Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Reklamy

20 najsmaczniejszych potraw czyli co dobrego jedliśmy w podróży?

co zjeść w europie

Jedną z ważniejszych rzeczy podczas podróży (ale nie tylko 😉 ) jest jedzenie 🙂 Uwielbiamy próbować nowych potraw, po pierwsze dlatego, że lubimy kulinarne eksperymenty a po drugie dlatego, że dzięki jedzeniu można choć trochę poczuć kulturę kraju, w którym właśnie przebywamy. A po trzecie, najważniejsze, czasem po prostu nie ma nic innego 😀

W każdym razie mamy dla Was listę pyszności, z którymi zetknęliśmy się podczas naszych wypraw. Warto wziąć ją sobie do serca i kiedy będziecie w miejscach, o których mowa poniżej, poszukać tych smaków (czasem i w Polsce można je spotkać, ale nie zawsze to to samo). Z reguły nie są to rzeczy drogie.

Jesteście najedzeni? Bo po przeczytaniu tej listy gwarantuję, że zacznie Wam burczeć w brzuchach! 🙂

  1. Greckie jogurty – to jest nasz hit numer jeden. Nigdzie nie dostaniecie takich jogurtów jak w Grecji, a to, co znacie pod tą nazwą w Polsce (lub gdziekolwiek poza Grecją) nie ma z nimi nic wspólnego. Niestety. Jogurty greckie w Grecji, te najlepsze, sprzedawane są w kamiennych miseczkach, owinięte folią spożywczą z małą naklejką firmy. W kamionce znajdziecie pokryty grubym kożuchem jogurt tak gęsty, że łyżka w nim stoi. Ale ten kożuch nie jest taki obleśny, jak ten, który zbiera się na przykład na mleku, to gruba, jogurtowa skórka, wcale nie obrzydzająca. Pyszna (a wierzcie mi, kożuch mleczny mnie wyjątkowo brzydzi). Smak jogurtu jest kremowo kwaskowy. Można go jeść saute, na słono i na słodko. W trasie często żywiliśmy się tymi jogurtami i kopertą z ciasta filo (albo może to było francuskie) z kremowym nadzieniem o smaku waniliowym (dostępną w każdym Lidlu). Jakie to było razem pyszne 🙂
    grecki jogurt
    Wygooglane, ale prawdziwe

    Więcej greckich pyszności w poście: Za co kochamy Grecję?

  2. Albańskie Fergese me gijze – hit numer dwa. Paprykowo – pomidorowa pasta z serem w stylu fety albo bardziej twarogu, cebulką i oliwkami. Sprzedawali ją w słoikach, z tego co czytałam, można było używać jej do mięsa, zapiekając je w tym sosie. Pyszności. Przepis na ten sos można znaleźć po polsku w Internecie i nie jest zbyt skomplikowany, mam w planach wykonanie 😉
  3. Włoska pizzanie mogło zabraknąć włoskiej pizzy w zestawieniu. Jak się okazuje są pizze włoskie na grubszym i cieńszym cieście (w Rzymie na cienkim), ale nigdy z tymi okropnymi ciastowymi brzegami (no, chyba, że całe są jednym wielkim nadzianym brzegiem, ale wtedy to nie pizza, to calzone (po włosku „skarpeta”). Trzeba uważać, aby nie dać się nabrać na lokal w którym podają pizzę rozmrażaną, albo kupując pizzę na kawałki – żeby nie dostać zimnego. Świeżutka włoska pizza jest soczysta od sosu pomidorowego, sera (konkretnie mozzarelli), który się po niej rozpływa i oliwy. Dobrą pizzerię poznaje się podobno po tym, jaką robi margheritę i bywa, że taka zwykła margherita to prawdziwe niebo w gębie 🙂

    pizza włoska margarita
    Pyszna margharita źródło: https://pixabay.com

Uwaga! Nie spodziewajmy się dostać sosu do pizzy (pomidorowego ani tym bardziej czosnkowego!). Nie prośmy też o niego – nie zrozumieją nas, a jeśli jednak, to popełnimy faux pas! No i dodajmy: przy włoskiej pizzy nie jest on do niczego potrzebny! 🙂

Przeczytaj również 16 ciekawostek o Rzymie!

  1. Chleb w Albanii, Grecji i we WłoszechJuż kiedyś wspominaliśmy, że w Albanii mają najlepszy chleb w Europie. Później się okazało, że w Grecji i we Włoszech też można znaleźć takie pieczywo, że człowiek ma ochotę sam zjeść kilo chleba 😉 Chrupiąca ale niezbyt twarda skórka i mięciutki, puszysty ale nie gąbkowaty środek, a kiedy jeszcze jest ciepły i pachnący…? Mniam!

    chleb we włoszech
    Może na zdjęciu nie wygląda najlepiej ale smakuje wspaniale
  2. Czewapcze (cevapcici) w Kosowie i Macedonii czyli podłużne kawałki mięsa grillowane i podane z grillowanym chlebem w rodzaju pity. Na pewno kojarzycie, takie zrobione w czewaptorii – mięsnym barze szybkiej obsługi, smakują naprawdę wybornie.
  3. Surówka z białej kapusty w Kosowie – taką surówkę jedliśmy tylko w Kosowie (jako dodatek do czewapczy), kilka lat temu i teraz. Próbujemy samodzielnie powtórzyć ten smak, ale nie do końca wychodzi. Kapusta ma swój naturalny kolor, chrupie i jest kwaskowa w smaku jakby z octem, tylko, że nam ocet zażółca kapustę a tam nie ma takiego efektu… Może ktoś z Was zna przepis? 😉 Więcej o Kosowie możesz dowiedzieć się z wpisu Kosowo, czy jest się czego bać?

    surówka po kosowsku
    Suróweczka, najważniejszy składnik dania
  4. Burki – burek na Bałkanach a w Albanii – byrek, to po prostu zapiekane ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym z serem. Może być podłużny lub okrągły. Niestety w wielu miejscach burki są gumowate i mają mało nadzienia. Ale kiedy już traficie na ten dobry, to będziecie chcieli jeść go cały czas 😉
  5. Fasola w pomidorach z ziemniakami w Grecji – robiliśmy zakupy w jakimś większym markecie w Grecji i to było jedyne danie gotowe, które mogliśmy kupić i od razu zjeść na ciepło. Nigdy nie sądziłam, że zielona fasolka z pomidorami to będzie dobre połączenie, ale okazało się genialne. Do tego cebulka, ziemniaki i oliwa. Proste, łatwe i pyszne.
  6. Tzatziki i tarama – przede wszystkim takie, które można kupić na wagę. Tyczy się to zwłaszcza tzatzików, bo wtedy są robione na prawdziwym, gęstym jogurcie. Co do taramy lub taramosalaty (właściwa nazwa) – jest to pasta dla wielbicieli rybno – kwaskowych smaków (nie zrażajcie się jej dziwnym różowym albo łososiowym kolorem). Jej głównym składnikiem jest kawior, ale nie bójcie się, nie kosztuje tyle co kawior. W Grecji można znaleźć 200 gramów taramy za jedno euro.

    tarama grecja
    Może nie wygląda zbyt apetycznie, ale za to jest pyszna
  7. Małe rybki smażone bardzo krótko na głębokim oleju – jedliśmy je w Grecji, konkretnie w rodzinnej knajpce w miasteczku Florina. Nigdy później nie udało nam się zjeść takich samych, ani w knajpie, ani w lepszej restauracji ani tym bardziej jak robiliśmy je sami, ale wspomnienie do którego wzdychamy pozostało.
  8. Pate di fegatto czyli pasztet wątróbkowy. Toskański mus z wątróbki, którego w Rzymie nie znajdziecie, niestety (szukaliśmy wszędzie!). Występuje za to w marketach w Kampanii – kupuje się go na wagę, nakładany wielką łyżką do plastikowego pojemniczka, na wierzchu zawsze zbiera się oliwa. Przepyszny, co tu dużo mówić. A przepis jest na tyle prosty, że udało nam się nieraz samodzielnie zrobić taki pasztet w domu i wychodził wyborny! 🙂
  9. Pesto z radicchio czyli czerwoną cykorią – koniecznie z dodatkiem słoniny (lub boczku), po włosku po prostu radicchio con speck. Inaczej będzie gorzkie. Pesto ma kolor różowy a w smaku jest wyraziste, lekko kwaskowe, czuć też ser, który jest w składzie. W sumie ciężko opisać smak, ale jest naprawdę pyszne 🙂 Najlepiej smakuje z włoskim makaronem z rodzaju pasta fresca.

Okej, dosyć tych obiadowych dań, przejdźmy do słodkości!

  1. Włoskie ciasteczka migdałowe – czyli amaretti, zwłaszcza morbidi – co znaczy miękkie. Niestety nie należą do najtańszych słodyczy, ani w Polsce ani we Włoszech, ale uwielbiam ich smak 😉

    amaretti
    Malutkie ciasteczka migdałowe, źródło: pixabay.com
  2. Włoska kawa – po pierwsze w sklepach (zwłaszcza dużych) mamy bardzo duży wybór kaw sypanych, w tym takich specjalnie do kawiarki. Kiedy już się opanuje sztukę parzenia kawy w tym urządzeniu (a wbrew pozorom to wcale nie jest takie łatwe) możemy delektować się naprawdę pysznym smakiem. Ale przede wszystkim należy wejść na kawę do włoskiej kawiarni, gdzie mają duży, stary ekspres, zamówić i rozkoszować się pysznym smakiem napoju. Ba, nawet kiedyś weszliśmy do McDonalds’a, bo mieli tam kawiarniane stoisko z olbrzymim ekspresem. I kawa była świetna.

    Cappucino włochy
    Kawa przy barze jest tańsza niż przy stoliku, pamiętajcie 😉
  3. Cannoli sycylijskie ciastko z kremem – Włosi mają bardzo smaczne słodycze, chociaż my chyba zostaniemy wierni profiterolkom i tiramisu, ale cannoli to popularne (zwłaszcza w Rzymie) ciastko z kremem. Ciasto przypomina w smaku i kruchości faworka, tylko nadziane jest dużą ilością bardzo smacznego kremu. Jedno ciastko kosztuje jedno euro, dosyć sporo, ale warto spróbować.

    cannoli ciastka włoskie
    Cannoli, źródło: http://www.foodnetwork, autor: Alex Guarnaschellicannoli
  4. Kołacz węgierski albo kurtosz albo Kürtöskalács albo trdelnik – tak naprawdę pochodzi ze Słowacji, a najbardziej popularne jest chyba w Rumunii (często przy szosach zobaczycie dymiące jak grill stoiska – tam można je prawie na pewno kupić). Od niedawna można je też spotkać w Polsce i całe szczęście, bo to kręcone ciasto jest pyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Ciasto kręci się na wałkach w piekarniku, po zdjęciu jest bardzo gorące i obłędnie pachnie. Paluchami odrywamy pasma jeszcze ciepłego ciasta i pałaszujemy nim zdąży wystygnąć 😉

    trdelnik
    Kołacz węgierski, źródło: pixabay.com, autor: fishinkaa
  5. Greckie ciasto pomarańczowe – czyli deser z ciasta filo, ciężki i wilgotny, niezbyt słodki, idealnie wyważony smak z nutą pomarańczy. Boski 🙂 Musicie spróbować będąc w Grecji, ale z przepisów, które znalazłam, wynika, że i samemu można łatwo zrobić 🙂
  6. Panettone – o nim już pisaliśmy. Włoski rodzaj babki bożonarodzeniowej z rodzynkami, skórką pomarańczy, czasami z migdałami. Idealne panettone jest mięciutkie i wilgotne. Próbowaliśmy wyrobów kilku firm i najlepsze (a niedrogie!) było od Balocco, pamiętajcie w razie czego 😉

    włoska babka bożonarodzeniowa
    Panettone z rodzynkami i skórką pomarańczy
  7. Owoce z drzewa – towar sezonowy, ale jasne jest, że jak widzicie na drzewie dojrzałe owoce to musicie ich spróbować 🙂 Nam jak do tej pory udało się zjeść świeżo zerwane figi (pyszne!), granaty, pomarańcze, mandarynki, cytryny, czereśnie, grejpfruta, banany (na Cyprze), winogrona, migdały, daktyle, sharony, no i jabłka (ale na południe od Toskanii raczej niedobre, chyba że rosną na znacznej wysokości nad poziomem morza, np. w Macedonii były smaczne, ale tam było prawie 1000 m npm :). Widzieliśmy też pola arbuzów i plantacje kiwi. No i oliwki, ale tych nie polecamy prosto z drzewa 😉

    oliwki grecja
    Oliwki prosto z drzewa
  8. Gofry z lodami i bitą śmietaną – tego się nie spodziewaliście, co? 😀 Nigdzie gofry z lodami i bitą śmietaną nie smakują tak, jak nad polskim morzem (i nigdzie nie są takie drogie 😀 )!

    gofry nad morzem
    Gofry nad Morzem Bałtyckim

No i na koniec dwa rozczarowania.

Włoskie (zwłaszcza sycylijskie, ale w Rzymie bardzo popularne) przekąski:  suppli i arancini. To kulki ryżowe obtoczone w cieście. Suppli mają nadzienie z mozzarelli a arancini z mięska i oliwki. Oba niezłe ale bez szału, niestety.

Kebab turecki. Co prawda nie jedliśmy ich w Turcji tylko po tureckiej stronie Cypru i Sarajewa, ale za każdym razem rozczarowywał smakiem – mięso przesmażone i suche, mało warzyw, zbyt ostry lub zbyt mdły sos. Wiecie gdzie był najlepszy? W Warszawie pod Dworcem Centralnym! 🙂

No, ale mam nadzieję, że teraz już wiecie na co zwrócić szczególną uwagę podczas własnych wyjazdów 😉

Natalia

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).
Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak
  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.
Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko
  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )
Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum
  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.
Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera
  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )
Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu
  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂
wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże
  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.
Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy
  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉
Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja
  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).
    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum
  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653
Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Kosowo, czy jest się czego bać?

Kosowo podróż

Może najpierw kilka słów wstępu. Co Wam się kojarzy, gdy myślicie o Kosowie? Bo mnie, mimo, że jestem tu drugi raz, na myśl nasuwają się obrazy wojny i konfliktu oraz bieda.  Czy rzeczywiście tak jest?

Kosowo jest najmłodszym państwem w Europie, chociaż nie wszystkie kraje uznają jego niepodległość, ogłoszoną w 2008 roku. Stacjonują tu wciąż oddziały NATO, utrzymując delikatną równowagę pomiędzy państwami bałkańskimi. Żołnierze jeżdżą po ulicach w wojskowych i rządowych SUVach. Często można ich spotkać na drogach, w sklepach i knajpach.

Na murach znajdziemy napisy NATO go home. Podobno ludzie mają już dosyć tego, że wszystko dzieje się poza nimi, że nie mają na nic wpływu. To powoduje ich frustrację, a dodatkowo ostatnio Serbia podobno ostrzy sobie zęby na północne rejony kraju i myśli je zaanektować. Wszystko to sprawia, że atmosfera jest napięta i może się to źle skończyć. Jednak my nie odczuwaliśmy niczego takiego. Wręcz przeciwnie, było zaskakująco spokojnie i sympatycznie.

Kosowo, serbskie flagi
Północ Kosowa, droga z granicy w stronę Mitrowicy

Sam kraj jest bardzo podzielony. Przy granicy, już po kosowskiej stronie, napotkaliśmy dużą grupę uzbrojonych po zęby policjantów i pograniczników, natomiast północ Kosowa jest wciąż zdecydowanie serbska. Pierwsze, co widzimy, to wszechobecne flagi Serbii, powiewające na latarniach, na domach, namalowane na skale, na bilbordzie. Ale im bardziej wjeżdżamy w głąb kraju, tym flag serbskich jest mniej, aż znikają zupełnie po to, by zrobić miejsce albańskim. Flagi Kosowa pojawiają się tylko gdzieniegdzie. Na ulicach usłyszmy tylko język albański, ale co ciekawe prawie wszyscy mówią dobrze (albo przynajmniej nieźle) po angielsku (poza naszą gospodynią i gościem od którego kupowaliśmy obiad :P).

Wydaj się, że Kosowo chętnie przyłączyłoby się po prostu do Albanii, ale tego prawdopodobnie Serbia już by nie zniosła i rozpętałaby się kolejna wojna..

Serbowie nie chcą wpuszczać na teren kraju, gdy wjeżdżamy do niego z Kosowa. Nas to nigdy nie spotkało, ale samego M. już tak. Radą jest wjazd z państwa trzeciego, lub wyjazd z Kosowa na dowód – podobno można, ale nie próbowaliśmy. Do Kosowa poprzednim razem dostaliśmy się z Czarnogóry (na dziko 😉 przez zamknięte przejście na przełęczy Czakor, trochę się zdziwili na granicy kosowsko – macedońskiej, że nie mamy pieczątek wjazdu 😉 )

Kosowo, jak tam jest?
Kosowo, na horyzoncie góry przy granicy z Macedonią

Kosowska Prisztina

Miasteczka i wsie Kosowa są bardzo brzydkie i zaśmiecone, natomiast miasta przypominają stylem europejskie. Zwłaszcza Prisztina, która nas miło zaskoczyła, chociaż jednocześnie jest dość brzydka i  przypomina trochę duże blokowisko. Na ulicach jeden wielki korek, chaos i harmider, ale kierowcy przepuszczali nas i raczej nie próbowali rozjeżdżać. Widać, że miasto rozwija się bardzo prężnie i sprawia wrażenie całkiem przyjemnego do mieszkania.

Warto przy okazji zauważyć, że w Kosowie zarówno kobiety jak i mężczyźni są bardzo ładni  i gustownie ubrani oraz pachnący. Tak, za ludźmi unosi się tu prawie zawsze przyjemny zapach perfum lub płynu do płukania tkanin 😉

Kosowo na rowerze, widok na Prisztinę
Prisztina, główny deptak (ten czerwony dywan to tylko chwilowe 😉 )
Kosowo, budynek biblioteki narodowej w Prisztinie
Budynek biblioteki narodowej, chyba najbrzydsza budowla na świecie

Kosowskie jedzenie

Jedzenie w Kosowie jest najlepsze na całych Bałkanach. Przynajmniej jak dotychczas. Prisztina pełna jest knajp, a zwłaszcza „czewaptorów” (qebatore), jak sobie je zwykliśmy nazywać 😉 takich barów szybkiej obsługi – smażalni mięsa, gdzie można zamówić różnego rodzaju mięso, w różnej postaci (czevapci, pljeskawice, wołowe szaszłyki, zawijane z serem czevapci itp.) z surówką lub grillowaną papryką i pieczywem (najczęściej w okrągłym chlebku w rodzaju pity). Do tego ayran (słony jogurt z domieszką wody). Pysznie i tanio.

Sklepy

W sklepach po pierwsze płacimy w euro. Po drugie jest tu spory wybór. Podobnie jak w Bośni. Po trzecie jest czarna herbata 😀

Ceny są trochę wyższe niż w Serbii i Bośni ale nadal niższe niż w Chorwacji (czy gdzieś jest drożej niż w Chorwacji? :P)

Prisztina, Kosowo rowerem
Prisztina, główny deptak

Przygody….

Opuszczając Serbię (tu przeczytasz jak tam było) jeszcze się łudziliśmy, że może dzień będzie do przyjęcia, chmury się trochę przecierały, nawet nieśmiało wychodziło słońce. Jednak pod koniec dnia, 30/40 kilometrów przed końcem, rozpadał się  deszcz… dojechaliśmy więc mokrzy i  zmarznięci (deszcz padał jeszcze długo w nocy) a do tego brudni. Totalnie zabłoceni i zapiaszczeni, bo pobocza w Kosowie są pełne piachu, ziemi, błota. Nie chcecie wiedzieć jak wyglądały nasze rowery po tym dniu…

W międzyczasie, zadowoleni, wysłaliśmy smsa do naszej gospodyni, o której godzinie będziemy na miejscu. Ale kiedy już dotarliśmy okazało się, że w domu nikogo nie ma… na szczęście pod klatką było otwarte WiFi (tu wszędzie są otwarte sieci :P). M. sprawdził z nudów pocztę a tam czekała na nas wiadomość, żeby się kontaktować pod innym numerem telefonu niż ten podany na booking.com. Skontaktowaliśmy się, poganiając biedną właścicielkę i wściekając się na siebie, że wybraliśmy sobie na jeden wieczór mieszkanie zamiast jakiegoś motelu, gdzie zawsze na recepcji ktoś jest.

W końcu jednak dostaliśmy się do domu i M. wyszedł po jedzenie. Niestety, kiedy dotarł do knajpy, którą sobie upatrzył, okazało się, że właśnie ją zamykają. Musieliśmy więc zadowolić się czymś w rodzaju fast fooda czynnego do północy. Problem jednak tkwił w tym, że obsługa nie znała za dobrze angielskiego i nie zrozumiała, że ma dać frytki z pljeskawicą i surówką z białej kapusty. Zrozumiała, że ma dać frytki z pljeskawicą w hamburgerowej bule tylko z surówką (bez innych warzyw, jak to bywa w hamburgerze). Odrobiną surówki… byliśmy głodni, dawno nie jedliśmy nic naprawdę dobrego, a na tę pyszną kosowską surówkę mieliśmy od dawna ochotę… cóż za rozczarowanie…

W każdym razie odbiliśmy to sobie z nawiązką następnego dnia zamawiając w świetnej czewaptorii różnego rodzaju mięska  z dużą ilością pysznej surówki i z okrągłym chlebkiem typu pita. Bo następnego dnia zostaliśmy w Prisztinie. Plan był taki, aby dotrzeć do Skopje, ale bardzo złe prognozy i fatalne nastroje sprawiły, że stwierdziliśmy, iż zostajemy. Mieszkanie fajne, jedzenie tanie. Naładowaliśmy więc baterie przed drogą do Macedonii.

Kosowo, podróż przez Bałkany
kosowska stacja kolejowa 😀

Wyjazd z Kosowa

Do Skopje mieliśmy 120 kilometrów drogi, zebraliśmy się więc wcześnie i ruszyliśmy. Po drodze uciekając kilka razy przed wyprzedzającymi na czołówkę wariatami. To stało się na Bałkanach taką normą, że nawet specjalnie nas to nie oburza (no chyba, że jest wyjątkowy ruch i mało miejsca a oni suną prosto na nas). Zresztą kierowcy, którzy wyprzedzają pokazują nam kciuki uniesione w górę, albo dłoń w przepraszającym geście. Wszystko pod kontrolą, tylko my pukamy się w głowę patrząc na nich 😉 Tak jak ci wariaci, tak ich nagminne trąbienie na wszystko i na wszystkich przestaje nas powoli ruszać. Robimy się odporni na tutejszą kulturę 😉

W każdym razie w drodze do Skopje (znów 40 kilometrów przed końcem) złapał nas nikt inny, jak deszcz. A bardzo szkoda, bo okolica przed granicą macedońską piękna. Jedzie się potężnym kanionem, a w dodatku na jego stokach budowała się autostrada, więc widoki budziły zachwyt i podziw. Ale ciężko było się nimi cieszyć, bo ruch był duży, deszcz padał, a i również tu ulice Kosowa są pokryte ciągłym piachem (nie wiedzieć czemu, zjawisko na taką skalę spotykane tylko w tym kraju w Europie…), który zamienia się w płynne błoto, chlapiąc spod naszych kół i spod kół aut. Zwłaszcza tirowych, które nas wyprzedzają…

Kosowo, podróż przez Bałkany rowerem
Widok na budowę autostrady przed granicą macedońską

Tuż przed wjazdem do Macedonii pozwoliliśmy sobie jeszcze na pożegnalne czewapci w bułce z pysznymi surówkami w cenie 1 euro za porcję i najedzeni ruszyliśmy do Skopje. Nie przewidzieliśmy tylko, że po spędzeniu kilku chwil w ciepłej knajpce przemarzniemy na zewnątrz. Do miasta było głównie w dół, deszcz nie ustawał, a temperatura utrzymywała się w okolicach 13 stopni. Musieliśmy wyglądać jak kupki nieszczęścia, bo uradowaliśmy naszym wyglądem pograniczników 😛

Kosowo podróż rowerem
Jakimś cudem humory nam dopisywały, mimo pogody

Przemoczeni dotarliśmy jednak do Skopje, którego przedmieścia wyglądają, jak po trzęsieniu ziemi 😛 Ale o Macedonii w następnym wpisie, który znajdziesz pod tym linkiem! 🙂

Natalia

P.s obrazek tytułowy z głównej strony zrobiony został 5 lat temu, kiedy jeszcze świeciło słońce 😛