszające podróżników. Na tych stronach ludzie ogłaszają swoją gotowość do przyjęcia gości. Całkiem za darmo 🙂 O tego typu zakwaterowaniach czytałam bardzo wiele dobrych opinii i może jest to opcja, którą będziemy chcieli wypróbować.

O Warmshowers warto powiedzieć, że to portal ukierunkowany głównie na rowerzystów i stworzony przez rowerzystów. Strona jest popularna na całym świecie, również w Polsce.

Housesitting

To rozwiązane, które w Polsce chyba nie jest zbyt popularne. Są strony, na których ludzie ogłaszają (np. www.mindmyhouse.com, www.housecarers.com), że chcą pozostawić do opieki swój dom na jakiś czas (od weekendów i kilkudniowych nieobecności po kilkutygodniowe, miesięczne a nawet roczne), a opiekun ma za zadanie troszczyć się o mieszkanie, posiadłość, zwierzęta, ogród.

Ogłoszenia są przeróżne, czasem we wspaniałych miejscach. Niektórzy zostawiają do opieki kurze farmy, inni oliwkowe sady, a inni chcą tylko, żeby ktoś mieszkał i kręcił się po posesji.

To świetne rozwiązane dla właścicieli, bo dom, ogród i zwierzaki są zaopiekowane, a ktoś ma szansę mieszkać w fajnym miejscu i spędzić w ten sposób na przykład wakacje.

Wymaga to jednak dużo obopólnego zaufania, zwłaszcza dla właścicieli, ale taki housesitter musi się liczyć dodatkowo z tym, że być może będzie musiał pokryć koszty zużytych przez siebie mediów (zwłaszcza przy długim pobycie).

Na zachodzie, w Australii i Stanach, Housesitting stał się prawie biznesem. Są nawet wydawane poradniki, jak należy stworzyć swój profil, żeby mieć największe szanse na „zdobycie” mieszkania.

Workaway

To też opcja, którą rozważaliśmy, ale na razie z niej zrezygnowaliśmy. Na stronie https://www.workaway.info/ pojawiają się ogłoszenia z całego świata o pracy w zamian za mieszkanie, czasem również za wyżywienie. Prace są różnego rodzaju, od pomocy przy remoncie (np. zamku 😉 ), do nauki języka czyichś dzieci.

Wiem, że ludzie traktują Workaway jako sposób na życie albo sposób na wakacje.

Urlop na Krecie

Zatem, jak widzicie, opcji jest wiele. My raczej zdecydujemy się na klasyczne, chociaż housesitting nas bardzo kusi, nawet rozważaliśmy wielomiesięczny pobyt w Rzymie w ten sposób, ale okazuje się, że pokrycie kosztów jest czasem droższe niż zwykły wynajem mieszkania, bo do opieki dostaje się duży dom i często takie miejsca są daleko poza centrum, albo w ogóle daleko od dużych miast.

W każdym razie jesteśmy przygotowani na wszelkie ewentualności 😉

Przeczytaj podsumowanie pierwszej części naszej wyprawy rowerowej po Europie!

Natalia