Santorini informacje praktyczne

santorini co trzeba wiedzieć

Wczasy na Santorini, królowej Cyklad, marzą się pewnie niejednej osobie. Co jednak należy wiedzieć, wybierając się na tę grecką wyspę?  I czy naprawdę jest to raj na ziemi, jak może nam się wydawać z bajecznych zdjęć?

Jak dotrzeć na Santorini?

Żeby dostać się na wyspę możemy albo wsiąść w samolot, wykupując wycieczkę w biurze podróży, bądź samodzielnie zakupić bilet; wtedy albo uda nam się złapać wolne miejsce w czarterze bezpośrednio lecącym na wyspę, albo będziemy musieli przesiąść się w Atenach. Bezpośrednio z Warszawy leci się około 2,5 godziny.

Można też z Aten (port Pireus) lub z Krety przypłynąć promem.

Rejs z lądu trwa 7 godzin w cenach od 150 zł do 300 zł za osobę, zależy od terminu i przewoźnika, no i rodzaju miejsca lub 1,45 godziny. Z Heraklionu zaś zapłacimy jednak około 200 – 300 złotych za osobę.

santorini samolotem
Na Santorini możemy dolecieć lub przypłynąć

Zakwaterowanie na Santorini

Jeśli chodzi o samodzielną wyprawę na tę wyspę to wyniesie nas ona zdecydowanie drożej, niż jeśli wybierzemy wyjazd z biurem podróży. To chyba jedno z niewielu takich miejsc, które nie opłacają się na własną rękę.

Za około 2000 złotych za osobę (a nierzadko i mniej) możecie mieć lot z zakwaterowaniem w hotelu na tydzień. Hotele często oferują basen albo są położone blisko morza.

Jeśli jedziemy na własną rękę, musimy się liczyć z tym, że sam lot może kosztować około 1000 zł w jedną stronę za osobę. Natomiast za  najtańszy dwuosobowy pokój zapłacimy około 100 euro za noc.

santorini gdzie mieszkać
Santorini zakwaterowanie

Gdzie mieszkać na Santorini?

Najsłynniejszym miasteczkiem na Santorini jest Oia. Nocleg tam potrafi kosztować nawet kilkaset euro dla dwóch osób. Dotyczy to zresztą wszystkich pensjonatów po tej stronie wyspy.

Jeśli chcecie płacić trochę mniej, wybierzcie miejscowości oddalone od słynnych białych miast. Vlychada, Perissa czy Kamari są zdecydowanie tańsze. Nie tylko pod względem noclegów ale i cen w restauracjach, sklepach czy cen pamiątek. (Z lotniska bez problemu dojedziecie tam taksówką za około 30 euro lub autobusem za 2,80 euro).

Jeśli interesuje Was pobyt na kempingu to jest tylko jeden, w Firze, ale ceny noclegów na nim też wynoszą około 100 euro za dwie osoby. Standard jest raczej wysoki (tak wynika z opisu), chociaż według opinii na Google komfort średni (kemping jest na Bookingu, możecie podejrzeć, nazywa się… Santorini Camping)

Warto też zwrócić uwagę na położenie noclegu. Południowa i wschodnia część wyspy są płaskie, łatwo Wam będzie wybrać się z domu nad morze, natomiast część północna i środkowa (Fira, Oia) są górzyste a zabudowania umieszczone są na klifach. Do plaży będzie bardzo daleko (150 metrów w dół i jeszcze jakiś kawałek do plaży).

santorini teren.jpg
Może być płasko i taniej, albo pięknie i drogo

Transport na Santorini

Santorini jest małą wyspą ale górzystą, dlatego, jeśli chcemy coś zobaczyć raczej musimy się liczyć z tym, że będzie trzeba skorzystać z jakiegoś środka transportu.

Autobusy – jest ich bardzo dużo na wyspie, jeżdżą często, a przystanki są dobrze oznaczone. Na prawie każdym znajdziemy też rozkład jazdy i co ciekawe, autobusy raczej jeżdżą zgodnie z nim. Sam tabor jest nowy, klimatyzowany i często autobusy wyglądają jak piętrowe wycieczkowce i początkowo możemy je zignorować, bo nie tego się spodziewamy 😉 Ale zawsze mają na szybie czy boku naklejony skrót: ΚΤΕΛ  czyli publiczne usługi komunikacyjne (tylko po grecku). Zresztą, gdy autobus się zatrzymuje, wysiadają z niego bileterzy i krzyczą, dokąd jedzie.

Warto pamiętać, że wszystkie autobusy jadą do Firy i z Firy, więc jeśli chcecie pojechać np. z Perissy na Czerwoną plażę, to musicie dostać się do Firy a z Firy do Akrotiri.

Bilety Oia – Fira kosztują 1,40 euro, z Firy dalej: 2,80 euro

Samochody, quady, skutery – Jest bardzo dużo wypożyczalni, a pojazdy nie są zbyt drogie (małe auto to wydatek około 40 euro za dzień)  Żeby się jednak nie dać naciągnąć proponujemy przeczytać opinie o danych wypożyczalniach.

Rower – no i oczywiście najbardziej ekologiczny sposób, pozwalający na największy kontakt z naturą.  Wypożyczalni rowerów nie jest jednak tak dużo jak samochodowych i rowerzystów prawie wcale nie ma.

Natomiast miasteczka takie jak Fira, czy Oia nie nadają się do zwiedzania ich na rowerze. Pomijając to, że jest naprawdę dużo ludzi i ciężko się czasem przepchnąć samemu, to uliczki są wąskie a i schodów nie brakuje.

santorini poza sezonem
Dużo samochodów, dużo ludzi i schody

Atrakcje na Santorini

Atrakcji na wyspie jest kilka. Przede wszystkim zwiedzanie Firy i Oii, dla lubiących historię także Akrotiri zwane santorińskimi Pompejami.

Kto lubi trekkingi będzie zachwycony. Możemy się wybrać na 8 kilometrowy spacer z Firy do Oii, który zaprowadzi Was na kraniec wyspy (po drodze niezapomniane widoki na kalderę), albo wybrać się ze stolicy do Akrotiri lub Perissy; to również mniej więcej 8 kilometrów.

Warto jednak wiedzieć, że na Santorini raczej nie ma chodników (nie dotyczy to szlaku Fira – Oia, oddalonego od ulic oraz centrum miast). Idzie się po prostu poboczem drogi. A że dróg jest mało, to trzeba się liczyć z tym, że ruch jest duży więc i dużo aut będzie przejeżdżało blisko nas. To akurat nie jest fajne.

Możecie też zdobyć najwyższy szczyt wyspy Mesa Vuono, niecałe 600 metrów n.p.m., a także skorzystać z wycieczek przygotowanych przez biura turystyczne na wyspie. Znajdziecie je wszędzie, w każdej miejscowości. Oferują między innymi: rejs na wulkan (wyspa Nea Kameni) oraz wysepkę Thirasia wraz z odwiedzinami w gorących źródłach (my zdecydowałyśmy się na taką wycieczkę i było super 🙂 ), dzień możecie zakończyć widokiem na zachód słońca w Oia, oglądanym z łódki. Koszt takiej wycieczki w zależności od wariantu ilości atrakcji to około 30 do 40 euro za osobę.

Są też wycieczki krajoznawcze, przewodnik obwiezie Was po całej wyspie, z wizytą w słynnych winiarniach santorińskich i degustacją tamtejszych win. Możecie również wybrać się na rejs po znanych plażach; Perissa (czarna plaża), Biała Plaża, Czerwona Plaża.

santorini wycieczki
Wycieczki na Santorini

No a skoro o plażach mowa, to oczywiście plażowanie…

Plaże na Santorini

Ale będąc na tej wyspie nie spodziewajcie się białego piasku, ani piasku w ogóle. Wszystkie plaże są czarne. Bo wszystkie powstały w wyniku wybuchu wulkanu.  A zamiast piasku znajdziecie tam maleńkie, czarne, powulkaniczne kamyczki. Nagrzane greckim słońcem parzą w stopy!

Zamku z nich nie zbudujecie 😛

Na plażach jest bardzo dużo leżaków i parasolek, które należą do barów naprzeciwko. Różne są zasady „wynajęcia” leżaka, może to być na przykład zamówienie za 20 euro i możemy korzystać z tej formy relaksu cały dzień.

Ale znajdziecie też miejsca, gdzie z łatwością rozłożycie się na plażowym kocyku bez konieczności płacenia. Aczkolwiek my byłyśmy zdziwione temperaturą wody. Jest zimna! Nie tak jak w Bałtyku co prawda… ale zimna.

santorini gdzie się kąpać
Plaże na Santorini

Gdzie kupować i jeść na Santorini?

Na Santorini jest jeden Lidl, na wjeździe do Firy z kierunku południowego. Nie byłyśmy tam, więc nie wiem nic na temat asortymentu. Jednak produkty w greckim Lidlu są ciekawe (trochę inne niż podczas znanego nam w Polsce greckiego tygodnia) i jeśli będziecie mieć możliwość, to warto tam zajrzeć.

Oprócz tego oczywiście mamy kilka marketów, w każdej turystycznej części wyspy przynajmniej jeden (najwięcej oczywiście w okolicy Firy). W nich możemy spodziewać się pewnego wyboru towarów i akceptowalnych cen (ale nie, żeby zaraz tanio). Nie warto zaopatrywać się w małych sklepach (które też nazywają się szumnie supermarketami). Ceny potrafią tam być dwukrotnie wyższe, ale czasem znajdziecie coś, czego w dużym sklepie nie było.

Spodziewajcie się, że jednorazowe zakupy (przykładowo: ser, tzatziki, napój, jakaś wędlina, wino, chleb, greckie słodycze, pomidor) będą was kosztowały przynajmniej 10 – 15 euro.

Jest jeszcze jedna rzecz o której trzeba wiedzieć, mianowicie na Santorini w zasadzie wszędzie poza marketami (i pewnie hotelami) płaci się gotówką. Bankomatów jest dużo, ale należy zdawać sobie z tego sprawę.

Trzeba też być przygotowanym na to, że na Santorini nie ma słodkiej wody w kranie. Woda, która tam się znajduje jest odsoloną, przefiltrowaną wodą morską.  Nie jest groźna, więc można się w niej bez obaw myć czy płukać usta, ale jest niesmaczna. Na wyspie nie ma źródeł słodkiej wody, dlatego żeby zrobić sobie kawę czy herbatę lepiej kupić sobie butelkowaną wodę (około 50 centów za 1,5 litra w markecie).

Wracając do jedzenia. Oczywiście wiadomym jest, że im bardziej turystycznie tym drożej. Nawet dwukrotnie! Możecie wypić koktajl za 15 euro, albo taki sam, w mniej turystycznym miejscu, za 7 euro (Mówiłam, że drogo 😉 ).

Będąc tam polecamy spróbować owoców morza lub ryb. Zwłaszcza w portowych knajpach; są świeżutkie i pyszne. Możemy wybrać sobie z lodówki co nam się podoba, zostanie nam to zaserwowane we wskazany sposób (grill? Souvlaki? Smażone? Jak chcecie) i podane z ryżem, ziemniaczkami albo frytkami i surówką. No, chyba, że skusicie się na mousakkę 🙂

santorini jedzenie
Port na Thirasii i dania z portowej knajpki

A co poza tym warto zjeść?

Oczywiście jogurt grecki (szukajcie zwłaszcza takiego  w kamionce)

Taramosalata – pasta z kawioru, kosztuje około 1 euro za 100 gramów. Dla miłośników rybnych smaków pozycja obowiązkowa (nie zrażajcie się dziwnym, różowym kolorem)

Tzatziki – najlepiej takie na wagę. Ogórki, trochę czosnku i duuużo gęstego, greckiego jogurtu. Pyszności!

Pita Gyros – czyli gyros w bułce z warzywami i… frytkami. Matko, jakie to jest pyszne 🙂 a kosztuje mniej więcej 2,50 euro.

Smak mastiha – możecie go znaleźć w gumach do żucia, cukierkach lub w lodach. Specyficzny, żywiczny smak (bo mastiha to żywica z drzew rosnących na wyspie Chios). Inny niż wszystko, co znacie.

Tradycyjny waniliowy krem – to taki grecki budyń waniliowy podawany z cynamonem. Pyszny, chociaż nie jest to żaden zaskakujący smak. Ale i tak warto spróbować. Tylko uwaga, bardzo słodki.

Frappe – czyli kawa na zimno, ulubiony napój Greków. Pamiętajcie tylko, żeby poprosić dużą porcję cukru, nawet jeśli normalnie nie słodzicie kawy. Zbyt gorzka frappe jest ciężka do przełknięcia.

Więcej na temat pysznych rzeczy znajdziecie w poście: 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży. Smacznego!

Na ile jechać na Santorini?

Według mnie kilka dni do tygodnia to jest maksimum, które warto poświęcić wyspie. W tym czasie zobaczycie wszystko co jest warte zobaczenia i jeszcze znajdziecie czas na plażowanie i spacerowanie promenadą. Oczywiście można wyspę objechać samochodem i w jeden dzień, ale co to za przyjemność 😉

Przeczytaj o naszym tygodniu na Santorini.

santorini piękne miejsca.jpg
Santorini, migawki

Kiedy jechać na Santorini?

My byłyśmy w połowie września a temperatury codziennie dochodziły do mniej więcej 30 stopni. Na wyspie prawie nie ma miejsc zacienionych, gdzie można się schować, zwłaszcza, gdy wybieramy się na zwiedzanie. Dlatego trzeba zabrać kapelusze i kosmetyki do opalania.

Wiosna na wyspie może być kapryśna, tak samo jesień czy zima (no i po sezonie może być też ciężej o kwaterę – część z nich zapewne się zamyka, to samo dotyczy sklepów). Miesiące letnie stanowczo za gorące (ponad 35 stopni to norma). Wydaje się więc, że wrzesień jest optymalny.

Zresztą sami oceńcie. Rocznie przyjeżdża tu około 5,5 mln turystów. Od kwietnia do końca października na Santorini trwa wysoki sezon a największe oblężenie trwa od czerwca do końca sierpnia.

Ważna informacja jest taka, że od 2019 roku Santorini chce wprowadzić limity dla turystów, dziennie będzie mogło przypływać tylko 8 tysięcy osób (czyli mniej więcej połowa mniej niż teraz).

santorini we wrześniu
Santorini we wrześniu

Czy warto jechać na Santorini?

Zdecydowanie tak. Nie na darmo białe miasteczka wyspy cieszą się mianem najpiękniejszych na świecie (a na pewno zachód słońca ma taką opinię!). Jednak nie jest to wyspa zielona, pełna palm czy gajów oliwnych i na to trzeba się przygotować. Rośliny, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach to czyjeś prywatne okazy, o które ludzie dbają. Bez regularnego podlewania nawet kaktusy ledwo tutaj żyją 😉

santorini rosliny.jpg
Pustynne Santorini

W każdym razie Santorini jest jedyne w swoim rodzaju, nawet w skali greckiej. Zdecydowanie warto zobaczyć 🙂

Poznaj 10 powodów dla których kochamy Grecję!

Natalia

 

Reklamy

Tydzień na Santorini

santorini z biurem podróży

Po rocznej wyprawie nadeszła pora, aby spędzić trochę czasu z rodziną. Dlatego razem z mamą i siostrą skorzystałyśmy z wygodnej formy urlopowania, jaką dają wczasy z biurem podróży i… wybrałyśmy się na Santorini 🙂

santorini urlop
Rodzinny wyjazd do Grecji

Jak jest na Santorini?

Pierwsze nasze wrażenia były mieszane. Podczas wysiadania z samolotu uderzyła nas ściana gorącego powietrza, czyli tak jak się spodziewałyśmy, ale za to wyspa widziana z okien autokaru była dość nieciekawa. Tylko piach, piach i brunatne kamienie.

Dotarło też do nas, że na Santorini nie uświadczymy palm, no chyba, że w przydomowych ogródkach, gajów oliwnych czy kaktusów. Pożółkłe aloesy i przyschnięte opuncje to był szczyt wyspiarskich możliwości w zakresie roślinności.

santorini teren.jpg
Szaro-bura ziemia na Santorini

Santorini, czyli pozostałości wulkanu

Dopiero spacer po tej wyspie uświadamia nam, że ma ona prawo wyglądać tak, jak wygląda. Nie tylko ze względu na prażące słońce, ale też dlatego, że jest pozostałością po wielkim wybuchu wulkanu, który miał miejsce 1600 r p.ne. Podobno była to największa katastrofa w rejonie Morza Śródziemnego tamtych czasów. A jej skutki były odczuwalne na całym świecie. Ostatecznie wyspa się rozpadła a wulkan zapadł się w siebie i zatopiło go morze.

Pamiątką po tym zdarzeniu jest kaldera – czyli właśnie zatopiony krater, którą okalają wystające ponad powierzchnię jej boczne fragmenty. I robi to naprawdę wielkie wrażenie.  Z morza wystają pumeksowe, czarno – bure ściany na których uroczo bielą się domki z niebieskimi dachami.

Z morza, z łódki, wygląda to najwspanialej.

santorini łódź
Santorini – rejs

Nea Kameni

A zatem jeśli o wulkanach mowa. Jedną z wysp otaczających kalderę jest właśnie Nea Kameni na której znajduje się Agios Georgios – aktywny wulkan.

Można tam dostać się łodzią z portu z Firze lub Athinios. Z tego co się dowiedziałyśmy, to taką wycieczkę trzeba zarezerwować przynajmniej z jednodniowym wyprzedzeniem. My wybrałyśmy opcję wyjazdu z miejscowości w której mieszkałyśmy – z Perissy. Autobus przyjechał po nas, zawiózł nas do portu a tam już czekała na nas łódź.

Spacer po Nea Kameni odbywa się z przewodnikiem i na „zwiedzanie” wyspy mamy mniej więcej godzinę. To wystarcza, żeby dość żwawym, ale nie spiesznym, krokiem wejść mniej więcej 300 metrów pod górę (ścieżka pnie się łagodnie), zrobić kilka przystanków na wysłuchanie przewodnika i zrobienie zdjęć oraz pokręcenie się chwilę na samym szczycie krateru.

A potem schodzimy, schodzimy! Do odpłynięcia łódki zostaje jakieś 15 minut. Ludzi jest sporo, szlak prowadzi po kamieniach – wyschniętej lawie 😉 Nie jest trudny, ale trzeba uważać i nie da się iść zbyt szybko. Jak zwykle w takich przypadkach z przewodnikiem, miejsce fajne tylko czasu brakuje.

Na Nea Kameni kamienie dymią, ziemia dymi, śmierdzi siarką, widoki wspaniałe. Takie wulkany to ja rozumiem 😉 Ale wyspa to tak naprawdę uśpiona bomba. W latach 60 wyspę zasypały popioły wulkaniczne a ostatnia aktywność miała miejsce w 2011 roku! Santorini zatrzęsło się od mini wstrząsów. Dla nas ta świadomość była niesamowita, dla mieszkańców trochę gorsza…

nea kameni
Nea Kameni

Thirasia

Podczas rejsu na wulkan nasza łódka zawinęła jeszcze na pobliską wyspę – Thirasię. Wyspa ta jest jedną wielką górą. Dosłownie. U jej stóp mamy mały port, pełen knajpek ze świeżymi, pysznymi owocami morza. Gotowe dania są wystawione w kamiennym piecu a ich składniki w przeszklonej lodówce. Można wybrać to, na co się ma ochotę a potem patrzeć, jak zostaje przyrządzone 🙂

Thirasia słynie jeszcze z tego, że na jej szczycie znajduje się miasteczko, opuszczone w sezonie. Ludzie stamtąd pracują na Santorini, więc za dnia w domach nie ma nikogo. Nie starczyło nam jednak zapału, żeby wejść na górę, wysoko po stromych schodach na szczyt.

thirasia santorini
Thirasia, po prawej stronie na dole widać szlak na szczyt góry

Fira i Firostefani – Imerovigli – Oia szlak pieszy, białe trójmiasto

Jednymi z „żelaznych” punktów do odwiedzenia na Santorini jest stolica – Fira oraz Oia, słynne miasteczko z białymi domkami. Tak naprawdę to na całej wyspie są tylko takie zabudowania ale  wygląda to przeuroczo. Jednak Fira i Oia zbudowane są na samym stoku wyspy, a Oia dodatkowo na jednym z jej koniuszków. Domek jeden nad drugim i błękitne kopuły kościołów robią oszałamiające wrażenie.

fira oia.jpg
W drodze na Oię

Z Firy prowadzi szlak pieszy, z dala od ulicy, aż do Oii. To 8 kilometrów, które początkowo wydają się łatwym spacerkiem, który zmienia się w wymagający trekking, wtedy kiedy, jest już za późno 😉 Z Firy do Imerovigli teren jest płaski, dobrze się idzie i niektórzy snują plany kolejnych wędrówek. Po dojściu na metę szybko się wycofują ze swoich zamiarów 😉

Wyzwanie zaczyna się, gdy opuszczamy ostatnie miasteczko i musimy pokonać góry. Szlak wiedzie kamienistymi i piaskowymi ścieżkami, w górę, czasem w dół. I to nie prawda, że w którąś ze stron jest łatwiej (jak usłyszeliśmy np. od naszej rezydentki). W każdą trzeba pokonać terenową ścieżką wzniesienia i w każdą czekają na nas zejścia.

Oia szlak pieszy
Szlak Fira – Oia

Zdecydowanie trzeba się zaopatrzyć w dobre buty, dużo picia i naprawdę się zastanowić, czy jesteśmy w przynajmniej poprawnej kondycji.

Jednak widoki ze szlaku są wspaniałe. Zawieszone nad morzem białe domki (Imerovigli nie na darmo nazywane jest „balkonem Santorini”), w oddali Oia, w zasięgu wzroku cała kaldera, którą wspaniale widać, wysepki które kiedyś tworzyły jedną wyspę i oba końce samego Santorini. Jest przepięknie.

Oia Santorini
W drodze do Oii

Oia – zachód słońca jak z obrazka

Kiedy docieramy do Oii jesteśmy wykończone ale zadowolone, że dałyśmy radę. Zresztą, jakie miałyśmy wyjście 😉 Snujemy się trochę wąskimi uliczkami miasteczka, zaglądając do kolorowych sklepów z różnymi pamiątkami i w menu pobliskich knajp, jednak ceny skutecznie nas zniechęcają do zakupienia tam czegokolwiek.

Oia
Oia, Santorini

Ostatecznie znajdujemy bramę z ławeczkami w cieniu (chyba jedyne w całej Oii) i kiedy nieco odpoczęłyśmy idziemy na basztę, która jest jednocześnie pozostałością po zamku i najlepszym punktem widokowym na słynny zachód słońca.

Miałyśmy szczęście, bo zajęłyśmy ostatnie siedzące miejsca (na murku) ze świetnym widokiem na zabudowę miasta. Pozostało nam więc czekać a ludzi zbierało się coraz więcej, w samym miasteczku też ustawiały się grupki turystów.

Słońce zaczęło w końcu zachodzić i rozpoczął się przepiękny spektakl świetlny. Najpierw woda zaczęła mienić się kolorami złota a następnie miasteczko przybrało wszystkie barwy zachodzącego słońca. Zapaliły się lampki i zrobiło się jeszcze piękniej.

Oia sunset
Oia, zachód słońca

Ale kiedy tylko słońce zaszło ruszyłyśmy sprintem na dworzec autobusowy, nastraszone wcześniej otrzymaną informacją, że z Oii po zachodzie słońca wracają autobusami tłumy turystów i można utknąć w mieście.

Może w sezonie tak, ale we wrześniu? Okazało się, że nikt się nie spieszył do powrotu. Ludzie spokojnie spacerowali uliczkami, na dworcu była niewielka kolejka. Co prawda rzeczywiście nie zmieściłyśmy się do pierwszego autobusu, który już stał, ale za to od razu podjechał kolejny, do którego spokojnie wsiadłyśmy.

Skaros Rock santorini
Skaros Rock, w stronę Oia

Fira – port

Aby zwiedzić Firę i port zarezerwowałyśmy sobie inny dzień niż ten ośmiokilometrowy spacer. Całe szczęście, bo stolica wraz z zejściem do portu kosztowały nas sporo czasu i trochę wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że postanowiłyśmy zejść o własnych siłach po około 600 stopniach. Po drodze można spotkać Greków ze stadkami osiołków, na których można zejść lub wejść na górę. Ale osiołki były tak biedne, że aż żal było na nie patrzeć, a co dopiero wsiąść. Stały bez wody, na pełnym słońcu. Cała trasa do portu jest w związku z tym ozdobiona oślimi kupami, a w miejscach, w których zwierzęta stoją, panuje nieznośny smród.

Zaś sam port jest bardzo rozczarowujący. Żadne tam klimatyczne miejsce. Ot parę bud, kilka knajp i jeden stragan z pamiątkami, a do tego opuszczone pozostałości po jakichś magazynach. Nic ciekawego.  Jeśli spacer – zejście po schodach nie stanowi dla Was atrakcji, to odpuście sobie to miejsce. Lepiej na nie popatrzeć z góry, dużo atrakcyjniej się prezentuje.

Fira Old Port
Fira, Stary Port

Z powrotem natomiast wjechałyśmy kolejką linową. Kolejka była na szczęście w dobrym stanie, wiatr nie wiał, więc wagoniki się nie kołysały za bardzo. I całe szczęście, bo wjechanie nią już samo w sobie było okropnym przeżyciem 😛

Mesa Vuono

Jednym z punktów na naszej marszrucie było zdobycie najwyższego szczytu na Santorini, 567 m npm. I wybrałam się tam tylko z siostrą. W samo upalne południe, ze zbyt małą ilością picia 😛 Ale dotarłyśmy!

widok na Santorini Mesa Vuono.jpg
Widok z drogi na szczyt

Szlak od strony Perissy, którędy wchodziłyśmy, jest górski, kamienisty i piaszczysty. Nie jest trudny, ale wysokość jest wystarczająca, żeby być mocno zmęczonym na górze. Tam zaś czeka na nas budka z piciem, lodami i jedzeniem 😉 oraz ruiny starożytnego miasta Thera. Ale nie miałyśmy ochoty tam wchodzić 😛

Za to schodząc nie mogłyśmy sobie odmówić zboczenia w inną górską ścieżkę, prowadzącą do małego, białego kościółka, na którego często patrzyłyśmy z dołu. Droga do niego jednak najpierw schodziła a potem, niespodziewanie, ostro wspinała się po kamiennych schodach w górę. A kościółek zamknięty! Usiadłyśmy pod nim wykończone, wytrząsając ostatnie krople picia. Ale najwyższy szczyt Santorini zdobyłyśmy i to z bonusem! 😉

Mesa Vuono santorini
Mesa Vuono, widok z góry, kościółek i panorama z trasy (z przypadkowym przechodniem)

Czas wolny i podsumowanie

Na Santorini spędziłyśmy tydzień. Jest to wystarczająca ilość czasu, aby dobrze poznać wyspę i zobaczyć wszystkie jej atrakcyjne zakątki. Na pewno łatwiej byłoby zwiedzać ją rowerem czy autem niż autobusem, ale z drugiej strony ruch jest duży, drogi są w kiepskim stanie i wąskie, a wielkich autobusów jest dużo. No i wszyscy muszą mieć kondycję na rower 😉

santorini urlop
Santorini rodzinnie

Nam nie udało się dotrzeć ostatecznie do Czerwonej Plaży i Akrotiri (zwanych santoryńskimi Pompejami), które są wymieniane jako jedne z atrakcji wyspy. Nie miałyśmy już siły po prawie całym tygodniu codziennych długich wycieczek. Wolałyśmy spędzić ten czas na spacerach po Perissie – wzdłuż promenady i na kąpielach w morzu (zimnym!). 🙂

Na Santorini.jpg

A o aspekcie praktycznym; jak dotrzeć na wyspę, jak się po niej poruszać, gdzie jest taniej a gdzie drożej, przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

 

Natalia

Wady i zalety podróżowania, cz. II Zalety

Po negatywnej dawce tego, co nie jest fajne, którą mogliście przeczytać w poście o minusach podróżowania, powiemy Wam, dlaczego, mimo wszystko dołączyliśmy do grona podróżników 🙂

Jakie zalety miała nasza roczna podróż?

1.Brak terminu powrotu. Chociaż musieliśmy liczyć się z czasem w różnych sytuacjach, to jednak najlepsze było to, że nie musieliśmy odliczać dni do powrotu, do końca urlopu. Dzięki temu mogliśmy gdzieś zostać tyle, ile nam się podobało (czy raczej na ile nas było stać 😉 ) i nie martwić się o to, że jeszcze mamy do zrobienia 1000 kilometrów i tylko tydzień wolnego.

2. Taka podróż sprawia, że spędzasz dużo więcej czasu na oglądaniu świata niż podczas urlopu. Możesz chłonąć piękne widoki, cieszyć się tym co dookoła i nie martwić się, że za tydzień wrócisz do domu. Bo za tydzień będziesz oglądać inne wspaniałe miejscadlaczego warto podróżować3. Próbowanie lokalnych przysmaków. To chyba jedna z największych zalet jakichkolwiek podróży. Możesz próbować nowych smaków i nowych potraw. Pod warunkiem, że jest czego próbować 😛 Zobacz wpis o najlepszych smakołykach, jakie jedliśmy w pierwszej części podróży

wyprawa przysmaki swiata
Na zdjęciu: przysmaki kosowskie, greckie, norweskie i niemieckie

4.Owoce z drzew. To prawdziwa frajda, móc sobie przystanąć przy drzewku, albo czasem i całym sadzie, i narwać fajnych owoców. Mamy już na koncie między innymi figi, mandarynki, grejpfruty, granaty, banany, migdały 🙂

5.Forma i zdrowie! 🙂 Rowerowa wyprawa ma to do siebie, że chcąc nie chcąc dbasz o zdrowie, nawet, jeśli jadasz dziwne, niezbyt zdrowe rzeczy. Chudniesz, w brzuchu lekko, nogi i pośladki się rzeźbią, a do tego opalasz skórę (no, chyba, że jesteś w Chorwacji i akurat trwa niepogoda :P). To jest super sprawa.

6. Minimalizm. To zarówno zaleta jak i wada. Okazuje się, że spokojnie możesz przeżyć z dwoma rodzajami koszulek na każdy rodzaj pogody, jedną parą spodni „na miasto”, z trzema parami butów (sandały, kryte, klapki) czy absolutnie minimalną ilością kosmetyków. Co więcej, niektórzy po takiej przygodzie opróżniają swoje szafy w domach.

No jasne, że się da i że można tak żyć, ale co to za życie! 🙂 Po powrocie nie mogę się nacieszyć swoją szafą i ilością kosmetyków, a w marcu, podczas krótkiego pobytu w domu pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam na zakupy ciuchowe :p

7. Dowiadujesz się wiele o sobie. Wiesz, że poradzisz sobie w różnych sytuacjach, ale też dowiadujesz się czego oczekujesz od życia i gdzie jest Twoje miejsce. Czy jesteś typem podróżnika, który bardziej sobie ceni przygody niż wygody, czy jednak odwrotnie. Podróż weryfikuje też Twoje plany na przyszłość (np. czy na pewno chcesz mieszkać za granicą i czy w Polsce jest tak źle, jak sądzisz), oraz to jaki naprawdę jesteś (np. że marudzenie to nieodłączna strona Twojej natury 😉 )

wyprawa dookoła swiata.jpg

8. Dowiadujesz się wiele o swoich znajomych. I okazuje się, czy masz w ich gronie ludzi na których możesz liczyć, tak jak przypuszczałeś, czy może jednak nie. Oraz czy są osoby życzliwie nastawione do Ciebie, a wcale ich o to nie podejrzewałeś 🙂

9. Cieszysz się z małych rzeczy. Kiedy człowiek za bardzo zapada się w tę wygodną strefę komfortu, to czasem nie dostrzega małych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie jest dobre. Taka podróż doskonale uwrażliwia na drobnostki. Na przykład jaka to radość jeść słony chleb 😉

Tak, nawet sobie nie zdajmy z tego sprawy, ale gdy we Włoszech natrafisz niechcący na ten niesolony to będziesz wiedzieć, o co chodzi 😉 Nie wspominając już o takich oczywistościach jak ciepła, bezpłatna, bez limitu czasowego woda pod prysznicem z dobrym ciśnieniem 😉

10. Ludzie są dobrzy. Oczywiście nie należy tutaj popadać w skrajności i przestać być ostrożnym lub koniecznie odwiedzać kraje ogarnięte wojną. Ale warto mieć świadomość, że prosząc o pomoc właściwie zawsze ją otrzymasz. A są też takie miejsca, że nie trzeba o nic prosić. Ludzie po prostu chcą pomagać. I to sprawia, że Twoje spojrzenie na świat staje się trochę inne. Bardziej pozytywne 🙂

11. Uczysz się nowych rzeczy. Języka lub tego, że nie ma się czego bać nawet jeśli tego języka nie znasz zbyt dobrze. Uczysz się dobrego planowania (ogólnie rzecz biorąc logistyka wyprawy tego wymaga), uczysz się szybko oceniać, co jest warte wydania pieniędzy a co nie i zwracasz na to uwagę, uczysz się nowych kultur i nowego spojrzenia na świat 🙂

12. Spełniasz swoje marzenie. A co jest cenniejsze od realizacji planów, celów i marzeń? 🙂

wyprawa po europie.jpg
Korfu, Norwegia, Grecja, Włochy… 🙂

Natalia i Mikołaj

Wady i zalety podróży. Cz. I – wady

Po podsumowaniu liczbowym i ogólnym drugiej części naszej wyprawy pora na zmierzyć się z tym, z czym podróż się wiąże. Zacznijmy od tych gorszych stron 😉

Bo pewnie nie ma osoby, której nie marzy się takie oderwanie od rzeczywistości. Brak terminu powrotu, brak obowiązków, brak konieczności wstawania, żeby zdążyć na autobus, pociąg, spotkanie. A zamiast tego możesz podziwiać widoki, jeść przysmaki lokalnej kuchni i opalać się na słońcu.

Czy faktycznie tak jest?

  1. Zmęczenie. Przede wszystkim bycie w ciągłej drodze męczy. Chociaż pewnie są i tacy, którym wcale to nie przeszkadza. Ale podróżowanie rowerem ma to do siebie, że męczy fizycznie, więc czasem odpuszczaliśmy jakieś miejsca, do których było zbyt daleko rowerem, zwłaszcza, jeśli trzeba było z nich wrócić, bo nie było gdzie spać. Czasem też nie sposób było się cieszyć z otaczających okoliczności, a czasem jedynym marzeniem było tylko dotrzeć już na nocleg.

A do tego dochodzi zmęczenie psychiczne. Ciągle w ruchu, ciągle gdzie indziej. Nie wiadomo, w jakich warunkach dzisiaj będziemy spać, ciągłe sprawdzanie pogody, podjazdów, kilometrów, sklepów… wieczorami dużo do zrobienia (rozbić obóz, zrobić obiad, zrobić pranie, pozmywać, czasem coś naprawić, zorientować się co nas jutro czeka) i nie zawsze znajdzie się chwila na relaks. A rano trzeba wstawać, bez marudzenia (przeważnie o 7 rano), bo zwijanie obozu trwa około 2 godziny a przed nami cały dzień jazdy (a czasem trzeba zdążyć przed deszczem) i trzeba dotrzeć o jakieś rozsądnej porze, żeby… móc się ogarnąć przed zmrokiem.

No i też ile można odpowiadać przypadkowo zagadującym ludziom o tym, gdzie, skąd, dokąd i ile czasu jedziemy…

podróż wad
Czasem zmęczenie odbiera przyjemność z podróży
  1. Czas. Wcale nie jest tak, że masz nieograniczony zapas czasu, bo po pierwsze spieszysz się, żeby zdążyć przed zmrokiem (trzeba dotrzeć do miejsca noclegowego – wybrać je, rozbić namiot, no chyba, że akurat śpisz pod dachem albo jest okres białych nocy. A potem jeszcze jest mnóstwo prac wieczornych), po drugie śpieszysz się, żeby zdążyć przed: niepogodą, wiatrem który się zrywa w godzinach południowych (Grecja), spieszysz się na pociąg, na prom, żeby nie zamknęli sklepu…

3. Ciągłe planowanie. Oczywiście trasę mieliśmy zaplanowaną, mieliśmy nawet wszystkie interesujące nas punkty wgrane do gps (min. kempingi, sklepy, atrakcje). Ale pierwszą część wyprawy prawie co wieczór spędzaliśmy na planowaniu następnego noclegu, bo kempingów na trasie nie było zbyt dużo. A więc: gdzie jesteśmy i dokąd jutro dojedziemy, jakie są tam możliwości spania? Czasem konieczność modyfikowania trasy, bo tam gdzie chcieliśmy spać, nic nie było. Jakie mamy opcje, i za ile? A może na dziko, ale wtedy skąd wziąć wodę, gdzie się zaopatrzymy? W drugiej części pod tym względem było lepiej, ale też nie obyło się bez weryfikacji kolejnych dni.

4. Uzależnienie od pogody. Na rowerze pogoda jest bardzo ważna. Wiatr czy deszcz sprawiają, że jazda jest czasem walką, a przyjemności w tym nie ma żadnej. No, może gdyby w nagrodę czekał suchy, przyjemny domek i w perspektywie brak konieczności jazdy dalej następnego dnia, taką walkę można znieść lepiej, ale jeśli nie, to na samą myśl łzy się cisną do oczu. A tu trzeba jechać.

wyprawa pogoda(1).jpg
W podróży pogoda bywa różna
  1. Waga bagażu. Podróżując na rowerze nie możesz sobie pozwolić, aby nabrać w sklepie tylu pyszności, ciuchów i fajnych kosmetyków, na jakie masz ochotę. Nie możesz też nakupować pamiątek. Wszystko to musisz później wieźć o własnych siłach i z reguły nie po płaskim, ale po górach. Dlatego liczysz się (dosłownie) z każdą rzeczą i każdym jej gramem.

    wyprawa bagaz.jpg
    Bagaż wyprawowy
  1. Higiena Raz jest lepiej raz gorzej. Nam na szczęście zawsze udawało się jakoś umyć (chociażby w umywalce), ale zanim do tego doszło, byliśmy, po całym dniu w drodze, spoceni i śmierdzący. W dodatku często długa, ciepła i przyjemna kąpiel pozostawała w sferze marzeń.  Czasem prysznic był na żetony, przycisk na wcisk, ciśnienie słabe, woda ledwo ciepła, kabina brudna….

A dodajmy, że po kąpieli warunki mieszkaniowe nie zawsze są idealne… (np. chłodny wieczór, który trzeba spędzić na zewnątrz bo śpimy w namiocie, albo niezbyt czysty pokój czy chatka kempingowa).

W podróży trzeba też ścierpieć, że odzież i śpiwory w pewnym momencie przestają pachnieć fiołkami. Z tego powodu śpiwory w połowie trasy wypraliśmy w pralni chemicznej, a ubrania staraliśmy się raz w tygodniu prać w pralce. Codziennie zaś prałam je ręcznie.

Ale bądźmy szczerzy pranie ręczne nie jest takie skuteczne, zwłaszcza któryś raz z rzędu. A jeśli dojdzie do tego brak dobrych możliwości suszenia…

wyprawa higiena(2).jpg
W podróży różne bywają warunki.. na dole po środku proces prania ręcznego 😉
  1. A jeśli o praniu mowa… To codzienne pranie ręczne jest oczywiście koniecznością. Chociaż odrobinę luksusu chcieliśmy sobie podarować i mieć przynajmniej jako tako czyste rzeczy. Czasem udawało się wyszorować je tak, że pachniały mydełkiem, co to była za radość 😉 Więc szorowałam te ciuchy w umywalkach czasem wielkości naparstka, czasem w zimnej wodzie… A jeśli pranie było w zimnej wodzie to i zmywanie naczyń też… jest to pewne wyzwanie, zmyć garnki po obiedzie w takich warunkach.

8. Omijają Cię wydarzenia „na miejscu”. I niestety musisz ponieść tę cenę, jeśli chcesz podróżować. Śluby, urodziny, parapetówki, wspólne wyjścia, rodzinne spotkania i inne tego typu wydarzenia. Początkowo nawet nie tęskni się tak bardzo, w końcu jest tyle nowych wrażeń, ale później zaczyna Ci bardzo brakować nawet zwykłej możliwości pożartowania z kimś innym, niż tylko partner w podróży 😉

wyprawa spotkania.jpg
Ale spotkania na wyjeździe są fajne
  1. Musisz codziennie czarować obiad. Na zapas można kupić co najwyżej makaron, pesto i tuńczyka (bo to wszystko trzeba wieźć). Ale ile można jeść to samo? Wymyślenie czegoś do jedzenia, co będzie dobre i da się zrobić w jednym garnku (piekarnik stał się standardem dopiero w Skandynawii) często zakrawa na misję niemożliwą.
  1. Zapomnij o wygodach i komforcie. Oczywiście, bywały takie kwatery, w których czuliśmy się świetnie. Wygodne, czyste, super wyposażone. Ale przeważnie jednak nasza kuchnia z dużą lodówką, piekarnikiem, ulubionymi kubeczkami, wygodne biurko, dwa osobne komputery, książki!, pralka dostępna w każdym momencie, własna pościel… wszystko to było wspomnieniem i bardzo do tego tęskniliśmy. Im bardziej ktoś lubi żyć w komforcie tym bardziej będzie mu tego brakowało.

Ale jak bardzo tego potrzebujesz, dowiesz dopiero wtedy, kiedy ruszysz w podróż 😉

wyprawa mieszkanie.jpg
Kwatery, namiot, domki. Różne są możliwości spania

Ale nie martwcie się, są też dobre strony podróżowania 😉 O nich następnym razem 🙂

Natalia

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Norwegia rowerem w jeden miesiąc. I trochę samochodem.

W Norwegii spędziliśmy miesiąc i pięć dni. Lipcowa część podróży przez ten kraj minęła nam przy przepięknej pogodzie, dzięki czemu mogliśmy się bez przeszkód zachwycać wspaniałą przyrodą. A było na co patrzeć! 🙂

Początek. Oslo i rozeznanie w sieciach handlowych.

Początek pobytu spędziliśmy w Oslo, mieszkając w bardzo przyjemnym mieszkaniu, przystosowanym ze starego sklepu z produktami mlecznymi. Na samo miasto poświęciliśmy raptem jedno popołudnie i to dość krótkie, bo akurat zbierało się na potężną burzę. Ale Oslo i tak nie podbiło naszych serc, więc niczego nie żałowaliśmy mimo, iż w pośpiechu wracaliśmy do domu.

Oslo zwiedzanie
Zwiedzanie Oslo

Poza samym odpoczynkiem w mieszkaniu, pobyt w Oslo miał jeszcze tę zaletę, że mogliśmy zapoznać się z sieciami norweskich sklepów i dokładnie obejrzeć asortyment każdego z nich oraz ceny.

Norwegia czerenie.jpg
Czereśnie ze stoliczka przy drodze. 25 złotych za paczuszkę.

Mimo to, początkowo, każdy pobyt w markecie przyprawiał nas o ostry ból głowy i trwał sporo czasu, bo nie łatwo było wybrać coś do jedzenia w akceptowalnej cenie. Ostatecznie jednak, kiedy już wiedzieliśmy czego gdzie się spodziewać (w całym kraju asortyment jest taki sam i w każdym sklepie, każdej sieci, prawie jednakowy), byliśmy w stanie dość szybko zebrać koszyk zakupów (i zapłacić 200 koron za kilka „najtańszych” rzeczy :P).

A dzięki temu, że kuchnia jest w zasadzie standardem na norweskich kempingach, to mogliśmy przygotowywać sobie prawdziwe posiłki, co sprawiło, że nasze jedzenie było w Norwegii paradoksalnie najlepsze.

Steki (!), pieczeń w sosie, ziemniaczki, czasem frytki, pizza z piekarnika. To wszystko było w naszym zasięgu, nie dość, że cenowym (jakimś cudem fajnie przyprawione mięso było o połowę tańsze od surowego) to i technicznym.

Tylko problem był z warzywami, świeże są koszmarnie drogie. Podsmażaliśmy lub piekliśmy w piekarniku te mrożone albo puszkowane, czasem kupowaliśmy mieszankę surówkową kapusty z marchewką i sosem coleslaw. I było wszystko bardzo smaczne! 🙂

Przeczytaj o jedzeniu w Norwegii.

Dalej na zachód.

Zachodnia Norwegia bardzo nam się podobała, zwłaszcza malownicze płaskowyże (na które niestety trzeba było wjechać w pocie czoła). Widoki islandzkie (na tyle, na ile sobie Islandię wyobrażamy), trochę księżycowe. Wszystkie odcienie zieleni, jeziora, wysepki, skały, skałki i góry, szumiące strumienie i huczące wodospady. Przepięknie, co tu dużo mówić.

norwegia podróż rowerem
Norweska przyroda
norwegia piękne miejsca 2.jpg
U dołu widok na fiord z 600 metrów n.p.m

Samochód po raz pierwszy.

Dotarłszy na kemping w Oddzie (który był zresztą bardzo zatłoczony i jednocześnie nieprzystosowany do takiej ilości ludzi), wypożyczyliśmy po raz pierwszy w Norwegii samochód, po to, aby pojechać do oddalonego o ponad 200 kilometrów Lysebotn, gdzie M. miał robić BIGa.

Auto wypożyczone zostało w trochę dziwny sposób, bez żadnej umowy, tanio (400 NOK za dzień), nawet nie płaciliśmy w momencie wypożyczenia, tylko dopiero przy oddawaniu. Nawet się zastanawialiśmy, czy samochód nie jest jakiś „lewy”, ale wszystko było w porządku i podczas jazdy i po oddaniu.

Jazda autem do Lysebotn była dobrym ruchem, chociaż część drogi prowadziła górską, bardzo wąską szosą (i bardzo pagórkowatą), na której nie mieściły się dwa auta obok siebie (co gorsza jeździły nią ciężarówki!). Jednak płaskowyż, jaki tam zobaczyliśmy, był jednym z najpiękniejszych na całej wyprawie. Rowerem byśmy się tam nie wybrali, bo było zupełnie nie po drodze donikąd, a jeszcze musielibyśmy pokonywać straszliwe pagórki.

Norwegia droga na lysebotn
Droga na Lysebotn

Z Oddy wyjechaliśmy, nie zaliczając słynnej Trolltungi. Być może był to błąd, ale stwierdziliśmy, że widoki jeszcze będą, a nie mamy ochoty zostawać na tym kempingu, w którym trzeba było stoczyć walkę nawet o miejsce do zmywania naczyń.

Po Oddzie wjechaliśmy w krainę fiordów, która codziennie sprawiała, że z zachwytu zapierało nam dech w piersiach 🙂

Fiordy jadły nam z ręki!

Ze znanych atrakcji, które były na naszej trasie, ominęliśmy też słynną w rowerowym świecie drogę Rallarvegen. Holendrzy na rowerach, którzy jak wiadomo, jeżdżą tylko ścieżkami rowerowymi (tu przeczytasz o podróży rowerami przez Holandię) nie mogli w to uwierzyć. Woleliśmy wybrać asfalt niż wspaniałą, wielką, terenową drogę rowerową? I jeszcze na koniec nie zjechać sobie z obładowanymi sakwami, karkołomnym, terenowym, ostrym zjazdem? Ano takie z nas dziwaki 😉

Nasza szosa szła po przeciwnej stronie grani, widoki na niej były niesamowite – raczej nie gorsze, do tego zjazd obfitował w wiele tuneli (łącznie może i nawet ze 20 kilometrów!). Szczęśliwie była niedziela, więc ruch samochodowy był niewielki, więc te tunele były doświadczeniem ciekawym a nie traumatycznym 😉 Do tego część z nich można było objechać starą drogą, która była tylko dla nas 🙂

Norwegia rowerem
Norwegia dzień tunelowy

W tunelach było ciemno i bardzo zimno (10 stopni! Na zewnątrz około 20).

I lodowce też.

W kolejnych dniach wjechaliśmy też w krainę lodowców, które robią niewiarygodne wrażenie, zwłaszcza, gdy błyszczą na błękitno w słońcu. Aczkolwiek słońca było coraz mniej.

Pod koniec lipca pogoda zaczęła się psuć, coraz częściej padało nocami, nad ranem albo nawet, niestety, w ciągu dnia. Temperatury zaczęły odczuwalnie spadać. Wieczorami ciężko było wytrzymać na zewnątrz. Czasami na kempingach były ciepłe świetlice lub jadalnie, generalnie miejsca do siedzenia, które nas ratowały 😉

norwegia śnieg i lodowce
Norweskie lodowce

Niestety im pogoda była gorsza tym i samopoczucie coraz słabsze, zwłaszcza, że zmęczenie się powiększało. Dlatego taka kempingowa jadalnia, chociaż dobrze, że w ogóle była, to nie dostarczała odpowiedniego komfortu, bo cały czas ktoś się po niej kręcił, co było zrozumiałe, ale męczące.

A na jednym z kempingów (szczęście w nieszczęściu, że pod koniec trasy) M. poślizgnął się pod prysznicem i tak niefortunnie upadł, że myśleliśmy, że co najmniej stłukł sobie żebra, o ile nie pękły albo nie złamały się. Ból utrzymuje się do teraz (dwa tygodnie po upadku) ale wyraźnie słabnie, więc chyba jednak nie stało się nic poważnego, co najwyżej wspomniane stłuczenie.

Upadek któregoś z nas był w sumie tylko kwestią czasu, bo to nie pierwszy raz, kiedy podłoga prysznica na kempingu jest gładka jak szkło, a polana wodą robi się szalenie śliska. Każde z nas wielokrotnie się ślizgało, uderzając się to kostką, to nadwyrężając jakieś ścięgno przy próbie łapania równowagi, aż w końcu niestety, doszło do upadku. Szczęśliwie raczej niegroźnego.

Z feralnego kempingu spakowaliśmy się po porannym deszczu i ruszyliśmy dalej, żeby znaleźć się w lepszym miejscu (pod dachem i w okolicy sklepów), bo prognozy zapowiadały gwałtowne pogorszenie się pogody.

Przyszła jesień.

I w taki sposób pierwsze trzy dni sierpnia spędziliśmy w hostelu (który w czasie roku szkolnego jest internatem) w miejscowości Forde, bo od rana do wieczora cały czas padało. Ja byłam zupełnie załamana, bo pogoda już od jakiegoś czasu się psuła, ale teraz prognozy były fatalne  a ja byłam dodatkowo strasznie zmęczona i miałam serdecznie dość wszystkiego.

Szczęśliwie Forde było większym miastem i nie dość, że w pobliżu kwatery mieliśmy duże markety, dzięki czemu mogliśmy się zaopatrzyć na czas uziemienia, to jeszcze oferowało wypożyczalnię samochodów.

Ze względów pogodowych i zmęczeniowych postanowiliśmy pożyczyć auto. O tym, czy był to dobry pomysł przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

Samochód po raz drugi.

Samochodem, w kilka dni, pokonaliśmy trasę, którą przy sprzyjających warunkach robilibyśmy co najmniej trzy tygodnie (plus dni odpoczynku), i pojechaliśmy jeszcze dalej.

Norwegia żegnała nas pogodą w kratkę, czasem trochę lepszą a czasem znacznie, znacznie gorszą, bardzo zimnymi ale i długimi wieczorami (słońce zachodziło po 22), oraz, oczywiście boskimi widokami.

Norwegia droga trolli
Norwegia, u góry Droga Trolli, na dole widok na Geiranger

Fiord Geiranger (chyba najpiękniejszy na świecie), słynna droga Drabina Trolli, lodowiec Briksdalbreen, niezwykła Droga Atlantycka a na koniec koło polarne i wiry na morzu w Saltstrummen, które wyglądają, jakby to rzeka płynęła pod górę.

norwegia droga atlantycka
Droga Atlantycka

Ale po Drodze Atlantyckiej Norwegia przestała być już tak oszałamiająca, kierowaliśmy się w stronę Szwecji (po bigi i Lidla :P), widoki nadal były niesamowite, ale już nie tak bardzo. Były za to setki kilometrów pustkowia. Tylko lasy. Czasem pojedynczy domek. Atrakcję wtedy stanowiły renifery 🙂 Trochę się zdziwiliśmy, kiedy po raz pierwszy wyszły nam przed auto. Potem mieliśmy już oczy dookoła głowy – i słusznie, bo pojawiały się często i bezstresowo przechadzały się przez drogę.

renifery w szwecji
Renifery

Na jednym z takich pustkowi, podczas bardzo brzydkiego dnia, przed kempingowaniem uratowało nas schronisko (inaczej musieli byśmy jeszcze jechać kawał, a był już wieczór i przed nami tylko kamping), które stało na zupełnym odludziu, 800 metrów n.p.m. Jakiś cud, że tam było i że byli właściciele 😉 którzy zresztą okazali się przesympatyczni.

Wspaniałe widoki pojawiły się znowu w okolicach Bodo. Znowu morze i góry, skały wystające z wody, tworzyły przepiękne krajobrazy. A do tego niezwykłe wiry morskie 🙂

wiry morskie norwegia
Koło polarne i wiry morskie

Pożegnanie Norwegii

Generalnie oficjalnie uznajemy Norwegię za najpiękniejszy kraj w jakim byliśmy, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że jest to najpiękniejszy kraj na świecie 🙂

norwegia rowerem
Norweskie płaskowyże

 

norwegia rowerem
Norwegia, widoki

Naszą trasę po Norwegii skończyliśmy 15 sierpnia. Jeśli chodzi o pogodę to raczej był to dobry termin na koniec podróży po Skandynawii. Było już po prostu zimno, nawet jeśli czasem chmury się rozwiały i słońce grzało to wieczory były nieprzyjemnie chłodne. Często też padało. Trzy ostatnie noce decydowaliśmy się na spanie pod dachem (ostatnia była podyktowana koniecznością spania blisko lotniska i tym, że trzeba było zdążyć na 7 rano na samolot) właśnie ze względu na kiepskie warunki pogodowe. Ja wiem, że są tacy, którym nie straszny deszcz, wiatr i ziąb, no ale my (a zwłaszcza N.) do takich nie należymy 😛

Powrót do domu

Norwegia
Norwegia, droga na płaskowyżu

 

Dzięki temu, że mieliśmy samochód, mogliśmy już dzień przed lotem spakować rowery i sakwy tak, aby były gotowe do przygotowane jako bagaż samolotowy. Okazało się jednak, że przeceniliśmy ich wymiary.

Z reguły na wyprawy zabieraliśmy mniejszy zestaw i teraz nie pasował on do siebie gabarytowo (w torbę z Ikei wkładaliśmy dwie duże sakwy a w drugą dwie małe i wór, który też zawsze był mniejszy). No ale jakoś ścisnęliśmy jedno z drugim i… okazało się, że waży za dużo. Niewiele, bo o 1,5 kg, no ale jednak. Szybkie rozbebeszanie bagażu (nie tak znowu szybkie, bo trzeba było rozwiązać supeł tworzący paczkę) i musieliśmy pozbyć się soku, którego nie wypiliśmy a który w związku z tym chcieliśmy zabrać.

Potem okazało się.. że przy punkcie odprawy nie ma nikogo! A pani z punktu obok stwierdziła, że skoro lot już za godzinę i nikogo nie ma, to pewnie odprawa się skończyła… Nieźle się zestresowaliśmy, ale chwilę później jednak pani przyszła (wcześniej siedziała sobie w biurze i odsyłała wszystkich do maszyn).

Kolejne, jeszcze dłuższe oczekiwanie, aż będziemy mogli nadać rowery  (rowery przeważnie odprawiane są osobno, w miejscu przeznaczonym dla bagażu specjalnego/ wielkogabarytowego, musimy więc zawsze czekać najpierw na odprawę bagażu, potem sprzętu) i już. Możemy pędzić do bramek bezpieczeństwa.

Tu trzeba było wyciągnąć cały sprzęt elektroniczny do przeskanowania. Wyciąganie go z małych sakw, które bierzemy jako bagaż podręczny kończy się prawie zawsze wyciągnięciem wszystkiego innego.. . więc kolejna nerwówka.

Oczekiwanie na samolot poszło na szczęście bez większych problemów, ale już sam samolot odleciał chwilę później niż miał, bo czekaliśmy, aż znajdą czyjś bagaż 😉 I tu też mały stresik, bo przecież mamy przesiadkę, jak tak będziemy czekać za długo i nie zdążymy na nią, to ciekawe co wtedy… ale zdążyliśmy.

Do Oslo dolecieliśmy planowo. Tutaj przesiedliśmy się w samolot do Krakowa i w Polsce już na spokojnie złożyliśmy rowery i ruszyliśmy na pociąg do Łodzi. Po drodze jeszcze wstępując do Carrefoura, gdzie ceny były tanie jak barszcz (w sklepie na Rynku, w sercu starego miasta! 😉 ) po dobre picie i do budki tureckiej po kebaba 😛

A w Łodzi poszło jak z płatka. W domu byliśmy koło 19 🙂 trochę się pokrzątaliśmy i padliśmy jak zabici ciesząc się, że wreszcie jesteśmy w wytęsknionym domku 🙂

Ciąg dalszy podsumowań nastąpi 😉

Natalia i M.

Norweskie ciekawostki czyli co jeszcze zaobserwowaliśmy

Norwegia trolle

Macie już wyrobione zdanie o Norwegii po przeczytaniu pierwszej części norweskich ciekawostek? Myślicie, że Norwegia to kraj mlekiem, miodem i śniegiem płynący? W tym wpisie dorzucamy Wam garść nowych faktów, które były naszą rzeczywistością przez jakiś miesiąc. Przekonajcie się, czego jeszcze nie wiecie 🙂

Ekologia? Owszem. Ale chyba nie do końca.

Prawie wszystkie warzywa pakowane są w pojedyncze torebki plastikowe. Papryka czy korzeń pietruszki, albo seler. Każde jest w osobnej zgrzewanej foliówce. Niby takie eko podejście do wszystkiego a z drugiej strony mnożenie śmieci. I wcale nie chodzi o to, żeby te produkty były czyste, bo powiedzmy paprykę je się na surowo (może selera w Norwegii też 😉 ), ale jabłka przecież też. A jabłka już nie są foliowane. Dziwne.

Torebki foliowe są za darmo. Będąc w poprzednich krajach mieliśmy takie poczucie, że torebki foliowe są cenne, bo w Skandynawii nie będzie tak łatwo je pozyskać. Bo przecież tu jest EKO. Już we Włoszech stały się płatne (zresztą w Polsce też). Okazuje się jednak, że w każdym jednym sklepie torebek foliowych, zwłaszcza takich na warzywa, jest pełno i są całkowicie za darmo. Można więc wszystko pakować w foliówki i jeszcze zabrać na zapas.

Trzeba jednak powiedzieć, że mimo iż mogłoby to się skończyć produkcją „przydrożnych śmieci” to tak się nie dzieje. W Norwegii jest bardzo czysto. Jest dużo koszy na śmieci, ale też chyba i mieszkańcy i turyści (o ile to możliwe) dbają o porządek. I prawdopodobnie są też sprawne służby czyszczące.

Norwegia widoki
A oto, jak czysto jest w Norwegii

Norwegowie są bardzo ufni. O ile tak to można nazwać. Ale były przynajmniej dwie sytuacje, które nas miło zaskoczyły. Pierwsza z nich dotyczyła pozostawionego przez nas towaru w sklepie.

Kupiliśmy jajka, zapłaciliśmy za nie, ale zapomnieliśmy je spakować z resztą zakupów. Na szczęście następnego dnia byliśmy w tym samym miejscu, więc gdy się zorientowaliśmy to spróbowaliśmy odzyskać nasz zakup. No i się udało, bez problemu wydali nam te same jajka. Bez sprawdzania, bez wypytywania. Pewnie kojarzyli, że zostały na taśmie, ale i tak to było fajne.

A druga sytuacja dotyczyła płatności za parking. Zatrzymując samochód (o tym dlaczego mieliśmy auto oraz kolejny przykład norweskiego zaufania w kolejnym odcinku 😉 ) na parkingu, musieliśmy w maszynie kupić bilet, ale okazało się, że maszyna pobiera pieniądze, ale nie wydaje żadnego paragonu. Zgłosiliśmy to na recepcji, a tam powiedzieli nam, że skoro zapłaciliśmy to w porządku. I tyle, żadnego potwierdzenia ani niczego nie dostaliśmy. Po prostu uwierzyli na słowo.

Wracając jeszcze do zakupów. W krajach UE wszystkie produkty powinny mieć podany dokładny skład na etykiecie. Z podanym procentowym udziałem każdego ze składników. Natomiast w Norwegii składy na produktach są często traktowane po „macoszemu”. Procentowy udział składnika w produkcie podawany jest najczęściej (o ile w ogóle jest) w przypadku najważniejszego z nich (np. ile jest ryby w rybnych plackach). Rzadko kiedy więcej informacji.

Opakowania też mają często słabe oznaczenie co do ich masy. Trzeba się naszukać, żeby znaleźć tę informację.

Ekoprodukty w sklepach są często tańsze niż „zwykłe”. W innych krajach na ogół jest odwrotnie.

Norwegia cuda natury
Nie mamy zdjęć produktów, więc są widoczki

Ale są też produkty zdecydowanie nie-eko. Dotyczy to zwłaszcza serów. Trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić seropodobnego produktu, który wygląda jak ser ale w składzie nie ma nic z nim wspólnego. Jest za to o wiele tańszy. O mały włos, a byśmy kupili takie coś.

Na tabliczkach z nazwami miejscowości często widnieją informacje, co się w nich znajduje. Kemping, kawiarnia, hotel, domki do wynajęcia. To przeważnie są dokładnie te rzeczy, których potrzebujesz 😉

Wszyscy mówią po angielsku i prawie każdy świetnie 🙂

Internet w Norwegii jest super! Praktycznie wszędzie jest dobry zasięg komórkowy i wszędzie jest komórkowy Internet LTE. Na samych kempingach czy noclegach różnie z tym bywa ale i tak przeważnie jest dużo lepiej niż bywało w innych krajach. Jest też sporo otwartych sieci, zwłaszcza dla klientów sklepów.

Prawie cała Norwegia jest drewniana. Początkowo sądziliśmy, że te domy nie mogą być całoroczne, ale raczej jednak są. Przywilej 😉 budowania się w cegle mają właściwie tylko większe miasta a w tych mniejszych murowane są w zasadzie tylko takie obiekty jak sklepy (niekiedy), szkoły (czasem) czy urzędy (zazwyczaj). Zimą chyba musi być w takim drewnianym domu pieruńsko zimno. A podobno Norwegowie nawet przy siarczystych mrozach śpią z  otwartym oknem w sypialni 😉 Jadąc przez ten kraj widzieliśmy stosy drewienek poukładane przy domach, czekające na zimę.

norwegia zabudowa
Przykłady norweskiej zabudowy

W Norwegii chyba każda atrakcja jest za darmo. Płatne są czasem parkingi (jak pod Trolltungą czy lodowcem Briksdalbreen) ale wejście na szlak, czy „wyglądaczki”, aby obejrzeć coś z bliska lub z panoramy są bezpłatne. Ale trzeba też zaznaczyć, że w Norwegii w zasadzie cały kraj jest jedną wielką atrakcją. Może więc dobrze, że nie pobierają opłaty za przekroczenie granic 😉

norwegia atrakcje.jpg
Od lewej: Lodowiec, wodospad z lodowca, widok na Geiranger Fiord, widok na drogę Drabina Trolli i widok na Drogę Atlantycką

W Norwegii wybór produktów spożywczych jest niewielki – to już pisaliśmy (Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach), ale żeby Wam to przybliżyć, to powiemy, że na przykład: są tylko dwie marki dostarczające mleko do sklepów. Niby mleko to mleko, a jednak mleko marki Tine jest jakby chudsze, mimo, że procentowo zawiera teoretycznie odpowiednią ilość tłuszczu. To samo dotyczy np. jogurtów, mamy tylko trzy czy cztery smaki do wyboru i dwie marki. Trochę lepiej sprawa ma się w przypadku serów i wędlin, ale wszystko jest tak drogie i raczej kiepskie w smaku (nie próbowaliśmy co prawda każdej rzeczy, ale udało nam się czasem kupić w promocji coś innego niż najtańszy produkt First Price’a 😛 ) że nie ma większej różnicy.

Ale mają coś, za czym będziemy tęsknić. Są to flintsteki, czyli kawałek wieprzowego mięsa (szynka) z grubym kawałkiem skóry (co brzmi dość okropnie, ale wygląda normalnie) w trochę dziwnej w smaku tutejszej marynacie, lekko kwaśnej. Smakuje przepysznie.

Śnieg i lodowce nawet w środku lata to w Norwegii nic dziwnego. Na 1000 metrach nad poziomem morza można być tuż obok czap śniegu a lodowiec mieć małe kilka kilometrów od szosy. A spod zalegającego lodu i śniegu wypływają strumienie wodospadów. Widoki są niesamowite i niewiarygodnie piękne 🙂

norwegia lodowce.jpg
Śnieg i lodowce w Norwegii

Norwegowie uwielbiają wieszać poroża łosi i reniferów nad drzwiami domów. Czasem są to same rogi, czasem z czaszką. Wygląda to niesamowicie (chociaż M. uważa, że to raczej przygnębiające) i nadaje klimat 🙂

Nie, renifera i łosia nie można spotkać tak po prostu. Jednak na północy Szwecji renifery są jak.. gołębie w mieście 😀 no dobra, może nie aż tak bardzo, ale jednego dnia zobaczyliśmy chyba z kilkadziesiąt sztuk.

Renifery chodzą sobie beztrosko po lesie, wychodząc niespiesznym krokiem, lub w radosnych podskokach (te młodsze) na szosę. Jadąc więc przez lasy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Zaskoczyło nas, jak niskie są te zwierzęta. Ale jednocześnie są bardzo zgrabne, mają wielkie oczy i wyglądają przesłodko 😀

Jest też mnóstwo owiec i kóz, które radośnie drepczą po drogach 🙂

renifery w szwecji.jpg
Reniferze rodzinki

Norwegia rozkochała nas w sobie swoimi obłędnymi widokami, ale sam kraj nie sprawił, żebyśmy mieli do niego sentyment ze względu na atmosferę, ludzi czy jedzenie.  Jednak to, ile wspaniałych miejsc tu widzieliśmy, powoduje, że podróżnicza poprzeczka względem atrakcyjności jest podniesiona baaardzo wysoko 🙂

Natalia i Mikołaj

 

Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach

Norwegia co jeść

Norwegia, ze względu na pewne odizolowanie kulturowe od reszty Europy musiała wykształcić swoją kuchnię i swoje smaki. Tylko dlaczego! Dlaczego w tym kierunku?!

W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o doświadczeniach z kuchnią norweską 😉

Słodko słony ser czyli brunost. Kupiliśmy go bo był najtańszy 😛 ale nie żeby tani 😉 To było na samym początku pobytu w Norwegii i jeszcze nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po tutejszych produktach. Ser był brązowy więc mieliśmy nadzieję, że jest wędzony. O my naiwni.

Okazało się, że jest słodko – słony. Koloru karmelu więc i o smaku karmelowym (lub krówkowym – dla lepszego wyobrażenia), tylko że słonawy o posmaku koziego sera (bo i jest z koziego mleka wyrabiany).

Początkowo próbowaliśmy go jeść „wytrawnie”, jak to ser, ale nie dało się. Natomiast nieźle się komponował ze słodkim chlebem w stylu żulika, który jeszcze mieliśmy ze Szwecji, a później z chrupkim pieczywem. Do tego dżem i oto jest. Pyszna kanapeczka, która nie wiadomo, czy ma służyć za deser, czy za słoną potrawę 😛 Jeździ ten brunost z nami już jakieś dwa tygodnie…(nie popsuł się!) nie ma na niego chętnych a żal wywalić. Zwłaszcza, że ostatecznie nie jest taki okropny, jak mogłoby się wydawać 😛

Brunost norwegia
Brunost z dżemem

Chleb. Chleb norweski nie należy do najpyszniejszych. Ani do najtańszych 😛 W najlepszym razie jest niezły. Prawie zawsze można natrafić na chleb w typie angielki (nazywa się loff), lub grahama (wygląda mało apetycznie) w cenie około 7 koron, czyli jakieś 3,50 zł.

Nie jest słodki ani niesłony, wypiekany jest przez lokalną piekarnię no i oczywiście.. jest marki First Price 😛 ewentualnie Coop Extra, marki własnej sieci Coop. Na zakupy jednak należy wybrać się do południa, później może go już nie być. I będziemy skazani na wcale nie lepszy ale za to duuużo droższy wypiek 😛 20 zł jeśli dobrze pójdzie 😉

norwegia chleb
Norweski chlebek

Dziwne napoje. Na pewno zwróciliście uwagę, że temat napojów pojawia się w naszych wpisach bardzo często. To dlatego, że to bardzo ważna część naszego prowiantu. Kupujemy picia dużo i często, zwłaszcza, gdy żar się leje z nieba. W Norwegii jednak wybór jest dość ograniczony, zwłaszcza, jeśli nie chcemy wydać na jedną butelkę napoju 15 – 20 złotych.

Ostatecznie naszym faworytem został sok pomarańczowy (2 litry za 13 koron, czyli jakieś 6,50 zł) oraz… cola 😛 tak, mają tutaj świetną podróbkę Coca – Coli, praktycznie nie do odróżnienia z oryginałem. Tak nam się wydaje, bo oryginału dawno już nie piliśmy 😛

A także napój, który ma być niby owocowy, ale smakuje jak… hm. Trochę jak napój energetyczny. Z owocami w każdym razie nie ma nic wspólnego.

No i wody smakowe. Są gazowane, jakimś cudem niesłodzone, ale za to mają lekki posmak owocu. Nam najbardziej pasuje wersja z granatem.

Napoje w Norwegii
Woda smakowa Boble

First Price – norweska marka produkująca wiele artykułów, które są co najmniej dwa razy tańsze od „markowych”. Opakowania „Firts price’ów” są brzydkie, nie przyciągają wzroku a nawet kojarzą się z latami 80. Jednak ich cena, tak drastycznie niższa, sprawia, że cieszą się zainteresowaniem naszym i wszystkich turystów 😛

To, co jednak jest najlepsze, poza ceną, to jakość tych produktów. Czasami zdarzało nam się kupić tę samą rzecz „markową” (np. żółty ser, norweskie naleśniki) i First Price w niczym nie ustępował tej droższej. No, może naleśniki były bardziej suche niż „oryginalne”. Ale za połowę ceny można się było z tym pogodzić.

Z First Price’a kupimy więc między innymi: chleb, banany, sosy do makaronów, sos tacos, rybne placki, kotlety, colę, napój pomarańczowy (w smaku dokładnie jak Fanta), soki pomarańczowy i jabłkowy, tortille, naleśniki.

Norwegia zakupy
Przykładowe opakowania First Price

Lompery – skoro już o naleśnikach mowa. Lompery to właśnie ich norweski odpowiednik. Zrobione są z mąki ziemniaczanej. Lekko wilgotne, można je jeść na słodko lub słono. Całkiem dobre.

Lulki z Klemem czyli nasz norweski słodycz 😉 Tortille (początkowo lompery, ale tortille lepiej znoszą zwijanie i są tańsze a smakiem niewiele gorsze) smarujemy czekoladą ze słoiczka, na to lejemy trochę dżemu (który w Norwegii nazywa się Klem :P) i oto jest! 😀 Deser mistrzów 😉

Norwegia co jeść
Czekolada z dżemem, mniam

Surowe warzywa i owoce o nich można w zasadzie w Norwegii zapomnieć. Są bardzo drogie. Czasem jednak uda nam się kupić jakąś paprykę (20 zł za kilogram), czasem pół arbuza (8 zł za kilogram), czasem pomidora (8 zł za dwa), a czasem mieszankę surówkową w torebce za 10 zł.  Czasem zaszalejemy i kupimy ogórka – 10 zł… Staramy się dbać o tę kwestię i nie zaniedbywać warzyw i owoców w naszej diecie, ale nie jest łatwo 😉

Mamy też naszą tajną broń; ziarenka czarnuszki, wierzymy, że ratuje nas przed kompletną awitaminozą 😉

Ziemniaki surowe są również bardzo drogie (10 zł za kilogram). Czasem kupimy kilka, żeby je ugotować do obiadu. Kiedyś jednak chcieliśmy zaszaleć. Kupić coś fajnego. Znaleźliśmy dwa duże ziemniaki zapakowane w folię aluminiową i opakowane w pudełeczko. Na nim rysunek nadzianych ziemniaczków z boczkiem, serem, warzywami. No pyszności! Wzięliśmy więc je, żeby mieć fajny obiad ale dopiero tuż przed otwarciem ich i włożeniem do piekarnika M. przeczytał, że należy je piec 2 godziny. 2 godziny? Dla już gotowych ziemniaków? Otworzył więc je a jego oczom… ukazały się surowe pyrki w dodatku już puszczające korzonki! Daliśmy 10 złotych za dwa ziemniaki 😛 ugotowaliśmy więc je i nie, wcale nie były smaczne 😛

Parówki które tutaj noszą nazwę pølse. Skład w najlepszym razie to 50% mięsa. Biedni Norwegowie, podobno uwielbiają swoje polsenki a nie wiedzą, że prawdziwe parówki są sto razy smaczniejsze. Aczkolwiek N. nawet posmakowały te norweskie kiełbaski. M. ich nie może znieść, są dla niego za słone.

Żółty ser za pierwszym razem kupiliśmy go (jakżeby inaczej 😉 ) z First Price. Był jednak bez smaku. Po prostu plastry bez smaku. Myśleliśmy, że to kwestia tej taniej marki. Później jednak mieliśmy  okazję kupić okazyjnie „firmowy” ser, który również był bez smaku. No, może z lekką nutą „mleczności”. Dopiero drogi żółty ser jakoś smakował. Co prawda ledwo wyczuwalnie, ale zawsze to jakiś smak 😛 Na szczęście był przeceniony i to bardzo mocno (5 zł za 180 gramów), więc jego wątpliwe walory nie były tak bolesne 😛

Fiskekakery czyli coś w rodzaju rybnych placków albo raczej rybnych parówek w kształcie placków 😛 Są całkiem dobre i smaczne. A do tego niedrogie jak na Norwegię.

Fiskekaker
Fiskekakery w akcji

Rybne przetwory. Generalnie w Norwegii jest dość dużo rybnych produktów. Wspomniane wyżej fiskekaker, rybny pudding, rybne kulki (coś w rodzaju klusek, całkiem dobre), coś co wygląda jak babka tylko z masy rybnej. A do tego oczywiście wędzony łosoś czy kawałki łososia do smażenia, ale łosoś jest tak drogi, że omijamy stoisko z nim szerokim łukiem.

Mięso z renifera i łosia, a głównie kiełbasy, są popularne ale i bardzo drogie a w smaku przypominają po prostu dziczyznę. Wiemy, bo załapaliśmy się na darmową degustację 😀

Wszystko jest słodkie i niestety chyba nie ma na to sposobu. Prawie każdy produkt potrzebuje odrobiny cukru w składzie, ale staramy się zwracać uwagę, aby nie był chociaż na jednym z pierwszych miejsc. Inaczej możecie naciąć się na coś co jest słodkie, a nie powinno być (tak jak my z musztardą :P)

Mały wybór produktów – właściwie w każdym sklepie jest to samo. Różnią się na ogół tylko cenami, asortymentem w bardzo niewielkim stopniu. Zawsze jesteśmy w stanie coś sobie wybrać na obiad, zwłaszcza, kiedy już wiemy, czego się spodziewać. Początkowo spędzaliśmy w sklepie bardzo dużo czasu, chodząc między półkami i szukając czegoś, co by nas interesowało i nie zwalało z nóg ceną. W każdym razie wybór produktów jest ostatecznie dość niewielki.

co jeść w norwegii
U góry dwa obiadki (po lewej kulki rybne z frytkami i czerwoną kapustą), na dole drugie śniadanie w trasie

Mrożone pizze – chyba, że chcecie kupić mrożoną pizzę 😛 Norwegowie je uwielbiają i w sklepach jest zawsze spory wybór tych smakołyków 😉 Spróbowaliśmy i my. Chociaż do włoskiej pizzy się nie umywa (ach jak tęsknimy!) to była całkiem smaczna. Lepsza niż się spodziewaliśmy.

Przeceny Trzeba jednak przyznać, że przeceny w Norwegii bywają naprawdę atrakcyjne. Przeważnie 50% lub 40% obniżki sprawiają, że można nabyć sporo fajnych artykułów (a ich data kończy się dopiero nawet i za kilka dni). Dzięki temu kupiliśmy już między innymi: ser, mleko, jogurty, pyszne mięso w marynacie, naleśniki 😛

Trzeba jednak pamiętać, że nawet po 50% przecenie dany towar jest z reguły sporo (czasem i dwukrotnie!) droższy niźli byłby bez przeceny w Polsce. Ot, takie uroki kraju fiordów…

słodycze skandynawia
Cukierki na wagę

Po spędzeniu trochę czasu w Norwegii udaje nam się już nieźle lawirować pomiędzy tutejszymi półkami sklepowymi i dobrze zaopatrzyć nasz koszyk zakupowy. Czasem kupimy sobie kawałek arbuza, czasem chipsy albo frytki 😀 czasem paczkę nektarynek, jajka czy słoiczek oliwek, mamy też w naszej spiżarni ketchup, majonez i musztardę. Kiedy już człowiek pogodzi się z norweską rzeczywistością, trochę łatwiej jest znieść te szalone ceny. Jednak tutejsze specjały raczej nie będą należały do tych za którymi tęsknimy, opuszczając dany kraj.

Mimo wszystko żywimy się naprawdę nieźle. Jako potwierdzenie możemy dodać, że na razie zjedliśmy tylko dwie zupki chińskie z naszego zapasu przeznaczonego na Skandynawię 😛 I to tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni a prawdziwy obiad (składający się z pieczeni! :P) zjedliśmy później 😉

Ale szczerze mówiąc Norwegia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie warto przywieźć ze sobą własne jedzenie 😉

Przeczytaj też wpis o 20 najlepszych potrawach jakie jedliśmy na wyprawie!

Natalia i Mikołaj

 

 

 

 

 

Norwegia – pierwsze wrażenia w 12 punktach

Norwegia jest ostatnim krajem na naszej aktualnej trasie. Ostrzyliśmy sobie na nią zęby, chociaż nie raz mieliśmy ochotę odpuścić (zwłaszcza N.). Czy jednak było warto, prawie po roku, dotrzeć aż tu? Na tę północ Europy?

Pierwsze wrażenia wskazują na to, że zdecydowanie tak. Oto, co możemy powiedzieć po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych w tym Skandynawskim Kraju Trolli.

Norwegia rowerem

1. Piękna pogoda. Podczas, gdy Polskę zalewały dzień w dzień strugi deszczu, w Norwegii słońce grzało z siłą 30 stopni. Czasem upał był aż nie do wytrzymania. Nawet, w pewnym momencie, powietrze przestało być chłodne.

Ale to oczywiście jakaś anomalia, sami Norwedzy są zaskoczeni tegorocznym latem. Zdarzyło nam się, że pogoda się nagle załamała i zlał nas deszcz (a wiatr chciał wywrócić), chmurzyło się i ogólnie ochłodziło, ale póki co można to potraktować jako wypadek przy pracy. Oby tak dalej, bo wystarczyła chwila gorszej pogody, by zdać sobie sprawę, że dwóch miesięcy przy takiej aurze nie znieślibyśmy (zwłaszcza N.)

Nnorwegia piękne miejsca

2. Przecudownie niesamowite widoki. A to dopiero początek. Przed nami dopiero najpiękniejsze miejsca – fiordy, a my już jesteśmy zachwyceni norweską przyrodą. Okoliczności są w zasadzie nie do opisania. Wysokie góry, skały, lasy, jeziora, rzeki, wodospady (tylu wodospadów ile tu widujemy jednego dnia nie widzieliśmy chyba przez całe życie),  płaskowyże, morze. Przepięknie jest. Właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli wyjść z zachwytu nad norweską przyrodą. W innych krajach, w których byliśmy, nie ma tak bardzo nagromadzonego piękna.

Norwgia co zobaczyć

3. Kiepskie jedzenie. Jedzeniu poświęcimy osobny wpis. Koniecznie 😛 ale a tę chwilę możemy Wam już zdradzić, że kuchnia norweska nie zostanie naszą ulubioną. To co w innych krajach jest słodkie tu jest słone, a to co powinno być słone – jest słodkie 😉

4. Kosmiczne ceny. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo. Ale nie aż tak! Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy przyprawił nas prawie o łzy. Co więcej – później się okazało, że to i tak najtańszy sklep w Norwegii i całkiem dobrze wyposażony (sieć Kiwi). Jest mniej więcej 10 razy drożej niż Polsce. Przykładowo chleb, jeśli akurat nie mamy pod ręką sklepu Kiwi i najtańszego chleba za 3,5 zł (w typie angielki) to możemy być skazani na bochenek o wartości od 20 do 30 zł.

Noclegi pod dachem kosztują jakieś 200 zł, no chyba, że trafi się jakaś wyjątkowa okazja (na razie trafiła się raz w Oslo i raz na kempingu, gdzie wzięliśmy chatkę za 350 NOK).

5. Kempingi. Wygląda na to, że standardem na kempingu jest kuchnia wyposażona przynajmniej w palnik elektryczny, na którym można sobie zagrzać jedzenie albo wodę. Często jest też lodówka, co dla nas bywa wybawieniem (a zwłaszcza dla naszego podgotowanego upalnym, norweskim słońcem, jedzenia). Czasem jednak palniki czy piekarnik są dodatkowo płatne. Czasem też zdarza się, że nie ma WiFi.

Za to prysznice prawie zawsze są płatne. Z reguły jest to 10 – 20 koron za 5 minut, czyli jakieś 5 – 10 zł.

Same kempingi kosztują około 100 zł. Za namiot i dwie osoby.

kamping w norwegii
Po lewej kamping w kotlinie, po środku hytta (domek kampingowy) i po lewej część jej wnętrza

6. Norwegowie. Podobno normalnym jest, że Norweg przejdzie koło swojego znajomego na ulicy i nie powie mu nawet „cześć”. Ciężko powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest, ale na kempingach można zaobserwować, że ludzie dużo rzadziej się ze sobą witają, niż w południowej części Europy. Po prostu, wchodząc na przykład do toalety, słowem się nie odezwą. Ale, z drugiej strony, słychać też „hej, hej” (czyli norweskie „cześć” :D) więc nie jest tak, że wszyscy są mrukliwymi gburami. No, chyba, że to obcokrajowcy się witają 😀

Podobno też Norwegowie unikają trudnych sytuacji, trudnych rozmów i w ogóle wolą święty spokój. Trochę by to potwierdzało pewne zachowanie, które zaobserwowaliśmy. Pod sklepem, gdy zajęliśmy rowerami miejsce przy krawężniku (i przy latarni, żeby się przypiąć), więc staliśmy minimalnie na miejscu dla samochodów, nikt tam nie zaparkował. W innych krajach nie mają z tym problemu, nawet podjeżdżają za blisko, a tutaj nie. Widzieli nas i chociaż swobodnie by wjechali, to woleli pojechać miejsce dalej. To było interesujące. I miłe.

Z drugiej strony czasem nas ktoś zagadnie i chce z nami pogadać, co więcej, czasem mam wrażenie, że nie do końca czują, że akurat przeszkadzają, bo my właśnie ruszamy, albo rozmawiamy między sobą 😉

7. Kierowcy. Wcale nie jeżdżą tak idealnie, jak można by się tego spodziewać.  Nie jest też źle, ale zdarza się, że wyprzedzają stanowczo za blisko. I to by miało pokrycie w tym, co czytałam, że Norwegowie źle jeżdżą.

8. Tunele. Norwegia to kraj tuneli. N. ich nie cierpi i boi się, ten huk przejeżdżających i nadjeżdżających aut jest przerażający. Na szczęście często dla rowerów są objazdy. I to nie biegnące gdzieś dziesiątki metrów wyżej, tylko po płaskim terenie, starą drogą, przy tunelu. Czasem wiodącą przez stare, nieużywane tunele. Tak, to można jeździć 🙂

9. Owce. W Norwegii owce mają takie psie pyszczki 😉 Wyglądają bardzo przytulaśnie, ale one od tulenia wolą… lizać samochody! 😀 właściwie to nie wiemy, co te owce dokładnie robią, ale uwielbiają zbierać się w skupiska przy zaparkowanych autach i .. wsadzać pyszczki w okolice kół. Skubią opony, liżą je… ciężko stwierdzić 😉 ale widok jest interesujący  😛

Norwegia owce

10. Wolnostojące ławeczki i toalety. Bardzo dużo jest miejsc „pikniowych”, gdzie można usiąść przy stoliku i zjeść drugie śniadanie z jakimś zapierającym dech widokiem 🙂 A do tego jest bardzo duża szansa, że gdzieś w pobliżu czeka już na nas toaleta. Nie toi toi, tylko chatka z kibelkiem i spłuczką, papierem toaletowy oraz umywalką i mydłem. Czasem z żelem antybakteryjnym.

Norwegia na dziko
Po prawej – toaleta, po lewej ławeczki dla strudzonych

11. Domki norweskie. Jadąc przez Norwegię często obserwowaliśmy, że dachy domów pokryte są trawą (!) a same domy często budowane są z węższym dołem i szerszą górą. Czasami stoją na kamieniach (nie na fundamentach) albo schody są dostawione z ułożonych na kupkę kamieni. Czad 😉

Trawa na dachach ma służyć termoizolacji (i rzeczywiście, gdy w upalny dzień weszliśmy do czarnego (!) domku z taką trawą na dachu, było w nim odczuwalnie chłodniej. Natomiast o tym drugim typie domów jeszcze nie znalazłam jeszcze informacji.

norweskie domki
Domku z trawą i na chudych „nóżkach”
  1. Stavkirke czyli klepkowe kościoły, które są tak popularne w Skandynawii. Póki co nie widzieliśmy jeszcze takiego, który by zrobił na nas wrażenie. Te, które mieliśmy na drodze nie wyglądały według nas szczególnie interesująco i nie wiemy, czemu budziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Chcieliśmy jednak wejść do jednego, żeby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Wejście jednak kosztowało 50 NOK, czyli 25 zł. Więc podziękowaliśmy. A przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo wnętrze kościoła było oddzielone od szyb drewnianymi ścianami :O

stavkirke norwegia.jpg
Kościoły klepkowe w Norwegii

Na razie Norwegia codziennie nas czymś zaskakuje i oszałamia widokami 🙂 Póki co, przemierzamy ją dalej 🙂

Przypomnij sobie inny kraj Skandynawski – Szwecję!  Albo Danię 🙂

Natalia i Mikołaj

Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Po Szwecji spodziewaliśmy się górzystego terenu, złej pogody, zawrotnych cen w sklepach i super ekologicznego podejścia do życia. Ostatecznie jednak możemy powiedzieć, że ten kraj nie spełnił naszych oczekiwań 😉

Podobno Szwecja to takie miejsce na mapie świata, w którym się nic nie dzieje. Ludzie są samotni, zdystansowani, zamknięci w sobie. Nawet znajomi, wracający ze sobą w jednym przedziale pociągowym z pracy, nie rozmawiają ze sobą. Wolą się zaszyć w swoich pięknie urządzonych, meblami z Ikei domach i jeść szwedzkie kotleciki. Czy faktycznie tak jest?

  1. Szwedzi. Nie próbowaliśmy się zaprzyjaźniać ze Szwedami, więc ciężko powiedzieć czy rzeczywiście stronią od bliższych kontaktów, ale te spotkania, których doświadczaliśmy nie wskazywały na to, żeby Skandynawowie na myśl o interakcji z innymi uciekali z ich pola widzenia.

Niektórzy nam machali, uśmiechali się. Czasem ktoś zagadnął. W sklepie wszyscy mili i życzliwi (niby tak powinno być, ale to nie standard ani norma). A gospodyni domku w którym mieszkaliśmy była nawet aż za bardzo gadatliwa 😉 no ale ona miała męża Amerykanina, to nie do końca była taką prawdziwą Szwedką 😉

Szwedzki znak
Szwedzi mają na pewno poczucie humoru. Znak głosi: uwaga na dzikie dzieci, zwierzęta domowe, szalonych starców i zdezorientowane żony

2. Pogoda. Szwecję przemierzaliśmy z Goetheborga  do Jonkoping a potem na północny zachód. Przez większość tego czasu mieliśmy przepiękną pogodę. Wręcz upał. Ostatecznie ja doprowadziłam swoje plecy do poparzeń a M. dostał na nogach uczulenia na słońce 😉 Oczywiście były też dni gorsze, pochmurne, nieco deszczowe (ze dwa), ale chyba mieliśmy bardzo dużo szczęścia.

Nie wystarczyło go jednak w kwestii wiatrowej. Prawie codziennie walczyliśmy z wiatrem.

Szwecja pogoda
Taką pogodę mieliśmy w Szwecji

3. Okoliczności przyrody. Okazało się, że na naszej szwedzkiej trasie nie ma gór 😛 było nieco pagórków, ale żadne nie stanowiły większego wyzwania (całe szczęście). Oprócz tego oczywiście lasy urozmaicone skałkami wystającymi z ziemi. Czasem mniejszymi, czasem większymi. No i jeziora. Wielkie jak Vanern, które jest wielkości dwóch Luksemburgów i drugie największe w Europie, ale też malutkie jeziorka i rozlewiska. Może nie są to widoki na skalę światową, ale bywają bardzo, bardzo ładne.

przyroda w Szwecji
Przyroda w Szwecji

4. Szwedzkie domy. Czy w Szwedzkim mieszkaniu wszystko jest z Ikei? 😀 Tak! A tak serio to nie wszystko, ale sporo rzeczy. Co się jednak dziwić. Szwedzi też potrafią liczyć. W Ikei ceny są przystępne, rzeczy funkcjonalne i  niektóre nawet ładne.  Szwedzi podobno lubią ładnie mieszkać. Nam przyszło być w trzech kwaterach.

Jedna to było mieszkanie u młodego Hindusa, chyba wynajmowane. Urządzone zwyczajnie, bez zbędnych dodatków upiększających przestrzeń. Kuchnia jednak pełna była różnych kuchennych akcesoriów. No i hinduskich przypraw. A w lodówce znaleźliśmy rybę w sosie indyjskim. Pyszne i na pewno nie szwedzkie jedzenie 😛

Drugie mieszkanie było fantastyczne. Był to typowy, czerwony, szwedzki domek nad rzeką, w małym miasteczku. W domku prawie wszystko było białe lub brązowe (kanapy, fotele), do tego właściciele wyjątkowo dbali o czystość a bardzo ładne dodatki stwarzały naprawdę przytulny i przyjemny klimat całego mieszkania.

Trzecia kwatera to było już coś w rodzaju hostelu. Wnętrze budynku i pokoje były w drewnie, ozdobione drewnianymi dodatkami i klimatycznymi zdjęciami. Tutaj jednak Ikea chyba nie dotarła, był to środek pustkowia z Czechem jako gospodarzem! 😀

szwecja do
Szwedzkie domki ale i blokowiska w Goetheborgu

5. Czarne rolety. W szwedzkich oknach często mogliśmy zauważyć czarne rolety. Początkowo bardzo się dziwiliśmy, zwłaszcza, że w naszym domku też takie były. Nagrzewały się strasznie i zastanawialiśmy się po co coś takiego montować. Czy po to, aby łapać każdy promień słońca zimą? Ale okazało się (gdzieś wyczytałam), że to po to, aby zaciemnić pokój podczas białych nocy.

6. Brak zasłon w okna. Podobno Skandynawowie nie zasłaniają okien, bo nie mają nic do ukrycia, i rzeczywiście w większości jest to prawda, ale nie reguła. Przeważnie rzeczywiście mamy tylko podwinięte rolety lub odsłonięte zasłony. Raczej nie uświadczymy firanek.

Ale na parapetach często stoją wysokie kwiaty, ozdoby. Możemy jednak spotkać też i przeszklone werandy, wysokie okna z których doskonale widać salon domu (i zawsze w środku jest bardzo ładnie).

7. Białe noce. A jeśli już o nich mowa. Słońce zaczęło zachodzić po 22 ale ciemno się chyba nie robiło już wcale. Szarówka była zarówno o 2 w nocy jak i o 4 nad ranem.  Niesamowite zjawisko i bardzo fajne. Oczywiście nie ma nic za darmo i Skandynawowie płacą za tak długi dzień kilkoma godzinami światła zimą. W namiocie chodzenie spać, kiedy jest tak jasno, może stanowić pewne wyzwanie (aczkolwiek my i tak zawsze jesteśmy tak padnięci, że zasypiamy bez problemu), natomiast w domu zaciąga się grube lub ciemne zasłony i zaciemnia mieszkanie.

Białe noce
Zdjęcie zrobione po godzinie 23

 

 

8. Ceny. Dla kogoś, kto jedzie do Szwecji prosto z Polski ceny wydadzą się wysokie. Jednak my, przyjeżdżając tutaj z drogich krajów, nie odczuliśmy, aby było szokująco drogo. Owszem, były produkty w bardzo wysokich cenach (np. na mięso przestaliśmy praktycznie zwracać uwagę), ale i takie, które wrzucaliśmy do koszyka bez wahania, chociażby pastę kawiorową (50% kawioru i 23% serka śmietankowego), w cenie 8 złotych (po przeliczeniu) za 250 gramów.

Ogólnie sklepowe ceny w Szwecji są zbliżone do tych w strefie Euro. Może nie jest aż tanio jak w Niemczech, ale na pewno nie drożej niż we Francji czy Włoszech. I na pewno znacznie taniej niż w Belgii 😛

Szwecja ceny
U góry: zupa grochowa, fasolka z karmelem (sic!), pudding ryżowy, na dole pasta kawiorowa i wielki ser

9. Sklepy. Chyba nie było dnia, żebyśmy musieli martwić się, czy na naszej trasie jest sklep. Znajdowały się w każdym miasteczku. Być może na północy jest trochę gorzej (już na zachód zrobiło się pustkowie), ale tam gdzie my byliśmy, zakupy nie stanowiły problemu. Było też dużo Lidli, w których ceny były wyjątkowo dobre a asortyment szeroki.

W sklepach nie znajdziemy też małego kawałka sera (400 gramów najmniej) czy małego jogurtu (litr najmniej). Ale o ile ser jest dość zwyczajny, o tyle jogurty mają pyszne i mogą konkurować z Grekami! Serio 🙂

10. Napoje. Ale dostępność sklepów nie oznaczała, że będzie co pić. W Szwecji co prawda jest bardzo duży wybór napojów, które stoją w kartonach i wyglądają jak soki. Ale to raczej kiepska podróba Tymbarku. Nie są złe, ale wszystkie podobnie smakują – słodko – kwaśno.

Mamy też spory wybór gazowanych napojów, bardzo słodkich. Naszymi faworytami został imbirowy Schwepps i Trocadero, napój podobny w smaku do energetyka, ale bez tauryny za to z niewielką dawką kofeiny.

11. Słodycze. Podobno wizytówką Szwecji są bułeczki cynamonowe. Jeśli tak, to marna ta wizytówka. Szwedzi powinni się nauczyć je robić od Holendrów albo Niemców. Szwedzkie ciasto jest… ciastowate 😛 mączne jak nieświeża drożdżówka. A jedliśmy różne, z różnych miejsc, zawsze świeże, więc to nie tak, że mieliśmy pecha.

Za to trafiliśmy na pyszne ciasto Brownie. I na czekolady z migdałami i dodatkiem pomarańczy oraz mięty (dwie różne). No i na ciastka z budyniem i dżemem porzeczkowym oraz ciastka z kardamonem– mniam!

Szwecja słodycze
U góry cukierki, po prawej na dole słodkie bułeczki, po lewej słodko słone przekąski

12. Lukrecja. W Szwecji prawie w każdym sklepie możemy znaleźć ścianę cukierków. Wszystkie są na wagę w tej samej cenie (jakieś 80 koron, czyli 8 euro za kilogram), można więc dowolnie mieszać i próbować wszystkiego po trochu. Ale trzeba mieć się bardzo na baczności, bo Szwedzi potrafią dodać do wszystkiego lukrecję. Co więcej, również lukrecję w słonej odmianie, czyli salmiakki. Nie sposób opisać tych dwóch smaków. Ale możecie natknąć się na nie wszędzie. Cukierek lukrecjowy obtoczony w dużej kulce soli, kawałek salmiakki do ssania, guma ze słoną lukrecją, lody, guma do żucia, czekolada. No cokolwiek zechcecie i wymyślicie na pewno już tu jest. Słono – owocowe smaki również. Znajdą się też pikantne, pieprzowe cukierki. Smaki tylko dla odważnych 😛

13. Chleb. Chleby w Szwecji nie wyglądają zbyt apetycznie, ale da się kupić przyzwoitą bagietkę za 10 – 16 koron, czyli 1 – 1,6 euro. Jednak chcąc kupić chleb „długotrwały”, trzeba uważać, żeby nie naciąć się na słodki; z miodem czy jabłkiem (no, chyba, że o taki Wam chodzi). Wystarczające jest to, że chyba każdy tego typu chleb jest słodkawy, więc dodatkowo słodzony będzie jak słodka bułka. Niesłodzony przypomina żulika. Ma nawet podobną konsystencję.

14. Pieczywo waza. Jest wszędzie. Tak jak we Włoszech w sklepach znajdziemy długie metry półek z makaronami tak w Szwecji znajdziemy tyleż samo pieczywa chrupkiego typu Waza. Duże, małe, okrągłe, trójkątne, podłużne i kwadratowe. Z ziarnem i bez, wszystkie odmiany świata 😉 Ale smakuje tak samo jak w Polsce.

szwedzkie kruche pieczywo
Szwedzkie kruche pieczywo

15. Kierowcy i drogi. Drogi w Szwecji są doskonałe, niestety część z nich, będąc czymś w rodzaju ekspresówek jest poogradzana metalowymi linami. Po to, żeby  kierowcy się nie wyprzedzali. Może to i rozsądne, ale pobocze pozostawiono bardzo wąskie, co stwarzało nam duży dyskomfort. Szwedzi wyprzedzali nas często niewiele zwalniając (a dozwolone było 100 lub 90 km/h na tych drogach). I o ile auta osobowe chociaż trochę miały miejsca, żeby nas wyminąć, to już ich przyczepy kempingowe, camping cary oraz ciężarówki – nie. Nie przeszkadzało im to, żeby przejeżdżać obok nas bez zdejmowania nogi z gazu.

16. Ścieżki rowerowe. W Szwecji drogi rowerowe istnieją, są lepsze albo gorsze, czasem szutrowe. Ale niestety kompletnie nieoznaczone, więc często nie wiadomo dokąd taka ścieżka prowadzi, czasem odbijają od szosy gdzieś w pole, czasem są ogrodzone  i nie ma jak z nich zjechać, gdy zorientujemy się, że zaraz nas gdzieś wyprowadzą.

17. Ekologia. Czy Szwecja kojarzy się Wam się z ekologią? Nam tak się właśnie kojarzyła. I rzeczywiście w sklepach mnóstwo ekoproduktów, Szwedzi podobno mają za mało śmieci (!), przetwarzają 97% tego, co trafia na wysypiska, jeśli znajdziemy wreszcie śmietniki to oczywiście będą one stały trójkami lub innymi liczbami, podzielone na różne rodzaje śmieci (papier, plastik, szkło, metal, bio), w naszym szwedzkim domku było pięć koszy na śmieci. Mamy też automaty, jak w Danii, do których wrzucamy butelki lub puszki i otrzymujemy 1 – 2 korony (w zależności od pojemności butelki) na zakupy w sklepie, przy którym stoi automat (ale możemy też wymienić kwitek na gotówkę).

A jednak w Szwecji dużo śmieci leży na ulicy, w rowach, w lasach. Przebywając wśród ludzi nie odnosi się wrażenia, by byli maniakami sortowania czy ekopostawy w ogóle 😉

18. Pociągi szwedzkie. Z przykrością stwierdzamy, że w większości przypadków szwedzkie pociągi nie przewożą rowerów. Wózki inwalidzkie, wózki dziecięce, specjale wagony dla zwierząt – tak. Ale rowery nie. Jest tylko jeden przewoźnik, który to robi i niestety nie jeździ po całym kraju (nazywa się Vastrafik). Nie zmienia to jednak faktu, że pociągi szwedzkie są nowoczesne i szerokie (5 foteli w jednym rzędzie). Automaty do kupowania biletów są bardzo nieczytelne, napisy znajdziemy tylko po szwedzku a na koniec okazuje się, że i tak są tylko dla posiadaczy miejskiej karty komunikacyjnej. Możemy więc bilet kupić albo online albo u konduktora, bo kasy na dworcach są rzadkością (o ile w ogóle  istnieją – my nie widzieliśmy żadnej).

19. Amerykańskie auta. Szwedzi kochają Cadillaki, Pontiaki, Dodge, Buicki, Bonneville i wszystko inne co ma cztery koła i pochodzi z Ameryki 😀 Nie wiemy za bardzo dlaczego tak jest (podobno w latach 80 był dobry kurs korony szwedzkiej, więc Szwedzi posprowadzali samochody), ale nadaje to pewnego kolorytu. Jeżdżą te wielkie, powolne auta po drogach, czasem ciągnąc za sobą retro przyczepkę kempingową. W środku siedzi albo szwedzka młodzież udająca trochę punków, trochę dzieci kwiaty, albo podstarzałe gwiazdy rocka 😉 Koszulka na ramiączka, długa siwa broda i wąs, kobiety w szerokich sukniach lub luźnych koszulach 😉 Warczą te auciska jak startujący odrzutowiec  i kopcą okropnie, a niby tak eko 😛

Szwecja auta
Amerykańskie auta w Szwecji

 

20. Kempingi. Szwedzi uwielbiają przebywać na słońcu. Zresztą chyba nie ma się co dziwić. Na ulicach mnóstwo samochodów ciągnących za sobą przyczepki kempingowe, na kempingach ledwo skończył się rok szkolny – pełne obłożenie.

Podsumowanie

Podsumowując –  podobało nam się w Szwecji. Pogoda bardzo dopisała, okoliczności przyrody również były umilały nam pobyt w tym kraju. Szwecja raczej nie może konkurować widokami z południem Europy, w dodatku, moim zdaniem mając do wyboru Szwecję a Mazury, można spokojnie zostać na Mazurach. Na uwagę jednak zasługuje wybrzeże szkierowe – skałki wystające z morza.  Trochę takie miniaturowe wybrzeże Chorwacji 😛

Mimo, iż widoki nie powaliły nas na kolana, to będziemy dobrze wspominać podróż przez ten kraj 🙂 No i dodatkowym atutem jest trochę inny asortyment spożywczy niż w znanej nam Europie, możemy popróbować nowych smaków (smaków (i to nie tylko słonej lukrecji) 🙂

Szwecja widoki(1).jpg
Szwecja

Natalia i Mikołaj

W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

Dania była kolejnym krajem, który nie poruszył naszych serc (tak jak Belgia: przeczytaj 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii, i Luksemburg – 8 pytań, które chcecie zadać jego temat), ale za to bardzo poruszył nasze portfele 😉

Zanim ułożyliśmy trasę na każdy z krajów, szukaliśmy dokładnie miejsc, które są warte uwagi. Jakichś atrakcji, czy to przyrodniczych czy kulturowych, każdą oznaczając cyfrą charakteryzującą jej atrakcyjność. Wszystkie punkty dla Danii miały (najniższy w naszej skali) numerek 3 (ładna plaża, zamek, wydmy itp.), więc pociągnęliśmy drogę prosto na północ, pomijając miejsca, które nas nieszczególnie interesowały, do promu mającego zawieźć nas do Szwecji.

Może, gdyby podczas naszej drogi przez ten kraj okazało się, że jest tu na tyle zachęcająco, że warto zostać dłużej i odbić gdzieś w bok, to Danię zwiedzilibyśmy bardziej. Tak się jednak nie stało i „przelecieliśmy ją” w cztery dni.

Ale były to dni pełne spostrzeżeń 😉

1.Upały. Albo trafiliśmy na prawdziwy środek lata w Skandynawii (czasem trzeba mieć szczęście do pogody 😉 przeczytaj podsumowanie I etapu wyprawy) albo klimat zmienia się tak bardzo, że wystąpiły jakieś anomalie pogodowe. Efekt był jednak taki, że mieliśmy 30 stopniowe upały, ciepłe wieczory i bardzo ciepłe poranki. Spaliliśmy się, jakbyśmy byli na południu! 😀

Dania wycieczka

2.Białe noce. Coś fantastycznego! 🙂 O godzinie 23 dopiero się ściemnia. Można spokojnie chodzić po dworze bez światła. W namiocie jest jasno prawie jak w dzień 😛

księżyc w danii
Wschód księżyca

3. Drożyzna. Szalone ceny w sklepach, nawet w Lidlu. Niby byliśmy na nie przygotowani, ale co innego zdawać sobie z czegoś sprawę a co innego stanąć z tym oko w oko 😉 W związku z tym wchodząc do sklepu, nawet na głodniaka, szybko nam się odechciewało jeść 😛 Po przeliczeniu wyglądało to mniej więcej tak: Bagietka 10 zł, chleb 12 zł, jedna bułka 3 zł, 1 banan 1,5 zł, czekolada 200 gramów – 14 zł, domek na kempingu na jedną noc – 600 zł (w standardzie, za który wcześniej płaciliśmy góra 160 zł).

Za to pół kilo pysznego wątróbkowego pasztetu 5 zł 😀

Ale znaleźliśmy sieć sklepów, gdzie ceny były do przełknięcia (co nie znaczy, że tanio). Gdybyście byli więc kiedyś w Danii to zaopatrujcie się w marketach Rema 1000. Ich wadą jest bardzo słaby wybór napojów – w zasadzie spoza stajni Coca Coli daje się pić tylko soki (polecamy Multifrugt), a ceny to ok 5 zł za litr (przy zakupie w 1,5-2 litrowych butelkach)

4. Kempingi. Kempingi w Danii są w cenach duńskich. Czyli tak 30 euro lekką ręką kosztują, czasem więcej. Co prawda dwa, na których spaliśmy, oferowały kuchnię do dyspozycji gości (mikrofale, płyty grzewcze). W jednym z nich powiedzieli nam, że możemy korzystać z niej za darmo (wow, serio? Przecież to standard na zachodzie), ale w drugiej okazało się, że wszystko jest  płatne (aha). Nawet ciepła woda w prysznicu. W takiej cenie to trochę przesada. Standard tych kempingów był zwyczajny. Nie było brudno, czy jakoś obskurnie, ale nie było też fajerwerków. A same pola namiotowe słabe. Zwykły kawałek trawy, bez cienia, bez ławek, przeważnie daleko od toalet. Słabizna. A cena za drugi (ten z płatną wodą i wszystkim) wyszła nam łącznie 41 dolarów (sic! Aha, bo płacimy tu kartą dolarową – najlepszy przelicznik) i to mimo, że nie korzystaliśmy z żadnych płatnych dodatków poza prysznicem.

Dania widoki
Piękna Dania 😛

5. Noc pod dachem. Trzecią noc spędziliśmy już pod dachem, który kosztował nas 20 euro. Więc wybór pomiędzy kempingiem a domem był oczywisty. Co prawda mieszkanie jeszcze nie było wykończone (pusty salon, puste pokoje), ale oferowało w pełni użytkowy aneks kuchenny, łazienkę, łóżko, a z ogrodu przyciągnęliśmy krzesła 😛 Gorzej, że drzwi się nie zamykały (zginął klucz, zepsuł się zamek? Nie wiem).

A kiedy się położyliśmy spać, to koło północy/pierwszej w nocy obudziły nas dźwięki czyjejś obecności w domu. Pierwszy zerwał się M., który wybiegł z sypialni a do mnie dotarło chwilę później co się dzieje. Usłyszałam tylko, jak M. wyprasza gościa. Okazało się, że to był ktoś, kto, jak powiedział, czasem tu sypia :O nic nam o tym nie powiedziano, ba, nawet poinformowano nas, że mieszkanie jest do naszej dyspozycji. Bardzo to było dziwne. Rzeczywiście w domu były ślady przebywania tu innej osoby, ale sądziliśmy, że to miejsce syna właścicieli. Szczoteczki do zębów w łazience, szampon, żel pod prysznic, jakiś materac w drugim pokoju i skołtuniona pościel (swoją drogą takie rzeczy się sprząta albo zamyka przed gośćmi, no ale okej 😉 ). W każdym razie wszystkie nasze rzeczy zebraliśmy do sypialni a pod drzwiami ustawiliśmy krzesło, przynajmniej w ramach wczesnego systemu ostrzegawczego. Nie wiemy jednak co tu się ostatecznie zadziało i czy ten ktoś miał prawo tu być. Faktem jednak jest, że zdarzenie było okropne i bardzo stresujące. Później już ta noc raczej nie należała do dobrze przespanych.

6. Wiatr. W Danii wieje jak szalone i zawsze z północy. A przynajmniej, kiedy my tam byliśmy, więc każdy dzień, to była walka z wiatrem. Jeśli nie cały dzień, to chociaż jakaś jego część.

7. Duńczycy źle się ubierają. Lubię obserwować jak ubierają się ludzie w danym kraju. Tak jak na Bałkanach (zwłaszcza w miastach) zaskoczyło mnie, że ludzie ubierają się dokładnie w stylu Europy Zachodniej (dżinsy, spódnice, kolorowe koszule – również mężczyźni, wszystko dopasowane do siebie, wyglądało co najmniej dobrze) i tak jak we Włoszech praktycznie wszyscy (a zwłaszcza mężczyźni) mają szaloną stylówę – klasa! tak tutaj nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo źle się ubierają Duńczycy. W zasadzie wszyscy. Czytałam gdzieś, że Dunki wolą się ubrać wygodnie niż elegancko, ale naprawdę spodnie w kocie łebki (!) i t-shirt w szare esy-floresy nie do końca do siebie pasują. Lub suknia królowej elfów i leginsy 😉 Nie żebym była jakąś modową wyrocznią, ale no… czasami się zastanawiałam, co kierowało tym człowiekiem danego dnia rano 😉

Dania podróż rowerowa
Wiszące nad ulicą buty w jednym z miasteczek

8. Język. Chociaż duńskiego nie byliśmy w stanie rozszyfrować, to wszyscy Duńczycy mówią co najmniej poprawnie po angielsku. A większość wręcz doskonale. To akurat jest tutaj super.

9. Maszyny do zwrotu butelek. To pojawiło się już w Holandii i Niemczech. Maszyna przyjmuje butelki i puszki (czasem z tego samego sklepu, czasem z innego), które zabiera w celu recyklingu, a oddaje paragon na podstawie którego otrzymujemy w sklepie zniżkę na dowolne zakupy. Ale tylko w tym sklepie, w którym zdaliśmy butelki. Jak przy kasie zapomnimy o tym kwitku, to kaplica 😉

Jedna butelka to przeważnie 25 eurocentów lub 3 DKK.

Generalnie Dania nie zaoferowała nam nic wartego powrotu. Ani jedzenia, ani picia, ani cen. No, może pogodę 😀

Natalia i Mikołaj

p.s napis na zdjęciu tytułowym Boring, to nazwa miasteczka w Danii ale też po angielsku znaczy nudny, znudzony, tak jak my w tym kraju 😀

 

Dodatkowe źródło: https://rzucijedz.pl/ciekawostki-ze-swiata/376-dania-ciekawostki

Niemcy w 10 punktach, czyli czym Cię może zaskoczyć Twój sąsiad

Z czym kojarzą Wam się Niemcy? Z Angelą Merkel? Dobrymi samochodami, piwem, kiełbaskami i imprezą Oktober Fest?

Jeśli tylko z tym, to spróbujemy Wam odczarować naszych sąsiadów, bo chyba są niedoceniani lub przeceniani 😉

Niemcy andernach
Proszę, jak kolorowo w tych Niemczech

1.Tanio! Tak 😛 Po palpitacjach serca, jakie przeżywaliśmy w poprzednich krajach i przy których Francja, jednak dość droga, wydawała nam się tania, w Niemczech jest raj cenowy 😛 właściwie większość produktów kosztuje tyle, co w Polsce, z jakimiś drobnymi różnicami. Również noclegi pod dachem można znaleźć w normalnych cenach (do 50 euro przeważnie jest niezły wybór).

2. Dobre jedzenie i picie. Zdziwieni? W Niemczech jest spory wybór różnego rodzaju produktów. Nie tylko niemieckich ale też z innych rynków (jak buraczkowy humus! Pycha). Jednak przede wszystkim zachwycaliśmy się wędzoną leberką czyli wątrobianką, której nigdzie indziej nie dostaniecie tak pysznej, oraz apfelschorlem, czyli napojem jabłkowym. Niby nic, pomyślicie, jabłkowe picie. A jednak. Niemieckie schorle są pyszne, lekko gazowane. Nigdzie indziej napoje jabłkowe nie smakują tak dobrze.

3. Piękne rejony Doliny Mozeli. Wzgórza pełne winnic, pomiędzy którymi wystają skały, czasem na szczycie górek stoi zamek a pod nim kolorowe, ładne, pełne uroku miasteczko. A wszystko to odbija się w lustrze wijącej się rzeki Mozeli. Brzmi nieźle? W rzeczywistości jest naprawdę prześlicznie! 🙂 No i nigdy nie sądziłam, że w Niemczech są takie winne rejony.

Niemcy Mozela
Dolina Mozeli

4. Najwyższy gejzer świata. Taki z zimną wodą. Znajduje się właśnie tutaj, w Niemczech, w mieście Andernach. Strumień sięga aż na 60 metrów w górę i to naprawdę fajne widowisko. Woda zaczyna powoli bulgotać w czymś w rodzaju kotła, aż z bulgotania robi się coraz wyższa fontanna, która ostatecznie sięga właśnie 60 metrów. Woda tryska i chlapie, płynie chodnikiem i można się nieźle zmoczyć 😉

Gejzer w Niemczech, Andernach
Erupcja gejzeru

5. Niemieckie drogi wcale nie są najlepsze. Tak! Obalamy mit, jakoby w Niemczech szosy były idealne. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że nie są. Jest różnie, od świetnych „dywaników”, przez lekko wyboiste szosy aż do totalnie dziurawych, źle połatanych dróg. To samo tyczy się ścieżek rowerowych. Niektóre są poprowadzone mądrze i dobrze, na przykład będąc pasem wzdłuż ulicy, ale inne są brukowane kostką (więc telepią niemiłosiernie) lub bardzo wyboiste z kiepską nawierzchnią. Często też poprowadzone są kompletnie bezsensu, robią jakieś labirynty i ósemki, zamiast iść po prostu równo z drogą.

Jedna z nich wiodła nawet środkiem strefy pieszej, gdzie jazda na rowerze była zabroniona.

Niemcy drogi.jpg
U góry po lewej, N. wykończona jazdą pod wiatr i fatalną nawierzchnią

6. Niemcy są sympatyczni. O ile są młodzi 😛 starsi Niemcy często są niezbyt przyjemni, nie wiem z czego to wynika, ani nie umiem przytoczyć żadnej konkretnej sytuacji. Po prostu są niesympatyczni.

Przy okazji tego punktu opisać należy jeszcze naszą przygodę, dzięki której poznaliśmy chyba najfajniejszego Niemca na świecie 🙂

Podczas przejazdu przez jakieś malutkie miasteczko M. usłyszał stukanie w kole. Myśleliśmy, że może coś się przykleiło do opony i uderza w błotnik albo haczy o hamulec. Po oględzinach okazało się jednak, że opona właśnie jest w trakcie kończenia swojego żywota. Wybrzuszyła się i przetarła do gołej dętki. Zdążyłam zrobić zdjęcie i… Opona strzeliła! I było i po dętce i oponie.

Zaczęliśmy myśleć, co robić, najbliższy sklep rowerowy, który wyszukał nam się na mapach był 9 kilometrów od nas, a było już późno, więc szansa że M. zdążyłby tam dojechać na moim rowerze była mała.

Ja próbowałam ustalić, czy mamy szanse na jakiś transport komunikacją miejską do campingu, a M. szukał właściciela wypatrzonego w pobliżu roweru, który stał na flaku, żeby odkupić oponę.

I Christian, jedna z osób, do której M. zapukał podczas tych poszukiwań, zaproponował, że zawiezie nas do sklepu rowerowego swoim samochodem 🙂 (okazało się, że sklep był zresztą bliżej niż ten wyszukany, co więcej, wcześniej robiliśmy w jego pobliżu zakupy).

Po powrocie dokonaliśmy naprawy w garażu Christiana, który nawet zafundował naszym obręczom czyszczenie odtłuszczaczem :))

Na koniec zostaliśmy jeszcze poczęstowani zimnym Red Bullem 🙂 bardzo jesteśmy wdzięczni Christianowi za tę bezinteresowną pomoc 🙂 Dzięki niemu potencjalnie poważna komplikacja szybko i miło została zażegnana. Aczkolwiek nie tanio (58 EUR  za oponę i dętkę).

Niemcy pomoc.jpg
Nasz wybawca 😉

7. Niemieckie miasta bywają albo urocze albo kompletnie bez wyrazu 😛 wsie i małe miasteczka często są bardzo ładne. Czyste, śliczne często wręcz cukierkowe, kolorowe od kwiatów w ogrodach i przy drogach, ale już te większe miasta przeważnie nie mają żadnego charakteru, są nijakie.

Niemieckie miasta.jpg
Niemiecka zabudowa

Jednym z wyjątków jest Hamburg, w którym  poczułam się jak w filmie z lat 90 😀 wysokie, postkomunistyczne bloczyska a do tego ogólny brud na ulicach. No, ale to było tylko pierwsze, słabsze wrażenie.

Nadrzeczna część miasta, „stare miasto” to zupełnie co innego. Budynki nad kanałami, port, to zupełnie inny klimat. Trochę jak Amsterdam, tylko nie tak zatłoczony, no i nie taki cukierkowy. Bardziej nowoczesny, industrialny ale i jednocześnie klimatyczny. Lubimy takie miejsca i bardzo się nam spodobał Hamburg 🙂

Hamburg niemcy

8. Niemieckie koleje. Według niemieckich pociągów można regulować zegarki. Chyba, że akurat mają opóźnienie 😀

Za pierwszym razem, gdy kilka lat temu przejeżdżaliśmy Niemcy pociągami, wszystkie jeździły z dokładnością co do minuty, jednak jeden z nich i tak się spóźnił i nie zdążyliśmy na ostatnie połączenie do Bazylei.

Koleje Niemieckie nie dość, że przedłużyły nam bilet na następny dzień to jeszcze zagwarantowały nocleg w pobliskim, bardzo przyzwoitym Hotelu Ibis.

Tym razem też przejeżdżaliśmy dużą część kraju pociągami, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwały remonty torów (i niektórych dworców) i wszystkie pociągi w całym kraju były opóźnione, wjeżdżały na inne tory niż zwykle. Stan dezorganizacji był dość wysoki i na dworcach było spore zamieszanie.

Trzeba jednak powiedzieć, że w każdym innym kraju zapewne nie byłoby w ogóle szans na ogarnięcie tego chaosu. A tutaj informacje o wszystkim (np. jakie opóźnienie, na który tor wjeżdżamy, jakie opóźnienie mają najbliższe pociągi, na które perony wjeżdżają) były między innymi na ekranach w pociągach oraz na  stronie internetowej kolei niemieckich.

Z resztą sama strona Deutsche Bahn  powinna być wzorem dla wszystkim innych stron informacyjnych. Dowiemy się z niej wszystkiego. Ceny biletu, peronu na który pociąg wjeżdża (nasz i kolejny w który się przesiadamy – i tak rzeczywiście jest, nie trzeba szukać na dworcu tych informacji),  stację docelową pociągu, który ma nas dowieść gdzieś wcześniej niż sam jedzie, bez wklikiwania się w trasę tego drugiego pociągu czy pytania na dworcu. Jest też informacja o opóźnieniach.

Ta strona wyszuka nam też połączenia chyba dla wszystkich kolei europejskich, nawet takie, z którymi nie radzi sobie rodzima wyszukiwarka danego kraju (np. strona francuskich kolei nie umiała nam podać połączeń typu francuskich linii regionalnych, a niemiecka nie miała z tym najmniejszego problemu).

Przesiadki często są też tak pomyślane, że nie trzeba biegać po całym dworcu, często jest to ten sam peron lub peron obok. Ale niestety nie jest to reguła, do takiej perfekcji jeszcze nie doszli 😉

Kolejna rzecz, jaką trzeba napisać o kolei niemieckiej, to to, że jest mnóstwo połączeń zewsząd do wszędzie.  Istnieją różne warianty tras, które dowiozą Cię do celu, w razie, gdyby jedno z połączeń przesiadkowych z jakiegoś powodu nie doszło do skutku.

Pociągi niemieckie są przeważnie niskie a perony są wysokie więc wchodzenie z obładowanym rowerem, wózkiem czy ciężką torbą nie stanowi większego problemu. No, chyba, że peron jest wyższy od podłogi pociągu, co się czasem zdarza 😀

W pociągach też zawsze otrzymujemy informację nie tylko o tym, do jakiej stacji dojeżdżamy i ewentualnie co się dzieje, że stoimy i za ile ruszymy, ale także o tym na którą stronę jest wyjście. Banalna informacja? Nie w innych krajach.

Na dworcach prawie zawsze są szerokie windy, pomyślane między innymi po to, żeby zmieścił się w nich rower.

Co tu dużo mówić, koleje niemieckie są idealne, może lepsze są tylko w Japonii 😉

9. Niemieccy kierowcy jeżdżą bardzo dobrze. Nawet jeśli obok idzie jakaś ścieżka rowerowa, na którą jeszcze nie zjechaliśmy, nie trąbią na nas i w ogóle chyba ani razu nikt na nas nie zatrąbił.  Nie wyprzedzają na czołówkę, nie spychają do krawędzi, generalnie, w Niemczech mamy takie samo prawo być na drodze, jak wszyscy inni. Super.

10. Porządek musi być! Chociaż nie wszystko jest idealne w Niemczech, to nieprzestrzeganie zasad jest nie do pomyślenia. Generalnie to nawet dobrze, chyba dzięki temu Niemcy osiągnęły taki poziom gospodarczy i kulturowy, ale starsze pokolenie potrafi nas prawie zdzielić laską po plecach, że toczymy się na rowerach po strefie pieszej, nawet jeśli jest nie zatłoczona 😛 młodsze pokolenie samo jeździ po deptakach, a pani konduktorka w pociągu machnęła ręką na nasz zły bilet i poradziła, jaki powinniśmy wybrać następnym razem (zamiast biletu dla Nadrenii i Westfalii wybrać taki uprawniający przekraczać landy – szkoda, że w automacie biletowym nic o tym nie napisali :P). Więc może nadchodzi porządek z lekkim przymrużeniem oka w wydaniu młodszych Niemców 🙂

Podsumowanie

Przyznam szczerze, że czas spędzony w Niemczech był bardzo przyjemny. Pogoda nam się pod koniec popsuła i na kempingach nie zawsze było tak komfortowo, jak bym sobie tego życzyła, ale i tak Niemcy rozpieszczały nas dobrym jedzeniem, dobrymi cenami i ogólną dobrą atmosferą w kraju. No i komunikacją. Język niemiecki M. zna przyzwoicie, a ja rozumiem na tyle dużo, że nie muszę się denerwować, że słyszę tylko dziwne dźwięki, do niczego niepodobne, z ust rozmówcy 😛

Teraz języki skandynawskie 😉

Natalia i Mikołaj

8 pytań o Luksemburg, które sami sobie zadajecie

Podróż przez Luksemburg była tak samo pozbawiona emocji jak droga przez Belgię (przeczytaj: 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii!) dlatego i jeden z najbogatszych krajów świata podsumujemy w kilku punktach, a raczej w odpowiedziach na pytania, które sami sobie stawialiśmy i które pewnie zastanawiają również i Was. Oto i one!

  1. Czy w Luksemburgu jest drogo? Zakupy robiliśmy głównie w Aldich i Lidlach, a ceny w tych dyskontach były „dla ludzi”, ba! nawet niektóre artykuły tańsze niż w Belgii czy Holandii. Co więcej, również kempingi mają tutaj przyzwoite ceny w wysokości nastu euro dla naszej dwójki z namiotem, a sklep, na jednym z lepszych kempingów, oferował artykuły w zwyczajnych, dla tego typu miejsc, cenach (spodziewaliśmy się „kosmosu”), np. bagietka 1,50 euro, mleko 1 litr 1,30 EUR, podczas gdy w sklepie/piekarni bagietka około 1 – 1,30 EUR a mleko około 1 euro).

Jednak zwyczajne sklepy (no, dobra, byliśmy aż w jednym: „SMatch” się nazywał) oferują produkty w różnych cenach. Są  i takie droższe i takie, których ceny nie powalają na kolana i dało się kupić fajne rzeczy za niezbyt duże pieniądze (co na przykład w Belgii było praktycznie niemożliwe).

Bardzo drogie natomiast są noclegi pod dachem. Ale mimo to udało nam się dorwać noc w hotelu (bardzo fajnym) za marne 50 euro i to było, bardzo, bardzo tanio. Z reguły atrakcyjne ceny zaczynają się od 100 euro za noc.

  1. Gdzie w Luksemburgu robić zakupy? Nigdzie! 😀 a tak serio, to w całym państewku jest niewiele sklepów, w sumie nie wiemy ile, ale na naszej trasie było ich może z pięć. Tak. W tym dwa Aldi, dwa Lidle, duży Cactus i jeden wiejski sklepik, który był jednocześnie jedynym sklepem dla dość dużego miasteczka. Jak to możliwe? Jak oni tu żyją i na co wydają te pieniądze, które ponoć mają? Nie wiem.

Luksemburg Esch sauer.jpg

  1. Czy w Luksemburgu widać to bogactwo? Absolutnie nie. Spodziewaliśmy się cukierkowego państewka, ślicznych, kolorowych miasteczek, wszędzie kwiatowych dekoracji a dostajemy… przeciętność. Zadbaną, ale nic poza tym. Domy to takie zwyczajne prostokątne bryły, bez żadnych zdobień, kolorów, bez pazura ani finezji. Ogrody nieszczególnie zadbane. Nie są zapuszczone, ale nie są też obsadzone kwiatami czy drzewkami ozdobnymi. Ot, rośnie sobie dookoła jakiś wrzosik, krzewik i to tyle. Czasem oczywiście zdarzały się posesje wyjątkowo ozdobione i piękne, ale nie była to norma.

Były jednak dwie sytuacje, w których widać było, że chyba tutaj mają trochę więcej pieniędzy.

Pierwsza z nich, to kiedy burzono jakiś dom a ktoś stał i polewał miejsce burzenia z wielkiego szlaucha, żeby się nie pyliło.

Druga, to w pewnym miejscu, po środku niczego, posadzono wzdłuż drogi różne gatunki drzew, mnóstwo szpalerów z najróżniejszych gatunków. Nie wiadomo, co to było, ani jednej tabliczki nie znaleźliśmy :p

Wszędzie też jest czysto (w skrzynkach z torebkami na psie kupki zawsze jest zapas foliówek) a ponoć każde miasteczko ma basen, place zabaw, parki, świetnie wyposażone szkoły, dobrze zorganizowaną komunikację miejską. Rzeczywiście czasem przejeżdżając przez najmniejsze wioski mijaliśmy kolorowe budynki przedszkoli czy szkół, wyposażonych placów zabaw i obiektów sportowych. W każdym miasteczku znajdują się też zadaszone przystanki autobusowe z ławeczkami. Czasem to oszklone wiaty, czasem drewniane budki. W każdej można sobie usiąść, schronić się przed wiatrem czy deszczem.

Czasem przy drogach (a nawet przy przystankach) stoją publiczne toalety.

Same drogi są świetne. „Dywaniki” jakie rzadko można gdziekolwiek spotkać. Może świadczyć o tym chociażby fakt, że na zjeździe z zablokowanym amortyzatorem w ogóle się nie zorientowałam, że nie pracuje – a z reguły bardzo szybko można to poznać, bo rowerem „trzepie” na nierównościach, inaczej niż, kiedy amortyzuje.

Mamy jednak wrażenie, że bogactwo nie dotyczy przeciętnych mieszkańców tego państwa. Zapewne żyją na poziomie i zarabiają nieźle, ale raczej nie każdego stać na wystawne życie.

Beneluks rowerem
Jedne z ładniejszych miejsc w Luksemburgu
  1. Czy w Luksemburgu jest ładnie? Na pewno nie jest brzydko, ale nie jest też na tyle ładnie, żeby jechać tu dla widoków. Są górki, są rzeczki, lasy, ale czy tego nie ma nigdzie indziej? Miasteczka i miasta nie mają żadnego wyrazu. Czasem wręcz wygląda to tak, jakby wokół kościoła z czasów średniowiecza zburzono kamienice i wybudowano nowe domy.

 Uroku dodają zamki, które stoją na szczytach gór (czy raczej górek). Zamki są przeważnie ładne, zadbane, wyglądają jak nowe. Trochę nie pasują więc do nich kamieniczki kompletnie bez wyrazu.

Są jednak ładne miejsca, które zasługują na wyróżnienie.  Okolice rzeki Sure, środkowo – północne tereny kraju – dość sielska okolica. Oraz wschodnia część Luksemburga, tzw. Szwajcaria Luksemburska, której uroku dodają skały i gdzie znajduje się Wilczy Wąwóz z labiryntem skalnym.

Luksemburg Sur Sure
Okolice rzeki Sure
  1. Jak jeżdżą kierowcy? Luksemburczycy jeżdżą bardzo zgodnie z prawem. Traktują nas jak równoprawnych użytkowników drogi o szerokości innego auta 😉 Nie wyprzedzą, póki nie będą mieć całkowitej pewności, że jest to zgodne z prawem i że na pewno z naprzeciwka nic nie jedzie. Generalnie lubimy jak samochody nie spychają nas z drogi i nie muskają lusterkami ale kiedy ciężarówka nas nie wyprzedza na prostej drodze, bo przekroczyłaby linię ciągłą i przez to za nią tworzy się korek, który wyżywa się później na nas, no to już jest pewna przesada.

7. Jak wygląda miasto Luksemburg? Jest bardzo kameralne. Spokojne i ładne. Nie zwala z nóg ale jest urokliwe. Przede wszystkim warte uwagi jest centrum (czyli Dolne i Górne Miasto), z murami obronnymi , widokiem na miasteczko wbudowane w kanion. Czy jednak można spędzić tu więcej niż maksymalnie kilka godzin i mieć co robić przez ten czas? Według nas niespecjalnie.

 

Luksemburg miasto
Miasto Luksemburg

8. Czy warto odwiedzić Luksemburg w trakcie urlopu? Na pewno można, zwłaszcza samo miasto Luksemburg oraz Małą Szwajcarię Luksemburską z jej wąwozem. Brakuje tutaj spektakularnych widoków, ale zdecydowanie można wypocząć i o dziwo nie zbankrutować (jeśli nie weźmiemy pod uwagę kosztów noclegów :P), ale przyznajemy szczerze, że Luksemburg nas wynudził i gdyby nie ten ostatni dzień (stolica plus Mała Szwajcaria) to raczej byśmy go nie polecali.

Luksemburg Mała Szwajcaria
Mała Szwajcaria Luksemburska

 

Cóż, Beneluks raczej nie zostanie naszym ulubionym miejscem na ziemi 😉

Przeczytaj też: Holandia i zwiedzanie Luksemburga

 

Natalia i Mikołaj

12 Rzeczy, które wkurzają w Belgii!

beneluks rowerem

Po pierwszych zachwytach Belgią (wpis: Belgia i Holandia czyli jak tu płasko!) kraj ten skutecznie zatarł dobre wrażenie.

Nie dość, że niewiele ciekawego się wydarzyło w trakcie podróży przez belgijskie tereny, to jeszcze towarzysząca nam rzeczywistość sprawiła, że podsumujemy Belgię w kilku punktach i nie będzie to dla niej nic miłego 😉

belgia huy.jpg

1. Drogo! Przede wszystkim szalone ceny w sklepach.

Myślicie, że we Francji jest drogo? W stosunku do Belgii francuskie ceny wydają się symboliczne. Chociażby taka bagietka. Powinna kosztować kilkadziesiąt centów, może 1 euro w piekarni. W Belgii 2 EUR. Napój? Paskudne, chemiczne picie – 1,70 za litr (we Francji tyleż za 1,5 – 2 litry). 200 gramów mydła? 3 EUR zamiast 1,80. Ten sam cydr 1,5 litra kosztuje we Francji około 2 EUR a w Belgi 2,70 za 0,75 l!!

Nawet piwo belgijskie jest tańsze we Francji o jakieś 1 euro na puszce! Radler za puszkę 0,33l kosztuje 1,15 EUR (w Niemczech 50-80 centów za pół litra, we Francji nie występuje). Mięso (mielone czy jakieś steki z karkówki) kosztujące we Włoszech czy we Francji jakieś 7-8 EUR za kilogram, w Belgii kosztuje 12-15. Ser coulomiers marki Cour de Lion: we Francji 1,8 EUR, w Belgii 3,8! Kawa rozpuszczalna: we Francji 4-6 EUR za 200 gramów, w Belgii 7-9. Masakra!

2. Nie ma nic do picia…

Ciężko znaleźć coś dobrego do picia w trasie, co nie kosztuje majątek. Orangina, za której 1,5 litra płaciliśmy około 1,70 EUR, tutaj dobrze jak ma cenę 2,20. 1,90 euro za 1,5 litra napoju (typu Lipton Ice Tea) to cena wyjątkowo atrakcyjna i rzadko spotykana. Dlatego ostatecznie zaczęliśmy kupować soki z Lidla lub Aldiego, po około 1,90 euro za 1,5 litra. Przynajmniej są smaczne a część z nich tak słodka, że można je rozcieńczyć w wodą i zyskać dodatkową ilość 😉

3. …Ale jest dobra czekolada.

To trzeba przyznać. Czekoladowe musy belgijskie bardzo nam przypadły do gustu i są nie drogie. 1 euro za 200 gramów musu to dobra cena.

belgijski mus czekoladowy
źródło: https://pixabay.com My za szybko zjadamy, żeby robić zdjęcie

4. Kiepskie drogi

Belgijskie drogi są kiepskiej jakości. Często fatalnie połatane, dziurawe, albo złożone z niedopasowanych do siebie betonowych płyt. Ogólnie jakość dróg porównywalna do polskich lub gorsza. I to na „bogatym zachodzie”! Szok!

5. …Nawet jeśli są zamknięte.

No, oczywiście, że nie wszystkie, ale Belgowie chyba uwielbiają stawiać znaki o braku przejazdu daną drogą i to w takich miejscach, że nie ma alternatywy poza całkowitym zawróceniem kilka ładnych kilometrów do jakiegoś rozstaju dróg. Okazuje się jednak, że droga była po prostu bez oznakowania poziomego albo najzwyczajniej jeszcze nie nabrała mocy urzędowej.

Zdarzyło się, że rzeczywiście ulica była w remoncie, ale rowerem bez problemu dało się przejechać. Jednak jadąc w kierunku rozkopów wzbudziliśmy popłoch wśród okolicznych mieszkańców, którzy usilnie nas namawiali, byśmy zawrócili. Na szczęście byliśmy mądrzejsi (tym razem :p).

6. Nie znają języków.

Z tym, że Francuzi nie znają (nie używają) języków obcych, pogodził się cały świat. Kraj – słońce, wielka historia, wielki kraj i jeszcze większe ego, wykraczające poza granice państwa. No trudno. Ale Belgowie? Sorry.

7. Jeżdżą jak wariaci.

No, może nie wszyscy i nie zawsze. Ale po kierowcach z kraju, w którym jest wielu kolarzy spodziewałam się więcej. A oni często mijają nas o milimetry, wyprzedzają na czołówkę z nami, wymuszają pierwszeństwo. Znów, poziom podobny jak w Polsce. A nie trzeba daleko szukać dobrych przykładów – Francuzi, a zwłaszcza Niemcy, jeżdżą z wielkim szacunkiem dla rowerzystów.

8. Nudno. Idzie umrzeć z nudów w tym kraju.

Właściwie tylko pola i lasy i wsie. Zdarzają się oczywiście miejsca urokliwe, ładne i przyjemne, jak Dolina Mozy, ale nie nadrabiają całości. Bywały dni, podczas których można było zaziewać się na śmierć.

Belgia dolina mozy
Okolice Doliny Mozy

9. Architektura.

Trzeba jednak przy tym przyznać, że wsie, miasta i miasteczka są bardzo ładne. Kolorowe kamieniczki, kamienne domki z kolorowymi okiennicami i ślicznie zadbanymi ogródkami. Dobrze się je ogląda 🙂

belgia miasta.jpg
Belgijskie miasta i miasteczka

10. Śmieci. Myślałby kto, że jak kraj Północy to czysto będzie, że aż można jeść z ziemi a tu wcale nie.

W Belgii śmieci leżą to tu to tam. Puszka po piwie w rowie, jedna, druga. Śmieci w fontannie, papierki na trawie. Trochę jak we Francji, a za to zupełnie nie jak w Holandii.

11. Ostre podjazdy.

Na szczęście część z nich została mi oszczędzona i M. sam podjeżdżał belgijskie bigi, ale mi wystarczy tyle, ile musiałam. Ostre, czasem nawet brukowane podjazdy, niezbyt długie ale i tak wystarczająco męczące.

12. Belgowie (i Holendrzy) nie myją się!

To oczywiście żart, ale chyba nie do końca. Na tutejszych kempingach prysznic nie jest oczywistością. Prawie zawsze pytają nas, czy aby na pewno będziemy chcieli się umyć? Czasem zachwalają, że oto oni mają prysznice! Co za luksusy! A czasem po prostu, jeśli chcemy wziąć ciepły prysznic to musimy więcej zapłacić lub wyczarować żetony, a dwa razy nie było po prostu ciepłej wody.  No i w kempingowych łazienkach rzadkością jest spotkanie kogokolwiek. Nawet, gdy na kempingu sporo ludzi. Wydaje się więc, że nie jest normą branie prysznica.

 

Widzicie jak mało zdjęć? Nawet nie ma co cykać! 😛 Ale najgorsze są jednak te ceny w sklepach. Po prostu kosmos, aż żal cokolwiek jeść i pić! Skończ się już Belgio! 😉

Natalia i M.

Amsterdam i pożegnanie z Holandią

amsterdam wycieczka

Wpis zaczynamy dzisiaj z grubej rury – a może i lufy 😉 Amsterdam! Miasto rowerów, kanałów i kamienic oraz tego, co zakazane gdzie indziej.

Amsterdam rowerowo
Kanały amsterdamskie

Jak zwiedzaliśmy Amsterdam? No jasne, że na rowerze 😉 Ale wcale to nie było takie oczywiste, bo w trakcie przejazdu przez miasto, w drodze na camping, tłumy rowerzystów sprawiły, że ja poważnie zastanawiałam się, czy nie lepiej będzie iść na spacer po tym mieście, zamiast kluczyć między tysiącami rowerzystów. Przezwyciężyła jednak myśl o tym, ile kilometrów (ostatecznie wyszło 30!), mielibyśmy przejść i że pieszo nie damy rady, a płacić za komunikację miejską, kiedy mamy darmowe rowery (za które inni płacą!) wydawało nam się trochę bezsensu.

Na szczęście okazało się, że w ciągu dnia ruch rowerowy jest niewielki a Amsterdam, jak cała Holandia, dobrze jest przystosowany do rowerzystów. Piesi nie mają tu łatwego życia, przeganiani przez dwa kółka, spychani na margines drogi rowerowej, która często zajmuje całe przejście i dla nich zostaje ledwie niewielkie „pobocze”.

Amsterdam rowery.jpg
Wszędzie rowery

IAmsterdam

We wszystkich relacjach czytaliśmy, że w Amsterdamie trzeba się spodziewać najróżniejszych wariantów pogodowych, my jednak mieliśmy upalne 30 stopni, ale dzięki powiewom i wszechobecnej wodzie dało się to znieść naprawdę dobrze.

Miasto obejrzeliśmy w całości, gdyby jednak chcieć wchodzić do wielu muzeów, które się tu znajdują, powinniśmy tu zostać na co najmniej kolejny dzień – ale to wiązałoby się z kosztami. Jeden bilet do muzeum to przeważnie 16 euro, zwiedzanie Amsterdamu łódką po kanałach 20 euro… można kupić też kartę turystyczną za 60 euro, wtedy mamy 3 wejścia w cenie, zniżkę na łódkę. Dlatego ja odwiedziłam tylko muzeum seksu za 5 euro 😛

Muzeum seksu amsterdam
Część eksponatów z Muzeum Seksu

Czy nam się podobało? M. twierdzi, że nawet – nawet, a ja byłam zachwycona. Miasto jest naprawdę piękne. Położone nad ponad 160 kanałami, zachwyca wąskimi, kolorowymi i ładnymi kamieniczkami. Mosty przyozdobione są kolorowymi kwiatami, po kanałach pływają lub kołyszą się łódki zacumowane do brzegów. A po ulicach jeżdżą i przechadzają się…. Też kolorowi ludzie 😀 i to zarówno w przenośni jak i dosłownie 😉

Holandia kanały
Kanały, łódki i rowery

W Amsterdamie podobno jest najwięcej przedstawicieli innych narodowości (piszą, że około 180 różnych nacji!), ale Amsterdam przyciąga też różne ciekawe egzemplarze 😉 (np. pan w koszulce i stringach na rowerze 😛 ) w związku z tym miasto jest bardzo interesujące, hippisowskie i wyluzowane a jednocześnie nowoczesne.

Amsterdam Holandia
Amsterdam

Amsterdam czyli… riki tiki narkotyki

W Holandii można legalnie palić marihuanę. To chyba wie każdy. Nie zauważyliśmy jednak, żeby było to popularne wśród Holendrów. Nawet młodych. Ba, prawie nigdzie nie było coffeeshopów. Owszem, czasem gdzieś tam stał jakiś magiczny sklep ale w ogóle nie mieliśmy poczucia, że wkraczamy do kraju, gdzie legalne są miękkie narkotyki.

Do czasu, aż nie znaleźliśmy się w Amsterdamie. Tutaj sklepy ze skrętami są właściwie na każdym kroku. Można kupić skręta małego, dużego, z domieszką (nie napisali czego), z haszyszem. Dopalacze, grzybki, herbatki. Oprócz tego lody, lizaki i gumy do żucia z cannabisem. Wszędzie czuć zapach palonej marihuany, ludzie palą skręty jak papierosy. Rano, w ciągu dnia, na przerwie w pracy, wieczorem.

Zaś same coffee shopy wyglądają jak knajpki. Niby wszystko jest legalne, ale te miejsca nie do końca wyglądają jak zwyczajne kawiarnie. Sprawiają wrażenie mniej lub bardziej szemranych.

Możecie się dziwić lub nie, ale nie odważyliśmy się ostatecznie zajarać trawki 😛

Oprócz tego znajdziemy tutaj też sklepy typu seed bank, czyli możecie kupić sobie ziarenka, dopalacze i cały osprzęt, który pomoże Wam znaleźć się na haju 😉

amsterdam marihuana
Coffee shopy, seed banki i informacje o sile dostępnych dopalaczy

Amsterdam czyli… seks, seks, seks!

Oczywiście Amsterdam znany jest również ze swojej Dzielnicy Czerwonych Latarni. To chyba wszystkim znana, przynajmniej ze słyszenia, okolica, gdzie znajdują się domy uciech. Pracują w nich prostytutki, które wdzięczą się do przechodniów w wielkich szybach okiennych lub spoglądają na spacerujących tamtędy mężczyzn przez uchylone drzwi. Domy w których pracują panie są czerwone, o zmroku oświetlone na czerwono (stąd nazwa dzielnicy), a gdy jakiś jest zajęty, okno zasłonięte jest bordową kurtyną.

Prostytucja w Holandii jest legalna, kraj ma z niej podatki, a dziewczyny objęte są ochroną lekarską. Co więcej, mają nawet swoje związki zawodowe!

Same prostytutki okazały się w większości dość postawnymi babkami. Wszystkie ubrane wyzywająco, przeważnie w czarną, skórzaną (lub skóropodobną), lateksową lub panterkową bieliznę.

W Dzielnicy nie wolno robić zdjęć – konkretnie prostytutkom. Natomiast tuż za domami przybytku znajduje się Oude Kerk, XIII wieczny kościół i jednocześnie najstarszy budynek w mieście.

Oude Kerk amsterdam
Oude Kerk

Tutaj też mieszczą się takie muzea jak muzeum seksu, prostytucji czy marihuany i konopi.

Muzeum Seksu okazało się jednak w głównej mierze zbiorem starych zdjęć pornograficznych (głównie świntuszenie z lat 20 i 50). Były tam też różne inne rekwizyty, jak historyczne wibratory, kalejdoskopy w których można było oglądać fikuśne zdjęcia, pasy cnoty czy ciastka w kształcie części intymnych. Jednak przeważały zdjęcia i było ich trochę za dużo 😉

Seks shopów na ulicach Amsterdamu też oczywiście nie brakuje, i to różnego rodzaju. Od zwyczajnych po wyspecjalizowane w różnych upodobaniach typu przebieranki czy SM 😉  Ale znaleźliśmy też sklep, który sprzedawał tylko prezerwatywy. Ale był przy tym tak uroczy, że ludzie wchodzili popatrzeć na eksponaty 😀 kondomy miały kolory, różne kształty, uśmiechnięte buzie czy były sprzedawane jak lizaki – na patyku 😉

kondomeria
Kondomki, do wyboru do koloru

Amsterdam podsumowanie

Chyba zjeździliśmy całe miasto i widzieliśmy wszystko, a nawet trochę więcej niż piszą w przewodnikach. Amsterdam ma niesamowity klimat, jest uroczy i zadbany chociaż trochę monotonny. Aczkolwiek mnie się bardzo spodobał.

Fajnie było znaleźć się w miejscu, gdzie ludzie są wyluzowani i tematy tabu, które zawsze tak spinają, tutaj traktowane są z uśmiechem lub jako zwyczajna część rzeczywistości.

Warto jednak przyjechać tu na dłużej, wydać trochę pieniędzy i zwiedzić kilka płatnych miejsc. Bo jest gdzie zajrzeć 🙂

M. dodaje od siebie, że Amsterdam jest nudny i denerwujący, przede wszystkich dlatego, że wszędzie wygląda dokładnie tak samo (można się zgubić), a pełen jest marnej jakości ścieżek rowerowych, na których można wytrząść sobie hormon wzrostu oraz niezliczonych świateł, na których się trzeba zatrzymywać. Może i „nawet nawet”, ale jednak nie bardzo 😛

holandia amsterdam
Amsterdam, po prawej u góry fragment „morskiej” mozaiki w tunelu z dworca

Podsumowanie Holandii

Po Amsterdamie udaliśmy się w stronę Niemiec, do Akwizgranu, gdzie urządziliśmy sobie weekendowy odpoczynek. Padło na Aachen, bo ceny noclegów tu są normalne (30 euro za noc), w przeciwieństwie do holenderskich czy belgijskich (poniżej 50 euro można w zasadzie zapomnieć).

Jak wynająć mieszkanie za wyjazd? Poradnik.

Wschodnie Niderlandy okazały się pagórkowate i już nie tak ładne (M: znacznie ładniejsze!), jak płaska część kraju. Do tego Holandia zaczęła nas strasznie męczyć swoim terrorem ścieżkowym. Rozumiem, że infrastruktura rowerowa tego kraju jest świetna (M: nadmiarowa i tylko trochę lepsza niż gdzie indziej, ale nadal kiepska),  chociaż czasem stan ścieżek woła o pomstę do nieba. Ciężko nimi jechać, zwłaszcza, gdy jedzie się trochę szybciej niż luzackie naście kilometrów na godzinę.

Czasem też ścieżka idzie jakimiś łukami, lawiruje między stronami szosy. Czasem nie ma jak na nią wrócić, na przykład, gdy za późno ją dostrzeżemy, a ona jest odgrodzona od drogi i zostajemy chwilowo na ulicy.

Jakież wtedy zaczyna panować święte oburzenie. Trąbią na nas, krzyczą z okien, wymachują. Zrobiło się to już ciężkie do zniesienia. Nie wiem jak ci Holendrzy przeżywają wyjazdy do innych krajów, gdzie rowerzyści spokojnie jeżdżą po ulicach?

W każdym razie zjawisko to osiągnęło apogeum, kiedy pobocze i ścieżka były rozkopane na odcinku może 1 kilometra a droga rowerowa biegła jakimś dużym łukiem przez pola. Natomiast szosa była w dwóch kierunkach przejezdna. Oczywistym było, że nie będziemy nadkładać, tylko przejedziemy ulicą, normalnie. Zakazu rowerów (ani nawet informacji o objeździe) nie było.

Ekipa budowlana była innego zdania. Kazali nam jechać dookoła, a kiedy stwierdziliśmy, że nie, że nie ma zakazu rowerów, i że jedziemy ulicą, to gość, który starał się nam zagrodzić drogę, szturchnął M. w plecy! Kolejny, stojący na końcu rozkopów zrobił to samo! Zszokowało nas to. Jak to możliwe, że doszło do czegoś takiego? Do naruszania nietykalności cielesnej?  Czy społeczeństwo holenderskie jest tak sfrustrowane na wszechobecne rowery? Możliwe. A może łamanie reguł jest tutaj nie do pomyślenia i wzbudza taką agresję…?

Nie wiem, ale cieszymy się, że opuszczamy ten kraj, chociaż w kolejnych być może nie będzie wcale dużo lepiej, ale trochę chyba tak.

Holandia rowerem
Holandia czyli chodaki, ser gouda, kanały, rowery i wiatraki

 

Natalia

Źródła:

https://www.amsterdam.info/pl/rozrywka/dzielnica-czerwonych-latarni/

Belgia i Holandia, czyli jak tu płasko!

Beneluks rowerem

Pociąg z Marsylii zawiózł nas do Tourcoing, czyli w okolice miasta Lille. Okazało się, że północ Francji to domy  z czerwonej cegły, jak na Śląsku 😛

Miasteczka były bardzo schludne, ładne i przypominały poniemieckie lub angielskie budownictwo. Zrobiło się zupełnie niefrancusko. Ale to żadna ujma, a wręcz nawet plus, bo francuskie miasta są z reguły trochę nijakie. A kolorowe kamieniczki i domki z czerwonej cegły mają wiele uroku.

Belgia.jpg
Typowe belgijskie miasto

Belgia

Nasza trasa wiła się pomiędzy granicą francusko – belgijską i wjeżdżając do Belgii nawet nie zauważyliśmy, że ją przekraczamy. Po prostu zmieniła się grafika znaków i pojawiło się dużo więcej rejestracji belgijskich. Dopiero  za drugim razem przy ulicy stał znak belgijskiej prowincji oraz tablica informująca o dozwolonych prędkościach na drodze.

belgia rowerem
W Belgii jak w Polsce

Jednak nie tylko zabudowa się zmieniła. Krajobraz również. Zrobiło się prawie całkiem płasko. Pojawiło się bardzo dużo terenów rolnych. Znikły palmy, kaktusy, jaszczurki (ale papugi są! :D). Są za to czaple, ganiające się po polach zające, dużo liściastych drzew. Jest swojsko i sielsko. Bardzo przyjemnie.

Ale po Belgii w tym tygodniu nie pojeździliśmy. Prawie od razu przejechaliśmy do Holandii. Chociaż zanim do tego doszło zobaczyliśmy jeszcze Gandawę i Antwerpię. O ile Gandawa bardzo nam się spodobała, o tyle słynna Antwerpia niezbyt. Gandawa to taki większy Gdańsk, jeśli ktoś lubi takie klimaty to będzie zachwycony 🙂 Natomiast Antwerpia jest jakaś taka… niby też w tym stylu ale czegoś jej brakuje.

Gant Belgium
Urocza Gandawa
Antwerpia.jpg
Antwerpia

Holandia

Natomiast Holandia, póki co, okazała się lepszą wersją Belgii  😉 domki ładniejsze, trawniki i ogrody dużo bardziej zadbane (wymyślnie przystrzyżone krzewy, dużo roślin).

Nadal jest oczywiście płasko, ale krajobraz urozmaicają co chwilę kanały, czasem zabytkowe wiatraki. Jest naprawdę przyjemnie. Zresztą, to, że jest płasko to dla mnie bardzo miła odmiana 🙂 M. trochę utyskuje 😉

Holandia wiatraki
Holenderskie kanały i wiatraki

No i infrastruktura rowerowa budzi podziw.

W Belgii było nieźle, wzdłuż dróg prowadziły ścieżki i pasy rowerowe, było się oddzielonym od ruchu samochodowego, ale ścieżki często były w kiepskim stanie i z dużą ilością szkła. Natomiast w Holandii to głównie asfaltowe ulice dla rowerów. Cała infrastruktura. Pasy, skrzyżowania, tunele, wiadukty. Drogi rowerowe wzdłuż autostrady i wszędzie między miastami i miasteczkami. Czasem tylko jest to wydzielone pobocze ale czasem też kostkowy fragment chodnika.  Praktycznie zawsze w świetnym stanie i bez śmieci.

Ale ma to też swoje złe strony. Nawet nie można pomyśleć o tym, że z takiej ścieżki zjechać na ulicę, bo zbyt na niej telepie, bo nie wiemy jak ona prowadzi dalej a my skręcamy, bo skręcaliśmy i nie zauważyliśmy wjazdu, a ścieżka ogrodzona jest od ulicy krzakami. Natychmiast znajdą się dobre dusze w samochodach i na chodnikach, gestami i krzykami oraz klaksonami wskazujące nam, gdzie jest nasze miejsce. To niestety jest trochę przesada.

Rowery w holandii.jpg
Holenderskie i belgijskie ścieżki rowerowe

 

Aha, no i po ścieżkach w obu tych krajach obowiązek jazdy mają również motorynki i skutery! Szok i lekka przesada. Powinni jechać na szkolenie do Rzymu 😛

Miasta w Holandii

Na razie udało nam się zobaczyć Dordrecht, czyli miasteczko, którego kamienice są krzywe. Podobno żaden dom nie jest tam prosty 🙂 Wychylające się przed szereg budynki rzeczywiście robią niezłe wrażenie! 🙂

Holandia na rowerze
Dordrecht

Słynny Rotterdam okazał się wielokulturowym miastem – gigantem. Ale niezbyt ładnym i niezbyt ciekawym. Trzeba mu to wybaczyć, bo w trakcie drugiej wojny został zbombardowany do gołej ziemi i odbudowywany. Nowoczesność więc przeplata się z resztkami historycznej zabudowy, ale źle to wygląda. Trochę tak „bez ładu i składu”.

Holandia rowerem
Rotterdam

 

Godne uwagi było miasteczko określane jako jedna z pereł Holandii: Delft. Zbudowane nad kanałami, zabudowa taka jak wszędzie w Holandii, urocza 😉

Delft holandia
Delft

Również Haga okazała się fajnym, ciekawym miastem, aczkolwiek też w tym samym stylu.

Haga holandia
Haga

Generalnie trzeba przyznać, że w zasadzie wszystkie miasta i miasteczka Holandii są bardzo schludne i ładne. To samo tyczy się przedmieść. Nie ma też mowy o śmieciach czy jakimś bałaganie. Jest czysto a wśród pól czy gaików, którymi wiodą ścieżki rowerowe można wypatrzeć dzikie gęsi czy inne ptactwo 🙂

O Holandii jeszcze Wam napiszemy, w tym o Amsterdamie B-) ale na razie jest fajnie i pogoda piękna, chyba lepsza niż na Południu 😛

Natalia

 

Rowerowe Lazurowe Wybrzeże

Włochy opuściliśmy dość niespodziewanie.

Okazało się, że na najbliższe dwa dni zapowiadają deszcze, co oznaczało dla nas prawdopodobieństwo utknięcia na drogim kempingu (kwater w sensownych cenach w okolicach granicy włosko – francuskiej nie było).

Najlepszym pomysłem wydało nam się dotarcie do Francji, do miejsca, gdzie i tak mieliśmy spędzić dwa dni ze względu na pobliskie bigi.  Tylko, że od tego miejsca dzieliło nas 120 km i przełęcze. Okazało się jednak, że są pociągi 🙂

Przejechawszy zatem rowerami riwierę liguryjską, do Sanremo, gdzie zdobyliśmy dwa niewysokie bigi, które okazały się wybawieniem od koszmarnego ruchu nadmorskiej drogi, wsiedliśmy pociąg i dotarliśmy aż pod Monako.

włochy rowerem
Zła pogoda nas goni

Monako

Monako, czyli europejskie Las Vegas. Okazało się czyściutkim państewkiem, z ulicami wijącymi się po górskich stokach, pełnym zdobionych hoteli, kasyn i kamienic. Dużo przepychu, wszystko piękne, wymuskane, wygładzone. Na spacer z pieskami (kundelków nie uświadczysz) ludzie wychodzili pięknie ubrani (garnitur, błyszczące buty, marynarka, apaszka). Na ulicach drogie samochody. Galerie handlowe pozamykane w ładnych budynkach, o tym, że są tam sklepy świadczyły tylko napisy. Pozłacane 😉

monako wyjazd
Monako, europejskie Las Vegas

Dla M. Monako było trochę zbyt „ęą”, ale mnie się bardzo podobało, chociaż przyznam, że miejsce jest snobistyczne i wcale się z tym nie kryje.

Jakby tego było mało, trafiliśmy na wyścigi Grand Prix 😀 samochody wyły i warczały z toru wyścigowego, a część miasta zamknięto. I chociaż nie jesteśmy jakimiś fanami tego typu widowisk, to udało nam się jednak popatrzeć trochę z góry na zawody 😉

Monako Grand Prix
Monako i Grand Prix

Lazurowe Wybrzeże i Nicea

Z Monako ruszyliśmy w stronę Nicei Lazurowym Wybrzeżem, które zdecydowanie nas zachwyciło. Chociaż widoczność była przeciętna to i tak widoki sprawiały, że co chwilę się zatrzymywaliśmy. Przepięknie. Sama Nicea zresztą też okazała się bardzo przyjemnym miastem, z secesyjną, dobrze utrzymaną zabudową i dużą, ładną plażą. Fajne miejsce!

lazurower wybrzeże rowerem
Nicea i Lazurowe Wybrzeże

Dziki fart 😉

Po Nicei mieliśmy się przemieścić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pod góry, gdzie M. sobie miał pobigać. Zrobiliśmy zakupy w Intermarche, w którym nie wiedzieliśmy na co patrzeć, tyle było różnych pyszności 😀 i ruszyliśmy w ostatnią prostą do kempingu.

Po drodze minęliśmy hotelik w stylu amerykańskim, długi budynek parterowy w którym, jeden obok drugiego, mieszczą się pokoiki. Okazało się, że doba kosztowałaby nas 35 euro (czyli dość tanio), ale postanowiliśmy pojechać na kemping i zrobić rozeznanie cenowe.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kemping jest zamknięty na głucho. Na stronie żadnych informacji na ten temat, na bramie też… a jednak zamknięty.

Wróciliśmy więc do hotelu, nie dowierzając własnemu szczęściu, że mamy, gdzie spać. Gdyby nie hotelik, nie wiem co byśmy zrobili. Okolica to totalna wioska, prawie nic tu nie ma, nie mówiąc już o jakichś kwaterach, ale jednak nie aż takie bezludzie, żeby spać na dziko, zresztą… trzy noce…? A w około strome góry. A dodać trzeba, że przyjechaliśmy dość późno (koło 20), więc hotel dosłownie uratował nam tyłki 😛

Grasse – światowa stolica perfum

W hoteliku przesiedzieliśmy trzy dni. Przede wszystkim dlatego, że M. miał w okolicy dwa bigi ale też dlatego, że pogoda się popsuła. Padał deszcz, szalały burze.

Dopiero po tym czasie udaliśmy się do Grasse, w którym też skończyliśmy w hotelu, z pięknym widokiem. Grasse okazało się wyjątkowo drogie pod względem noclegowym.

Myśląc o stolicy perfum jakie macie skojarzenia? Bo ja nastawiałam się na miasteczko pełne kwiatów, pachnące i kolorowe. A do tego urocze, średniowieczne z wąskimi uliczkami. Ewentualnie mroczne i tajemnicze, jeśli przypomnimy sobie powieść „Pachnidło” Patricka Suskinda. Czy Grasse spełniło moje oczekiwania? Nie do końca.

Po pierwsze miasteczko jest wspaniale położone, na zboczu gór, ma fajną główną ulicę wiodącą wzdłuż drzew palmowych i malutkie, kamienne stare miasto.

grasse zwiedzanie
Grasse

 

Niestety w samym mieście nie pachnie niczym szczególnym, nie jest też kolorowo czy kwiatowo, a samo miasteczko nie jest jakieś nadzwyczajne. Jest wiele innych, dużo ładniejszych i klimatycznych miejsc. Znajdziemy tu rzeczywiście wąskie uliczki zakończone schodami wiodącymi jakby na kolejne poziomy starego miasta. Ale jest ono bardzo małe i łatwo wyjść poza stricte turystyczny obręb. A tam napotkamy szwendające się dzieciaki i młodzież oraz dorosłych lustrujących przechadzające się turystki.

Przyznam, że niezbyt było przyjemnie znajdywać się w takich miejscach, szybko starałam się je opuszczać.

Francja rowerem grasse
Grasse

Natomiast niewątpliwą zaletą Grasse jest wiele perfumerii i muzeów związanych z przemysłem perfumiarskim.

Zajrzałam do kilku takich perfumerii, gdzie od zapachów łatwo dostać zawrotów głowy 😉 Oraz udało nam się odwiedzić fabrykę perfum Fragonarda. Wąchaliśmy ich perfumy, ciekawe połączenia zapachowe i czyste zapachy (np. cedr, sandał, konwalię, mimozę, werbenę, kwiat pomarańczy, paczulę, lawendę). Wszystko było dobrze opisane, dzięki temu wiemy, jakie zapachy nam najbardziej się podobają. A to nie jest takie oczywiste, wiedzieć, że perfumy liliowe to tak, ale paczula już nie 😉

Perfumeria Grasse
Perfumeria Fragonard

Obejrzeliśmy też kadzie, alembiki i inne pojemniki w których wytwarza się zapachowe olejki i perfumy, historyczny sprzęt do tegoż oraz flakoniki perfum sprzed wielu lat. Niektóre wciąż jeszcze z zawartością! 🙂 Niestety, chyba spóźniliśmy się na pokaz wytwarzania perfum, który rzekomo można obejrzeć w muzeum.

Kalanki i Marsylia

Marsylia była naszym ostatnim przystankiem na południu Francji. W drodze do miasta mieliśmy obejrzeć Calanques czyli Kalanki. Klify można oglądać spacerując po parku narodowym albo z morza, decydując się na rejs łódką.

Jako, że górskie spacery w trakcie podróży rowerowej są zawsze skomplikowane (co zrobić z rowerami i bagażem? Czy zostać w ciuchach rowerowych, które nie nadają się do spacerów (zwłaszcza spodnie) czy może jechać i się zapchać w nieprzejezdny teren?) a M. Kalanki już widział, , zbadał, a nawet trochę przewspinał, więc zdecydowaliśmy, że ja sobie popłynę w rejs a M. na mnie zaczeka.

Oglądanie 3 calanques kosztowało nas 16 euro i trwało 45 minut. Do wyboru jest kilka tras rejsowych, my akurat przyjechaliśmy tak, że najkrótsza była za 5 minut.

Przyznam, że tego typu formacje już widziałam i nie zrobiły na mnie jakiegoś olbrzymiego wrażenia ale i tak są zdecydowanie warte zobaczenia. Tak naprawdę nie wiem, czy któraś z kalanek była lepsza od innej. Dostaje się mapkę, gdzie są one oznaczone, ale łódka płynie cały czas wzdłuż imponujących klifów, wpływając do małych portów, żeby turyści mogli podziwiać zatoczki.

kalanki zwiedzani
Calanques Marsylia

 

Po Kalankach ruszyliśmy do mieszkania, które wynajęliśmy przez Airbnb i powiem szczerze, uważam, że wynajmowanie pokoju w czyimś domu to małe nieporozumienie. Tym razem nie dość, że właściciel okazał się niepoważnym bucem, który w ogłoszeniu napisał, że można się zameldować w mieszkaniu od 11 rano a w mailu, że najwcześniej mamy być o 15, po czym i tak się spóźnił około godziny, podał też informację, że mówi po angielsku, ale jedyne co potrafił to „okay”, to na dodatek okolica była bardzo mocno wątpliwa.

Do domu wpuściła nas jego żona – piętro 5, winda nie działała, więc M. targał bagaże na górę, na kilka razy, a ja stałam pod blokiem, pilnując dobytku i będąc zagadywaną przez dzieciaki. Uliczką zaś przejeżdżały auta pełne czarnoskórej młodzieży, jak na filmach sensacyjnych. Poziom stresu mocno mi skoczył 😉

A gdy przyszedł jej mąż, to urządził scenę, że rowery nie mogą zostać w przedpokoju. Okej, może przedpokój był mały, ale ustawiliśmy je tak, że nie przeszkadzały. Długo się nie mógł z tym pogodzić, chyba dla samej zasady, ale kiedy powiedzieliśmy, że albo rowery zostają, albo my się wynosimy, to wreszcie dał spokój. Nie mogliśmy się zgodzić na wystawienie ich na klatkę schodową ze względu na niezbyt bezpieczną okolicę.

Samo mieszkanie okazało się całkiem okej, z tym iż korzystanie z łazienki i kuchni (poza tym, że dzielonymi z właścicielami) wiązało się z przechodzeniem przez salon w którym przesiadywali gospodarze. Na szczęście po południu sobie gdzieś poszli i do późnego wieczora nie wrócili. Zapewne dlatego, że wypadło nam tu być w sobotę 😉

Co zaś się tyczy Marsylii,  to jest to wyjątkowo wielokulturowe miasto, trochę zapuszczone i nie dające poczucia bezpieczeństwa. Okolice turystyczne są w porządku, ale lepiej nie zbaczać zbytnio ze szlaków. M. Marsylia bardzo nieprzypadła do gustu a we mnie nie wzbudziła żadnych emocji.

marsylia zwiedzanie
Marsylia z góry

Francuckie kempingi

We Francji spaliśmy trochę pod dachem, ze względu na pogodę a trochę na kempingach. I tak jak nie mam jakichś złych wspomnień z naszej poprzedniej wyprawy po Francji,  tak tym razem nie wyglądało to najlepiej.

Przede wszystkim w kwestii wifi popularna jest konieczność zapłaty za dostęp do Internetu. No i to jeszcze by tak nie bolało, gdyby nie fakt, że to dostęp na godzinę, albo kilka godzin i kosztuje na przykład 5 euro.

Poza tym sam standard kempingów jest co najwyżej poprawny.

 

Inną sprawą jest to, jak nas potraktowano pewnego dnia, którego odwiedziliśmy trzy kempingi i na każdym stało się coś nieprzyjemnego. Pierwszy z nich nie miał przyzwoitych miejsc pod namioty, tylko bungalowy. Dostaliśmy więc do rozbicia się jakiś zabłocony, podeszły wodą skrawek ziemi, przy drodze, gdzie wszyscy przejeżdżali samochodami (ciekawe jak szybko ktoś wjechałby w kałużę i nas ochlapał) i pod czyimiś oknami. Sanitariaty były brudne, że aż bolało patrzeć. W dodatku kibelek był tylko jeden i jeden był prysznic. Na szczęście w pobliżu miały być jeszcze dwa kempingi, więc szybko odjechaliśmy stamtąd, wzbudzając oburzenie właścicieli.

Drugi kemping, chociaż kierowały do niego nowe znaki, okazał się zamknięty. I nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie to, że luzem biegał duży pies, owczarek. Zaczął nas obskakiwać i obszczekiwać. Był dosyć agresywny a właścicielka nie raczyła go zabrać, ani nawet przywołać do siebie. Musieliśmy go odpędzać rowerami, do momentu aż przyszedł po niego jakiś facet.

Zaś na trzecim kempingu, na którym musieliśmy już zostać, ignorowano nas na recepcji przez kilka minut. Właściciele byli czymś bardzo zajęci, co wymagało krzyczenia do siebie, chociaż znajdowali się tuż obok siebie i kompletnie nie przejmowali się, że klienci stoją i czekają, żeby im zapłacić… a miejsce jakie dostaliśmy było tuż obok jakiegoś remontu, na którym prace wznowiły się jak tylko rozbiliśmy namiot. Na szczęście skończył się mniej więcej wtedy, gdy skończyliśmy brać prysznice.

Rano zaś pani z recepcji nie raczyła otworzyć nam szlabanu blokującego wjazd i wyjazd (przejście dla pieszych było wyjątkowo wąskie, z objuczonym rowerem nie dało rady się przecisnąć), bo… gadała przez telefon. Nikt nie wymagał od niej podejścia i zatańczenia, tylko wciśnięcia guzika zdalnie, z recepcji w której była. Przerosło ją jednak to zadanie i ostatecznie musieliśmy ręcznie unieść szlaban na tyle ile się dało i przejść pod nim.

A Francuzi mówią oczywiście tylko po francusku i często są dość niemili, pani w okienku na dworcu kolejowym czy na recepcji kempingu. W odpowiedzi na zadane pytania usłyszeliśmy na przykład „nie pozwalają!” (na przewóz rowerów) nie! (czy mówi po angielsku). Żadnego przepraszam, przykro mi, niestety. Większość osób jest tu raczej sympatyczna i przyjazna,  nawet zagadują w tym swoim dziwnym języku 😛 ale jakoś pewna konsternacja poznawcza pozostaje. No i nadal nie umieją jeść widelcem 😛

Ale, a propos, to jedno trzeba im przyznać  – jedzenie mają najlepsze na świecie! 🙂

Pociąg pod belgijską granicę

Nasz miesięczny, niespodziewany, powrót do Polski wiązał się między innymi z tym, że chcąc trzymać się planu bycia w Norwegii latem, musieliśmy jakoś nadrobić czas w terenie. Dlatego zdecydowaliśmy się na pociąg,  który przewiezie nas z południa Francji na północ kraju, pod granicę belgijską. Pociąg jedzie tylko 5 godzin (i ma chyba z kilometr długości)! Rowery zabiera złożone, w cenie zaś po dwie sztuki bagażu – musieliśmy więc dokupić więcej.

Okazało się, że mimo obiecanej przestrzeni bagażowej na 2 metry, nie było jej. Jeden rower bez koła zmiescił się w dużej półce zaś drugi musiał stać obok niej. Owinięte w worki foliowe, chyba dla niepoznaki 😀

Pociąg jest linii (przewoźnika?) OuiGo i jeśli będziecie chcieli z niego korzystać, to musicie wiedzieć, że OuiGo nie respektuje innych kart do płatności internetowej niż… oczywiście francuska. Szczęśliwie kolega Serwecz nas poratował (dziękujemy!) bo inaczej to nie wiem, co byśmy zrobili. OuiGo chyba działa tylko mobilnie.

A teraz oby północ nas miło rozczarowała! 😉

Natalia i M.

Liguria czyli raz słońce raz deszcz

Po słonecznej Toskanii przyszła kolei na Ligurię. Niestety wspominane kiepskie prognozy sprawdziły się i po pięknych dniach musieliśmy się zmierzyć się z pogodą w kratkę.

Wpis o powrocie na trasę, po zimie w Rzymie, tutaj!

Jazda stała się trochę szarpana, dzień – dwa jazdy i dzień przeczekiwania deszczu.

Z tym deszczem też bywało różnie, czasem przestawało padać jak tylko rozgościliśmy się na jakiejś kwaterze, czasem jak tylko podjęliśmy decyzję, że zostajemy, bo pada, niebo pięknie się rozjaśniało.

Pontremoli Włochy
Spacer w deszczu po średniowiecznym miasteczku

Inna sprawa, że nogi wciąż jeszcze nie złapały oczekiwanej formy (przynajmniej moje), więc uda i łydki trochę rwą i nie mają nic przeciwko odpoczynkowi 😛 no i rzeczywiście, brzydkie dni, mimo chwilowych przejaśnień udawało nam się przeczekać w miłych miejscach 🙂 Ale gdybyśmy musieli jednak jechać, to prawdopodobnie nie byłoby tak źle.

Raz jeden przemoczyło nas zupełnie, wydawało się, że po porannym deszczu przestało padać, ale pogoda postanowiła pokazać, na co ją stać, jak tylko znaleźliśmy się w szczerym polu…

Wiecie, najgorsze w jeżdżeniu w deszczu jest nie tylko to, że się jest po prostu mokrym, więc zalewa Cię i krew i pot i łzy i jeszcze deszcz się wlewa do oczu, a ciuchy są mokre, więc jest zimno i nieprzyjemnie, ale też, że nie ma gwarancji, że będzie jak się wysuszyć i rozgrzać.

Sezon grzewczy we Włoszech już się skończył, więc albo trzeba mieć szczęście, że gdzieś jeszcze kotłownia się zmiłuje i włączy kaloryfer chociaż rano i wieczorem, albo że samemu można odpalić np. kozę (raz trafiliśmy na taki domek z piecykiem właśnie) czy piecyk, który rozgrzewa kaloryfery.

Przeważnie jednak w domu jest chłodno, nie wspominając o bungalowie, czy namiocie, lub w pomieszczeniu typu świetlica na kempingu, więc rzeczy niezbyt chcą schnąć, a i ciężko się rozgrzać. Czasem ciężko nawet o wystarczająco gorący prysznic.

W każdym jednak razie, mimo pogorszenia się aury, jakoś nam się szczęści. Zmokliśmy w zasadzie tylko raz, a miejsca w których zostawaliśmy na noc czy na dwa dni, żeby ukryć się przed deszczem, oferowały nam komfortowe warunki.

Liguria

Sama Liguria nie sprawiła, że nasze serca zabiły do niej mocniej. Miasteczka były raczej brzydkie, lub co najwyżej przeciętne, szosy kiepskiej lub bardzo kiepskiej (!) jakości, a widoki plasowały się raczej w stawce średniej. Chociaż oczywiście były miejsca piękne czy urocze.

Włochy rowerem
Jedno z ładniejszych miejsc na liguryjskiej trasie

Cinque Terre, które było sztandarowym miejscem tej części Włoch, okazało się… hm… zwyczajne. Chyba widzieliśmy już zbyt wiele tego typu miejsc. Wysokie klify schodzące do morza i jedynie kolorowe miasteczka, które dodawały uroku tej okolicy, ale nie, żeby jakiś szał. Sama trasa po Cinque Terrre była też dość wymagająca – górzysta z dużymi nachyleniami.

cinque terre rowerem

Okolice podobne trochę do Półwyspu Gargano, czy nieco do Amalfi. Ale Amalfi bije na głowę oba te miejsca. Tutaj nie było nawet kolorowych kwiatów, które już przecież kwitną i pięknie pachną w całych Włoszech.

Rozczarowała nas też Genua. Chociaż nie byliśmy w samym jej sercu, więc to może krzywdząca opinia. Ale przedmieścia ciągnęły się niemiłosiernie. Duży ruch, brzydkie, portowe okolice. Jedynie co to port robił ogromne wrażenie bo i sam był ogromny. Największy we Włoszech. Ale nawet nie zrobiliśmy zdjęcia, bo przez ten olbrzymi ruch nie było warunków.

Genua włochy
Pesto po genuisku w Genui 😛

Włochy kończymy wybrzeżem, którym docieramy do Francji, do Lazurowego Wybrzeża, aż do Marsylii 🙂 Włoska riwiera liguryjska okazała się bardzo ładna, ale droga niestety ruchliwa, co znacznie odbierało przyjemność z nadmorskich okolic.

Włochy morze

Cieszymy się, że teraz przed nami Francja, bo już nam się przejadły włoskie makarony i sosy pomidorowe 😛

Natalia i Mikołaj

 

Gorąca Toskania czyli włoskiej trasy ciąg dalszy

toskania rowerem

Dwa kolejne tygodnie upłynęły nam w prawdziwie włoskim upale. Ale o ile w ciągu dnia jest czasem nieco za gorąco, to wieczory są jeszcze trochę za chłodne. Mimo to pogoda pozwoliła nam cieszyć się pięknymi okolicznościami trasy 🙂

Wpis o powrocie na wyprawę rowerową po przerwie zimowej.

Gorące Termy di Saturnia

Jednym z miejsc, które były na trasie, a o którym należy wspomnieć to Terme di Saturnia. Przyznam, że pierwszy raz w życiu kąpałam się w wodach termalnych 😀 Piękne Terme di Saturnia, wcale nie śmierdziały tak bardzo siarką, jak się spodziewaliśmy, a woda była przyjemnie ciepła.

Termy te to „zbiór” basenów ułożonych schodkowo, pomiędzy którymi przelewa się woda. Niestety dno jest dosyć kamieniste i trzeba iść bardzo ostrożnie, tym bardziej, jeśli zależy nam na zdjęciach wykonanych z wody.

Bardzo przyjemnie jest się zanurzyć w termach i pozwolić się ochlapywać wodzie nasyconej związkami mineralnymi. Co ciekawe okolica nie jest szczególnie ciekawa turystycznie. W pobliżu nie ma nawet dobrze rozwiniętej sieci gastronomicznej czy noclegowej. Są drogie resorty i jeden kemping dla campingcarów – właśnie tam się rozbiliśmy, pomiędzy wielkimi samochodami 😛 ale sam teren był całkiem w porządku a zapłaciliśmy tylko 11 euro B-)

termy włochy
Kąpiel w gorących termach

Przeczytaj też o teramch w greckich Termopilach.

Sobota na Elbie

Kolejnym interesującym punktem naszej trasy był skok na Elbę. Co prawda nie znaleźlibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że jakiś złośliwiec umieścił na wyspie biga 😛 mimo to o mało byśmy z niej nie zrezygnowali, bo okazało się, że prom w dwie strony kosztował nas 80 euro! :O Kompletnie nie spodziewaliśmy się takiej ceny i chwilę rozważaliśmy co zrobić. Jednak ostatecznie postanowiliśmy płynąć.

I dobrze, bo wyspa okazała się urocza. Jak to wyspa śródziemnomorska 😉 A do tego spędziliśmy noc na fajnym kempingu nad samym morzem – aczkolwiek woda była jeszcze bardzo zimna, jak w Bałtyku latem 😛 no i płynęliśmy promem, co jest samo w sobie frajdą 😀

W drugą stronę prom nam uciekł 😛 przyjechaliśmy 6 minut po czasie i spędziliśmy przymusowe 50 minut na skwerku, nieopodal portu, jedząc drugie śniadanie.

Elba wycieczka
Widoki z Elby

 

Volterra – czyli ruszamy wgłąb lądu

Volterra to miasteczko założone przez Etrusków, jej początki datowane są przed 700 rokiem p.n.e. Niestety, leży na wzgórzu, na 500 metrach, więc trzeba było się do niej dostać, a podjazd w połączeniu z upałem nas wymęczył. Pokręciliśmy się jednak trochę po uliczkach Volterry. Wysokie, kamienne domy dawały na szczęście dużo cienia, dzięki czemu można było odetchnąć od prażącego słońca.

Trzeba przyznać, że sama Volterra jest urocza, ale nie różni się wiele od innych tego typu średniowiecznych miasteczek – bo to średniowiecze pozostawiło najwięcej po sobie w tym miejscu.

Kto był w Carcassonne, a zwłaszcza w Czeskim Krumlovie ten może sobie wyobrazić, jak mniej więcej wygląda Volterra, aczkolwiek nie jest aż tak imponująca jak Carcassone. Ma za to pozostałości rzymskiego amfiteatru i forum 🙂

A także opuszczony wielki teren byłego szpitala psychiatrycznego, którego niestety nie udało nam się zwiedzić, bo był szczelnie ogrodzony i jakiś pan filował na płot 😦

Volterra zwiedzanie
Volterra

Lucca

Przez Etrusków założona została też Lucca, w której spędziliśmy dzień restowy. Miasto ogrodzone jest murami z XVI wieku, które robią naprawdę niesamowite wrażenie. Zaś sama Lucca, chociaż ma opinię perełki, nie sprawia, że człowiek przystaje co chwilę i zachwyca się architekturą czy kolorowymi ogrodami. Owszem, jest tu kilka ciekawych budynków, zwłaszcza kościołów ze zdobionymi fasadami, ale chyba główny urok tworzą wąskie uliczki pomiędzy kamieniczkami w stylu romańskim.

Na jednym ze znanych w mieście miejsc, Piazza Anfiteatro, trafiliśmy na targ kwiatowy. Dodał bardzo dużo uroku temu placowi, który zresztą samo w sobie jest chyba najciekawszy. Ma owalny kształt, a dookoła stoją kolorowe kamienice. Plac został zbudowany na planie i pozostałościach dawnego amfiteatru. Coś jak Piazza Navona w Rzymie, tylko zbudowana na Koloseum.

Miasteczko zwiedziliśmy spacerując. Zbyt duża ilość turystów sprawia, że rowerem nie jest łatwo się poruszać, a poza tym bez roweru wygodniej jest wejść w każdą dziurę i zrobić zdjęcie z dowolnego miejsca 😉 Objechaliśmy je też po murach – tak, bo mury miasta zostały zaadaptowane jako deptak i park jednocześnie. Ludzie na nich piknikują, wyprowadzają psy, dzieci się bawią. Taka wycieczka to około 5 kilometrów bardzo przyjemnego spaceru czy przejażdżki rowerowej, podczas których można zobaczyć miasto z trochę innej niż zwykle perspektywy 🙂

Lucca zwiedzanie
Citta di Lucca

Campingi w tym czasie

Trzeba też oddać sprawiedliwość campingom, na których nocowaliśmy przez ten czas. Nie należę do osób, które przepadają za tego typu obozowaniem, ale muszę przyznać, że w większości były to miejsca bardzo przyzwoite a niektóre wręcz super. Nie tylko pod względem wyglądu  – trawka pełna stokrotek? Proszę bardzo. Widok na morze? Nie ma problemu. Basen tylko dla nas? Też był 🙂  ale też i standardów. Większość campingów oferowała czyste i przyzwoite czy nawet bardzo dobre zaplecze sanitarialne ale i zdarzyła się kuchnia. Były lodówki i zawsze możliwość przytargania sobie krzesełek i stolika – a to akurat nie jest norma.

No i oczywiście pogoda dodała dużego plusa, tak, że obozowanie nie było przykrą koniecznością.

camping włochy
Obozowanie  i mieszkanie

Ale były też i takie campingi, co to miały prysznice na żetony i ogólnie słabo się prezentowały, tak aby przypomnieć, że obozowanie to nie jest moja ulubiona zabawa 😛

Vademecum kempingowicza.

Albo jak wynająć mieszkanie przez internet?

W Lukce zaś spędziliśmy dzień odpoczynkowy w mieszkaniu. Zapowiadało się, że będziemy dzielić je z gospodarzami lub innymi gośćmi, a tymczasem rodzina mieszkała w drugiej części domu a do naszej dyspozycji było całe, fajne mieszkanko oddalone 400 metrów od centrum miasta. Super 🙂

Z przygód jakie nas spotkały, to musimy się z Wami podzielić szokiem, jaki wywołuje w nas użytkowanie naszej grzałki do wody. Żeby nie wstawiać za każdym razem maszynki, czasem chcemy zagrzać wodę grzałką. I o ile jej podłączenie skutkuje wywaleniem korków w mieszkaniu – to jesteśmy w stanie jakoś zrozumieć, to wywalenie korków na kempingu do gniazdka, do którego podłączają się campingcary już nie! Szok.

Nasza grzałka jest mocniejsza niż cała instalacja wielkiego auta…?

Inną rzeczą, jaką zaobserwowaliśmy jest bardzo duża liczba czarnoskórych we Włoszech. Kiedy byliśmy tu w 2014 roku nie zwróciliśmy uwagi, żeby było ich jakoś więcej niż w innych krajach. Tymczasem teraz jest ich bardzo dużo, w każdym mieście i miasteczku a ich ulubionym miejscem są markety. Po prostu pod nimi przesiadują, ewentualnie sprzedają różne drobiazgi, typu skarpetki czy paski do spodni.. Nie, żeby to jakoś przeszkadzało (o ile nas nie zaczepiają, albo nie pokrzykują między sobą), ale jest to dość ciekawe zjawisko.

W każdym razie bardzo przyjemnie mija nam początek naszej włoskiej trasy. Trzeba też dodać, że oko cieszy soczyście zielona, uroczo pagórkowata Toskania.

M. mówi, że mu przypomina Pogórze Beskidzkie i w związku z tym go nie wzrusza. Ale ja myślę, że się nie chce przyznać 😉 jak mogą nie wzruszać zielone wzgórza pokryte żółtymi i fioletowymi kwiatami, pobocza usłane czerwonymi makami i kamienne domki na szczytach tych wzgórz 🙂

toskania rowerem
Zielona Toskania

Natalia i M.

10 najlepszych rzeczy we Włoszech

włochy najpiękniejsze miejsca

We Włoszech jesteśmy już na tyle długo, że chyba możemy się pokusić o subiektywną listę tego, co najlepsze w Italii. Jeśli Wasza stopa jeszcze nie stanęła na ziemi w kształcie kozaka, to może teraz Was do tego przekonamy! 🙂

Poznaj 16 ciekawostek o Rzymie.

  1. Luz

Przede wszystkim trzeba wspomnieć, że chyba w żadnym kraju zachodniej Europy ludzie nie mają takiego luźnego podejścia do życia (no, może w Hiszpanii jeszcze będzie podobnie) jak tu.

Możesz jednak stopniować ten rodzaj doznania – jeśli zbyt duża dawka luzu Ci przeszkadza, to wybierz północ kraju a jeśli potrzebujesz totalnej maniany to na południe od Rzymu dostaniesz dużą dawkę gościnności, spokoju i wzruszenia ramionami 😉

Bilety w pociągach często nie są potrzebne (zgłaszamy, że ich nie mamy a w odpowiedzi otrzymujemy tylko bene, bene 😉 ), zasady ruchu drogowego są tylko wskazówkami, chociaż raczej wszyscy jeżdżą tak, żeby się nie pozabijać, rower na autostradzie czy ekspresówce raczej nikomu nie będzie przeszkadzać, włącznie z policją. A najważniejsze jest, żeby mieć pieniądze na kawę i papierosy 😉

Włoskie knajpy
Knajpki tylko czekają, żeby w nich spędzić chwilę
  1. Sery, sery, sery.

Jak już wspominaliśmy we wpisie o rzymskich ciekawostkach cz. II, Włosi mają około 600 odmian serów. Dla miłośników tego rodzaju mlecznych przetworów i miłośników jedzenia to raj! Od miękkich białych, żółtych, pleśniowych po twarde jak kamień 🙂

  1. Makarony

Nie bez powodu Włochów nazywa się makaroniarzami. W Italii istnieje 350 różnych typów makaronów, ale według nas tak naprawdę jest ich kilka – kilkanaście. Kilka rodzajów wstążek, penne, rurek, spaghetti itp., itd. W marketach półki z makaronami ciągną się na kilka metrów. Ale warto wybierać tylko pasta fresca. To makaron w zasadzie już gotowy, trzeba go tylko chwilę pogotować. Pyszny.

  1. Czekolada, słodycze, kawa

Może i najlepsza czekolada jest w Belgii ale Włosi mają też niczego sobie czekoladowe desery. Profiterolki, czekoladowe musy, tiramisu, cannolli… sama słodycz! 😉

Dowiedz się, co najlepszego jedliśmy w podróży!

Do ciastka obowiązkowo kawa. Cappuccino lub szybkie i mocne espresso. Włosi mają przepyszną kawę, gdziekolwiek by jej nie kupić. Kawa to podstawa życia 😉

  1. Lody

Jeśli jesteśmy przy słodyczach. Może Włosi nie mają zbyt dużego wyboru jogurtów ale za to jakie mają pyszne lody! Lodziarnie we Włoszech otwarte są cały rok a chłodziarki w sklepach są cały czas odpowiednio zaopatrzone w te zimne desery. Wszystkie pyszne, kremowe o wyrazistym smaku. Czekoladowe, pistacjowe, owocowe, orzechowe. Idealne na upalne, włoskie dni.

  1. Pogoda

A skoro już o upałach mowa. Jeśli tęsknisz za gorącym latem, możesz się go spodziewać we Włoszech już w kwietniu. Żar potrafi się lać z nieba nawet w styczniu, ale wczesną wiosną masz niemal gwarantowane bardzo ciepłe dni i bezchmurne niebo.

włochy piękne miejsca
Toskania, Apulia i Jezioro Bracciano
  1. Miasta

Chyba w żadnym kraju nie ma tylu wspaniałych miast co we Włoszech. Dość wymienić tylko Wenecję, Florencję, Weronę czy Rzym na deser. Jest także wiele uroczych, malutkich miasteczek zbudowanych na skałach jak Poligniano a Mare (więcej na jego temat znajdziesz we wpisie o początkach podróży przez Włochy) czy Pitigliano.

Włochy warto zwiedzić
Pitigliano, Savona, Terme di Saturnia, wodospad marmurowy

 

 

  1. Widoki

Pagórki Toskanii, morze i klify na wybrzeżu Amalfi, skaliste wybrzeża, wysokie góry (czyli ukochane bigi M. ;), zielone polany pełne kwiatów wiosną, palmy, kaktusy. Pięknie jest. Można stać i się zachwycać całymi godzinami.

 

  1. Język

Rzadko jest tak, aby język słyszany na ulicy sprawiał przyjemność. Tak się jednak dzieje na włoskich ulicach. Fajnie jest słuchać tego języka, zwłaszcza, że Włosi nie są tak głośni jakby się zdawało, dzięki czemu nie obrzydzają włoskiego swoim zachowaniem 😉

  1. Ceny

Ceny we włoskich sklepach zaskakują (zwłaszcza w tych większych). Jest niewiele drożej niż w Polsce a już na pewno nie jest zbyt drogo jak na zachodnie standardy. Można robić zakupy nie odmawiając sobie niczego. A jest co kupować! Tyle pyszności do zjedzenia 😉

 

To co, wiecie już, gdzie spędzicie najbliższy urlop? 😉 Chyba, że wahacie się między bella Italia a słoneczną Grecją, wtedy polecamy…       10 najlepszych rzeczy w Grecji.

włochy urlop

Natalia i Mikołaj

Źródło: http://www.italymagazine.com/dual-language/so-how-many-pasta-shapes-are-there

II etap wyprawy czas zacząć!

Nasz miesięczny pobyt w domu zleciał bardzo szybko i nadszedł czas, żebyśmy wrócili na trasę. Mogliśmy oczywiście też ją przerwać, zwłaszcza, że dobrze nam było w domu. Pierwsza część wyprawy i pobyt w Rzymie trochę nas nasyciły a do tego w Polsce zrobiła się piękna wiosna.

Ale postanowiliśmy jechać dalej. Szkoda odpuszczać taką przygodę 🙂 Dlatego jedziemy zgodnie z planem, a w razie potrzeby będziemy go modyfikować.

Przypomnij sobie podsumowanie I części wyprawy dookoła Europy.

Początek w Rzymie

Do Rzymu przylecieliśmy chorzy. No, może nie słanialiśmy się na nogach ale mieliśmy dość nieprzyjemne problemy z gardłami, oboje. Więc kasłaliśmy niczym para gruźlików, a M. nawet zaniemówił 😉

W każdym razie odebraliśmy rowery i rzeczy z przechowalni i pojechaliśmy do hoteliku, który okazał się być zaadaptowanym mieszkaniem w starej kamienicy, więc był klimacik. Zwłaszcza, że wystrój taki raczej przedwojenny 😉 ale było bardzo czysto i przyjemnie 🙂

Rzym gdzie spać
Amico Hotel, Rzym

 

Minusem tej miejscówki był kompletny brak miejsca na rowery. No, może w pokoju by się zmieściły, ale nie było ich jak wtargać na górę (7 piętro!) wąską klatką schodową. Winda również była bardzo wąziutka. Pani recepcjonistka, kiedy się dowiedziała, że nasze rowery zostały same na klatce, zrobiła panikę. Faktem jednak jest, że w opiniach o hotelu pisano, że okolica jest nieciekawa, zwłaszcza wieczorem. My często byliśmy w tych rejonach, robiąc zakupy w Auchan i za dnia nie wyglądało, żeby było tu gorzej niż w innych dzielnicach Rzymu, które nie są w ścisłym centrum.

W każdym razie rowery powędrowały na „zaprzyjaźniony” parking, gdzie gość wziął od nas 10 euro (po 5 od roweru)! Czyli tyle co za samochód…

Chcesz wiedzieć, jak wynająć fajne mieszkanie na dłużej?

Kolejne dni

Zaś kolejny dzień Włochy przywitały nas marną pogodą. Prognozy były kiepskie i niestety się sprawdziły. W okolicy Ostii dopadł nas deszcz, wzmógł się wiatr, a że dodatkowo nie czuliśmy się najlepiej, to zakończyliśmy w tejże miejscowości. Pod dachem, w fajnym hoteliku.

Skoczyliśmy jeszcze rzucić okiem na Ostia Antica, ale nie wchodziliśmy na teren ruin, nie przekonało nas to, co było widać z zewnątrz, a że w Rzymie widzieliśmy już wiele to i nie byliśmy spragnieni oglądania kolejnych tego typu miejsc.

Co takiego widzieliśmy w Rzymie? O tym przeczytasz tutaj.

Ostia zwiedzanie
Ostia Antica, Zamek Julisza II i podwórko przed zamkiem

Na szczęście dwa kolejne dni upłynęły w słonecznej aurze. Chociaż niestety niebo zaczęło się chmurzyć a prognozy straszą nas burzami i deszczami.

Miłe początki

Te startowe dni dodatkowo oferowały nam bardzo fajne miejsca. Jezioro Bracciano (nad nim rozbiliśmy namiot na kempingu – glampingu. To taka forma luksusowego kempingowania. W tym przypadku luksus polegał na przewiewanej wiatrem łazience, letniej wodzie pod prysznicem, zimnej w umywalkach i ryczeniu kosiarką do 19 wieczorem i dmuchawą do liści od 8 rano), Cerveteri czyli nekropolię Etrusków z VII w. p.n.e, bardzo przyjemne miejsce do zobaczenia.

Przeczytaj więcej o kempingach z piekła rodem!

nekropolia etrusków
Etruskie grobowce w Cerveteri

Musieliśmy jednak zrezygnować z opuszczonego miasteczka Monterano, ze względu na czekające nas na drodze do niego podjazdy a nasze zdrowie wciąż nam nie dopisuje. Gdybyście jednak byli w okolicy, to chyba warto zobaczyć.

Następny dzień to był dojazd do miasteczka Marmore – na kemping, który leży tuż przy wodospadzie marmurowym. Niestety nie widać go (w związku z tym musimy się wybrać do niego osobiście :P), za to nieźle słychać. Wieczorami wyją syreny ostrzegające, że puszczają wodę w wodospadzie z pełną siłą. Wtedy to dopiero szumi 😉

wodospad marmurowy
Częściowy widok na wodospad marmurowy

Jeszcze po drodze wpadliśmy do Calcaty. Uroczego, małego średniowiecznego miasteczka. Troszkę oszukaliśmy pociągiem, ale sami przyznajcie, po co bezsensu pokonywać przełęcze? 😛 Zwłaszcza, że paskudne przeziębienie nie odpuszcza. Na szczęście w Marmore mamy fajny drewniany domek, ptaszki śpiewają, gości nie ma. Spokojnie, przyjemnie, M. zdobywa BIGa a ja się leczę i byczę 🙂

średniowieczne miasteczko włochy

Tak więc nam upłynął nasz okres startowy. Trochę ciężko, trochę choro ale też przy bardzo pięknych okolicznościach przyrody 🙂 Oby dalej było tylko lepiej 😉

Natalia

Jak nam się żyło w Rzymie?

rzym przeprowadzka

Kto z Was nie chciał czasem rzucić wszystkiego i przeprowadzić się w inne miejsce na świecie? Jakieś dolce far niente na ciepłym południu albo hyggowanie na chłodnej północy…

Przeczytaj, jak to jest rzucić wszystko?

Teraz, kiedy w zasadzie nie ma granic, zwłaszcza w Unii Europejskiej, można sobie na to pozwolić. Spakować manatki, pozamykać sprawy i rozpocząć życie od początku gdzieś pod palmami. Czy to jednak faktycznie takie proste i łatwe?

Kiedy przybyliśmy do Rzymu byliśmy zachwyceni (pod tym linkiem znajdziesz relację z pierwszego tygodnia w Wiecznym Mieście). Pogoda, jedzenie, palmy, papugi, zielono i pięknie a ludzie jacyś tacy radośniejsi.

życie w rzymie
Pierwsze zachwyty

Szybko się jednak okazało, że na szczęście i dobre samopoczucie składa się coś więcej niż to, co widzimy za oknem. I chociaż słońce mnie grzało wtedy, kiedy w Polsce nastał okres chmurny i deszczowy, to nie do końca było to, o co mi chodziło.

Począwszy od mieszkania, które wynajmowaliśmy, a które okazało się nie być pozbawionym wad, mimo, iż na wyborze lokum spędziliśmy wiele dni i tygodni.

Przeczytaj, jak wynajmować mieszkanie przez AirBnb.

Tuż za oknem mieliśmy pub i inną, wysoką kamienicę, więc o ładnym widoku mogliśmy zapomnieć. Nie wspominając już o ciągłej palarni pod naszymi oknami (a mieszkaliśmy na niskim parterze).

Drugą sprawą była wilgoć w mieszkaniu. Pranie nie schło, a zapachów obiadowych nie sposób było wywietrzyć.

Jedyną wentylację stanowiła mała kratka nad piecykiem gazowym. Otwieranie okien też nie przynosiło pożądanych efektów, bo wszystkie okna wychodziły na wąską uliczkę z sąsiadującą kamienicą. Dopiero jak otwieraliśmy drzwi na klatkę schodową, to jako tako się wietrzyło. A ile można mówić sąsiadom buongiorno, leżąc na kanapie

No i ciągle nas bolały głowy w tym domu. A oprócz tego mieszkanie okazało się niezbyt funkcjonalne i wygodne.

wynajem mieszkania w rzymie
Część mieszkania, ale trzeba przyznać, że akurat królewskie łoże było wygodne

Inną sprawą było to, że trzeba było się z nim cackać – a i tak dostaliśmy po uszach za szkody, których nie wyrządziliśmy.

Aczkolwiek wielką zaletą tego mieszkania, która osładzała nam jego niedogodności, była jego lokalizacja od najważniejszych miejsc Rzymu. Kilka kroków od Bazyliki św. Piotra, Zamku świętego Anioła, około 3-4 kilometrów od forów czy Schodów Hiszpańskich.

rzym z rodziną
Rodzinne zwiedzanie miasta

Kolejną i ważniejszą sprawą była tęsknota. Skype, Facebook i maile to nie to samo. Niestety.

Poza tym dla ludzi z danego kraju zawsze będziesz kimś spoza kręgu kulturowego. Nigdy nie załapiesz do końca, o co chodzi w różnych grach językowych, aluzjach, sugestiach. Warto też wspomnieć, że póki nie przejdziesz stosownej procedury papierkowo – urzędowej to dla danego państwa też jesteś kimś z zewnątrz, żebyś nie wiem jak dobrze znał język. Nawet w UE.

Ale trzeba jednak podkreślić, że pobyt w Rzymie to była wspaniała przygoda 🙂 Bardzo się cieszę, że mogliśmy spędzić kilka miesięcy w Rzymie. Rzadko się zdarza taka okazja, mieć bezkarnie cztery miesiące soboty i to w takim miejscu B-) Poczuć miasto (chociaż nadal, mimo wszystko, od strony turystycznej), jego klimat i kulturę, móc się nim cieszyć o każdej porze dnia i nocy (Czasem zbyt dosłownie, gdy knajpka urządzała koncerty 😉 ).

Mieć możliwość ugoszczenia rodziny i pokazania im wspaniałych miejsc tego niesamowitego miasta. Spędzić zimę w tak przyjemnym klimacie. Móc zapełniać sobie lodówkę pysznym, włoskim jedzeniem. Prawie codziennie oglądać budowle liczące sobie 2000 lat i poruszać się po ulicach i chodnikach we włoskim stylu, cieszyć się włoskim luzem.

Ciekawi Cię, czy w Rzymie cały rok trwa lato?

rzym życie we włoszech
Rzymska przygoda

Ale prawdziwą przyjemność sprawia mi myśl, że po całej podróży wrócę do domu, do siebie. I nic na to nie poradzę, że jestem taką ciepłą kluską, wbrew temu, co niektórzy sądzą 😛

Ale M. twierdzi, że potrafiłby odnaleźć szczęście za granicą i jest mu tam lepiej niż w swoim kraju,

„Zakochał się” w Rzymie, intensywnie uczy się włoskiego i  chętnie by został na dłużej lub wrócił po zakończeniu wyprawy. Przynajmniej na jakiś czas. Nawet prawie zaczął tam pracę! Na drodze stanęły drobne przeszkody stomatologiczne i związane z nimi wskazanie powrotu na chwilę do Polski (leczenie zębów w Italii jest ponad dwukrotnie droższe niż w Polsce).

rzym co zobaczyć
Było super, co tu dużo mówić

Może, po wielu latach spędzonych za granicą człowiek „wsiąka” na tyle w daną kulturę, że staje się ona prawie jego kulturą. Ale ja, przynajmniej na razie, nie chcę myśleć o zaczynaniu wszystkiego od zera, w obcym kraju.

Na tę chwilę jednak zamierzamy się cieszyć kolejną częścią wyprawy (oby się udało!) 😉

Natalia

Przeczytaj więcej o Wiecznym Mieście:

16 ciekawostek o Rzymie cz. I i cz. II

Ile kościołów jest w Rzymie?

13 miejsc w Rzymie, które musisz zobaczyć!

16 ciekawostek o Rzymie, o których nie miałeś pojęcia, cz. II!

ciekawostki o rzymie

Pierwsza część rzymskich ciekawostek powstała na początku naszego pobytu w Rzymie a druga go zamyka. Co jeszcze zaobserwowaliśmy w Wiecznym Mieście przez cztery miesiące? 🙂

1.Śmietniki daleko, daleko stąd… nie wiemy czy tak jest w całym mieście, ale w naszej okolicy najbliższy śmietnik był około 300 metrów od naszego domu! Na tej ulicy stało kilka śmietników ale korzystali z nich mieszkańcy wielu kamienic, więc możecie sobie wyobrazić, jak wyglądały te kontenery. W dodatku otwarcie ich graniczyło z cudem, a w środku i tak już nie było miejsca na kolejny worek.

Dzięki temu dwa razy dostaliśmy „ochrzan”. Raz, że nie wrzuciliśmy worka do śmietnika tylko postawiliśmy obok kontenera a raz, po walce z pokrywą, żeby wcisnąć nasz worek, spadł inny i za niego dostaliśmy reprymendę 🙂 Sytuacje były dość nieprzyjemne i to nie do nas mieszkańcy powinni mieć pretensje, ale do miasta, które wywozi śmieci za rzadko i rozstawia za mało kontenerów.

2. Szmatki zamiast szafek – kolejna dziwna rzecz w rzymskich/włoskich domach. W kuchni, zamiast zamontować szafki pod zlewem, albo nawet nic nie robić, to Włosi wychodzą z założenia, że lepiej jest założyć firankę. Więc możecie spotkać szmatki zakrywające na przykład śmietniki, lub jakieś inne szpargały. Firanki przeszkadzają i brudzą się a do tego nie wyglądają jakoś szczególnie dobrze, zwłaszcza, gdy ktoś rozwiesi taki całun, który trochę zakrywa a trochę nie 😉 I aż się same proszą, żeby wycierać w nie ręce 😛

3. Spanie pod prześcieradłem – to dziwny zwyczaj, prawdopodobnie wynika z upalnych temperatur latem. Ale serio… oni naprawdę śpią pod samym prześcieradłem? Nawet najcieńszej kołderki nie używają…? No niestety. Na jakieś ocieplenie mogliśmy liczyć jesienią, czasem to był koc, czasem kołdra, ale latem…? Nie liczcie na to. My osobiście nie jesteśmy się w stanie przyzwyczaić do takiego okrycia.

4. Tarasy i ogrody na dachach – chyba każdy, kto był w Wiecznym Mieście zwrócił na nie uwagę. Ludzie mają małe ogródki nie tylko na balkonach (notabene często dużych jak tarasy), ale również na dachach. To dodaje dużo uroku miastu.

rzym ogrody na dachach

5. Sezon na truskawki to styczeń – maj. Kiedy w styczniu pojawiły się paczki wielkich truskawek po 99 centów za 250 gramów oboje patrzyliśmy na nie podejrzliwie. W Polsce nie raz widuje się te owoce zimą, kosztują krocie a smakują różnie, o ile akurat nie są spleśniałe.

A te włoskie truskawy… chociaż przy szypułkach były jeszcze zielone to niczego im nie brakowało. Były dojrzałe, twarde, słodkie, przepyszne! Szczerze mówiąc to truskawkowe polskie ciapy nie dorastają im do pięt.

italian strawberries
Włoskie truskaweczki

6. Tysiące odmian serów a konkretnie podobno jest ich około 600 (to więcej niż we Francji, gdzie mają tylko 400 rodzajów 😉 ). Niektóre z jedzonych przez nas serów nie wyróżniały się niczym specjalnym, ale były też takie, które skradły nam serca. Na przykład wyraziste  caciocavallo czy provolone,  lub delikatny ser z zalewy o dymnym smaku – provola, czy świeża mozarella nadziewana śmietaną i strzępkami mozarelli – buratta. Parmezan czy mozarella od Zotta to przy nich małe piwo 😉

włoskie sery
Burrata, źródło: https://scootsy.com

Przeczytaj też wpis o 20 najsmaczniejszych potrawach jakie jedliśmy!

7. Cappucino prawie w każdej kawiarni kosztuje tylko 1.50 i wszędzie jest przepyszne! 🙂

włoski deser
Do cappuccino musi być cannolo 😉

8. Pewex – w Rzymie jest sieć sklepów spożywczych Pewex, nieźle się zdziwiliśmy widząc jeden z nich za pierwszym razem 😉 Mają oryginalne logo dawnego polskiego Pewexu i są całkiem nieźle zaopatrzone (zwłaszcza w sery i wędliny). Na dachach powiewają zaś flagi Polski i Włoch.

sklepy we włoszech
Pewex we Włoszech

9. Warzywa – we Włoszech zaskoczyła nas różnorodność warzyw, mimo iż była to pora zimowa. Najbardziej nam zasmakowała puntarella, która chyba nie ma polskiej nazwy. To roślinka z rodziny cykorii. Można ją jeść na surowo albo robić pędy w zalewie. Musi być jednak świeża i młoda, bo inaczej robi się zbyt gorzka i łykowata. Innym naszym przysmakiem były gotowane liście przede wszystkim rzepy brokułowej (cime di rape). Ale liści i dziwnych liściastych warzyw we Włoszech są nieprzebrane rodzaje. Rzepkę wrzucaliśmy na patelnię razem z oliwą i cebulką. Była pysznym dodatkiem do gnocchi (czyli tych włoskich kopytek) 😉

włoskie warzywa
Puntarelle i cime
  1. Pogoda więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o zimie w Rzymie. Dość powiedzieć, że prawie cały czas było sporo słońca a temperatury były na plusie (ale i deszcze nas nie omijały). To była taka raczej ładna polska wiosna 🙂 Kwiaty kwitły, ptaki cały czas śpiewały, było naprawdę przyjemnie. Nic dziwnego, że lodziarnie w Rzymie otwarte są cały rok 😉
lody we włoszech
Włoska lodziarnia

11. Zielona trawa w styczniu i przez całą zimę 🙂 To było super. Nie tylko trawa była zielona ale i wiele drzew. Naszych gości ten widok szokował i wprawiał w stan euforii 😉 Kiedy wpadliśmy do domu na miesiąc, ciężko było się przyzwyczaić do błota i brunatnych kępek resztek traw w Polsce w marcu

12. Żółte kamienice, kolorowe bloki – oczywiście nie cały Rzym jest w kamienicach albo nawet w ciekawych blokach. Nie wszystkie też są pomalowane. Ale całe centrum i wiele miejsc poza nim jest po prostu ładnych. Odcienie żółci czy czerwieni zmieniają bardzo wiele i nawet pochmurny dzień jest łatwiej znieść niż w otoczeniu szarych bloków i kamienic.

rzym zabudowa
Kolorowe kamienice rzymskie

13. Tłuste koty w Rzymie jest bardzo dużo kotów a ich ulubionymi miejscówkami są… starożytne ruiny. Zresztą, nie ma się co dziwić 😉 Koty są zadbane, dokarmiane (kiedyś widzieliśmy wystawioną dla nich złotą tacę z prosciutto :P) i jak to koty… mają w nosie cmokających na nie ludzi 😉

koty w rzymie
Tak się stołują rzymskie koty 😉

14. Stare tramwaje – po Rzymie poruszaliśmy się raczej rowerami, metrem lub na własnych nogach. Ale zaobserwowaliśmy, że tramwaje w Rzymie to często tak zwane „telepaki” lub inne stare modele wyglądające jak żywcem wyjęte z lat 70. Na kilku liniach jeździły też pojazdy nisko podłogowe ale to raczej była mniejszość.

15. Zakupy online tylko z codice fiscale! Nie wiemy co prawda, czy tak jest w każdym włoskim sklepie online’owym, ale przyjechawszy do Rzymu chcieliśmy wykorzystać promocje na ciuchy, żeby podmienić kilka zużytych na nowe. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste, bo płatność kartą to jedno, ale posiadanie numeru codice fiscale, czyli tamtejszego numeru pesel, to drugie i obowiązkowe, żeby zrobić zakupy przez internet w niejednym sklepie. Ostatecznie zaopatrzenie przybyło wraz z moją mamą 😀

16. Nagabywacze niezbyt przyjemna strona Rzymu. Sprzedawcy selfiesticków, afrykańskich bransoletek, parasolek, kwiatów, rzymscy pretorianie-przebierańcy pozujący do zdjęć. Wszyscy Cię zaczepiają i chcą Ci coś wepchnąć różnymi metodami. Pytają czy jesteś szczęśliwy, skąd jesteś, zagradzają drogę mieczami, dają „podarunki”, proponują bilety pomijające kolejki, proponują pomoc, która jest Ci na pewno niezbędna a niektórzy potrafią łapać za rękę, iść za Tobą i do Ciebie mówić (głównie czarnoskórzy). Są nachalni i trzeba im stanowczo i jasno powiedzieć, że nic się od nich nie chce i mają sobie iść. To często odbiera frajdę ze spacerów po tych niesamowitych miejscach, zwłaszcza, gdy spaceruje się samemu.

Roma Colloseum.png
Ludzi jak mrówków 😉 Panorama z Koloseum

Teraz wreszcie nadchodzi pora na ciekawostki z innych krajów 😉 miejmy nadzieję, że nie będziemy tylko pędzić przez kolejne państwa i coś nam się uda zaobserwować 🙂

Przypomnij sobie najlepsze miejsca na Bałkanach…

… i te najbardziej rozczarowujące.

Przeczytaj o podsumowaniu pierwszego etapu wyprawy rowerowej po Europie.

Natalia

Czy w Rzymie jest ciepło cały rok? Czyli zima w Rzymie.

kiedy jechać do rzymu

Nasza pierwsza część wyprawy miała skończyć się w Rzymie. Tak też się stało i w połowie listopada wylądowaliśmy jakieś 300 metrów od Bazyliki św. Piotra na cztery miesiące.

Ideą było spędzenie zimy w jakimś ciepłym miejscu, pozbawionym mrozu i śniegu, do tego ciekawym. Nie byliśmy zdecydowani na Amerykę, dlatego padło na Rzym. Czy nam się to udało? I czy Wieczne Miasto rzeczywiście jest ciepłe cały rok?

Zgodnie z danymi dotyczącymi średnich opadów i temperatur, najwięcej deszczowych dni przypada od października do grudnia, a najchłodniej jest między grudniem a lutym.

rzym średni temperatury
Źródło: https://www.meteoblue.com/pl/pogoda/prognoza/modelclimate/rzym_w%C5%82ochy_3169070

Warto jeszcze nadmienić w jakiej odzieży poruszaliśmy się po mieście. Otóż podstawowym naszym okryciem były kurtki przeciwdeszczowo-wiatrowe pod które w chłodniejsze dni zakładaliśmy dodatkowo bluzę i to przeważnie wystarczało.

rzym jak się ubrać
Raz w kurtce i bluzie raz bez kurtki i w krótkim

Z sandałów zrezygnowaliśmy dopiero w grudniu na rzecz dobrych butów trekkingowych AKU (które jednak nie okazały się takie dobre, bo na mokrym, rzymskim bruku, nie raz się ślizgaliśmy). Ani razu nie było nam zimno w stopy.

rzym buty.jpg
Kopanie w słoneczny kalendarz. Keeny i Aku w akcji

Do tego ja od czasu do czasu zakładałam opaskę na uszy i wieczorami, w te najzimniejsze dni, rękawiczki polarowe.

Mieliśmy też kurtki puchowe, których użyliśmy kilka razy, głównie podczas wieczornych wyjść i jednego bardzo wczesno porannego 😉

rzym w co się ubrać

Listopad

Początkowo listopad był na tyle deszczowy, że skróciliśmy naszą podróż o dwa dni. W Rzymie jednak była piękna późnoletnia pogoda. Ciepło, ale nie gorąco (w słońcu jakieś 23 stopnie), wieczory też nie należały do chłodnych. Nie padało, nawet się nie chmurzyło. Dzięki temu mogliśmy spokojnie zwiedzać miasto i cieszyć się wciąż trwającym latem (zwłaszcza jak na polskie standardy). Co więcej, nadal mogliśmy używać sandałów bez narażania się na zmarznięcie! 🙂

Oczywiście na ziemi leżało dużo liści (sprzątnięto je chyba dopiero, jak już wszystkie opadły) a drzewa (konkretnie platany) były w większości łyse.

jesień w rzymie
Listopad w Rzymie

Grudzień

Im było bliżej końca roku tym dni robiły się chłodniejsze, jednak pierwsza połowa miesiąca była wciąż bardzo zadowalająca, w słońcu mniejsze lub większe naście stopni.  Dopiero wraz ze zbliżającymi się świętami pogoda wyraźnie się pogorszyła. Czasem popadało i ochłodziło się (akurat na przyjazd gości :P). Na tyle, że nasze wiosenne kurtki w zestawie z bluzami były często niewystarczające podczas spokojnych spacerów. Pewnie przy szybszym marszu byłoby nam optymalnie, ale zwiedzanie większą grupą ma to do siebie, że tempo nie jest zbyt dziarskie.

Co jednak warto odnotować, sylwestrowa noc była całkiem ciepła i podczas spaceru, żeby obejrzeć fajerwerki nad miastem, wszyscy się zgrzaliśmy. My w naszych przezornie założonych puchowych kurtkach i cała rodzinna ferajna w zimowych okryciach 😛

święta w rzymie
Grudzień w Rzymie (u góry pierwszy dzień Świąt Bożonarodzeniowych) . W wysokich górach spadło dużo śniegu.

Przeczytajcie więcej o:

świętach Bożego Narodzenia w Rzymie

i Sylwestrze w Rzymie!

Styczeń

Kiedy goście wyjechali zrobiło się na nowo bardzo wiosennie. Wręcz letnio. Temperatury były ponadprzeciętnie wysokie. W słońcu było mocno ponad 20 stopni. W jedną z takich ciepłych niedziel wybraliśmy się do parku akweduktów, gdzie dzieciaki grały w piłkę w krótkich spodenkach, ludzie grzali się bez kurtek, a niektórzy nawet siedzieli w słońcu bez koszulek. Rodziny piknikowały na trawie. Było bardzo, bardzo ciepło.

Przy tej okazji warto wspomnieć, że zarówno w styczniu jak i w grudniu, no i przez cały ten czas, wszechobecna była trawa. Soczysto-zielona trawa w całym mieście (a zwłaszcza w parkach, rzecz jasna). Palmy, zielone drzewka pomarańczowe i mandarynkowe z owocami, zielone cyprysy. Ich widok wywołał w grudniu szok wśród naszych gości z Polski 😉

kiedy jechac do rzymu
Cudowny styczeń w Rzymie

Pod koniec miesiąca jednak znów się trochę ochłodziło, dni były często pochmurne.

Dlatego, kiedy na przełomie stycznia i lutego przyjechali kolejni goście, na część wspólnych spacerów zabieraliśmy parasolkę. Zdarzało się, że popadało rano, wieczorem, trochę w ciągu dnia. Na szczęście opady były niezbyt uciążliwie, chociaż prognozy były dość ponure.

pogoda w rzymie w styczniu
Pogoda pod koniec miesiąca bywała wątpliwa

Luty

Najgorszy natomiast okazał się luty. Bardzo często padało, potrafiło padać  nawet kilka dni z rzędu. Chmurzyło się i zrobiło się dość zimno, aczkolwiek nadal na plusie. Do czasu aż nie odwiedziły nas kolejne osoby 😀

Nasi biedni goście trafili właśnie w taki ciąg deszczy i nie było dnia, żeby nie zmokli. Ba, żeby nie przemokli! Kupili nawet parasolkę i pelerynki, żeby być w stanie zwiedzić choć trochę tego i owego w deszczu.

rzym jak się ubrać zimą
Deszczowe dni w Rzymie

W końcu jednak przestał padać deszcz… a spadł śnieg! 😀 pierwszy w Rzymie od 6 lat. Śnieg spadł w nocy i nad ranem, tak, że udało nam się wyjść wcześnie i zrobić jeszcze kilka zdjęć białego Rzymu. W ciągu dnia wyszło jednak piękne słońce i śnieg się roztopił. Aczkolwiek tylko po to, żeby zamarznąć wraz z mrozem, który chwycił wieczorem.

czy w rzymie pada śnieg
Rzym pod śniegiem

Włosi, zwłaszcza ci z Włoch centralnych i południowych, nie są przyzwyczajeni do takich zjawisk atmosferycznych, więc na dwa dni zamknęli szkoły i urzędy. Pierwszego dnia zamknięte były nawet niektóre sklepy (na przykład nasza piekarnia :P). Widzieliśmy jak ludzie bawią się na śniegu, zjeżdżają z ośnieżonych górek, lepią bałwany, rzucają się śnieżkami, zapanowała ogólna radość 🙂

Na ulicach i chodnikach lodu nie posypano ani solą ani piachem, więc to było pewne wyzwanie poruszać się po nich :p

Przeczytajcie o wycieczce wokół murów aureliańskich, którą odbyliśmy dzień po opadach śniegu.

Więcej śnieg oczywiście nie spadł i temperatura powoli się podnosiła , ale nie można powiedzieć, żeby było ciepło. Raczej dość chłodno i deszczowo cały czas.

Trzeba jednak wspomnieć, że deszczowe wieczory umilały mi świeże, wielkie truskawki! 😀 Od stycznia do maja jest sezon, a truskawki włoskie są duże, twarde i pyszne, nawet M., który nie lubi tych owoców przyznał, że są niczego sobie 😉

Połowa marca

Dopiero pod koniec pierwszej połowy marca zaczęło się znacznie ocieplać. Zrobiło się naście stopni, dni coraz częściej były ładne, słońce grzało, o ile akurat się nie chmurzyło. A zdarzało się to wciąż często.

Kiedy wróciliśmy w połowie marca do Polski, różnica temperatur wynosiła jakieś 15 stopni! A nawet więcej, bo dzień po naszym przylocie w kraju na Wisłą spadł śnieg i chwycił mróz 😛

Podsumowanie zimowych miesięcy w Rzymie

Będąc w Rzymie, nawet w najchłodniejszym i najbardziej deszczowym okresie, ciężko było uwierzyć, że gdzieś na świecie właśnie panują śnieżyce. Dla mnie temperatura zimą nie była na tyle wysoka, żebym mogła uznać ją za idealną, pogoda też czasami nie zachęcała do wyjścia z domu. A jednak było dużo cieplej i przyjaźniej, niż w to jest w Polsce, w tym okresie roku. Zielono, już w lutym zaczęły kwitnąć róże, wiśnie, pojawiły się czerwone maki.

Dodatkowym atutem Rzymu jest to, że otaczające budynki są w kolorach żółci, a nie szarości. To bardzo dużo zmienia, nawet w ponury dzień.

kiedy kwitną róże
Kwitnące późną zimą kwiaty

M. natomiast się zakochał. Te dziesięć do kilkunastu stopni to różnica, która daje bardzo wiele. Wręcz zmienia okropną nieznośność zimy w bardzo przyjemny klimat. Owszem, miło by było mieć pełne lato, ale to właśnie ta – pozornie niewielka – różnica między polską a rzymską zimą jest kluczowa.

Czy zatem Rzym jest idealnym miejscem na zimę? Dla mnie nie do końca (mnie się marzy wieczne lato 😉 ), M. twierdzi, że wystarczającym. Jeśli jednak rozważacie to miasto na Boże Narodzenie czy Sylwestra raczej się nie zawiedziecie, chociaż upałów się nie spodziewajcie. Istnieje też ryzyko pochmurnych i deszczowych dni, zwłaszcza w stosunku do Świąt Wielkanocnych, które tam będą już z pewnością ciepłe i słoneczne 😉 Dlatego Rzym i okolice na urlop polecamy raczej od kwietnia do początku grudnia 🙂

kiedy jechac do rzymu
Koloseum, widokówki z via Appii i papużka

Natalia i Mikołaj