10 rzeczy, których nam brakowało w podróży

Powrót do domu z wyprawy albo z urlopu to nie tylko powrót do codzienności ale też powrót do tego co znamy i lubimy. A powrót z rocznej podróży jeszcze bardziej nam uzmysłowił czego nam brakowało podczas miesięcy poza domem. Ciekawe, czy będziecie zaskoczeni 😉

1. Polskie jedzenie. Trzeba przyznać, że jedzenie w Polsce jest bardzo smaczne i jest w czym wybierać. I wcale nie chodzi o chleb, który w wielu krajach jest nawet lepszy (Albania, Italia!) ale:

a. Duży wybór warzyw w dobrych cenach, nawet jeśli Wasz wzrok w sklepie pada najczęściej na ogórki, pomidory, paprykę i cebulkę to przecież możemy też wrzucić do koszyka pataty, kapustę pak choy, kapustę pekińską, szalotkę, imbir, trawę cytrynową…, a w wielu krajach warzyw z innych stron świata po prostu nie ma a i wybór tych „pospolitych” bywa marny. Z kolei w innych wybór jest porównywalny (Niemcy, Skandynawia) lub nawet większy (Włochy, Francja), ale ceny potrafią przyprawić o ból głowy (Norwegia!).

Zobacz wpis co jedliśmy w Norwegii i jak sobie radziliśmy z cenami.

b. Wędliny, pasztety, kiełbaski. Wędzone, suszone, gotowane, surowe, na pewno każdy ma swojego ulubieńca bo w Polsce ich wybór jest bardzo duży. Nawet jeśli przechodząc po alejkach nie wiemy co wybrać, bo wydaje nam się, że nic nie ma 😉
Lepiej pod tym względem jest chyba tylko we Francji, a w Niemczech porównywalnie.
W innych krajach wybór tego typu produktów jest przeważnie bardzo niewielki a takich rzeczy jak pasztety, kabanosy czy kaszanka po prostu nie ma.

jedzenie w podróży
Szwedzki kawior, włoskie ciastka, holenderskie sery i przerwa na śniadanie w drodze

2. Napoje. Już gdzieś pisaliśmy, że był to permanentny problem podczas wyprawy. W Polsce wybór napojów jest olbrzymi, od gazowanych do soków i nektarów. A w wielu krajach poza gazowanymi napojami typu Coca-cola, Fanta czy Schwepps możliwości można policzyć na palcach jednej ręki. Żeby chociaż był jeden dobry smak, to już będzie sukces.

3. Komfort. To rzecz, której brakuje tak samo bardzo jak dobrego jedzenia. Czasem się trafi fajna kwatera, ale i tak się tęskni do własnego łóżka, do własnej kuchni z dużą lodówką w której można trzymać duże zakupy, nie zaś tylko tyle, ile zjemy w podczas pobytu w domu przez najbliższy dzień czy dwa. Do dużej szafy z ciuchami na każdy dzień tygodnia 😉 i pralki dostępnej w każdej chwili. No i w ogóle do wygody.

Przeczytaj więcej o wadach podróżowania.

4. Rodzina i znajomi. No co tu dużo mówić, dla mnie ważne jednak jest, żeby się z kimś spotkać i nie chcę, żeby to był ktoś, kto po raz kolejny zada pytanie, które zadaje każdy inny „skąd jesteście? dokąd jedziecie?”, tylko ktoś, kto wie trochę więcej o mnie 😉

5. Język. O ile nauka obcego języka może być ciekawa i być fajnym wyzwaniem, o tyle brak możliwości pogadania sobie po polsku, w języku który znam, bez konieczności zastanawiania się jak coś powiedzieć, brak możliwości używania języka swobodnie i rozumienia różnych językowych niuansów i gier językowych (np. w telewizji) był dla mnie bardzo ciężki, zwłaszcza we Włoszech, gdzie mieszkaliśmy, ale wcale nie byliśmy mieszkańcami, tylko nadal turystami.

wyprawa po europie
Ostatecznie znamy kilka zwrotów w różnych językach

6. Kultura. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale zamieszkanie w obcym kraju może być trudne. Czasem może być ciężko zrozumieć zachowania innych albo po prostu się z nimi pogodzić. Jak na przykład sztywne trzymanie się reguł w krajach północnych lub właśnie zbytnie wyluzowanie na południu. A mówimy tu o Europie, co dopiero jakieś inne kręgi kulturowe. Mimo, że w Polsce też nie jest idealnie, to przynajmniej nie czujemy się tu „obcy”.

7. Zakupy. No tak, jako kobieta muszę wrzucić ten punkt. Spacery po marketach w innych krajach zawsze wzbudzają w nas dreszczyk emocji, no bo w każdym kraju można znaleźć perełkę, której w Polsce nie będzie (np. albańskie fergese me gjize – pomidorowo twarogowy sos), ale w sakwach mieliśmy ograniczoną ilość miejsca na zakupy (poza tym trzeba było to wieźć o własnych siłach). A o zakupach odzieżowych czy innych tego typu sklepach można zapomnieć. Nie ma ani czasu ani miejsca na łupy z takich przybytków. Szczęście w nieszczęściu, że poza Niemcami właściwie na naszej trasie nie było typowych drogerii jak Rossman. Raczej butiki w stylu Sephory z wysokimi cenami lub niewielkie stoiska w sklepach odzieżowych.

bagaż rowerowy
Jak tu iść na zakupy, skoro trzeba tyle wieźć

8. Kosmetyki. To raczej tylko moja bolączka nie M. 😉 Może to dobrze, że nie było drogerii, bo i tak nie było by gdzie wozić tych kosmetyków. W każdym razie brakowało mi jednak pachnących żelów pod prysznic, peelingów, odżywek do włosów, tuszowania rzęs, lakierów do paznokci, kremów i wszystkich innych babskich kosmetyków ;). Lubię je stosować i trochę tęskniłam za nimi podczas wyprawy.

9. Ciuchy. Ileż można chodzić w tym samym, nawet M. miał trochę dość 😉 A do tego zabraliśmy zbyt mało kolorowych ubrań, tych nierowerowych, i przygnębiało nas to, że jesteśmy ubrani głównie w odcienie szarości. Mnie trochę ratowała niebieska kurtka i niebieskie buty ale i tak byliśmy szarymi eminencjami 😉

wyprawa odzież
Tak się nosiliśmy, gdy nie jeździliśmy 😉

10. Drugi komputer. Mieliśmy ze sobą małego laptopa i tablet na androidzie, ale czasem brakowało dwóch urządzeń z systemem Windows.

To oczywiście nie są duże niedogodności (może poza jedzeniem i piciem) a sprawiają, że powrót do tych punktów osładza pewną nostalgię związaną z powrotem  🙂

Czy czytałeś już wpis o zaletach podróży? 

Natalia

Reklamy

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Norwegia rowerem w jeden miesiąc. I trochę samochodem.

W Norwegii spędziliśmy miesiąc i pięć dni. Lipcowa część podróży przez ten kraj minęła nam przy przepięknej pogodzie, dzięki czemu mogliśmy się bez przeszkód zachwycać wspaniałą przyrodą. A było na co patrzeć! 🙂

Początek. Oslo i rozeznanie w sieciach handlowych.

Początek pobytu spędziliśmy w Oslo, mieszkając w bardzo przyjemnym mieszkaniu, przystosowanym ze starego sklepu z produktami mlecznymi. Na samo miasto poświęciliśmy raptem jedno popołudnie i to dość krótkie, bo akurat zbierało się na potężną burzę. Ale Oslo i tak nie podbiło naszych serc, więc niczego nie żałowaliśmy mimo, iż w pośpiechu wracaliśmy do domu.

Oslo zwiedzanie
Zwiedzanie Oslo

Poza samym odpoczynkiem w mieszkaniu, pobyt w Oslo miał jeszcze tę zaletę, że mogliśmy zapoznać się z sieciami norweskich sklepów i dokładnie obejrzeć asortyment każdego z nich oraz ceny.

Norwegia czerenie.jpg
Czereśnie ze stoliczka przy drodze. 25 złotych za paczuszkę.

Mimo to, początkowo, każdy pobyt w markecie przyprawiał nas o ostry ból głowy i trwał sporo czasu, bo nie łatwo było wybrać coś do jedzenia w akceptowalnej cenie. Ostatecznie jednak, kiedy już wiedzieliśmy czego gdzie się spodziewać (w całym kraju asortyment jest taki sam i w każdym sklepie, każdej sieci, prawie jednakowy), byliśmy w stanie dość szybko zebrać koszyk zakupów (i zapłacić 200 koron za kilka „najtańszych” rzeczy :P).

A dzięki temu, że kuchnia jest w zasadzie standardem na norweskich kempingach, to mogliśmy przygotowywać sobie prawdziwe posiłki, co sprawiło, że nasze jedzenie było w Norwegii paradoksalnie najlepsze.

Steki (!), pieczeń w sosie, ziemniaczki, czasem frytki, pizza z piekarnika. To wszystko było w naszym zasięgu, nie dość, że cenowym (jakimś cudem fajnie przyprawione mięso było o połowę tańsze od surowego) to i technicznym.

Tylko problem był z warzywami, świeże są koszmarnie drogie. Podsmażaliśmy lub piekliśmy w piekarniku te mrożone albo puszkowane, czasem kupowaliśmy mieszankę surówkową kapusty z marchewką i sosem coleslaw. I było wszystko bardzo smaczne! 🙂

Przeczytaj o jedzeniu w Norwegii.

Dalej na zachód.

Zachodnia Norwegia bardzo nam się podobała, zwłaszcza malownicze płaskowyże (na które niestety trzeba było wjechać w pocie czoła). Widoki islandzkie (na tyle, na ile sobie Islandię wyobrażamy), trochę księżycowe. Wszystkie odcienie zieleni, jeziora, wysepki, skały, skałki i góry, szumiące strumienie i huczące wodospady. Przepięknie, co tu dużo mówić.

norwegia podróż rowerem
Norweska przyroda
norwegia piękne miejsca 2.jpg
U dołu widok na fiord z 600 metrów n.p.m

Samochód po raz pierwszy.

Dotarłszy na kemping w Oddzie (który był zresztą bardzo zatłoczony i jednocześnie nieprzystosowany do takiej ilości ludzi), wypożyczyliśmy po raz pierwszy w Norwegii samochód, po to, aby pojechać do oddalonego o ponad 200 kilometrów Lysebotn, gdzie M. miał robić BIGa.

Auto wypożyczone zostało w trochę dziwny sposób, bez żadnej umowy, tanio (400 NOK za dzień), nawet nie płaciliśmy w momencie wypożyczenia, tylko dopiero przy oddawaniu. Nawet się zastanawialiśmy, czy samochód nie jest jakiś „lewy”, ale wszystko było w porządku i podczas jazdy i po oddaniu.

Jazda autem do Lysebotn była dobrym ruchem, chociaż część drogi prowadziła górską, bardzo wąską szosą (i bardzo pagórkowatą), na której nie mieściły się dwa auta obok siebie (co gorsza jeździły nią ciężarówki!). Jednak płaskowyż, jaki tam zobaczyliśmy, był jednym z najpiękniejszych na całej wyprawie. Rowerem byśmy się tam nie wybrali, bo było zupełnie nie po drodze donikąd, a jeszcze musielibyśmy pokonywać straszliwe pagórki.

Norwegia droga na lysebotn
Droga na Lysebotn

Z Oddy wyjechaliśmy, nie zaliczając słynnej Trolltungi. Być może był to błąd, ale stwierdziliśmy, że widoki jeszcze będą, a nie mamy ochoty zostawać na tym kempingu, w którym trzeba było stoczyć walkę nawet o miejsce do zmywania naczyń.

Po Oddzie wjechaliśmy w krainę fiordów, która codziennie sprawiała, że z zachwytu zapierało nam dech w piersiach 🙂

Fiordy jadły nam z ręki!

Ze znanych atrakcji, które były na naszej trasie, ominęliśmy też słynną w rowerowym świecie drogę Rallarvegen. Holendrzy na rowerach, którzy jak wiadomo, jeżdżą tylko ścieżkami rowerowymi (tu przeczytasz o podróży rowerami przez Holandię) nie mogli w to uwierzyć. Woleliśmy wybrać asfalt niż wspaniałą, wielką, terenową drogę rowerową? I jeszcze na koniec nie zjechać sobie z obładowanymi sakwami, karkołomnym, terenowym, ostrym zjazdem? Ano takie z nas dziwaki 😉

Nasza szosa szła po przeciwnej stronie grani, widoki na niej były niesamowite – raczej nie gorsze, do tego zjazd obfitował w wiele tuneli (łącznie może i nawet ze 20 kilometrów!). Szczęśliwie była niedziela, więc ruch samochodowy był niewielki, więc te tunele były doświadczeniem ciekawym a nie traumatycznym 😉 Do tego część z nich można było objechać starą drogą, która była tylko dla nas 🙂

Norwegia rowerem
Norwegia dzień tunelowy

W tunelach było ciemno i bardzo zimno (10 stopni! Na zewnątrz około 20).

I lodowce też.

W kolejnych dniach wjechaliśmy też w krainę lodowców, które robią niewiarygodne wrażenie, zwłaszcza, gdy błyszczą na błękitno w słońcu. Aczkolwiek słońca było coraz mniej.

Pod koniec lipca pogoda zaczęła się psuć, coraz częściej padało nocami, nad ranem albo nawet, niestety, w ciągu dnia. Temperatury zaczęły odczuwalnie spadać. Wieczorami ciężko było wytrzymać na zewnątrz. Czasami na kempingach były ciepłe świetlice lub jadalnie, generalnie miejsca do siedzenia, które nas ratowały 😉

norwegia śnieg i lodowce
Norweskie lodowce

Niestety im pogoda była gorsza tym i samopoczucie coraz słabsze, zwłaszcza, że zmęczenie się powiększało. Dlatego taka kempingowa jadalnia, chociaż dobrze, że w ogóle była, to nie dostarczała odpowiedniego komfortu, bo cały czas ktoś się po niej kręcił, co było zrozumiałe, ale męczące.

A na jednym z kempingów (szczęście w nieszczęściu, że pod koniec trasy) M. poślizgnął się pod prysznicem i tak niefortunnie upadł, że myśleliśmy, że co najmniej stłukł sobie żebra, o ile nie pękły albo nie złamały się. Ból utrzymuje się do teraz (dwa tygodnie po upadku) ale wyraźnie słabnie, więc chyba jednak nie stało się nic poważnego, co najwyżej wspomniane stłuczenie.

Upadek któregoś z nas był w sumie tylko kwestią czasu, bo to nie pierwszy raz, kiedy podłoga prysznica na kempingu jest gładka jak szkło, a polana wodą robi się szalenie śliska. Każde z nas wielokrotnie się ślizgało, uderzając się to kostką, to nadwyrężając jakieś ścięgno przy próbie łapania równowagi, aż w końcu niestety, doszło do upadku. Szczęśliwie raczej niegroźnego.

Z feralnego kempingu spakowaliśmy się po porannym deszczu i ruszyliśmy dalej, żeby znaleźć się w lepszym miejscu (pod dachem i w okolicy sklepów), bo prognozy zapowiadały gwałtowne pogorszenie się pogody.

Przyszła jesień.

I w taki sposób pierwsze trzy dni sierpnia spędziliśmy w hostelu (który w czasie roku szkolnego jest internatem) w miejscowości Forde, bo od rana do wieczora cały czas padało. Ja byłam zupełnie załamana, bo pogoda już od jakiegoś czasu się psuła, ale teraz prognozy były fatalne  a ja byłam dodatkowo strasznie zmęczona i miałam serdecznie dość wszystkiego.

Szczęśliwie Forde było większym miastem i nie dość, że w pobliżu kwatery mieliśmy duże markety, dzięki czemu mogliśmy się zaopatrzyć na czas uziemienia, to jeszcze oferowało wypożyczalnię samochodów.

Ze względów pogodowych i zmęczeniowych postanowiliśmy pożyczyć auto. O tym, czy był to dobry pomysł przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

Samochód po raz drugi.

Samochodem, w kilka dni, pokonaliśmy trasę, którą przy sprzyjających warunkach robilibyśmy co najmniej trzy tygodnie (plus dni odpoczynku), i pojechaliśmy jeszcze dalej.

Norwegia żegnała nas pogodą w kratkę, czasem trochę lepszą a czasem znacznie, znacznie gorszą, bardzo zimnymi ale i długimi wieczorami (słońce zachodziło po 22), oraz, oczywiście boskimi widokami.

Norwegia droga trolli
Norwegia, u góry Droga Trolli, na dole widok na Geiranger

Fiord Geiranger (chyba najpiękniejszy na świecie), słynna droga Drabina Trolli, lodowiec Briksdalbreen, niezwykła Droga Atlantycka a na koniec koło polarne i wiry na morzu w Saltstrummen, które wyglądają, jakby to rzeka płynęła pod górę.

norwegia droga atlantycka
Droga Atlantycka

Ale po Drodze Atlantyckiej Norwegia przestała być już tak oszałamiająca, kierowaliśmy się w stronę Szwecji (po bigi i Lidla :P), widoki nadal były niesamowite, ale już nie tak bardzo. Były za to setki kilometrów pustkowia. Tylko lasy. Czasem pojedynczy domek. Atrakcję wtedy stanowiły renifery 🙂 Trochę się zdziwiliśmy, kiedy po raz pierwszy wyszły nam przed auto. Potem mieliśmy już oczy dookoła głowy – i słusznie, bo pojawiały się często i bezstresowo przechadzały się przez drogę.

renifery w szwecji
Renifery

Na jednym z takich pustkowi, podczas bardzo brzydkiego dnia, przed kempingowaniem uratowało nas schronisko (inaczej musieli byśmy jeszcze jechać kawał, a był już wieczór i przed nami tylko kamping), które stało na zupełnym odludziu, 800 metrów n.p.m. Jakiś cud, że tam było i że byli właściciele 😉 którzy zresztą okazali się przesympatyczni.

Wspaniałe widoki pojawiły się znowu w okolicach Bodo. Znowu morze i góry, skały wystające z wody, tworzyły przepiękne krajobrazy. A do tego niezwykłe wiry morskie 🙂

wiry morskie norwegia
Koło polarne i wiry morskie

Pożegnanie Norwegii

Generalnie oficjalnie uznajemy Norwegię za najpiękniejszy kraj w jakim byliśmy, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że jest to najpiękniejszy kraj na świecie 🙂

norwegia rowerem
Norweskie płaskowyże

 

norwegia rowerem
Norwegia, widoki

Naszą trasę po Norwegii skończyliśmy 15 sierpnia. Jeśli chodzi o pogodę to raczej był to dobry termin na koniec podróży po Skandynawii. Było już po prostu zimno, nawet jeśli czasem chmury się rozwiały i słońce grzało to wieczory były nieprzyjemnie chłodne. Często też padało. Trzy ostatnie noce decydowaliśmy się na spanie pod dachem (ostatnia była podyktowana koniecznością spania blisko lotniska i tym, że trzeba było zdążyć na 7 rano na samolot) właśnie ze względu na kiepskie warunki pogodowe. Ja wiem, że są tacy, którym nie straszny deszcz, wiatr i ziąb, no ale my (a zwłaszcza N.) do takich nie należymy 😛

Powrót do domu

Norwegia
Norwegia, droga na płaskowyżu

 

Dzięki temu, że mieliśmy samochód, mogliśmy już dzień przed lotem spakować rowery i sakwy tak, aby były gotowe do przygotowane jako bagaż samolotowy. Okazało się jednak, że przeceniliśmy ich wymiary.

Z reguły na wyprawy zabieraliśmy mniejszy zestaw i teraz nie pasował on do siebie gabarytowo (w torbę z Ikei wkładaliśmy dwie duże sakwy a w drugą dwie małe i wór, który też zawsze był mniejszy). No ale jakoś ścisnęliśmy jedno z drugim i… okazało się, że waży za dużo. Niewiele, bo o 1,5 kg, no ale jednak. Szybkie rozbebeszanie bagażu (nie tak znowu szybkie, bo trzeba było rozwiązać supeł tworzący paczkę) i musieliśmy pozbyć się soku, którego nie wypiliśmy a który w związku z tym chcieliśmy zabrać.

Potem okazało się.. że przy punkcie odprawy nie ma nikogo! A pani z punktu obok stwierdziła, że skoro lot już za godzinę i nikogo nie ma, to pewnie odprawa się skończyła… Nieźle się zestresowaliśmy, ale chwilę później jednak pani przyszła (wcześniej siedziała sobie w biurze i odsyłała wszystkich do maszyn).

Kolejne, jeszcze dłuższe oczekiwanie, aż będziemy mogli nadać rowery  (rowery przeważnie odprawiane są osobno, w miejscu przeznaczonym dla bagażu specjalnego/ wielkogabarytowego, musimy więc zawsze czekać najpierw na odprawę bagażu, potem sprzętu) i już. Możemy pędzić do bramek bezpieczeństwa.

Tu trzeba było wyciągnąć cały sprzęt elektroniczny do przeskanowania. Wyciąganie go z małych sakw, które bierzemy jako bagaż podręczny kończy się prawie zawsze wyciągnięciem wszystkiego innego.. . więc kolejna nerwówka.

Oczekiwanie na samolot poszło na szczęście bez większych problemów, ale już sam samolot odleciał chwilę później niż miał, bo czekaliśmy, aż znajdą czyjś bagaż 😉 I tu też mały stresik, bo przecież mamy przesiadkę, jak tak będziemy czekać za długo i nie zdążymy na nią, to ciekawe co wtedy… ale zdążyliśmy.

Do Oslo dolecieliśmy planowo. Tutaj przesiedliśmy się w samolot do Krakowa i w Polsce już na spokojnie złożyliśmy rowery i ruszyliśmy na pociąg do Łodzi. Po drodze jeszcze wstępując do Carrefoura, gdzie ceny były tanie jak barszcz (w sklepie na Rynku, w sercu starego miasta! 😉 ) po dobre picie i do budki tureckiej po kebaba 😛

A w Łodzi poszło jak z płatka. W domu byliśmy koło 19 🙂 trochę się pokrzątaliśmy i padliśmy jak zabici ciesząc się, że wreszcie jesteśmy w wytęsknionym domku 🙂

Ciąg dalszy podsumowań nastąpi 😉

Natalia i M.

Norweskie ciekawostki czyli co jeszcze zaobserwowaliśmy

Norwegia trolle

Macie już wyrobione zdanie o Norwegii po przeczytaniu pierwszej części norweskich ciekawostek? Myślicie, że Norwegia to kraj mlekiem, miodem i śniegiem płynący? W tym wpisie dorzucamy Wam garść nowych faktów, które były naszą rzeczywistością przez jakiś miesiąc. Przekonajcie się, czego jeszcze nie wiecie 🙂

Ekologia? Owszem. Ale chyba nie do końca.

Prawie wszystkie warzywa pakowane są w pojedyncze torebki plastikowe. Papryka czy korzeń pietruszki, albo seler. Każde jest w osobnej zgrzewanej foliówce. Niby takie eko podejście do wszystkiego a z drugiej strony mnożenie śmieci. I wcale nie chodzi o to, żeby te produkty były czyste, bo powiedzmy paprykę je się na surowo (może selera w Norwegii też 😉 ), ale jabłka przecież też. A jabłka już nie są foliowane. Dziwne.

Torebki foliowe są za darmo. Będąc w poprzednich krajach mieliśmy takie poczucie, że torebki foliowe są cenne, bo w Skandynawii nie będzie tak łatwo je pozyskać. Bo przecież tu jest EKO. Już we Włoszech stały się płatne (zresztą w Polsce też). Okazuje się jednak, że w każdym jednym sklepie torebek foliowych, zwłaszcza takich na warzywa, jest pełno i są całkowicie za darmo. Można więc wszystko pakować w foliówki i jeszcze zabrać na zapas.

Trzeba jednak powiedzieć, że mimo iż mogłoby to się skończyć produkcją „przydrożnych śmieci” to tak się nie dzieje. W Norwegii jest bardzo czysto. Jest dużo koszy na śmieci, ale też chyba i mieszkańcy i turyści (o ile to możliwe) dbają o porządek. I prawdopodobnie są też sprawne służby czyszczące.

Norwegia widoki
A oto, jak czysto jest w Norwegii

Norwegowie są bardzo ufni. O ile tak to można nazwać. Ale były przynajmniej dwie sytuacje, które nas miło zaskoczyły. Pierwsza z nich dotyczyła pozostawionego przez nas towaru w sklepie.

Kupiliśmy jajka, zapłaciliśmy za nie, ale zapomnieliśmy je spakować z resztą zakupów. Na szczęście następnego dnia byliśmy w tym samym miejscu, więc gdy się zorientowaliśmy to spróbowaliśmy odzyskać nasz zakup. No i się udało, bez problemu wydali nam te same jajka. Bez sprawdzania, bez wypytywania. Pewnie kojarzyli, że zostały na taśmie, ale i tak to było fajne.

A druga sytuacja dotyczyła płatności za parking. Zatrzymując samochód (o tym dlaczego mieliśmy auto oraz kolejny przykład norweskiego zaufania w kolejnym odcinku 😉 ) na parkingu, musieliśmy w maszynie kupić bilet, ale okazało się, że maszyna pobiera pieniądze, ale nie wydaje żadnego paragonu. Zgłosiliśmy to na recepcji, a tam powiedzieli nam, że skoro zapłaciliśmy to w porządku. I tyle, żadnego potwierdzenia ani niczego nie dostaliśmy. Po prostu uwierzyli na słowo.

Wracając jeszcze do zakupów. W krajach UE wszystkie produkty powinny mieć podany dokładny skład na etykiecie. Z podanym procentowym udziałem każdego ze składników. Natomiast w Norwegii składy na produktach są często traktowane po „macoszemu”. Procentowy udział składnika w produkcie podawany jest najczęściej (o ile w ogóle jest) w przypadku najważniejszego z nich (np. ile jest ryby w rybnych plackach). Rzadko kiedy więcej informacji.

Opakowania też mają często słabe oznaczenie co do ich masy. Trzeba się naszukać, żeby znaleźć tę informację.

Ekoprodukty w sklepach są często tańsze niż „zwykłe”. W innych krajach na ogół jest odwrotnie.

Norwegia cuda natury
Nie mamy zdjęć produktów, więc są widoczki

Ale są też produkty zdecydowanie nie-eko. Dotyczy to zwłaszcza serów. Trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić seropodobnego produktu, który wygląda jak ser ale w składzie nie ma nic z nim wspólnego. Jest za to o wiele tańszy. O mały włos, a byśmy kupili takie coś.

Na tabliczkach z nazwami miejscowości często widnieją informacje, co się w nich znajduje. Kemping, kawiarnia, hotel, domki do wynajęcia. To przeważnie są dokładnie te rzeczy, których potrzebujesz 😉

Wszyscy mówią po angielsku i prawie każdy świetnie 🙂

Internet w Norwegii jest super! Praktycznie wszędzie jest dobry zasięg komórkowy i wszędzie jest komórkowy Internet LTE. Na samych kempingach czy noclegach różnie z tym bywa ale i tak przeważnie jest dużo lepiej niż bywało w innych krajach. Jest też sporo otwartych sieci, zwłaszcza dla klientów sklepów.

Prawie cała Norwegia jest drewniana. Początkowo sądziliśmy, że te domy nie mogą być całoroczne, ale raczej jednak są. Przywilej 😉 budowania się w cegle mają właściwie tylko większe miasta a w tych mniejszych murowane są w zasadzie tylko takie obiekty jak sklepy (niekiedy), szkoły (czasem) czy urzędy (zazwyczaj). Zimą chyba musi być w takim drewnianym domu pieruńsko zimno. A podobno Norwegowie nawet przy siarczystych mrozach śpią z  otwartym oknem w sypialni 😉 Jadąc przez ten kraj widzieliśmy stosy drewienek poukładane przy domach, czekające na zimę.

norwegia zabudowa
Przykłady norweskiej zabudowy

W Norwegii chyba każda atrakcja jest za darmo. Płatne są czasem parkingi (jak pod Trolltungą czy lodowcem Briksdalbreen) ale wejście na szlak, czy „wyglądaczki”, aby obejrzeć coś z bliska lub z panoramy są bezpłatne. Ale trzeba też zaznaczyć, że w Norwegii w zasadzie cały kraj jest jedną wielką atrakcją. Może więc dobrze, że nie pobierają opłaty za przekroczenie granic 😉

norwegia atrakcje.jpg
Od lewej: Lodowiec, wodospad z lodowca, widok na Geiranger Fiord, widok na drogę Drabina Trolli i widok na Drogę Atlantycką

W Norwegii wybór produktów spożywczych jest niewielki – to już pisaliśmy (Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach), ale żeby Wam to przybliżyć, to powiemy, że na przykład: są tylko dwie marki dostarczające mleko do sklepów. Niby mleko to mleko, a jednak mleko marki Tine jest jakby chudsze, mimo, że procentowo zawiera teoretycznie odpowiednią ilość tłuszczu. To samo dotyczy np. jogurtów, mamy tylko trzy czy cztery smaki do wyboru i dwie marki. Trochę lepiej sprawa ma się w przypadku serów i wędlin, ale wszystko jest tak drogie i raczej kiepskie w smaku (nie próbowaliśmy co prawda każdej rzeczy, ale udało nam się czasem kupić w promocji coś innego niż najtańszy produkt First Price’a 😛 ) że nie ma większej różnicy.

Ale mają coś, za czym będziemy tęsknić. Są to flintsteki, czyli kawałek wieprzowego mięsa (szynka) z grubym kawałkiem skóry (co brzmi dość okropnie, ale wygląda normalnie) w trochę dziwnej w smaku tutejszej marynacie, lekko kwaśnej. Smakuje przepysznie.

Śnieg i lodowce nawet w środku lata to w Norwegii nic dziwnego. Na 1000 metrach nad poziomem morza można być tuż obok czap śniegu a lodowiec mieć małe kilka kilometrów od szosy. A spod zalegającego lodu i śniegu wypływają strumienie wodospadów. Widoki są niesamowite i niewiarygodnie piękne 🙂

norwegia lodowce.jpg
Śnieg i lodowce w Norwegii

Norwegowie uwielbiają wieszać poroża łosi i reniferów nad drzwiami domów. Czasem są to same rogi, czasem z czaszką. Wygląda to niesamowicie (chociaż M. uważa, że to raczej przygnębiające) i nadaje klimat 🙂

Nie, renifera i łosia nie można spotkać tak po prostu. Jednak na północy Szwecji renifery są jak.. gołębie w mieście 😀 no dobra, może nie aż tak bardzo, ale jednego dnia zobaczyliśmy chyba z kilkadziesiąt sztuk.

Renifery chodzą sobie beztrosko po lesie, wychodząc niespiesznym krokiem, lub w radosnych podskokach (te młodsze) na szosę. Jadąc więc przez lasy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Zaskoczyło nas, jak niskie są te zwierzęta. Ale jednocześnie są bardzo zgrabne, mają wielkie oczy i wyglądają przesłodko 😀

Jest też mnóstwo owiec i kóz, które radośnie drepczą po drogach 🙂

renifery w szwecji.jpg
Reniferze rodzinki

Norwegia rozkochała nas w sobie swoimi obłędnymi widokami, ale sam kraj nie sprawił, żebyśmy mieli do niego sentyment ze względu na atmosferę, ludzi czy jedzenie.  Jednak to, ile wspaniałych miejsc tu widzieliśmy, powoduje, że podróżnicza poprzeczka względem atrakcyjności jest podniesiona baaardzo wysoko 🙂

Natalia i Mikołaj

 

Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach

Norwegia co jeść

Norwegia, ze względu na pewne odizolowanie kulturowe od reszty Europy musiała wykształcić swoją kuchnię i swoje smaki. Tylko dlaczego! Dlaczego w tym kierunku?!

W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o doświadczeniach z kuchnią norweską 😉

Słodko słony ser czyli brunost. Kupiliśmy go bo był najtańszy 😛 ale nie żeby tani 😉 To było na samym początku pobytu w Norwegii i jeszcze nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po tutejszych produktach. Ser był brązowy więc mieliśmy nadzieję, że jest wędzony. O my naiwni.

Okazało się, że jest słodko – słony. Koloru karmelu więc i o smaku karmelowym (lub krówkowym – dla lepszego wyobrażenia), tylko że słonawy o posmaku koziego sera (bo i jest z koziego mleka wyrabiany).

Początkowo próbowaliśmy go jeść „wytrawnie”, jak to ser, ale nie dało się. Natomiast nieźle się komponował ze słodkim chlebem w stylu żulika, który jeszcze mieliśmy ze Szwecji, a później z chrupkim pieczywem. Do tego dżem i oto jest. Pyszna kanapeczka, która nie wiadomo, czy ma służyć za deser, czy za słoną potrawę 😛 Jeździ ten brunost z nami już jakieś dwa tygodnie…(nie popsuł się!) nie ma na niego chętnych a żal wywalić. Zwłaszcza, że ostatecznie nie jest taki okropny, jak mogłoby się wydawać 😛

Brunost norwegia
Brunost z dżemem

Chleb. Chleb norweski nie należy do najpyszniejszych. Ani do najtańszych 😛 W najlepszym razie jest niezły. Prawie zawsze można natrafić na chleb w typie angielki (nazywa się loff), lub grahama (wygląda mało apetycznie) w cenie około 7 koron, czyli jakieś 3,50 zł.

Nie jest słodki ani niesłony, wypiekany jest przez lokalną piekarnię no i oczywiście.. jest marki First Price 😛 ewentualnie Coop Extra, marki własnej sieci Coop. Na zakupy jednak należy wybrać się do południa, później może go już nie być. I będziemy skazani na wcale nie lepszy ale za to duuużo droższy wypiek 😛 20 zł jeśli dobrze pójdzie 😉

norwegia chleb
Norweski chlebek

Dziwne napoje. Na pewno zwróciliście uwagę, że temat napojów pojawia się w naszych wpisach bardzo często. To dlatego, że to bardzo ważna część naszego prowiantu. Kupujemy picia dużo i często, zwłaszcza, gdy żar się leje z nieba. W Norwegii jednak wybór jest dość ograniczony, zwłaszcza, jeśli nie chcemy wydać na jedną butelkę napoju 15 – 20 złotych.

Ostatecznie naszym faworytem został sok pomarańczowy (2 litry za 13 koron, czyli jakieś 6,50 zł) oraz… cola 😛 tak, mają tutaj świetną podróbkę Coca – Coli, praktycznie nie do odróżnienia z oryginałem. Tak nam się wydaje, bo oryginału dawno już nie piliśmy 😛

A także napój, który ma być niby owocowy, ale smakuje jak… hm. Trochę jak napój energetyczny. Z owocami w każdym razie nie ma nic wspólnego.

No i wody smakowe. Są gazowane, jakimś cudem niesłodzone, ale za to mają lekki posmak owocu. Nam najbardziej pasuje wersja z granatem.

Napoje w Norwegii
Woda smakowa Boble

First Price – norweska marka produkująca wiele artykułów, które są co najmniej dwa razy tańsze od „markowych”. Opakowania „Firts price’ów” są brzydkie, nie przyciągają wzroku a nawet kojarzą się z latami 80. Jednak ich cena, tak drastycznie niższa, sprawia, że cieszą się zainteresowaniem naszym i wszystkich turystów 😛

To, co jednak jest najlepsze, poza ceną, to jakość tych produktów. Czasami zdarzało nam się kupić tę samą rzecz „markową” (np. żółty ser, norweskie naleśniki) i First Price w niczym nie ustępował tej droższej. No, może naleśniki były bardziej suche niż „oryginalne”. Ale za połowę ceny można się było z tym pogodzić.

Z First Price’a kupimy więc między innymi: chleb, banany, sosy do makaronów, sos tacos, rybne placki, kotlety, colę, napój pomarańczowy (w smaku dokładnie jak Fanta), soki pomarańczowy i jabłkowy, tortille, naleśniki.

Norwegia zakupy
Przykładowe opakowania First Price

Lompery – skoro już o naleśnikach mowa. Lompery to właśnie ich norweski odpowiednik. Zrobione są z mąki ziemniaczanej. Lekko wilgotne, można je jeść na słodko lub słono. Całkiem dobre.

Lulki z Klemem czyli nasz norweski słodycz 😉 Tortille (początkowo lompery, ale tortille lepiej znoszą zwijanie i są tańsze a smakiem niewiele gorsze) smarujemy czekoladą ze słoiczka, na to lejemy trochę dżemu (który w Norwegii nazywa się Klem :P) i oto jest! 😀 Deser mistrzów 😉

Norwegia co jeść
Czekolada z dżemem, mniam

Surowe warzywa i owoce o nich można w zasadzie w Norwegii zapomnieć. Są bardzo drogie. Czasem jednak uda nam się kupić jakąś paprykę (20 zł za kilogram), czasem pół arbuza (8 zł za kilogram), czasem pomidora (8 zł za dwa), a czasem mieszankę surówkową w torebce za 10 zł.  Czasem zaszalejemy i kupimy ogórka – 10 zł… Staramy się dbać o tę kwestię i nie zaniedbywać warzyw i owoców w naszej diecie, ale nie jest łatwo 😉

Mamy też naszą tajną broń; ziarenka czarnuszki, wierzymy, że ratuje nas przed kompletną awitaminozą 😉

Ziemniaki surowe są również bardzo drogie (10 zł za kilogram). Czasem kupimy kilka, żeby je ugotować do obiadu. Kiedyś jednak chcieliśmy zaszaleć. Kupić coś fajnego. Znaleźliśmy dwa duże ziemniaki zapakowane w folię aluminiową i opakowane w pudełeczko. Na nim rysunek nadzianych ziemniaczków z boczkiem, serem, warzywami. No pyszności! Wzięliśmy więc je, żeby mieć fajny obiad ale dopiero tuż przed otwarciem ich i włożeniem do piekarnika M. przeczytał, że należy je piec 2 godziny. 2 godziny? Dla już gotowych ziemniaków? Otworzył więc je a jego oczom… ukazały się surowe pyrki w dodatku już puszczające korzonki! Daliśmy 10 złotych za dwa ziemniaki 😛 ugotowaliśmy więc je i nie, wcale nie były smaczne 😛

Parówki które tutaj noszą nazwę pølse. Skład w najlepszym razie to 50% mięsa. Biedni Norwegowie, podobno uwielbiają swoje polsenki a nie wiedzą, że prawdziwe parówki są sto razy smaczniejsze. Aczkolwiek N. nawet posmakowały te norweskie kiełbaski. M. ich nie może znieść, są dla niego za słone.

Żółty ser za pierwszym razem kupiliśmy go (jakżeby inaczej 😉 ) z First Price. Był jednak bez smaku. Po prostu plastry bez smaku. Myśleliśmy, że to kwestia tej taniej marki. Później jednak mieliśmy  okazję kupić okazyjnie „firmowy” ser, który również był bez smaku. No, może z lekką nutą „mleczności”. Dopiero drogi żółty ser jakoś smakował. Co prawda ledwo wyczuwalnie, ale zawsze to jakiś smak 😛 Na szczęście był przeceniony i to bardzo mocno (5 zł za 180 gramów), więc jego wątpliwe walory nie były tak bolesne 😛

Fiskekakery czyli coś w rodzaju rybnych placków albo raczej rybnych parówek w kształcie placków 😛 Są całkiem dobre i smaczne. A do tego niedrogie jak na Norwegię.

Fiskekaker
Fiskekakery w akcji

Rybne przetwory. Generalnie w Norwegii jest dość dużo rybnych produktów. Wspomniane wyżej fiskekaker, rybny pudding, rybne kulki (coś w rodzaju klusek, całkiem dobre), coś co wygląda jak babka tylko z masy rybnej. A do tego oczywiście wędzony łosoś czy kawałki łososia do smażenia, ale łosoś jest tak drogi, że omijamy stoisko z nim szerokim łukiem.

Mięso z renifera i łosia, a głównie kiełbasy, są popularne ale i bardzo drogie a w smaku przypominają po prostu dziczyznę. Wiemy, bo załapaliśmy się na darmową degustację 😀

Wszystko jest słodkie i niestety chyba nie ma na to sposobu. Prawie każdy produkt potrzebuje odrobiny cukru w składzie, ale staramy się zwracać uwagę, aby nie był chociaż na jednym z pierwszych miejsc. Inaczej możecie naciąć się na coś co jest słodkie, a nie powinno być (tak jak my z musztardą :P)

Mały wybór produktów – właściwie w każdym sklepie jest to samo. Różnią się na ogół tylko cenami, asortymentem w bardzo niewielkim stopniu. Zawsze jesteśmy w stanie coś sobie wybrać na obiad, zwłaszcza, kiedy już wiemy, czego się spodziewać. Początkowo spędzaliśmy w sklepie bardzo dużo czasu, chodząc między półkami i szukając czegoś, co by nas interesowało i nie zwalało z nóg ceną. W każdym razie wybór produktów jest ostatecznie dość niewielki.

co jeść w norwegii
U góry dwa obiadki (po lewej kulki rybne z frytkami i czerwoną kapustą), na dole drugie śniadanie w trasie

Mrożone pizze – chyba, że chcecie kupić mrożoną pizzę 😛 Norwegowie je uwielbiają i w sklepach jest zawsze spory wybór tych smakołyków 😉 Spróbowaliśmy i my. Chociaż do włoskiej pizzy się nie umywa (ach jak tęsknimy!) to była całkiem smaczna. Lepsza niż się spodziewaliśmy.

Przeceny Trzeba jednak przyznać, że przeceny w Norwegii bywają naprawdę atrakcyjne. Przeważnie 50% lub 40% obniżki sprawiają, że można nabyć sporo fajnych artykułów (a ich data kończy się dopiero nawet i za kilka dni). Dzięki temu kupiliśmy już między innymi: ser, mleko, jogurty, pyszne mięso w marynacie, naleśniki 😛

Trzeba jednak pamiętać, że nawet po 50% przecenie dany towar jest z reguły sporo (czasem i dwukrotnie!) droższy niźli byłby bez przeceny w Polsce. Ot, takie uroki kraju fiordów…

słodycze skandynawia
Cukierki na wagę

Po spędzeniu trochę czasu w Norwegii udaje nam się już nieźle lawirować pomiędzy tutejszymi półkami sklepowymi i dobrze zaopatrzyć nasz koszyk zakupowy. Czasem kupimy sobie kawałek arbuza, czasem chipsy albo frytki 😀 czasem paczkę nektarynek, jajka czy słoiczek oliwek, mamy też w naszej spiżarni ketchup, majonez i musztardę. Kiedy już człowiek pogodzi się z norweską rzeczywistością, trochę łatwiej jest znieść te szalone ceny. Jednak tutejsze specjały raczej nie będą należały do tych za którymi tęsknimy, opuszczając dany kraj.

Mimo wszystko żywimy się naprawdę nieźle. Jako potwierdzenie możemy dodać, że na razie zjedliśmy tylko dwie zupki chińskie z naszego zapasu przeznaczonego na Skandynawię 😛 I to tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni a prawdziwy obiad (składający się z pieczeni! :P) zjedliśmy później 😉

Ale szczerze mówiąc Norwegia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie warto przywieźć ze sobą własne jedzenie 😉

Przeczytaj też wpis o 20 najlepszych potrawach jakie jedliśmy na wyprawie!

Natalia i Mikołaj

 

 

 

 

 

Norwegia – pierwsze wrażenia w 12 punktach

Norwegia jest ostatnim krajem na naszej aktualnej trasie. Ostrzyliśmy sobie na nią zęby, chociaż nie raz mieliśmy ochotę odpuścić (zwłaszcza N.). Czy jednak było warto, prawie po roku, dotrzeć aż tu? Na tę północ Europy?

Pierwsze wrażenia wskazują na to, że zdecydowanie tak. Oto, co możemy powiedzieć po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych w tym Skandynawskim Kraju Trolli.

Norwegia rowerem

1. Piękna pogoda. Podczas, gdy Polskę zalewały dzień w dzień strugi deszczu, w Norwegii słońce grzało z siłą 30 stopni. Czasem upał był aż nie do wytrzymania. Nawet, w pewnym momencie, powietrze przestało być chłodne.

Ale to oczywiście jakaś anomalia, sami Norwedzy są zaskoczeni tegorocznym latem. Zdarzyło nam się, że pogoda się nagle załamała i zlał nas deszcz (a wiatr chciał wywrócić), chmurzyło się i ogólnie ochłodziło, ale póki co można to potraktować jako wypadek przy pracy. Oby tak dalej, bo wystarczyła chwila gorszej pogody, by zdać sobie sprawę, że dwóch miesięcy przy takiej aurze nie znieślibyśmy (zwłaszcza N.)

Nnorwegia piękne miejsca

2. Przecudownie niesamowite widoki. A to dopiero początek. Przed nami dopiero najpiękniejsze miejsca – fiordy, a my już jesteśmy zachwyceni norweską przyrodą. Okoliczności są w zasadzie nie do opisania. Wysokie góry, skały, lasy, jeziora, rzeki, wodospady (tylu wodospadów ile tu widujemy jednego dnia nie widzieliśmy chyba przez całe życie),  płaskowyże, morze. Przepięknie jest. Właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli wyjść z zachwytu nad norweską przyrodą. W innych krajach, w których byliśmy, nie ma tak bardzo nagromadzonego piękna.

Norwgia co zobaczyć

3. Kiepskie jedzenie. Jedzeniu poświęcimy osobny wpis. Koniecznie 😛 ale a tę chwilę możemy Wam już zdradzić, że kuchnia norweska nie zostanie naszą ulubioną. To co w innych krajach jest słodkie tu jest słone, a to co powinno być słone – jest słodkie 😉

4. Kosmiczne ceny. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo. Ale nie aż tak! Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy przyprawił nas prawie o łzy. Co więcej – później się okazało, że to i tak najtańszy sklep w Norwegii i całkiem dobrze wyposażony (sieć Kiwi). Jest mniej więcej 10 razy drożej niż Polsce. Przykładowo chleb, jeśli akurat nie mamy pod ręką sklepu Kiwi i najtańszego chleba za 3,5 zł (w typie angielki) to możemy być skazani na bochenek o wartości od 20 do 30 zł.

Noclegi pod dachem kosztują jakieś 200 zł, no chyba, że trafi się jakaś wyjątkowa okazja (na razie trafiła się raz w Oslo i raz na kempingu, gdzie wzięliśmy chatkę za 350 NOK).

5. Kempingi. Wygląda na to, że standardem na kempingu jest kuchnia wyposażona przynajmniej w palnik elektryczny, na którym można sobie zagrzać jedzenie albo wodę. Często jest też lodówka, co dla nas bywa wybawieniem (a zwłaszcza dla naszego podgotowanego upalnym, norweskim słońcem, jedzenia). Czasem jednak palniki czy piekarnik są dodatkowo płatne. Czasem też zdarza się, że nie ma WiFi.

Za to prysznice prawie zawsze są płatne. Z reguły jest to 10 – 20 koron za 5 minut, czyli jakieś 5 – 10 zł.

Same kempingi kosztują około 100 zł. Za namiot i dwie osoby.

kamping w norwegii
Po lewej kamping w kotlinie, po środku hytta (domek kampingowy) i po lewej część jej wnętrza

6. Norwegowie. Podobno normalnym jest, że Norweg przejdzie koło swojego znajomego na ulicy i nie powie mu nawet „cześć”. Ciężko powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest, ale na kempingach można zaobserwować, że ludzie dużo rzadziej się ze sobą witają, niż w południowej części Europy. Po prostu, wchodząc na przykład do toalety, słowem się nie odezwą. Ale, z drugiej strony, słychać też „hej, hej” (czyli norweskie „cześć” :D) więc nie jest tak, że wszyscy są mrukliwymi gburami. No, chyba, że to obcokrajowcy się witają 😀

Podobno też Norwegowie unikają trudnych sytuacji, trudnych rozmów i w ogóle wolą święty spokój. Trochę by to potwierdzało pewne zachowanie, które zaobserwowaliśmy. Pod sklepem, gdy zajęliśmy rowerami miejsce przy krawężniku (i przy latarni, żeby się przypiąć), więc staliśmy minimalnie na miejscu dla samochodów, nikt tam nie zaparkował. W innych krajach nie mają z tym problemu, nawet podjeżdżają za blisko, a tutaj nie. Widzieli nas i chociaż swobodnie by wjechali, to woleli pojechać miejsce dalej. To było interesujące. I miłe.

Z drugiej strony czasem nas ktoś zagadnie i chce z nami pogadać, co więcej, czasem mam wrażenie, że nie do końca czują, że akurat przeszkadzają, bo my właśnie ruszamy, albo rozmawiamy między sobą 😉

7. Kierowcy. Wcale nie jeżdżą tak idealnie, jak można by się tego spodziewać.  Nie jest też źle, ale zdarza się, że wyprzedzają stanowczo za blisko. I to by miało pokrycie w tym, co czytałam, że Norwegowie źle jeżdżą.

8. Tunele. Norwegia to kraj tuneli. N. ich nie cierpi i boi się, ten huk przejeżdżających i nadjeżdżających aut jest przerażający. Na szczęście często dla rowerów są objazdy. I to nie biegnące gdzieś dziesiątki metrów wyżej, tylko po płaskim terenie, starą drogą, przy tunelu. Czasem wiodącą przez stare, nieużywane tunele. Tak, to można jeździć 🙂

9. Owce. W Norwegii owce mają takie psie pyszczki 😉 Wyglądają bardzo przytulaśnie, ale one od tulenia wolą… lizać samochody! 😀 właściwie to nie wiemy, co te owce dokładnie robią, ale uwielbiają zbierać się w skupiska przy zaparkowanych autach i .. wsadzać pyszczki w okolice kół. Skubią opony, liżą je… ciężko stwierdzić 😉 ale widok jest interesujący  😛

Norwegia owce

10. Wolnostojące ławeczki i toalety. Bardzo dużo jest miejsc „pikniowych”, gdzie można usiąść przy stoliku i zjeść drugie śniadanie z jakimś zapierającym dech widokiem 🙂 A do tego jest bardzo duża szansa, że gdzieś w pobliżu czeka już na nas toaleta. Nie toi toi, tylko chatka z kibelkiem i spłuczką, papierem toaletowy oraz umywalką i mydłem. Czasem z żelem antybakteryjnym.

Norwegia na dziko
Po prawej – toaleta, po lewej ławeczki dla strudzonych

11. Domki norweskie. Jadąc przez Norwegię często obserwowaliśmy, że dachy domów pokryte są trawą (!) a same domy często budowane są z węższym dołem i szerszą górą. Czasami stoją na kamieniach (nie na fundamentach) albo schody są dostawione z ułożonych na kupkę kamieni. Czad 😉

Trawa na dachach ma służyć termoizolacji (i rzeczywiście, gdy w upalny dzień weszliśmy do czarnego (!) domku z taką trawą na dachu, było w nim odczuwalnie chłodniej. Natomiast o tym drugim typie domów jeszcze nie znalazłam jeszcze informacji.

norweskie domki
Domku z trawą i na chudych „nóżkach”
  1. Stavkirke czyli klepkowe kościoły, które są tak popularne w Skandynawii. Póki co nie widzieliśmy jeszcze takiego, który by zrobił na nas wrażenie. Te, które mieliśmy na drodze nie wyglądały według nas szczególnie interesująco i nie wiemy, czemu budziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Chcieliśmy jednak wejść do jednego, żeby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Wejście jednak kosztowało 50 NOK, czyli 25 zł. Więc podziękowaliśmy. A przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo wnętrze kościoła było oddzielone od szyb drewnianymi ścianami :O

stavkirke norwegia.jpg
Kościoły klepkowe w Norwegii

Na razie Norwegia codziennie nas czymś zaskakuje i oszałamia widokami 🙂 Póki co, przemierzamy ją dalej 🙂

Przypomnij sobie inny kraj Skandynawski – Szwecję!  Albo Danię 🙂

Natalia i Mikołaj