Campingi i noclegi w Europie, cz. II

Po przeczytaniu tego wpisu będziecie wiedzieć, czego można się spodziewać po noclegach we Włoszech i we Francji, gdzie spać w Niemczech, co czeka na Was w krajach Beneluksu, oraz jak wyglądają campingi i nocowanie w Szwecji czy Norwegii.

Pierwszą część cyklu noclegowego możecie znaleźć pod tym linkiem: Campingi i noclegi w Europie, cz. I

Norweska hytta

Włochy, gdzie spać i za ile?
Oczywiście, jak zwykle, wszystko zależy od terminu i miejsca. Z czystym sumieniem mogę jednak powiedzieć, że pod koniec sezonu czyli wrzesień/listopad ceny są bardzo atrakcyjne a miejsca często puste. Pogoda jednak może być różna. Jest raczej ciepło, ale trzeba się liczyć z deszczem.

W każdym razie campingów i kwater w stylu Bed & breakfast (czyli pokój ze śniadaniem) we Włoszech jest bardzo dużo. Zwłaszcza na wybrzeżu czy w turystycznych miejscach nie będziecie mieli problemu ze znalezieniem noclegu.

We Włoszech jest też dużo tanich hoteli o standardzie raczej przeciętnym. To miejsca, które potrzebują często odświeżenia a czas zatrzymał się tam co najmniej w latach dziewięćdziesiątych.

Nasze królewskie łoże w domu w Rzymie

W przypadku campingów, to przygotujcie się, że miejscówki mogą być naprawdę ekstra. Często usytuowane na wzgórzu z widokiem na całe miasto. Niestety, w przypadku jazdy rowerem z sakwami takie zwieńczenie dnia – nierzadko stromy podjazd do campingu, jest trochę wkurzające 😉

Widok z campingu na Weronę

Czystość, zarówno na campingach (zwłaszcza sanitariaty) jak i na kwaterach jest raczej w porządku. Natomiast kwatery, które można zarezerwować przez Booking, a zwłaszcza przez AirBnB, często są bardzo czyste i wyjątkowo ładne.

Jedyne, o czym warto wiedzieć, w przypadku Włoch to to, że Internet jest często bardzo marnej jakości. Czasami w ogóle nie działa, albo wymagają kupna karty (na której znajduje się pin jako login do sieci) /zapłaty za daną ilość czasu, podczas którego można korzystać z Internetu.

Na szczęście teraz, w dobie darmowego roamingu w UE, nie ma to takiego znaczenia. Znaczenie ma jednak to, że komórkowy Internet we Włoszech jest często w jakości H lub H+. Czyli trochę słabiej niż LTE, które we Włoszech też potrafi się ślimaczyć.

Ceny noclegów we Włoszech, w tym również campingów zaczynają się mniej więcej od 20 euro za dwie osoby (z namiotem i rowerami – w przypadku campingów).

Campingi we Włoszech bardzo rzadko wyposażone są w kuchnię, papier toaletowy czy mydło. Trzeba mieć własne 😉

Camping z własną plażą? Czemu nie 😉

Francja
We Francji, zwłaszcza na południu i w Dolinie Rodanu, campingi są wszędzie. Często są to takie przydomowe pola. Jednak prawie zawsze zadbane.

Ceny campingów we Francji zaczynają się od kilkunastu euro, ale im wyższy standard (a potrafi być wysoki) tym wyższa cena.

 Należy też być przygotowanym na to, że w umywalkach jest często tylko zimna woda (dotyczy to zresztą wielu krajów, m. in. również Włoch)

W przypadku kwater, to jak to zwykle, różnie bywa. Niestety raz nam się trafił hostel, który wcześniej był noclegownią dla uchodźców… i muszę to tu powiedzieć, coś nas tam okropnie pogryzło. I nie były to komary.

Generalnie we Francji kwatery są różnego standardu. Tak jak o Włoszech można powiedzieć, że raczej jest co najmniej dobrze, tak we Francji jest przeważnie po prostu nie najgorzej.

Francja jednak ma jednego bardzo silnego gracza. Są to hotele sieci Formule1, poznacie po żółtych szyldach F1. Często znajdują się przy autostradach albo głównych ulicach. Cena to około 30 euro za  pokój. A jest to pokój trzyosobowy! Więc dla podróżujących w więcej osób nie lada gratka. Standard raczej bardzo prosty (wspólne łazienki, pokój tylko z umywalką, trzecie łóżko jest na górze, nad podwójnym, brak lodówki, czasem brak klimy), ale raczej czysto i ogólnie w porządku.

Przytulny kącik na francuskim campingu

Niemcy, Belgia, Dania, Luksemburg, Holandia

Na campingach bardzo często można się spotkać z tym, że prysznice są na żetony.

Cena to około 15 – 20 euro za dwie osoby. Bardzo rzadko, ale daje się wypatrzeć atrakcyjny nocleg pod dachem. W Danii udało nam się znaleźć mieszkanie za 19 euro. Co prawda było częściowo nieumeblowane, a w nocy ktoś wszedł do środka i bardzo chciał spać w jednym z pokojów :O (M. go wyprosił) Ale kuchnia i łazienka były gotowe i o wysokim standardzie. Jednak to był zdecydowanie wyjątek, ogólnie ciężko znaleźć nocleg pod dachem dla dwóch osób poniżej 80 EUR.

Bardzo popularne są też chatki kempingowe – takie małe drewniane domki na kółkach (ale stacjonarne), w których z reguły są tylko łóżka, stolik i krzesełka. Spaliśmy w jednym z takich miejsc w Luksemburgu. Było bardzo przytulnie a sam camping oferował piękną, czystą i nowoczesną łazienkę (i do tego ciepłą świetlicę, do której nikt nie przychodził a w której oglądaliśmy Mistrzostwa Świata :P)

Domek na campingu w Luksemburgu

W przypadku Holandii, jeden z naszych noclegów był na campingu w Amsterdamie. Miejsce całkiem fajne, ale zupełnie nieprzystosowane do takiej ilości ludzi, jaka go odwiedzała. Sanitariatów za mało i ledwo były wyczyszczone a już zostały zabrudzone, często kolejki. Sama ziemia zaniedbana (głównie piach i kępki trawy). Za to była fajna kuchnia w otwartej wiacie i ławki z siedzeniami – i tam było sporo miejsca. Niestety również tam nie nadążali ze sprzątaniem i stoły i ławki często były pozalewane czymś obrzydliwym 😉

Ważna informacja jest taka, że w tych krajach kuchnię na kempingach spotyka się bardzo często. Toalety zaś są z reguły czyste i wyposażone w papier toaletowy 😉

Szwecja

W Szwecji nocowaliśmy trochę w namiocie a trochę pod dachem i nie były to tylko kwatery.

W przypadku mieszkań, które nam się trafiły, to jedno z nich było pokojem u jakiegoś studenta (?) z Bangladeszu i było dość zwyczajne. Raz był to hostel, prowadzony przez Czecha 🙂 dom był cały w drewnie, bardzo przytulny. Dwa pozostałe miejsca to były jedne z przyjemniejszych kwater jakie nam się w ogóle trafiły.

Jedną z nich był świetny domek w małym miasteczku (wyposażonym w świetny supermarket!), nad rzeczką. Mieszkała w nim przemiła i przesympatyczna Szwedka, później się okazało, że jej mąż (Amerykanin) też jest fajnym facetem, pasjonatem rowerów 😉

Jedna z najlepszych kwater, w jakiej spaliśmy

W tym domku spędziliśmy dwa dni objadając się szwedzkimi jogurtami i słodkościami oraz oglądając namiętnie Netflixa po angielsku 😀

W przypadku kempingów, to raczej nie ma co oczekiwać wysokich standardów. Bywa nawet mocno przeciętnie. Jednak prawie każdy jest wyposażony w kuchnię (z piekarnikiem!) a na wielu z nich można wynająć hyttę, czyli taki malutki drewniany domek. Często się decydowaliśmy na takie rozwiązanie, chociaż domki te nie grzeszyły czystością. Często to poprzedni goście powinni byli po sobie posprzątać. Wymieść, pościelić. Bardzo dziwne zwyczaje 😉

Jezioro nad którym stał camping prowadzony przez Czecha

Norwegia

O ile w Szwecji kuchnia z piekarnikiem to prawie zawsze standard, o tyle w Norwegii to zawsze standard 🙂 W pewnym momencie w ciemno kupowaliśmy jedzenie do przygotowywania w piekarniku i nigdy nie zostaliśmy „na lodzie”.

Standard kempingów jest bardzo różny, ale raczej dobry. Trzeba jednak przygotować się, że w takich miejscach jak  kemping w Oddzie jest bardzo ciasno. Kemping przyjmuje olbrzymie liczby turystów (baza wypadowa do Trolltungi), ale kuchnia i łazienki nie dają sobie rady z taką ilością ludzi. Jest wieczny tłok, kolejki no i siłą rzeczy – niezbyt czysto.

Ceny kempingów w Norwegii są bardzo różne ale oscylują w okolicach -200-300 NOK (100-150 zł) za dwie osoby z namiotem. No i prysznice na kempingach są zawsze na monety – 10 lub 20 NOK za 3-5 minut ciepłej wody.

Norweska chatka i widok z niej 🙂

Podsumowując: Może to nie wynika ze wpisu, ale ja miałam wrażenie, że im bardziej na północ Europy, tym można było się spodziewać lepszego standardu campingów, nawet jeśli nie pod kątem „nowości”, to wyposażenia i standardu sanitariatów. W przypadku kwater to oczywiście wszystko zależy od właścicieli, ale też im bardziej na północ tym lepiej.

A tak wyglądało nasze mieszkanie w Oslo.
Kto znajdzie Mikołaja na zdjęciu? 😉

Największy komfort zapewniają skandynawskie campingi. Kuchnie, łazienki (z mydłem i papierem!), pralki, świetlice, to w zasadzie standard w każdym miejscu. Bardzo popularne są drewniane chatki, często wyposażone nie tylko w łóżka i stoliki ale i mały palnik, lodówkę, stolik i krzesła. Nie pamiętam też, żeby w Norwegii był jakiś problem z Internetem.

Ceny są dość porównywalne w całej „zachodniej” Europie, dopiero Norwegia szaleje. No i Dania, gdzie akurat kempingi są chyba jeszcze droższe niż w Norwegii. Zresztą towary w sklepach też są niewiele tańsze, o ile w ogóle. Rzecz zupełnie niezrozumiała biorąc pod uwagę małą (znikomą!) atrakcyjność turystyczną kraju, bliskość tanich Niemiec i niskie koszty transportu (w przeciwieństwie do Norwegii).

Duńska plaża

W kolejnym wpisie postaram się przypomnieć sobie Rumunię, Korsykę, Majorkę i może coś jeszcze o czym nie pamiętam w tej chwili 😉

Natalia


Reklamy

Campingi i noclegi w Europie cz.I

Gdzie spać podczas podróży, za ile, czego się spodziewać?

Podróżując po Europie, zarówno podczas naszej rocznej wyprawy, jak i wcześniej podczas urlopów, naszym podstawowym miejscem do spania były campingi, chociaż zdarzały się i kwatery.

W tej serii artykułów znajdziecie przegląd i informacje na temat tego, czego możecie się spodziewać w prawie każdym kraju w Europie 🙂 I nie będą to tylko pola namiotowe!

Część pierwsza (podzielona na dwie) to kraje z naszej rocznej trasy.

Czechy

Niestety zdjęć na kempingach w Czechach nie robiliśmy…

Czeskie kempingi zwiedziliśmy dwa.

Pierwszym z nich było pole namiotowe w Sloupie (Camp Relaxa). Namiot rozbijaliśmy na miękkiej trawie, teren był dość duży i ogrodzony. Były miejsca do rozpalenia ogniska,  sanitariaty (z zapasem papieru toaletowego!) i jedna zadaszona altana. Co godne uwagi i nieczęste w Europie w ogóle – do dyspozycji kempingowiczów kuchnia z czajnikiem, kuchenka elektryczna i lodówki. Kemping przy lesie więc miejsce spokojne i przyjemne.

Drugim zaś był kemping ATC Merkur w Pasohlávkach. Nad jeziorem. Okropne miejsce. Namioty bez ładu i składu porozrzucane po terenie, jeden przy drugim. Ziemia piaszczysta. Prysznice na żetony, ale żetony wrzucało się poza kabiną i maszyna sama ją przydzielała, więc biada temu, kto w 4 minuty nie zdąży się umyć (nie ma, że zatrzymasz wodę). Teren olbrzymi, są tu namioty, karawany, domki, wesołe miasteczko, scena muzyczna. Na plus spora kuchnia i dużo miejsca do siedzenia przy ławkach.

Niewątpliwą zaletą obu kempingów, i w ogóle w kraju, było niezahasłowane wifi. Otwarte sieci były dość częste np. na stacjach benzynowych.

Ceny w Czechach bywają zależne od sezonu. Taki przytulny kemping w Sloupie kosztuje według cennika 50 koron za noc za osobę (czyli niecałe 10 zł!) i dodatkowo 30 koron za mały namiot a okropny ATC Merkur od 60 do 120 koron za namiot (10 – 20 zł), w zależności od sezonu. Plus podatek turystyczny i prysznic (każde po 10 koron).

Poszperawszy trochę w Internecie mogę w podsumowaniu powiedzieć, że w przypadku czeskich kempingów kuchnia występuje prawie zawsze, a cena za osobę to przeważnie około 60 koron. Do tego może dojść 10 – 15 koron za podatek i za prysznic. 

Austria

Chyba każdemu Austria kojarzy się z porządkiem i czystością. Nie bez powodu, bo austriackie kempingi, na których mieliśmy okazję spać były wyjątkowo zadbane. Łazienki były zawsze bardzo czyste czasem też bardzo gustowne i nowoczesne. Kuchnie nie są standardem, ale są dość częste.

Uroczy teren jednego z campingów.

Na austriackich campingach obowiązywały jednak czasem reguły, inne niż „standardowo”, których należało przestrzegać. Np. jeśli na danym terenie był też prywatny dom, to mogło się zdarzyć, że jakaś ławka, stolik czy część łazienki nie była do użytku dla gości. Namioty musiały być rozłożone w linii z zachowaniem odpowiedniego odstępu (co często skutkowało rozbiciem się w kiepskim miejscu, ale za to był porządek a nie wkurzający chaos jak w Czechach i namiot na namiocie).

Sikamy tylko na siedząco!

Niewątpliwą zaletą większości kempingów austriackich są też przepiękne widoki. Na przykład z widokiem na lodowiec Dachstein (kemping w Altaussee).

Altaussee camping

Ceny kempingów wahały się od 16 euro (za dwie osoby) aż do 36 euro za noc za dwie osoby. Czasem prysznic dodatkowo płatny (przeważnie 0,50 centów za osobę).

Pomimo czasem wysokich cen biwakowanie w Austrii bywa nie tylko koniecznością, ale też przyjemnością.

Chorwacja

Chorwackie noclegi, ze względu na złą pogodę, jaka nas prześladowała w tym kraju, spędziliśmy w większości na kwaterach.
=

Camping hobbiton w Chorwacji.
Fajne miejsce, ładna pogoda, szkoda, że było nieczynne.

Kwatery były o różnym standardzie, ale żadnej niczego nie brakowało. Umilały nam więc nasze przykre przygody z chorwackim deszczem i wiatrem. No, może poza jedną. W pobliżu Plitwickich Jezior. Mieliśmy pokój w domu dość dużej rodziny. W pokoju jednak było tylko wielkie łóżko i szafa. Nie było stołu przy którym można usiąść, ani miejsca, żeby przejść. Kuchnia była piętro niżej, więc nawet przejście z herbatą czy jedzeniem było dość kłopotliwe, a lodówka była w aneksie kuchennym gospodarzy, który był częścią salonu, w którym to spał gospodarz 😀 więc było niekomfortowo bardzo.

Niestety nie ma zdjęcia kwatery.
Są za to Jeziora Plitwickie, dużo ładniejsze 😉

Nocleg pod dachem w Chorwacji to wydatek minimum około 25/40 euro za dwie osoby. Oczywiście ceny zależą od różnych czynników, nam się udawało takie okazje wynajdywać na bieżąco dzięki Bookingowi 🙂

Serbia

W Serbii byliśmy wcześniej w 2011 roku i teraz, w 2018. Poprzednia podróż, gdzie zahaczyliśmy o Serbię, wracając z Rumunii (deltą Dunaju), była bardzo budżetowa, skupiała się tylko na kempingach. W Serbii przypadły nam dwa noclegi pod namiotem i oba były niezbyt udane.  Spaliśmy w Veliko Gradište  (Auto Camp) i Belgradzie (Camp Dunav ). Veliko był wyjątkowo zaniedbany, pełen porozrzucanych, starych, zniszczonych karawanów. Zaplecze kuchenne (i pewnie sanitariat też, ale nie pamiętam) bardzo zapuszczone. Wisiało nawet coś, co wyglądało na olbrzymi kokon :O Aczkolwiek nas ulokowano w części namiotowej (tańszej więc gorszej). Była też część karawanowa i z domkami, tam wyglądało to lepiej, na zdjęciach w Internecie prezentuje się nawet świetnie

Na belgradzkim campingu zaś właściciel nie chciał pozwolić nam rozbić namiotu, bo niby nie było miejsca, tylko, że było 😉 Zmusił nas do wzięcia chatki, ale był w niej taki upał i taki rój komarów, że w nocy rozbiliśmy namiot przed domkiem.

Camping Dunav, źródło:
http://www.campdunav.com

Podczas rocznej wyprawy w Serbii przypadły nam dwa noclegi i oba pod dachem. Było bardzo zimno, więc o namiocie i tak nie było mowy. Jedno z miejsc to było mieszkanko, bardzo przyjemne, chociaż dość skromne. Drugi zaś był hotel w Raszce, o raczej niższym standardzie. Ale łóżka i biurko było, ciepła woda w prysznicu też 😀

Koszty spania w Serbii to około 5 euro za osobę na kempingu i 10 /20 euro za kwaterę lub domek.

Kosowo

W Kosowie również byliśmy drugi raz. Za pierwszym, w 2012 roku. Częściowo nocowaliśmy „na dziko” w namiocie, częściowo pod dachem . Raz był to hotelik o standardzie raczej niskim ale znowu – łóżko, biurko, czysta łazienka, niczego nie można było mu zarzucić, raz mieszkanie w Prisztinie – bardzo przyjemne. I każda z tych „dachowych” lokalizacji miała wspaniałą zaletę – była blisko barów szybkiej obsługi. A te miejsca są najlepsze na świecie właśnie w Kosowie 🙂

Ceny noclegów wynosiły nas mniej więcej 10/30 euro za noc.

Noclegów z Kosowa znów nie ma,
zobaczcie więc jak wygląda Prisztina

Macedonia

Macedońskie kwatery są w porządku i można spokojnie w ten sposób planować noclegi. Może się zdarzyć, że woda będzie musiała być nagrzana wcześniej w bojlerze, albo, że nie będzie klimatyzacji (przy upalnym macedońskim lecie to ma znaczenie). Ale standard europejski, choć czasem bardziej skromny lub właśnie będzie więcej przepychu.

Kempingi raczej nie są wyposażone w kuchnie, łazienki najlepsze lata mają przeważnie za sobą. Nad jeziorem Ochrydzkim Camping Gradiste cieszy się opinią najczystszego (co nie znaczy, że czystego). My też tam nocowaliśmy i bardzo nam dopiekła imprezująca „przez ścianę namiotu” młodzież.

Trzeba też się przygotować na to, że standard czystości na Bałkanach jest trochę inny niż w Europie.  Często jest po prostu brudno (przepełnione śmietniki, stare, zaniedbane przyczepy kampingowe czy śmieci na trawie, nie mówiąc już strasznym brudzie pod sanitariatami).

W przypadku campingów nad jeziorem Ochrydzkim bardzo ważne jest, aby stosować się do zasady „Najpierw sprawdź łazienkę!”. Zresztą jest to złota zasada w każdym kraju (poza Austrią :P)

Ceny kempingów w Macedonii wahają się w okolicach 10/20 euro. Za mniej więcej 20 euro (a nawet i mniej! Zależy od miejsca i terminu) można też znaleźć nocleg pod dachem. Czasem nie warto oszczędzać kilku euro i dostać brud oraz hałaśliwych sąsiadów, zamiast komfortu jaki daje pokój czy mieszkanie, nawet skromnie urządzone.

Jezioro Ochrydzkie

Albania

Kampingów w Albanii należy szukać tylko w miejscach turystycznych (czyli nad morzem). Ich cena to mniej więcej 10/15 euro (namiot + auto + 2 osoby). Sanitariaty stare, raz czyste raz nie. W tych lepszych miejscach są nawet kuchnie.

Co istotne wifi na kempingach i na kwaterach jest i to bezpłatne (ale działa różnie).

My jednak w Albanii znowu sypialiśmy tylko pod dachami. Ceny były zbliżone do tych kempingowych (od 10 euro (w Sarandzie!) do 23 euro w jakimś hotelu), więc korzystaliśmy z uroków pokojów i mieszkań. Bardzo pozytywnie to wspominam (w Sarandzie widok z tarasu na morze i Korfu oraz wielkie drzewko pomarańczowe 🙂 ). Trzeba mieć jednak na uwadze, że w Albanii zdarzają się przerwy w dostawie prądu i wody (spotkało nas to we Vlorze). Przerwy mogą być całodzienne, więc warto się dowiedzieć zawczasu lub być przygotowanym – podczas kilkudniowego pobytu we Vlorze mieliśmy kilka baniaków z wodą; napełnialiśmy je codziennie rano.

Trzy widoki z okien z naszych albańskich noclegów.

Grecja

Greckie kempingi mają bardzo różne standardy. Bywają proste pola namiotowe, gaje oliwne z suchą ziemią jak i ładnie utrzymane miejsca. Na każdym z nich często jednak możemy znaleźć przynajmniej lodówkę, czasem basen 😉

Namiot, basen, morze na kempingu w grecji
Czasem basen, czasem morze, czasem przytulny kącik na namiot

Grecja jest znacznie bardziej świadoma swoich walorów turystycznych i oczekiwań turystów, niż kraje byłej Jugosławii, dlatego standard kempingów jest przeważnie wyższy, czasem nawet bardzo wysoki.

W większości miejsc jest też możliwość wynajęcia małego, wygodnego domku. Przeważnie wyposażonego we własną kuchnię i łazienkę.

Ceny są oczywiście bardzo różne i zależne od sezonu. Więc cena za osobę na tym samym kempingu może wynieść 10, wiosną, albo nawet 15 euro latem (np. Santorini). W przypadku domku ceny są często nieznacznie wyższe niż za namiot (o około 5 – 10 euro), dlatego często wybieraliśmy taką formę nocowania.

Dla kociarzy dodatkowym atutem nocowania na kempingach w Grecji mogą być wszędobylskie koty 😉

Kilkoro z naszych kocich przyjaciół .

W przypadku greckich wysp – tu należy się przygotować, że w prysznicu otrzymacie słoną wodę.

Co do  kwater, możecie znaleźć fajny nocleg przeważnie już za 20 kilka euro, ale raczej 50 będzie standardem.

Uroki Grecji (Meteory, Zakhyntos, Kefalonia, Kreta)

Kolejne kraje w następnych wpisach! 🙂
Natalia

10 polskich dań, o których myślisz, że nie są z Polski…

… i masz rację!

A tak naprawdę to dzisiaj zapraszam na kolejną smakowitą wycieczkę po świecie. Kulinaria są nieodłączną częścią każdej podróży, a przy okazji są też wdzięcznym tematem do pisania.

Dzisiaj post o 10  potrawach, które według swoich nazw pochodzą z różnych części świata, ale królują na polskich stołach. Czy rzeczywiście pochodzą stamtąd, skąd myślimy, że pochodzą?

Uwaga, nie czytać na głodniaka! 🙂

1.Spaghetti bolognese. Przede wszystkim prawdziwa nazwa tego dania to Tagliatelle al ragù. Pochodzi rzeczywiście z Bolonii  i składa się z makaronu (tradycyjnie powinny być to tagiatelle, czyli długie wstążki) oraz długo gotowanego sosu mięsno – warzywnego. Włosi mieszają różne rodzaje mięsa (mortadela, boczek, kiełbasy itd.) oraz wrzucają warzywa, które znajdują się pod ręką. Co ciekawe we włoskim przepisie nie ma zbyt wielu pomidorów.

Spaghetti bolognese
Źródło: pixabay.com/RitaE 

2. Ryba po grecku. Chyba każdy wie, że to smażona ryba zapieczona lub przykryta sosem warzywnym z marchewką i pomidorami, podawana na zimno. W Grecji jednak nie ma takiego dania. Można zaś spotkać grillowaną lub pieczoną rybę w towarzystwie warzyw, podawaną z sosem, którego składnikami są pomidory, cebula, czosnek, marchewka i białe wino. Sos robiony jest osobno i polewa się nim gotową już, upieczoną, rybę.

Ostatecznie więc te dwa dania mogą się jednak ze sobą kojarzyć. Zatem nasza polska ryba po grecku to potrawa, której pochodzenia jednak można upatrywać na południu Europy, a przynajmniej samej jej idei 😉

Prawdziwa ryba po grecku.
Źródło: https://www.nytimes.com

3.Barszcz ukraiński. Ta zupa o rubinowym kolorze rzeczywiście ma swój rodowód na Ukrainie.  Z tym, że nasi sąsiedzi przyrządzają barszcz głównie z ziemniaków i kapusty (no i buraczków), zaś w Polsce w zupie spotykamy raczej fasolę z burakami. Często dodajemy też śmietanę, czego Ukraińcy nie robią. Wolą sos czosnkowy, co też brzmi dobrze 🙂

Barszczyk
Źródło: pixabay.com/_Artemis

4. Pierogi ruskie. To tak naprawdę typowo polskie danie. Jego nazwa pochodzi od terenów, z których się wywodzą czyli z Rusi Czerwonej. Ruś Czerwona zaś była częścią południowo – wschodniej Polski (i północno – zachodniej Ukrainy), czyli Kresami Wschodnimi.

Pierożki
Źródło: pixabay.com/pasja1000

5.Sałatka ruska lub częściej – jarzynowa. Kto nie lubi połączenia ziemniaków, jajka, groszku z dodatkiem ogórków, tuńczyka albo szynki z majonezem? Obowiązkowa na polskim stole, zwłaszcza w Wielkanoc, ale spotkać ją można także w innych krajach. Na Bałkanach raczej jako sałatkę francuską, ale w większości przypadków nazywana jest właśnie ruską. Co ciekawe w samej Rosji nazywa się ją sałatką Oliviera, od francuskiego szefa kuchni, który stworzył takie danie na potrzeby swojej restauracji w Moskwie. I co, wiedzieliście, że nasza tradycyjna, polska, jarzynowa sałatka jest Rosjanką? 😉

Sałatka jarzynowa
Źródło: pixabay.com/perovict

6.Angielka,  (to po łódzku) bułka wrocławska, bułka paryska czy po prostu bułka francuska. Ten podłużny chlebek w każdym miejscu Polski ma trochę inną nazwę. Wszędzie jednak przypomina bagietkę. Nazywanie go bułką francuską albo paryską ma więc sens, niestety nie dotarłam do informacji o pochodzeniu pozostałych nazw (zwłaszcza dlaczego angielka?), a szkoda!

7.Fasolka po bretońsku. Chyba każdy wie, że fasolka po bretońsku nawet koło Bretanii nie rosła. Poszukując etymologii nazwy tej potrawy spotkałam się z takim wyjaśnieniem: fasolka po bretońsku ma swoje korzenie w Ameryce, skąd w puszkach trafiła na Wyspy Brytyjskie. Nie wiadomo kiedy i jak przedostała się do Polski, ale jak to z takimi wędrówkami bywa, z upływem czasu nazwa „fasolka po britońsku”; bo mieszkańców Wysp nazywano Britonami, zmieniła się w fasolkę bretońską.

Początkowo w Polsce sprzedawano ją jako zamorski rarytas. Z czasem jednak o prawdziwej nazwie zapomniano, ale potrawa pozostała. W oryginale angielskie danie to pieczona fasola.

Co ciekawe we Francji istnieje pewne fasolowe danie, które nazywa się: cocos de Paimpol à la bretonne. Jest to duszona fasola rosnąca w okolicach miasta Paimpol. Przygotowuje się ją z sosem pomidorowym z dodatkiem boczku lub kiełbasy wieprzowej, doprawiona tradycyjnie majerankiem. Brzmi znajomo? Czyli może jednak nasza fasolka po bretońsku pochodzi z Bretanii.

Fasolka po bretońsku
Źródło: https://www.doradcasmaku.pl

8. Sałatka szwedzka. Czyli sałatka ogórkowa. Nie znalazłam o niej niczego ciekawego, poza wskazówką, że w Szwecji nic o niej nie wiedzą. Nawet nie ma takiego dania na szwedzkich stronach. Do Szwecji importuje ją polska firma Felix. Co ciekawe ogórek prawdopodobnie pochodzi z  Indii a w Europie rozprzestrzenił się z Bałkanów. Zatem skąd kraj skandynawski  w nazwie naszej ogórkowej sałatki? To pozostanie chyba tajemnicą kulinarną 😉

Ogórki
Źródło: /pixabay.com/congerdesign

9. Placek węgierski. Wszyscy słyszeliśmy, że to nie jest potrawa z Węgier. A jednak ma coś wspólnego z tym krajem.

Placka po węgiersku wymyślił Węgier, szef węgierskiej restauracji Balaton z Krakowa. Danie miało być symbolem polsko – węgierskiej przyjaźni. Stąd polski, ziemniaczany placek, skąpany w mięsnym, paprykowym sosie – typowym dla kuchni węgierskiej.

Wypasiony placek po węgiersku
Źródło: http://www.winiary.pl

10.Sernik po wiedeńsku. A na deser coś słodkiego. Najciekawsze jest to, że podobno sernik pochodzi ze starożytnej Grecji, gdzie podpatrzyli go Rzymianie i rozpowszechnili po reszcie Europy. Różne źródła mówią, że to, co znamy pod nazwą sernika wiedeńskiego, prawdopodobnie zawdzięczamy Janowi III Sobieskiemu (podobno przywiózł przepis wracając z odsieczy wiedeńskiej – jak to można połączyć przyjemne z pożytecznym). Polacy trochę go zmodyfikowali, dodając „polewę w kratkę”. W samej zaś Austrii dostaniemy jednak ten smakołyk pod nazwą Topfenkuchen, którego składnikiem jest drobno mielony ser biały, utrarty na mleczną masę. Ale podobno nie dorastają do pięt polskim serniczkom 🙂  

Serniczek ale raczej nie po wiedeńsku
Żródło: pixabay.com/ponce_photography

To co, które danie zjecie najpierw?

Natalia

P.s Zobacz też 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży

Źródła:
http://www.piattobianco.pl/troche-o-spaghetti-bolognese/

http://myslowianki.pl/czym-ryba-grecku-pochodzenie-skladniki-przeznaczenie/

https://blog.bluesky.pl/ryba-po-grecku-barszcz-ukrainski-pierogi-ruskie-czy-naprawde-pochodza-stad-skad-sugeruje-nazwa/

https://understandrussia.com/russian-salad/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bu%C5%82ka_paryska

http://esensjonalni.blogspot.com/2015/09/coco-de-paimpol-la-bretonne-fasolka-po.html

http://www.sppiopo.pl/Ogorek-warzywo-z-dluga-historia

http://zajadamy.blox.pl/2008/06/Sernik-Po-Wiedensku.html

http://www.komplet.pl/artykuly/serniki-czy-aby-na-pewno-polskie/

Najlepsze jedzenie w Europie

Czyli subiektywny przewodnik po produktach do jedzenia, które nam najbardziej smakowały w całej Europie, i za którymi tęsknimy.

Jako bonus znajdziecie też kilka takich, które nam zapadły głęboko w pamięć, choć z innych przyczyn 😉

Zanim jednak przystąpicie do zapoznania się z tą kulinarną ściągą, zerknijcie na wpis o 20 najlepszych daniach, jakie jedliśmy w czasie naszej bałkańsko – włoskiej części rocznej wyprawy.

Źródło: https://pixabay.com, Autor: Lisy_

Czechy
Oczywiście w kraju naszych sąsiadów znajdziemy smaczną zupę czosnkową, smażony ser czy piwo (chociaż my nie jesteśmy koneserami tego trunku, piwo to piwo 😉 ).

Ale nam przede wszystkim przypadła do gustu Kofola. Pamiętam, że mój pierwszy łyk tego napoju wywołał skrzywienie (a było to jeszcze przed wyprawą). Ale kolejne próby degustacji sprawiły, że Kofolę wspominam bardzo dobrze i chętnie sięgnę po ten smak znowu.

Dla tych co nie wiedzą: oryginalna Kofola to jakby czeska Cola ale z dodatkiem mieszanki ziół i anyżku. Ciężko powiedzieć co tak naprawdę kryje się pod nazwą „syrop Kofo”, bo receptura jest oczywiście tajna, ale te smaki można wyczuć.

Austria

W Austrii nasze serca skradło czekoladowe ciasto z Penny Market. Właściwie nie miało nazwy, po prostu było pysznym ciastem czekoladowym, czymś w rodzaju brownie połączonym z musem czekoladowym. Pycha!

Natomiast w przypadku picia raczyliśmy się jabłkowym Spritzem, czyli gazowanym napojem jabłkowym. Bardzo dużo soku jabłkowego i gazowana woda, bez dodatku cukru. Brzmi banalnie ale smakuje wspaniale. Aż dziwne, że taki napój nie trafił do Polski.

Przy okazji Austrii można wspomnieć też o napoju Almdudler. Według Internetów to ziołowa lemoniada i w sumie coś w tym jest. Ma ziołowy, słodki i lekko kwaskowy smak. Ale nie jest to nic powalającego. Natomiast będąc w Austrii można spróbować, bo smak jest ciekawy.

Słowenia, Chorwacja, Bośnia, Serbia

Tutejsze jedzenie nie zapadło nam mocno w pamięć. Oczywiście mamy tutaj burki (o ile są dobrze zrobione – czyli ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym), pljeskawice (czyli hamburger z mięsa wołowego, wieprzowego i baraniego) czy smaczny chleb o nazwie lepinja przypominający turecką pitę, tylko większy.

Lepinja i cepvapce…
Źródło: https://www.123rf.com

Ale za żadną z tych potraw nie tęsknimy. Tęsknimy zaś za napojem o nazwie Sensation. To gazowany i raczej mało słodzony napój w stylu wody smakowej występujący w trzech smakach. Wersja azjatycka: limonka i kiwano, europejska: kwiat dzikiego bzu (elderflower)  i limonka, amerykańska: limonka i cola. Najlepsza była wersja azjatycka. Amerykańska też była niezła, ale spotkaliśmy ją tylko raz.

Kosowo

Do Kosowa mamy sentyment nie tylko kulinarny. Kosowo się bardzo dynamicznie rozwija i zawsze można tam liczyć na życzliwość mieszkańców. A do tego walutą jest euro 😉

W Kosowie znajdziecie najsmaczniejsze cevapcici na całych Bałkanach (albo nawet i na świecie 😉 ). Sprzedawane w czymś w rodzaju barów szybkiej obsługi, które serwują świeże mięso w postaci cevapcici lub pljeskavic. Do nich możecie zamówić grillowane warzywa, ciepły chlebek w stylu pity lub frytki i oczywiście najpyszniejszą na świecie surówkę z białej kapusty. Wielokrotnie próbowaliśmy ją odtworzyć, ale nigdy nam się nie udało nawet zbliżyć do podobnego smaku.

surówka po kosowsku
Frytki, pljeskawica, surówka

Albania

Albania nas pozytywnie zaskoczyła. Poza owockami o których pisaliśmy we wpisie o tym, czy ludzie są dobrzy , które mi bardzo zasmakowały, absolutnie zakochaliśmy się w sosie fergese me gjize, który kupowaliśmy w sklepach. Wyglądał jak ajwar, ale jest od niego dużo lepszy. W składzie mamy pomidory, paprykę ale przede wszystkim ser bałkański (w rodzaju fety), w przepisie znalazłam też jogurt i masło. Nie wiem czy one tam rzeczywiście były ale ten sos jest tak pyszny, że nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie zrobiliśmy go w domu.Można go jeść na zimno i na ciepło, zapiekać w nim mięso czy np. zrobić z nim tartę.

Grecja

O Grecji już pisaliśmy wielokrotnie, np. tu: 10 powodów za które kochamy Grecję. Furorę robi prawdziwy grecki jogurt w kamionce, ciastko z Lidla z tradycyjnym greckim kremem waniliowym, zamkniętym w cieście filo ale także nie wolno zapomnieć o portokalopicie czyli pomarańczowym cieście. Pyszne, słodko kwaśne, miękkie i jędrne jednocześnie.

W Grecji warto też spróbować zimnej kawy czyli frappe, którą Grecy piją litrami. Ale musicie ją mocno posłodzić 😉

Nie zapomnijcie też zjeść gyrosa zawiniętego w pitę z frytkami. Mniam! I popijcie go koniecznie napojem Loux. Gazowany w wersji pomarańczowej – dla wielbicieli Fanty albo Mirindy (smakuje dokładnie tak jak jedno z nich, a według nas oba smakują tak samo 😉 ) albo colowej, dla wielbicieli Coca-Coli, tylko ma jakby pełniejszy smak i jest mniej słodkie. Bardzo dobre.

Grecki Gyros, niebo na talerzu
Źródło: https://www.realgreekrecipes.com

No i domowe tzatziki (do kupienia często na wagę w sklepach) oraz tarama (pasta kawiorowa, ale w cenie dużo, dużo niższej niż kawior). O Grecji można pisać i pisać… 🙂

Włochy

O włoskim jedzeniu można by stworzyć osobny wpis. Generalnie jednak słoneczna Italia jest królestwem serów. Będąc tu koniecznie spróbujcie wędzonej provoli (provola affumicata) – ser zamknięty jest w pudełku z wodą, wygląda jak przybrudzona popiołem mozarella. W smaku jednak jest zupełnie inna. Smakuje wędzonką, chociaż to biały, miękki ser, bardzo soczysty. Pyszny! Niestety do nabycia chyba tylko w sklepach Todis.


provola affumicata
Źródło: https://www.casabufala.it

Bardzo smaczna jest też burrata, ostatnio do dostania w polskim Lidlu, pojawiła się nawet w Biedronce a czasem bywa i w większym markecie. Warto ją jednak jeść wkrótce po zakupie, bo szybko się psuje (gorzknieje i szczypie w język). Buratta to taka mozarella, tylko w środku ma świeży twarożek (w formie serowych strzępków) ze śmietanką.

Innymi produktami wartymi uwagi są pesta. Nie tylko zielone i czerwone, które dostępne są w Polsce, ale wiele różnych z różnych składników. Nasze serce skradło różowe z czerwonej cykorii (radicchio), czasem z dodatkiem boczku, w zależności od wersji.

Oczywiście warto też  spróbować włoskiej pizzy, ale uwaga, żeby nie naciąć się na mrożoną! A potem wypić włoskie cappuccino. Smakuje jak deser, nie jak kawa 🙂

Włosi mają też bardzo dobry chleb, pod warunkiem, że kupimy go w piekarni, jest mocno wypieczony i posolony 😉

We Włoszech warto też skorzystać z tanich cen dobrego wina i wypić sobie lampkę czy dwie do kolacji.

A to, czego Włosi nie potrafią robić to oliwy. Jest gorzka. Dlaczego tak jest, tego nie wiemy.

włoskie sery
Burrata,
źródło: https://online.pizza4ps.com

Francja

We Francji pyszne jest wszystko. Wystarczy wejść do sklepu, żeby totalnie oszaleć na widok asortymentu i gwarantujemy Wam, większość rzeczy Was zachwyci smakiem.

Teryna czyli taki pieczony pasztet.
Żródło: https://www.olivemagazine.com

Ale to za czym szczególnie tęsknimy to francuski majonez Amora (na szczęście jeden z polskich sklepów z francuskimi towarami sprowadza go na zamówienie) i cydr Fauconnerie wytrawny (inne cydry, w tym polskie, nie umywają się do francuskich, które mają głęboki jabłkowo – wędzony smak, troszkę goryczkowy, trochę słodki).

Hiszpania

Hiszpanii zabrakło na naszej trasie, ale kiedy tam byliśmy podczas urlopu to tym, co nam wyjątkowo zasmakowało (poza kawą, która jest przepyszna!) były tapasy.

Tapasy to takie przekąski, na przykład kawałki sera (twarde sery hiszpańskie też zasługują na uwagę), kawałki hiszpańskich kiełbas, oliwki.

Ale to, co jest najlepszą częścią tego dania to papryczki. Zielone, malutkie papryczki, grillowane, polane oliwą i oprószone solą. Takie papryczki (miniaturki normalnych, słodkich papryk) czasem można dostać w większych marketach w Polsce latem.

Papryczki w prawym górnym rogu
Źródło: https://www.lealou.me

W Hiszpanii jedliśmy też bardzo smaczne słodkie ziemniaki w sosie pomidorowym, malutkie. chrupiące ośmiorniczki smażone w cieście na głębokim oleju i ośmiornicę z grilla. Ośmiornica bez szału, troszkę gumowa chociaż smaczna, ale te malutkie ośmiorniczki! Polecamy 🙂

Belgia

Belgia nie jest naszym ulubionym krajem, ale jedno trzeba im przyznać. Musy czekoladowe robią obłędne!

Holandia

W Holandii spróbowaliśmy cynamonowych bułeczek i… przepadliśmy. Po holendersku ich nazwa to kaneel (czyli cynamon). Są zrobione z ciasta francuskiego, przełożonego cynamonem. Pachną obłędnie ale smakują jeszcze lepiej. Są całe dość wilgotne, więc nie czeka się na najlepszy środek ale każdy kęs jest wilgotny i cynamonowy.

Do picia zaś w Holandii polecamy zieloną herbatę marki Spar ze sklepów sieci Spar 😉

Niemcy

W Niemczech mają równie pyszne, jak nie jeszcze lepsze niż w Holandii, bułeczki cynamonowe, które poznaliśmy pod nazwą Franzbrötchen. Chociaż niestety nie występują w całych Niemczech i tam gdzie nie występują, nikt nie zna takiej nazwy.

Poniewczasie dotarło do nas, ze być może o „Franz.” W ich nazwie była kropka, co by wskazywało na to, że nazwa oznacza po prostu… francuską bułkę. Następnym razem sprawdzimy 🙂

Bułeczki cynamonowe
Źródło: https://www.heimgourmet.com

W Niemczech znajdziecie też leberwurst, czyli coś w rodzaju pasztetowej, ale dużo smaczniejsze, zwłaszcza w wersji wędzonej, grubo mielonej (grob) i z większymi kawałkami wątróbki.

U naszych sąsiadów znajdziecie też w sklepach smaczny, buraczkowy humus.

Do popicia w Niemczech polecamy Apfelschorle, ten sam rodzaj napoju jabłkowego co w Austrii albo MezzoMix, czyli mix coli z pomarańczą. Bardzo udany smak!

A na deser czekoladowy pudding  z polewą waniliową firmy Muller.

Apfelschorle
Źródło: https://www.loewensteiner.de

Dania

W Danii o dziwo jest coś dobrego. Konkretnie wątróbkowy pasztet leverpostej. Nie dość, że w szokująco przystępnej cenie (razy ok. 7 DKK za pół kilo!), to jeszcze bardzo smaczny.

Szwecja

Obalamy mit szwedzkich bułeczek cynamonowych. Są dużo słabsze niż niemieckie czy holenderskie. Za to bardzo ciekawy smak mają bułeczki z kardamonem.

Generalnie słodycze w Szwecji (te bez lukrecji) są bardzo dobre. Jedno z najlepszych ciast czekoladowych (brownie) jedliśmy właśnie tam.

szwecja jedzenie
Szwedzkie cukierki, smakołyki i bułeczki

Szwedzi szaleją też za jogurtami smakowymi i sprzedają je tylko w litrowych kartonach. Warto sięgnąć po kilka smaków, bo są naprawdę smaczne, zwłaszcza wersja z marakują.

Szwedzi mają też dużo past kawiorowych, takich w tubce. Nie są zbyt drogie a do tego smaczne. Polecamy taką z serem 😉

W Szwecji też znajdziecie ser o smaku koperkowym. Interesujący  i smaczny (ale nie na tyle, żebyśmy za nim tęsknili).

Fani niesłodkich napojów będą w Szwecji w raju, bo tam woda z sokiem to rzeczywiście woda z sokiem. Bez cukru, bez słodzików, z ledwo wyczuwalnym posmakiem danego owocu. Fajna odmiana po tych wszystkich słodkich napojach.

Natomiast tym, co wolą „gazowańce” polecamy Trocadero. Napój sprzedawany w 1,5 litrowych butelkach z dodatkiem kofeiny. Taki łagodny energetyk i smakuje też jak energetyk. Jeśli ktoś lubi ten smak, to Trocadero mu przypadnie do gustu.

Norwegia

No i Norwegia, która słynie z pięknych widoków i kiepskiej kuchni.

Jednak znalazło się i w tym kraju coś, co byśmy chętnie od czasu do czasu zjedli w Polsce. Przede wszystkim jest to flintstek, czyli stek z szynki w specjalnej marynacie z przyprawami, który trzeba tylko wrzucić na patelnię. Jakież to jest pyszne!

Kto by przypuszczał, że w Norwegii takie dobre rzeczy.
Źródło: https://www.matprat.no

W Norwegii smaczne są też fiskekakery czyli kulki rybne, wyglądające trochę jak kluski. Zresztą jest to rodzaj klusek rybnych. Można je podać z sosem albo czerwoną kapustą.

Smaczna jest też potrawa o odkrywczej nazwie bacalao czyli po prostu dorsz 😉 Mamy tutaj kawałki ryby w pomidorowym sosie z cebulką, papryką i jeszcze jakimiś warzywami. Bardzo dobre, chociaż bardzo drogie (jak prawie wszystko w Norwegii).

Tanie zaś są tortille marki First Price, które smarowaliśmy czekoladowym smarowidłem w stylu Nutelli, skrapialiśmy dżemem truskawkowym i voila! Deserek w trasie jak się patrzy.

ryby w norwegii
Fiskekakery, podsmażone, gotowe do jedzenia

Nie może zabraknąć jednak norweskiego sera brunost. O specyficznym karmelowo – słonym smaku, który je się na słodko. Z cynamonowym chrupkim pieczywem, na gofrach, z dżemem. Nie tęsknimy za nim, ale nie spróbować go, będąc w Norwegii to zbrodnia 😛 zwłaszcza, że jest cholernik niezniszczalny, woził się z nami ze dwa – trzy tygodnie w sakwach i ani śladu zepsucia.

Więcej o tym, co jeść w Norwegii przeczytacie we wpisie poświęconym kulinarnym przygodom w tym kraju.

No i co, zgłodnieliście? 😉

Dajcie znać co dobrego, albo niedobrego jedliście za granicą B-)

Natalia

11 przykładów, na to że ludzie są dobrzy

Pozytywnych wpisów nigdy za wiele 🙂 Dlatego w dzisiejszym tekście znajdziecie 11 dowodów na to, że ludzie są dobrzy.

1.Darmowy nocleg w Czarnogórze

Pierwsza nasza wyprawa na Bałkany miała miejsce w 2012 roku i obfitowała w wiele bardzo miłych zdarzeń. Jednym z nich był darmowy nocleg na pierwszym kempingu w Czarnogórze.

Właściciel dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski pozwolił nam obozować za darmo 🙂 Nie wiemy, czym to właściwie było spowodowane, ale było bardzo miłe.

Zatoka kotorska
Kemping był gdzieś na dole, ale tu jest piękniej. Zatoka Kotorska.

2. Kosowo –  uprzejmość sklepikarza

Podczas tej samej wyprawy spotkała nas też bardzo miła reakcja ze strony kosowskiego sklepikarza.

W wiejskim sklepie zrobiliśmy jakieś spożywcze zakupy i postanowiliśmy od razu je zjeść. Usiedliśmy przy wystawionym stoliku, sklepikarz widząc, że się tam rozkładamy, doniósł nam krzesło i przyniósł nóż, żebyśmy mogli pokroić zakupioną u niego wędlinę (a konkretnie wołową mortadelę, pyszną :P).

3. Przejazd włoskim pociągiem bez biletów

Któregoś razu wpadliśmy do pociągu bez biletów, bo nie zdążyliśmy ich kupić. Zgłosiliśmy to konduktorowi, żeby nie dostać mandatu. Konduktor przechodził koło nas kilkukrotnie, sprawdzając innym pasażerom bilety, ale nas omijał. A kiedy wysiadaliśmy z pociągu pomachał nam pogodnie i zawołał „ciao ragazzi!” 🙂

4. Zaproszenie na wesele w Chorwacji

Kolejne zdarzenie podczas naszej bałkańskiej wyprawy. Jechaliśmy przez Chorwację, ale tę nieturystyczną część. W oczy rzucił nam się budynek przypominający sklep spożywczy. Chcieliśmy kupić coś do picia, ale okazało, że wcale to nie jest sklep i w tej chwili trwa tam wesele. Chorwaci posadzili nas przy stole, obstawili jedzeniem i piciem i nie wypuścili, póki nie objedliśmy się po uszy a na drogę dostaliśmy jeszcze sporą wyprawkę, którą jedliśmy kilka kolejnych dni. To dzięki temu zdarzeniu odkryliśmy piwo z sokiem cytrynowym, znane jako radler 😉

Oczywiście nie mamy zdjęcia z tamtego zdarzenia, ale to też Chorwacja.

5. Albania – poczęstowani owocami

Gdy siedzieliśmy  któregoś razy w małym albańskim miasteczku, podczas odpoczynku, podeszła do nas starsza pani i wręczyła nam torebkę malutkich owocków. Tak po prostu 🙂 owocki smakowały jak malutkie jabłuszka. Były to ide (pl: głożyna pospolita, jujuba pospolita, łac. Ziziphus jujuba). Zrobiło nam się bardzo miło, chociaż może nie było to rozsądne, jeść coś od obcej osoby, ale zupełnie nie było to podejrzane zdarzenie.

https://www.comptoir-des-graines.fr/1890-thickbox_default/graines-de-zizyphus-jujuba.jpg

6. Włoska rodzinka

Ogólna sytuacja pewnie wynikała z usposobienia włoskiej rodziny, u której nocowaliśmy. Jednak nadal sposób w jaki nas podjęli był bardzo miły. Jako, że w obiad byliśmy zaopatrzeni, dostaliśmy do niego surówkę, faszerowane bakłażany, świeże warzywa, domowe wino i szampana! A na śniadanie kosz ze słodkościami do wyboru; kawę, herbatę, dżemy, powidła (domowej roboty)  i jeszcze jedzenie na wynos 🙂 Taką surówkę, jaką tam jedliśmy, robimy do tej pory.

Przeczytaj więcej o włoskiej gościnności.

7. Włoski wynajem mieszkania

Podczas naszej rocznej podróży często korzystaliśmy z AirBnb, żeby wynająć mieszkanie taniej. Jednym z takich miejsc był dom w mieście Lucca, we Włoszech. Dom był czteroosobowy, więc liczyliśmy się z tym, że możemy mieć współlokatorów. Okazało się jednak, że właścicielka była tak miła, iż stwierdziła, że nikogo nam nie dokwateruje, żebyśmy mogli miło spędzić czas. Akurat były to moje urodziny, więc tym bardziej fajnie 🙂 Dzięki temu mogliśmy spędzić dwa dni w uroczym włoskim miasteczku, mieszkając w dużym, nieco rustykalnym domu.

Uliczka we włoskiej Lukce

8. Targowanie się

Oczywiście, niby targowanie się to nic takiego, nawet w kulturze europejskiej. Ale z drugiej strony nie jest standardem, że właściciel mieszkania czy kwatery na wynajem zejdzie z ceny. A jednak udawało nam się nie raz zbić cenę wyjściową (właściwie to M. się wykazał negocjacyjnymi zdolnościami) tak, że spaliśmy w naprawdę fajnych miejscach za przyzwoitą cenę.

Zwycięski negocjator

9. Torba z Ikei od Szwedów

No, to może nie znaczyło dla nich zbyt wiele, ale dla nas bardzo dużo 🙂 a przecież wcale nie musieli nam jej dać. A jednak dali. Rodzinę, u której wynajęliśmy na jedną noc pokój, w domu pośrodku niczego (na wysokości 1000 m. n.p.m.), zapytaliśmy, czy nie mają może jednej torby z Ikei na zbyciu (potrzebowaliśmy jej, by móc bez przeszkód wrócić samolotem z licznymi sakwami upchanymi w dwie duże torby), bo niestety nigdzie między nami a docelowym lotniskiem kilkaset kilometrów dalej, żadnej Ikei nie było. A oni od razu zaczęli szukać i po tym, jak znaleźli, chcieli nam dać nawet więcej 🙂

10. Woda w Grecji

Gdy jechaliśmy w szalonym upale, przez oliwkowy półpustynny krajobraz, nagle wyminęło nas auto. Zwolniło i z każdej ze stron wysunęły się ręce z butelkami wody 😀 To była zmrożona, najpyszniejsza woda, jaką kiedykolwiek piliśmy.

Wyrocznia w Delfach a za nimi kilometry gajów oliwnych.

11. Serbski obiad

Będąc w Serbii, na wyprawie przez Rumunię i Serbię, usiedliśmy nad Dunajem w przytulnej altance, żeby coś zjeść. I wtedy z krzaków (a właściwie z drogi schodzącej do rzeki) wychynęła pani, która nas bardzo miło powitała w swojej altance. Przyniosła nam domowy chleb, pomidory, ser, kiełbasę. Później zniknęła, ale tylko po to, żeby nas zaprosić na obiad. Ciężko było odmówić i zeszliśmy z nią. Dom miał taras tuż nad wodą, a na tarasie stał zastawiony stół, przy którym siedziało kilka osób. Wszyscy nas radośnie przywitali, częstowali jedzeniem, napojami, alkoholem i kazali o sobie opowiadać oraz wpisać się do „księgi gości”. Żartowali, że na tę altankę łapią turystów 😀 Bardzo fajne zdarzenie 🙂

Nasi serbscy gospodarze

Bonus: oczywiście nasz bohater Christian, już kilka razy o nim wspominaliśmy, więc nie będziemy powtarzać. Jeśli nie znacie tej historii, to zapraszamy na wpis o Niemczech lub o przygodach jakie nas spotkały podczas podróży.

Wychodzimy z założenia, że ludzie generalnie są dobrzy. Z takim nastawieniem jest o wiele łatwiej podróżować i po prostu żyć. Co jednak nie znaczy, że nie należy być czujnym i ryzykować bez potrzeby, na przykład jadąc w strony ogarnięte konfliktem.

Ale pamiętajcie o tym, mając do czynienia z drugim człowiekiem 😉

Natalia i M.

Przygody! Czyli 6 zdarzeń, które nam się przytrafiły podczas podróży

Dzisiaj trochę wspominków…
Podróże na własną rękę mają to do siebie, że nie sposób wszystkiego przewidzieć i czasem nawet podczas najlepiej zaplanowanego wyjazdu zdarza się przygoda.

Ja się przygód wolę wystrzegać, bo zawsze wiążą się ze stresem i niewiadomą, ale M. uwielbia takie sytuacje.

Oto 6 spośród wielu zdarzeń, które nam się przydarzyły w trakcie naszych rowerowych podróży 🙂

1.Zniszczony most w Hercegowinie

Kilka lat temu, przemierzając Bałkany na rowerach, znaleźliśmy na mapie skrót, który pozwoliłby nam nie tylko skrócić trasę ale i pominąć zjazd i późniejszy podjazd.

Zapędziliśmy się więc w drogę, trochę zarośniętą, ale wciąż widoczną i wkrótce naszym oczom ukazał się… dawny most drogowy. Pozostały z niego głównie metalowe elementy, dźwigary i mocowanie podkładów. Podłoga, którą tworzyły deski, była pełna dziur, wybrakowana, drewno było spróchniałe. Na sam widok mostu człowiek miał ochotę zrobić w tył zwrot, a co dopiero mówić o przeprawie przez niego.


Na zdjęciu nie wygląda tak strasznie…

Jednak przeszliśmy. Powolutku, pojedynczo, każda sakwa i rower po kolei, boczkiem (trzeba powiedzieć, że M. wszystko dzielnie przenosił, ja tylko mu podawałam rzeczy i drżałam ze strachu 😉 ).

Nisko pod nami pędziła przepięknie błękitna rzeka Drina. Ale wpaść do niej z wysokości kilkunastu metrów chyba nie byłoby dobrym pomysłem… nigdy wcześniej ani nigdy później nie trzęsły mi się tak nogi, jak wtedy, gdy przechodziłam po tym moście.


Rzeka Drina, ale w innym miejscu

Statystyka. Ofiary w ludziach: brak; straty w sprzęcie: moja przednia lampka (M. zahaczył o dźwigar przenosząc rower i lampka spadła do rzeki), od tej pory lampki zawsze mamy zabezpieczone sznurkiem.

2.Niemiecka życzliwość

O tym zdarzeniu już pisaliśmy na naszym blogu (wpis: 10 rzeczy, które Was zaskoczą w Niemczech). Gdzieś w niemieckim miasteczku, takim raczej pokroju wsi, opona M. odmówiła posłuszeństwa. Przetarła się do dętki, wybrzuszyła i dętka pękła. Opona nie nadawała się do niczego, więc nie wiedzieliśmy co robić. Zapasowej nie mieliśmy.

Zdeformowana opona, która zaraz pęknie z hukiem

 Chcieliśmy kupić oponę z jednego z okolicznych (na oko rzadko używanych) rowerów, ale w domach nikt się nie przyznawał sprzętu, który stał na podwórku.

Z pomocą przyszedł nam jednak Christian, do którego M. zapukał właśnie z pytaniem, czy upatrzony rower jest jego. Rower nie był jego, ale Christian zaproponował podwózkę samochodem do sklepu rowerowego, gdzie mogliśmy kupić oponę, a potem w garażu naszego nowego kolegi ją zmienić, umyć ręce, skorzystać z toalety i jeszcze dostaliśmy po zimnym Red Bullu. Super przygoda, super człowiek 🙂

3. Zawalone drogi.

Nie raz musieliśmy przenosić rowery przez kamienie czy zapory, bo droga nie nadawała się do użytku np. z powodu zniszczeń albo okazywała się terenowym szlakiem. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce w Norwegii. 

Ścieżka, którą jechaliśmy była oznaczona jako uszkodzona i według znaków nie można było nią jechać. Tylko, że alternatywą była zwykła droga samochodowa z tunelami, w których był zakaz jazdy rowerem, na dodatek prowadząca tymi tunelami pod górę. Nie chcieliśmy w ten sposób jechać i zaryzykowaliśmy ścieżkę.

Okazało się, że jakiś czas temu przeszła tamtędy lawina kamieni i uszkodziła drogę. Przejechać by się rzeczywiście nie dało, wielkie głazy leżały w poprzek drogi, a asfalt przecinały szczeliny. Przenieśliśmy więc rowery i sakwy po kamieniach i ruszyliśmy dalej 🙂

Po przeniesieniu rzeczy przez głazy

4. Nielegalne przekraczanie granicy

Innym przykładem tego typu było przejście z Czarnogóry do Kosowa. Nasza droga wiodła przez przełęcz Czakor i dopiero w pobliżu miasteczka, u jej podnóży, naszym oczom ukazały się znaki, że przejścia nie ma. Pytaliśmy więc mieszkańców o co chodzi? I czy rowerem przejedziemy. Stwierdzili, że raczej tak.

Ruszyliśmy więc na górę, trochę zestresowani, bo co będzie, jak na szczycie straż graniczna każe nam zawracać (a szczyt był na ponad 2000 m.n.p.m. – dla porównania – prawie 200 metrów wyżej niż Giewont)? Albo nas złapią już w Kosowie? A jak nas wsadzą do więzienia… albo wlepią gigantyczny mandat? Myśli w takiej sytuacji człowiek ma różne.

Do tego wszystkiego pogoda się popsuła, przyszła burza i zaczął padać deszcz.

Dojechaliśmy jednak na szczyt, na którym nikogo nie było i zjechaliśmy spory kawałek, aż dotarliśmy do Kosowskiej granicy.

Biorąc pod uwagę, jak daleko było z powrotem na przełęcz a potem objazdem przez „pół Czarnogóry”, odwrotu nie było.

Czakor – szczyt

Okazało się, że granicę wyznaczały kamienne zapory przeciwczołgowe (!). Droga przeszła w żwir, a później znowu w asfalt i prowadziła przez kanion, pod pięknymi nawisami skalnymi, najpiękniejszymi jakie widzieliśmy do czasu Norwegii. Nikt nas nie niepokoił.

Tylko na wyjeździe z Kosowa trochę się dziwili, że nie mamy pieczątek wjazdowych, ale na szczęście nie wzięli nas na szczegółowe przesłuchanie (powiedzieliśmy, że przekraczaliśmy granicę w innym miejscu i nawet nie zwróciliśmy uwagi, że nam nie wbili wizy).
Pogranicznik chyba nawet dzwonił do tej wskazanej przez nas miejscowości, ale wydaje mi się, że nikt nie odebrał. W każdym razie puścili nas bez utrudniania. Ale co się stresowaliśmy, to nasze 😉

U góry granica Czarnogórsko-kosowska, u dołu Kosowo i pomnik UCzK

5.Gościnność na Krecie.

Miejsce, w którym przyszło nam nocować pewnego razu na Krecie było czymś w rodzaju kwater. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że właściciel pierwsze co zrobił, to zaciągnął nas do stołu częstując grecką wódką – ouzo.

I nie chciał nas puścić, póki nie wypijemy z nim odpowiedniej ilości toastów. Nie był przy tym zbyt radosny i uśmiechnięty. Raczej dość ponury, a jego mieszkanie było pełne tradycyjnych przedmiotów. Na ścianie wisiał grecki strój, strzelby, wisiały rodzinne (?) portrety poważnych ludzi w greckich strojach,  a portret samego gospodarza wisiał pośrodku ściany, pomiędzy strzelbami.

Zdjęcia z ukrycia

Mężczyzna po angielsku mówił o tym, jaka Kreta jest piękna, a raki (raki to nazwa turecka, którą podał nam tylko dlatego, byśmy wiedzieli, o co chodzi, sam Turków bardzo nie lubił) to najlepszy alkohol na świecie. Facet był starszawy, z brodą. Jego wygląd i zachowanie sprawiały wrażenie, jakby był greckim mafioso albo seryjnym mordercą, który przyjdzie do nas nocą 😀 ale nie przyszedł, a po kilku kieliszkach puścił nas wreszcie do pokoju.
Spotkanie jednak pozostawiło w nas nie lada konsternację. 😉

Odludne okolice naszej kreteńskiej miejscówki

6. Pieskie życie

Na koniec łamiące serce zdarzenie z Serbii. W przełomie Dunaju, wśród pięknych widoków i w miejscu totalnie odludnym spotkaliśmy samotnego pieska rasy Labrador. W krajach bałkańskich roi się od bezpańskich psów, ale ten był bardzo zadbany, nie wychudzony i młody, miał na oko kilka miesięcy. Bardzo się do nas łasił, mimo to, że nawet (początkowo) nie oferowaliśmy mu jedzenia. Wyglądał tak, jakby dopiero co (lub może poprzedniego dnia) ktoś go na tym odludziu porzucił. Serca nam się krajały, ale nie mięliśmy możliwości zabrać go ze sobą, jadąc rowerami i mając kilka granic do przekroczenia, więc po nakarmieniu haniebnie mu zwialiśmy 😦

Mamy nadzieję, że ktoś go jednak przygarnął i znalazł swoje miejsce w Serbii… Jeśli będziecie na Bałkanach rzućcie czasem takiemu pieskowi nawet kawałek chleba. To może być jego jedyny posiłek tego dnia…

Nie mamy zdjęcia pieska więc na pocieszenie okolice przełomu Dunaju, Zamek Golubac

Te sześć historii, to oczywiście tylko ułamek tego, co nas spotkało. Po takich przygodach zawsze zostają fajne wspomnienia, ale w trakcie, kiedy taka sytuacja ma miejsce, często nie jest to nic przyjemnego.
Potem jednak jest co opowiadać 🙂

Natalia i Mikołaj

Święta w domu i za granicą. Wady i zalety.

W zeszłym roku spędzaliśmy święta za granicą, w Rzymie (przeczytaj: jak nam się żyło w Rzymie albo: święta w Rzymie). I trzeba przyznać, że było to doświadczenie niezwykłe.

Zawsze mi się marzyło wyjechać zimą w ciepłe miejsce. Rzym może pod tym względem nie spełnił wszystkich oczekiwań, ale okazał się wystarczająco dobry. Jednak pogoda to nie wszystko.

Czym różniły się takie święta w podróży od tych spędzanych w domu z rodziną?

Pogoda. Jak już powiedziałam, święta we Włoszech różniły się od polskich pogodą. W Rzymie większość grudniowych dni była słoneczna. Nawet jeśli było chłodno to świeciło słońce. Deszcz zdarzał się rzadko a szarych dni było tyle, ile u nas pogodnych w grudniu 😉

Myślę, że mieszkańcy Italii nie cierpią na jesienną chandrę.

Brak gonitwy za prezentami. Z Jednej strony odpadła coroczna łamigłówka, co komu kupić i jaki budżet przeznaczyć na prezenty, a z drugiej trochę żal było wiedzieć, że nie można bliskim sprawić radości.

Brak prezentów pod choinką. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam patrzeć na stosik paczuszek, zapakowanych w kolorowe papiery,piętrzących się pod choinką. I jakoś wcale z wiekiem nie mija ten dreszczyk podniecenia w oczekiwaniu na moment rozdania 🙂 A potem i otrzymywanie i widok, jak ktoś cieszy się z tego, co my mu podarowaliśmy są jednymi z najfajniejszych chwil podczas Bożego Narodzenia.

W przypadku świąt z dala od domu musiało nas to ominąć.  

Brak rozczarowań. Oczywiście brak prezentów działa też w drugą stronę, bo kto z nas nie dostał nigdy czegoś, co wywołało u niego w najlepszym razie konsternację? 😉 Więc święta na wyjeździe na pewno oszczędzają nam takich sytuacji.

Brak świątecznych potraw. No cóż, grudzień bez czerwonego barszczyku, pierożków i serniczka to trochę jak nie grudzień 😉 I to nie tylko chodzi o to, że nie siedzieliśmy przy wigilijnym stole. Tych polskich potraw zwyczajnie nie było we włoskich sklepach.

Możliwość zobaczenia jak się świętuje w innym kraju. We Włoszech okazało się, że świąteczne dekoracje, światełka, choinki pojawiają się dopiero po 6 grudnia, kiedy uroczyście zapala się lampki na watykańskiej,wielkiej choince, stojącej na placu Świętego Piotra. W sklepach pojawiło się mnóstwo potraw z owoców morza – głównie z krewetkami; mrożone, świeże, w sałatkach, jako nadzienie np. do ravioli. Pojawiły się też inne potrawy jak na przykład il cotechino; okropna kiełbasa ze świńskich podrobów, ciasto panettone czy różnego rodzaju ciastka (np. przypominające nasze faworki tylko z kolorowymi, cukrowymi kulkami)

Czy czytałeś już wpis: o 20 najlepszych potrawach, jakie jedliśmy w czasie podróży

Brak rodzinnych spotkań. Troszkę było tęskno i smutno, co tu dużo mówić. Zwłaszcza mając świadomość, że w tej chwili trwa świąteczne spotkanie

Święta dla rodziny też były trochę inne. Nie było nas więc im też było ciężej cieszyć się z tego świątecznego okresu i prezentów.

Obżarstwo! Oczywiście, we dwójkę też można się objeść ale nie jest to jednak ten poziom obżarstwa, który zdarza się na Wigilii.. 😉 Więc tutaj jednocześnie plus i minus, no bo jak to tak, w święta nie najeść się pierogów, rybki, kapustki i nie dopchnąć wszystkiego maminym makowczykiem?

Z jednej więc strony święta w Rzymie były czymś niecodziennym, ale z drugiej upychanie po kryjomu prezentów, konspiracyjne odbieranie paczek i pakowanie tych wszystkich rzeczy ma swój bardzo duży urok.

No i do tego polskie śledziki, barszczyk, pierogi i ciasto sprawiają, że Wigilia w domu z najbliższymi, nawet gdy za oknem plucha i zimno, jest mimo wszystko fajniejsza od świąt tylko we dwójkę, nawet we Włoszech 😉

Natalia

Jaki rower zabrać w podróż? Cz. I Sprzęt posiadany

jaki rower kupić

Dostaliśmy od Wielbiciela 😉 pytanie, czy trzeba mieć  drogi rower, żeby pojechać na wyprawę rowerową? Odpowiedź brzmi: nie.

A tak naprawdę kryteria są dwa:

  1. Rower musi być wygodny
  2. Rower musi być niezawodny

Ad 1.

Lata praktyki – nic innego nie pomoże. Oczywiście można wybrać się na profesjonalny bike-fitting (nie sprawdzałem, ale znając polskie realia to usługa dostępna wyłącznie w Warszawie i ewentualnie w Krakowie), ale primo: to drogi gips, a secundo: i tak nie uchroni przed pojeżdżeniem i sprawdzeniem, czy faktycznie wszystko CI pasuje. Więc moim zdaniem opcją lepszą, bo tańszą jest po prostu zabranie tego roweru, na którym od lat się jeździ i który nam pasuje. Dodam jeszcze, że prawie każda rama może być dla nas wygodna. O ile tylko ma właściwy rozmiar i my jesteśmy w miarę wymiarowi, to nie ma przeciwwskazań, by było wygodnie. Schody zaczynają się przy osprzęcie.

Oczywiście nie chodzi o jego klasę, tylko o ustawienia. Przykładowo: rama może być mała, ale wtedy potrzeba mieć długą sztycę, a na rynku raczej nie występują dłuższe niż 40 cm. Rama może być duża (jak moja), ale wówczas potencjalnie pojawia się problem zahaczania czubkami butów o przedni błotnik na zakrętach. Mnie to nie przeszkadza, tym bardziej, że jest to  cena, jaką zdecydowałem się zapłacić za to, żeby mieć koła 28” (ten rozmiar ramy był najmniejszym dostępnym dla takich kół).

Dlaczego koła 28? W sumie sam już nie pamiętam, na 26 czy 29 jeździ się równie dobrze, a bajanie o przewadze jednego rozmiaru nad innym (że większe koło ponoć lepiej przechodzi przez nierówności i ma mniejsze opory toczenia, a mniejsze jest bardziej skrętne) to czysty marketing. Różnice bowiem w tak niewielkim zakresie rozmiarów (między 26 a 29 cali mamy raptem 11,5%!) jeśli w ogóle istnieją, to są pomijalne.

W ogłaszaniu co i rusz nowego „paradygmatu” rozmiarów koła chodzi zatem o to, żebyś, drogi Czytelniku, kupił(a) nowy rower, a przecież z powodu samego koloru ramy mało kto to zrobi, więc trzeba dorobić ideologię 🙂 Zatem podsumowując: zabierz na wyprawę rower, na którym bez bólu możesz zrobić na raz te 150 km. To wystarczy :)Dla zaniepokojonych: co NIE znaczy, że na wyprawie „masz robić” etapy po 150 km! Po prostu, jak kilka razy przejedziesz taki dystans w pobliżu domu, to wiesz, czy rower ”Ci leży”. I tyle.

rower na podróż.jpg

Ad 2.

Ja wybrałem (dawno, w 2009 roku) dla siebie Surly Long Haul Trucker. Głównym powodem była stalowa, chromowo-molibdenowa konstrukcja. Daje lepszą amortyzację na wybojach niż aluminium, jest łatwa w naprawie, bo każdy spawacz w byle wsi ją uratuje (przynajmniej tymczasowo) po ewentualnym pęknięciu. A to w przypadku aluminium nie wchodzi w grę, musisz znaleźć gdzieś spawacza TIGMIG, a ci trafiają się raczej tylko w średnich i dużych miastach.

Z kolei w przypadku ramy karbonowej (ponoć lepsza amortyzacja niż stal) pękniecie ramy oznacza jej wyrzucenie i co gorsza, o takie pęknięcie wcale nie jest trudno – wystarczy mocniejsze stuknięcie w ramę, a zatem każdy transport roweru, np. pociągiem (nie mówiąc już o samolocie) jest wielkim dla niej zagrożeniem.

rower szosowy jaki wybrać.jpg
Karbonowe szosówki

Niestety dobra rama stalowa (stal chromowo-molibdenowa) kosztuje sporo, choćby dlatego, że to ostatnimi czasy dość rzadka technologia. Aczkolwiek jest oczywiście nadal tańsza od karbonu.

Drugim powodem była jej konstrukcja, tj. przedłużone widełki tylne, co powoduje, że nie wchodzi w grę ocieranie piętami o sakwy nawet przy dużym rozmiarze buta. Ja mam stopę raczej niewielką, a mimo to w innych rowerach zdarza mi się ocierać. Plus ta rama jest stworzona dla transportu sporego bagażu, ma wzmocnienia w odpowiednich miejscach, a cieniowana jest w innych, etc.

Jednakże fakt zakupu ramy za 2 000 zł nie oznacza, ze cały rower kosztował 7 000, bo osprzęt dobierałem do niej indywidualnie. Jest to oprzyrządowanie ze średniej półki, o wysokiej kulturze pracy, dużej wytrzymałości i średniej cenie. Bo pamiętać należy, że droższy osprzęt, to przede wszystkim niższa masa i mniejsza wytrzymałość. Czyli coś na wyścig a nie na wyprawę.

Podsumowując, mój rower był składany indywidualnie, każdą cześć wybrałem sam i wybór był rewelacyjny, skoro przez 8 lat z hakiem zrobił blisko 80 000 km przebiegu, a wymieniałem tylko napęd i klocki hamulcowe. Dopiero przed wyprawą wymieniłem tylne koło, zresztą na identyczne jak poprzednio.

wyprawa rowerowa


Jeśli zaś chodzi o rower N., to jest on idealnym potwierdzeniem mojej tezy z punktu 1. Wybraliśmy go co prawda dość starannie, ale spośród modeli dostępnych na rynku w tamtym momencie (czyli w roku 2010, kiedy o naszej wyprawie nikomu się nawet nie śniło) i mieszczących się w (dość skromnym wówczas) budżecie. Dość powiedzieć, że cały rower kosztował mniej niż moja rama. Jest to klasyczny góral, z aluminiową ramą i kołami 26”, zaledwie ośmiorzędowym napędem i osprzętem z niskiej półki.

Rower na wycieczki
Trek 3600 pod grecką knajpą


Przez te lata doznał on oczywiście kilku modyfikacji. Przede wszystkim dołożyliśmy błotniki i bagażnik oraz zmieniliśmy opony na niemal gładkie (mniejsze opory toczenia), a za to znacznie wytrzymalsze i odporniejsze na przebicie i lżejsze. Poza tym z czasem nastąpiła wymiana kierownicy na lżejszą i prostą, założenie lemondki (rurek z podłokietnikami na kierownicy do przybrania odpoczynkowej i bardziej aerodynamicznej pozycji podczas jazdy) oraz pojawiły się nowe klocki hamulcowe, takie z wymiennymi wsuwkami (osobne okładziny są tańsze i lżejsze niż całe klocki, ich wymiana jest też łatwiejsza).

Jednak co do zasady to jest wciąż pierwotna konstrukcja i mimo 35 000 km przebiegu obręcze (niekapslowane! – tj. bez wzmocnień na szprychach) są nadal w dobrym stanie i nawet wkład suportu nigdy nie był wymieniany! Jak zatem widać rower posiadany, o ile jest utrzymywany w dobrym stanie, nadaje się jak najbardziej na taką wyprawę. Można go trochę podrasować, ale bynajmniej nie trzeba.

podróż rowerem

CDN…. a w dalszej części o tym, na co zwrócić uwagę kupując nowy sprzęt. 

M.

Sprawdź również:

Rowerem, samochodem czy na pieszo? Czyli jak podróżować.

czym w podróż

Podróżować można na różne sposoby. Jeśli zastanawiacie się, jakim środkiem transportu wybrać się w świat, lub może chcecie zmienić dotychczasowy, to dowiedzcie się najpierw, czym to grozi! 😉 Zapraszamy na subiektywne plusy i minusy podróżowania rowerem, samochodem i piechotą z użyciem lokalnego transportu.

Podróż rowerowa

O tym, z racji naszej podróży rowerowej po Europie pisaliśmy już kilkukrotnie, ale w telegraficznym skrócie wygląda to tak:

Jesteś zależny od pogody. A nie zawsze jest możliwość nie jechać, kiedy bardzo wieje, pada, jest zimno, czy po prostu nieprzyjemnie.

Całą podróż odbywasz siłą swojego ciała. Więc za pomocą własnych nóg zmagasz się z górami, trudną nawierzchnią, czasem z bólem.

Można oczywiście sprawić sobie rower elektryczny, ale wówczas trzeba pamiętać, że po ok. 80 km bateria się kończy i resztę trzeba przejechać siłą własnych mięśni. A taki rower jest o ładnych kilka kilogramów cięższy od zwykłego. No i codziennie trzeba go ładować…

Masz ograniczoną przestrzeń bagażową. Którą w dodatku wieziesz o własnych siłach.

pogoda na wyprawie
Pogoda różna, ale rower tak samo ciężki

Możesz zatrzymać się wszędzie, żeby zrobić piękne zdjęcie. Most? Ruchliwa droga? Nie ma znaczenia, bo prawie zawsze jest jakieś pobocze czy chodnik, na które możesz zjechać rowerem i zrobić zdjęcia wszystkiemu dookoła.

Obcowanie z naturą. Jesteś blisko natury. Możesz z siodełka podziwiać wspaniałe góry, kanion, zatrzymać się na chwilę i dotknąć kory palmy czy dziwnych skał, które mienią się w słońcu. Widzisz i słyszysz ptaki, szum drzew, czujesz zapach kwiatów. A do tego masz szansę się opalić.

Nie poruszasz się ani za szybko ani za wolno. Rower daje dużą mobilność, swobodę wybierania trasy a przy tym przemierzamy dystans w tempie odpowiednim, aby się rozglądać i chłonąć krajobraz, jednocześnie przemieszczając się nawet sto kilometrów dziennie.zalety jazdy na rowerze.jpg

Nieturystyczne miejsca. Rowerem czasem wjedziesz tam, gdzie nie dotrzesz samochodem. Wąskie ścieżki wśród gajów oliwnych, szlaki wśród pól, stare drogi tylko dla rowerów, które wiodą kanionem.

Chudniesz. Nie, żeby jakiś szał, ale jednak. Wysmukla się pupa, biodra, łydki i uda (tylko zawodowym kolarzom rosną wielkie mięśnie, nie bójcie się 😉 )

Podróż samochodem

Nie ruszasz się. W przeciwieństwie do roweru w samochodzie się tylko siedzi. Kiedy wypożyczyliśmy auto w Norwegii, to siedzenie w aucie od rana do popołudnia sprawiało, że bolał mnie od tego tyłek i kolana! 😀

Podjadasz. Możliwe, że nie grozi to każdemu, ale my nie wyobrażamy sobie nie mieć w samochodzie czegoś do podjadania. A nie zawsze będzie to coś zdrowego.

Masz dużo większy zasięg kilometrowy niż rowerem. To chyba jasne. W trakcie dnia możesz też wyskoczyć na jakiś trekking czy zwiedzanie i wtedy problem bezruchu, o którym mowa wyżej, jest trochę mniejszy, a przy okazji nie musisz zatrzymywać się w miejscu, które Ci się nie podoba, bo dla samochodu następny kemping, oddalony o 50 km, to godzina jazdy a nie pół dnia.

norwegia droga morska.jpg
Droga Atlantycka w Norwegii zza szyby samochodu

Korki. Samochodem stoisz w korkach. Tracisz czas, który mógłbyś poświęcić na bycie w jakimś fajnym miejscu. A jeśli przy okazji spieszysz się gdzieś, to frustracja gotowa.

Musisz się znać na samochodach. Zresztą roweru tyczy się to samo. Ale rower jest trochę łatwiej naprawić w każdym miejscu na świecie niż samochód, który może potrzebować specjalistycznych części. Jednym z moich koszmarów jest „rozkraczenie się” na pustkowiu…

Musisz wydawać pieniądze na paliwo. Wiadomo. Ale na rowerze też 😉 I ilekroć próbowaliśmy to policzyć, to wychodziło, że wydatki „per kilometr” są zbliżone przy obu środkach transportu, jeśli nie liczyć kosztu wypożyczenia/ amortyzacji samochodu.

Możesz zabrać dużo bagażu. Nie jest problemem wzięcie lodówki turystycznej, zrobienie zapasu produktów spożywczych, kupienie fajnych pamiątek czy zabranie czegoś ciężkiego, o czym nie ma mowy przy podróży rowerem czy pieszo.

samochód bagaż w podróż.jpg
Po lewej nasze rowery spakowane do auta, po prawej zapakowane auto na Zakythosie

Pogoda ma dużo mniejszy wpływ na podróż. Ale to działa w dwie strony. Nie będziesz korzystać cały dzień ze słońca, nie  zatrzymasz się w dowolnej chwili i nie zerwiesz owoców z drzewa, nie zrobisz sobie przerwy w strumyku (bo go nawet nie zauważysz).  Za to podróż w deszczu, w zimnie czy wietrze nie przeszkadza tak bardzo.

Widzisz dużo mniej. O ile jeszcze pasażer ma możliwość rozglądania się (chociaż stronę kierowcy widzi mniej), to kierowca prawie wcale nie może podziwiać krajobrazów, przez które właśnie przejeżdża. Nie mówiąc już o zrobieniu zdjęcia. Samochodem jedzie się za szybko, często nie można się tak po prostu zatrzymać.

podróż samochodem
Widoki przez szybę samochodu

Podróże na własnych nogach i lokalnym transportem

Z nas dwojga M. ma większe doświadczenie z tego typu podróżami. Ten sposób uważamy za chyba najmniej efektywny, ale może marzy Wam się przedreptanie świata 🙂 Jednak trzeba pamiętać o paru rzeczach:

Dźwigasz wszystko na plecach. Musisz mieć więc dobry plecak. Podróżnicy zwykle starają się zmieścić maksymalnie w 10 kilogramach, a to i tak bardzo dużo. O ile na rowerze 10 kg w sakwach to nie jest problem to taki ciężar spoczywający na ramionach może być męczący.

Musisz mieć dobre buty. Buty, w których jesteś w stanie być na nogach dzień w dzień i przemierzać kilometry w różnym terenie.podróż pieszo.jpg

Musisz być gotowy na kontakty z innymi. Ten sposób podróżowania jest chyba najbardziej „towarzyski”. W pociągach, autobusach, autostopem. Jest dużo więcej okazji do rozmowy z tubylcami niż podczas jazdy rowerem czy autem. Jeśli ktoś lubi, to super, ale jeśli nie ma się ochoty na takie spotkania, wtedy to będzie problem.

Dużo łatwiej paść ofiarą napadu czy kradzieży. Nie przemieszczasz się szybko, więc łatwo Cię dopaść, kiedy tak wędrujesz, śpisz w pociągu czy łapiesz stopa..

Jesteś blisko z naturą. Jeszcze bliżej niż na rowerze i zła pogoda jeszcze bardziej Cię ogranicza 😛

podróż przyroda.jpg
Obcowanie z przyrodą i innymi podróżnikami

Zmęczenie. Wydaje mi się, że dużo większe niż podczas jazdy rowerem. Po całym dniu na rowerze byliśmy zmęczeni, owszem, ale po wyspaniu się nie towarzyszyły nam zakwasy, bóle ramion czy pleców od dźwigania plecaka czy stóp od obcierających butów.

Bilety kosztują  a z dworca musisz się jeszcze dostać na własnych nogach do odpowiedniego miejsca np. noclegu. Nie wspominając już o tym, że często bilety kupione z wyprzedzeniem są tańsze ale wtedy Twoją wędrówkę zaczyna ograniczać czas.

Są jeszcze entuzjaści motocykli, którym nie podróżowaliśmy, więc nie będziemy się na ten temat rozpisywać. Z tego co jednak wiemy, motocykl to połączenie wad roweru i samochodu, natomiast zalety obu środków transportu jakoś przy tym mariażu znikają 😉 Oczywiście możliwe, że moto ma jakieś inne zalety, o których nie wiemy (lub się domyślamy, jak słynny „wiatr we włosach”), ale wydaje się, że na daleką podróż to wybór najgorszy z możliwych 😉

Przeczytaj o innych wadach podróżowaniach oraz dowiedz się jakie są zalety podróżowania.

Poznaj najpiękniejsze miejsca południowej Europy.

I bądź przygotowany na to, co Cię czeka na kempingach!

 

Natalia i M.

10 rzeczy, których nam NIE brakowało w podróży

Po zaletach i wadach podróżowania, oraz spisie tego, czego nam w trasie brakowało pora na pozytywy. Czyli czego nam NIE brakowało 😀

  1. Polskiej zimy

W podróży pogoda była różna, zwłaszcza na Bałkanach deszcze i wiatr dały nam niezły wycisk, ale kiedy zatrzymaliśmy się w Rzymie, żeby pożyć trochę tym miastem i przeczekać najchłodniejszy okres roku, mogliśmy się cieszyć naprawdę piękną pogodą.

Większość dni była słoneczna i ciepła. Mróz i śnieg zdarzyły się raz i okazało się, że ostatnio takie zjawisko miało miejsce 6 lat temu (więc w Rzymie ten okres był jednocześnie świętem i dniami o podwyższonym ryzyku, zalecano pozostanie w domu, zamknięto szkoły i urzędy). Ale nawet wtedy słońce pięknie świeciło i dni były bardzo urokliwe.  Bywało też oczywiście deszczowo, ale większość jesiennego i zimowego czasu mogliśmy cieszyć się słońcem.

grudzień we włoszech
Rzym jesienią i zimą

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o Rzymie przeczytaj wpisy:

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Ile kościołów jest w Rzymie i które warto zobaczyć?

  1. Internetu

Trochę się martwiliśmy, jak to będzie z Internetem za granicą. Jednak dzięki ustawie, która weszła w zeszłym roku, w całej Unii obowiązują zasady operatora komórkowego sieci do której się należy, pod warunkiem, że przebywa się za granicą pewną, określoną, ilość czasu. Mogliśmy się zatem cieszyć darmowym Internetem przez mniej więcej pół roku (dzięki temu, że wróciliśmy na miesiąc do Polski i licznik się wyzerował). Po tym czasie operator zaczął naliczać nam dodatkowe opłaty, ale w UE były tak niskie, że nie przerażało nas korzystanie z danych komórkowych.

Natomiast poza Unią bardzo często Internet był bez hasła, „w powietrzu”, zaś właściwie  wszystkie kwatery oferowały wifi. W zasadzie więc Internet nie stanowił większego problemu, choć czasem działał chimerycznie, ale suma summarum pod tym względem było dobrze.

Dowiedz się, jak wynająć mieszkanie przez AirBnB? 

  1. Prądu

W dzisiejszych czasach chyba nie da się być niezależnym od prądu, chociaż staraliśmy się mieć część sprzętu na baterię (GPS, szczoteczka do zębów, odtwarzacze mp3), to jednak smartfony, aparat fotograficzny, laptop czy tablet wymagały ładowania. Na szczęście prawie każdy nocleg zapewniał nam tę możliwość, chociaż czasami nie było łatwo (zdarzały się kempingi bez dostępnych gniazdek i musieliśmy kombinować) a temat swobodnego dostępu do prądu czasami sprawiał, że dany nocleg nas denerwował albo w ogóle się na nim nie zatrzymywaliśmy.  Mimo wszystko należy powiedzieć, że zawsze mieliśmy naładowane telefony i tablet gotowy, aby wieczorem zajrzeć na Facebooka 😉

Sprawdź też: 10 niepozornych rzeczy, które ułatwią Ci życie

gdzie ładować telefon w podrózy
Zawsze było czym zrobić zdjęcie

  1. Świeżego powietrza i ruchu

Tego mieliśmy zdecydowanie aż za dużo 😀 Wpłynęło to jednak pozytywnie na nasze ciała; opaliliśmy się, wyrzeźbiliśmy tu i tam, zgubiliśmy trochę kilogramów (ale zaskakująco niewiele). Przebywanie na powietrzu wiązało się też z tym, że mogliśmy podróżować wąchając zapachy kwitnących kwiatów czy roślin, morskiego powietrza albo lasu 🙂

widoki na wyprawie.jpg
Dużo powietrza, widoków i ruchu

  1. Terminów

To jest wielka zaleta takich podróży. Żadnej daty, która się nieuchronnie zbliża i trzeba gonić, żeby zdążyć. Można zapomnieć jaki jest dzień tygodnia (pod warunkiem, że w niedziele czynne są sklepy w danym kraju). A co za tym idzie – nie brakowało nam tęsknego wyczekiwania na weekend 😉

  1. Widoków i wrażeń

Podczas gdy inni planowali swoje urlopy, wspominali je albo tylko tęsknie wyglądali za okno myśląc o pięknych miejscach i ciepłych krajach, my mieliśmy wspaniałe widoki i wrażenia zapewnione prawie codziennie.

Czy znasz 11 najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie?

A może wolisz dowiedzieć się jakich jest 11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy?

7. Wolnego czasu

Jeśli komuś się wydaje, że taka wyprawa to boskie wakacje i spokojna jazda rowerkiem po pięknych miejscach, to jest w błędzie 😛 No, może nie całkiem, ale wakacjami takiej podróży raczej nazwać nie można. Wstajemy rano (około 7- 7:30 i nie ma mowy o wyspaniu, po poprzednim, pełnym wysiłku dniu, 7 rano to zawsze za wcześnie) pakujemy obóz, jemy śniadanie i ruszamy. Przed nami kilka ładnych godzin w siodełku, duże kilkadziesiąt kilometrów do przejechania i jeśli nie jesteśmy w Skandynawii latem, to zmierzch jest tym momentem dnia, w którym musimy być już na campingu, prawie całkiem ogarnięci, żeby nie musieć robić niczego po ciemku albo przy słabym świetle. Wieczorem, o ile wreszcie jest czas dla siebie, człowiek nie ma już siły na nic i pada ze zmęczenia 😉

internet na balkanach.jpg

8.Nowych smaków

Chociaż czasem bywało słabo (Serbia), to właściwie każdy kraj dostarczał nam kulinarnych przyjemności. Mniejszych lub większych, ale zawsze wyjątkowych. I to jest jedna z najfajniejszych rzeczy w podróżowaniu.

9. Siebie

Haha 😉 Jasnym jest, że podróżując we dwójkę spędza się ze sobą 24 godziny na dobę. No, czasem M. jechał na biga, czasem ja szłam na jakieś samotne zwiedzanie i wtedy cieszyliśmy się chwilę samotnością. Ale generalnie byliśmy non stop razem i dobrze nam z tym było 🙂 oczywiście pewnej wymiany zdań nie da się uniknąć, zwłaszcza, gdy jest się zmęczonym, wkurzonym, ma się wszystkiego dość a w perspektywie jeszcze kawał drogi do przejechania. Ale daliśmy radę.

widoki na wyprawie 2

10.Polityki i tego całego zamieszania w mediach

Oczywiście, jak już wspomnieliśmy, byliśmy online, ale ograniczało się to głównie do najważniejszych spraw typu wpis na bikestats, na blog czy Facebook. Na więcej nie było czasu ani ochoty i wcale nam nie brakowało, tego, że nie wiemy co słychać w naszym kraju. Jakie znowu fantastyczne ustawy są przepychane kolanem w nocy, kto kogo oskarża, kto z kim się rozwiódł i inne takie sytuacje. W Rzymie trochę to nadrobiliśmy, ale fajnie było odetchnąć i odciąć się na chwilę od takich spraw.

wyprawa rowerowa

Zatem taka podróż to nie tylko wspaniała przygoda i wyzwanie dla ciała i ducha, ale także pewien reset dla umysłu 🙂 i takie rzeczy w pełni można przeżyć tylko podczas długiej podróży.

Natalia i M.

10 rzeczy, których nam brakowało w podróży

Powrót do domu z wyprawy albo z urlopu to nie tylko powrót do codzienności ale też powrót do tego co znamy i lubimy. A powrót z rocznej podróży jeszcze bardziej nam uzmysłowił czego nam brakowało podczas miesięcy poza domem. Ciekawe, czy będziecie zaskoczeni 😉

1. Polskie jedzenie. Trzeba przyznać, że jedzenie w Polsce jest bardzo smaczne i jest w czym wybierać. I wcale nie chodzi o chleb, który w wielu krajach jest nawet lepszy (Albania, Italia!) ale:

a. Duży wybór warzyw w dobrych cenach, nawet jeśli Wasz wzrok w sklepie pada najczęściej na ogórki, pomidory, paprykę i cebulkę to przecież możemy też wrzucić do koszyka pataty, kapustę pak choy, kapustę pekińską, szalotkę, imbir, trawę cytrynową…, a w wielu krajach warzyw z innych stron świata po prostu nie ma a i wybór tych „pospolitych” bywa marny. Z kolei w innych wybór jest porównywalny (Niemcy, Skandynawia) lub nawet większy (Włochy, Francja), ale ceny potrafią przyprawić o ból głowy (Norwegia!).

Zobacz wpis co jedliśmy w Norwegii i jak sobie radziliśmy z cenami.

b. Wędliny, pasztety, kiełbaski. Wędzone, suszone, gotowane, surowe, na pewno każdy ma swojego ulubieńca bo w Polsce ich wybór jest bardzo duży. Nawet jeśli przechodząc po alejkach nie wiemy co wybrać, bo wydaje nam się, że nic nie ma 😉
Lepiej pod tym względem jest chyba tylko we Francji, a w Niemczech porównywalnie.
W innych krajach wybór tego typu produktów jest przeważnie bardzo niewielki a takich rzeczy jak pasztety, kabanosy czy kaszanka po prostu nie ma.

jedzenie w podróży
Szwedzki kawior, włoskie ciastka, holenderskie sery i przerwa na śniadanie w drodze

2. Napoje. Już gdzieś pisaliśmy, że był to permanentny problem podczas wyprawy. W Polsce wybór napojów jest olbrzymi, od gazowanych do soków i nektarów. A w wielu krajach poza gazowanymi napojami typu Coca-cola, Fanta czy Schwepps możliwości można policzyć na palcach jednej ręki. Żeby chociaż był jeden dobry smak, to już będzie sukces.

3. Komfort. To rzecz, której brakuje tak samo bardzo jak dobrego jedzenia. Czasem się trafi fajna kwatera, ale i tak się tęskni do własnego łóżka, do własnej kuchni z dużą lodówką w której można trzymać duże zakupy, nie zaś tylko tyle, ile zjemy w podczas pobytu w domu przez najbliższy dzień czy dwa. Do dużej szafy z ciuchami na każdy dzień tygodnia 😉 i pralki dostępnej w każdej chwili. No i w ogóle do wygody.

Przeczytaj więcej o wadach podróżowania.

4. Rodzina i znajomi. No co tu dużo mówić, dla mnie ważne jednak jest, żeby się z kimś spotkać i nie chcę, żeby to był ktoś, kto po raz kolejny zada pytanie, które zadaje każdy inny „skąd jesteście? dokąd jedziecie?”, tylko ktoś, kto wie trochę więcej o mnie 😉

5. Język. O ile nauka obcego języka może być ciekawa i być fajnym wyzwaniem, o tyle brak możliwości pogadania sobie po polsku, w języku który znam, bez konieczności zastanawiania się jak coś powiedzieć, brak możliwości używania języka swobodnie i rozumienia różnych językowych niuansów i gier językowych (np. w telewizji) był dla mnie bardzo ciężki, zwłaszcza we Włoszech, gdzie mieszkaliśmy, ale wcale nie byliśmy mieszkańcami, tylko nadal turystami.

wyprawa po europie
Ostatecznie znamy kilka zwrotów w różnych językach

6. Kultura. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale zamieszkanie w obcym kraju może być trudne. Czasem może być ciężko zrozumieć zachowania innych albo po prostu się z nimi pogodzić. Jak na przykład sztywne trzymanie się reguł w krajach północnych lub właśnie zbytnie wyluzowanie na południu. A mówimy tu o Europie, co dopiero jakieś inne kręgi kulturowe. Mimo, że w Polsce też nie jest idealnie, to przynajmniej nie czujemy się tu „obcy”.

7. Zakupy. No tak, jako kobieta muszę wrzucić ten punkt. Spacery po marketach w innych krajach zawsze wzbudzają w nas dreszczyk emocji, no bo w każdym kraju można znaleźć perełkę, której w Polsce nie będzie (np. albańskie fergese me gjize – pomidorowo twarogowy sos), ale w sakwach mieliśmy ograniczoną ilość miejsca na zakupy (poza tym trzeba było to wieźć o własnych siłach). A o zakupach odzieżowych czy innych tego typu sklepach można zapomnieć. Nie ma ani czasu ani miejsca na łupy z takich przybytków. Szczęście w nieszczęściu, że poza Niemcami właściwie na naszej trasie nie było typowych drogerii jak Rossman. Raczej butiki w stylu Sephory z wysokimi cenami lub niewielkie stoiska w sklepach odzieżowych.

bagaż rowerowy
Jak tu iść na zakupy, skoro trzeba tyle wieźć

8. Kosmetyki. To raczej tylko moja bolączka nie M. 😉 Może to dobrze, że nie było drogerii, bo i tak nie było by gdzie wozić tych kosmetyków. W każdym razie brakowało mi jednak pachnących żelów pod prysznic, peelingów, odżywek do włosów, tuszowania rzęs, lakierów do paznokci, kremów i wszystkich innych babskich kosmetyków ;). Lubię je stosować i trochę tęskniłam za nimi podczas wyprawy.

9. Ciuchy. Ileż można chodzić w tym samym, nawet M. miał trochę dość 😉 A do tego zabraliśmy zbyt mało kolorowych ubrań, tych nierowerowych, i przygnębiało nas to, że jesteśmy ubrani głównie w odcienie szarości. Mnie trochę ratowała niebieska kurtka i niebieskie buty ale i tak byliśmy szarymi eminencjami 😉

wyprawa odzież
Tak się nosiliśmy, gdy nie jeździliśmy 😉

10. Drugi komputer. Mieliśmy ze sobą małego laptopa i tablet na androidzie, ale czasem brakowało dwóch urządzeń z systemem Windows.

To oczywiście nie są duże niedogodności (może poza jedzeniem i piciem) a sprawiają, że powrót do tych punktów osładza pewną nostalgię związaną z powrotem  🙂

Czy czytałeś już wpis o zaletach podróży? 

Natalia

Santorini informacje praktyczne

santorini co trzeba wiedzieć

Wczasy na Santorini, królowej Cyklad, marzą się pewnie niejednej osobie. Co jednak należy wiedzieć, wybierając się na tę grecką wyspę?  I czy naprawdę jest to raj na ziemi, jak może nam się wydawać z bajecznych zdjęć?

Jak dotrzeć na Santorini?

Żeby dostać się na wyspę możemy albo wsiąść w samolot, wykupując wycieczkę w biurze podróży, bądź samodzielnie zakupić bilet; wtedy albo uda nam się złapać wolne miejsce w czarterze bezpośrednio lecącym na wyspę, albo będziemy musieli przesiąść się w Atenach. Bezpośrednio z Warszawy leci się około 2,5 godziny.

Można też z Aten (port Pireus) lub z Krety przypłynąć promem.

Rejs z lądu trwa 7 godzin w cenach od 150 zł do 300 zł za osobę, zależy od terminu i przewoźnika, no i rodzaju miejsca lub 1,45 godziny. Z Heraklionu zaś zapłacimy jednak około 200 – 300 złotych za osobę.

santorini samolotem
Na Santorini możemy dolecieć lub przypłynąć

Zakwaterowanie na Santorini

Jeśli chodzi o samodzielną wyprawę na tę wyspę to wyniesie nas ona zdecydowanie drożej, niż jeśli wybierzemy wyjazd z biurem podróży. To chyba jedno z niewielu takich miejsc, które nie opłacają się na własną rękę.

Za około 2000 złotych za osobę (a nierzadko i mniej) możecie mieć lot z zakwaterowaniem w hotelu na tydzień. Hotele często oferują basen albo są położone blisko morza.

Jeśli jedziemy na własną rękę, musimy się liczyć z tym, że sam lot może kosztować około 1000 zł w jedną stronę za osobę. Natomiast za  najtańszy dwuosobowy pokój zapłacimy około 100 euro za noc.

santorini gdzie mieszkać
Santorini zakwaterowanie

Gdzie mieszkać na Santorini?

Najsłynniejszym miasteczkiem na Santorini jest Oia. Nocleg tam potrafi kosztować nawet kilkaset euro dla dwóch osób. Dotyczy to zresztą wszystkich pensjonatów po tej stronie wyspy.

Jeśli chcecie płacić trochę mniej, wybierzcie miejscowości oddalone od słynnych białych miast. Vlychada, Perissa czy Kamari są zdecydowanie tańsze. Nie tylko pod względem noclegów ale i cen w restauracjach, sklepach czy cen pamiątek. (Z lotniska bez problemu dojedziecie tam taksówką za około 30 euro lub autobusem za 2,80 euro).

Jeśli interesuje Was pobyt na kempingu to jest tylko jeden, w Firze, ale ceny noclegów na nim też wynoszą około 100 euro za dwie osoby. Standard jest raczej wysoki (tak wynika z opisu), chociaż według opinii na Google komfort średni (kemping jest na Bookingu, możecie podejrzeć, nazywa się… Santorini Camping)

Warto też zwrócić uwagę na położenie noclegu. Południowa i wschodnia część wyspy są płaskie, łatwo Wam będzie wybrać się z domu nad morze, natomiast część północna i środkowa (Fira, Oia) są górzyste a zabudowania umieszczone są na klifach. Do plaży będzie bardzo daleko (150 metrów w dół i jeszcze jakiś kawałek do plaży).

santorini teren.jpg
Może być płasko i taniej, albo pięknie i drogo

Transport na Santorini

Santorini jest małą wyspą ale górzystą, dlatego, jeśli chcemy coś zobaczyć raczej musimy się liczyć z tym, że będzie trzeba skorzystać z jakiegoś środka transportu.

Autobusy – jest ich bardzo dużo na wyspie, jeżdżą często, a przystanki są dobrze oznaczone. Na prawie każdym znajdziemy też rozkład jazdy i co ciekawe, autobusy raczej jeżdżą zgodnie z nim. Sam tabor jest nowy, klimatyzowany i często autobusy wyglądają jak piętrowe wycieczkowce i początkowo możemy je zignorować, bo nie tego się spodziewamy 😉 Ale zawsze mają na szybie czy boku naklejony skrót: ΚΤΕΛ  czyli publiczne usługi komunikacyjne (tylko po grecku). Zresztą, gdy autobus się zatrzymuje, wysiadają z niego bileterzy i krzyczą, dokąd jedzie.

Warto pamiętać, że wszystkie autobusy jadą do Firy i z Firy, więc jeśli chcecie pojechać np. z Perissy na Czerwoną plażę, to musicie dostać się do Firy a z Firy do Akrotiri.

Bilety Oia – Fira kosztują 1,40 euro, z Firy dalej: 2,80 euro

Samochody, quady, skutery – Jest bardzo dużo wypożyczalni, a pojazdy nie są zbyt drogie (małe auto to wydatek około 40 euro za dzień)  Żeby się jednak nie dać naciągnąć proponujemy przeczytać opinie o danych wypożyczalniach.

Rower – no i oczywiście najbardziej ekologiczny sposób, pozwalający na największy kontakt z naturą.  Wypożyczalni rowerów nie jest jednak tak dużo jak samochodowych i rowerzystów prawie wcale nie ma.

Natomiast miasteczka takie jak Fira, czy Oia nie nadają się do zwiedzania ich na rowerze. Pomijając to, że jest naprawdę dużo ludzi i ciężko się czasem przepchnąć samemu, to uliczki są wąskie a i schodów nie brakuje.

santorini poza sezonem
Dużo samochodów, dużo ludzi i schody

Atrakcje na Santorini

Atrakcji na wyspie jest kilka. Przede wszystkim zwiedzanie Firy i Oii, dla lubiących historię także Akrotiri zwane santorińskimi Pompejami.

Kto lubi trekkingi będzie zachwycony. Możemy się wybrać na 8 kilometrowy spacer z Firy do Oii, który zaprowadzi Was na kraniec wyspy (po drodze niezapomniane widoki na kalderę), albo wybrać się ze stolicy do Akrotiri lub Perissy; to również mniej więcej 8 kilometrów.

Warto jednak wiedzieć, że na Santorini raczej nie ma chodników (nie dotyczy to szlaku Fira – Oia, oddalonego od ulic oraz centrum miast). Idzie się po prostu poboczem drogi. A że dróg jest mało, to trzeba się liczyć z tym, że ruch jest duży więc i dużo aut będzie przejeżdżało blisko nas. To akurat nie jest fajne.

Możecie też zdobyć najwyższy szczyt wyspy Mesa Vuono, niecałe 600 metrów n.p.m., a także skorzystać z wycieczek przygotowanych przez biura turystyczne na wyspie. Znajdziecie je wszędzie, w każdej miejscowości. Oferują między innymi: rejs na wulkan (wyspa Nea Kameni) oraz wysepkę Thirasia wraz z odwiedzinami w gorących źródłach (my zdecydowałyśmy się na taką wycieczkę i było super 🙂 ), dzień możecie zakończyć widokiem na zachód słońca w Oia, oglądanym z łódki. Koszt takiej wycieczki w zależności od wariantu ilości atrakcji to około 30 do 40 euro za osobę.

Są też wycieczki krajoznawcze, przewodnik obwiezie Was po całej wyspie, z wizytą w słynnych winiarniach santorińskich i degustacją tamtejszych win. Możecie również wybrać się na rejs po znanych plażach; Perissa (czarna plaża), Biała Plaża, Czerwona Plaża.

santorini wycieczki
Wycieczki na Santorini

No a skoro o plażach mowa, to oczywiście plażowanie…

Plaże na Santorini

Ale będąc na tej wyspie nie spodziewajcie się białego piasku, ani piasku w ogóle. Wszystkie plaże są czarne. Bo wszystkie powstały w wyniku wybuchu wulkanu.  A zamiast piasku znajdziecie tam maleńkie, czarne, powulkaniczne kamyczki. Nagrzane greckim słońcem parzą w stopy!

Zamku z nich nie zbudujecie 😛

Na plażach jest bardzo dużo leżaków i parasolek, które należą do barów naprzeciwko. Różne są zasady „wynajęcia” leżaka, może to być na przykład zamówienie za 20 euro i możemy korzystać z tej formy relaksu cały dzień.

Ale znajdziecie też miejsca, gdzie z łatwością rozłożycie się na plażowym kocyku bez konieczności płacenia. Aczkolwiek my byłyśmy zdziwione temperaturą wody. Jest zimna! Nie tak jak w Bałtyku co prawda… ale zimna.

santorini gdzie się kąpać
Plaże na Santorini

Gdzie kupować i jeść na Santorini?

Na Santorini jest jeden Lidl, na wjeździe do Firy z kierunku południowego. Nie byłyśmy tam, więc nie wiem nic na temat asortymentu. Jednak produkty w greckim Lidlu są ciekawe (trochę inne niż podczas znanego nam w Polsce greckiego tygodnia) i jeśli będziecie mieć możliwość, to warto tam zajrzeć.

Oprócz tego oczywiście mamy kilka marketów, w każdej turystycznej części wyspy przynajmniej jeden (najwięcej oczywiście w okolicy Firy). W nich możemy spodziewać się pewnego wyboru towarów i akceptowalnych cen (ale nie, żeby zaraz tanio). Nie warto zaopatrywać się w małych sklepach (które też nazywają się szumnie supermarketami). Ceny potrafią tam być dwukrotnie wyższe, ale czasem znajdziecie coś, czego w dużym sklepie nie było.

Spodziewajcie się, że jednorazowe zakupy (przykładowo: ser, tzatziki, napój, jakaś wędlina, wino, chleb, greckie słodycze, pomidor) będą was kosztowały przynajmniej 10 – 15 euro.

Jest jeszcze jedna rzecz o której trzeba wiedzieć, mianowicie na Santorini w zasadzie wszędzie poza marketami (i pewnie hotelami) płaci się gotówką. Bankomatów jest dużo, ale należy zdawać sobie z tego sprawę.

Trzeba też być przygotowanym na to, że na Santorini nie ma słodkiej wody w kranie. Woda, która tam się znajduje jest odsoloną, przefiltrowaną wodą morską.  Nie jest groźna, więc można się w niej bez obaw myć czy płukać usta, ale jest niesmaczna. Na wyspie nie ma źródeł słodkiej wody, dlatego żeby zrobić sobie kawę czy herbatę lepiej kupić sobie butelkowaną wodę (około 50 centów za 1,5 litra w markecie).

Wracając do jedzenia. Oczywiście wiadomym jest, że im bardziej turystycznie tym drożej. Nawet dwukrotnie! Możecie wypić koktajl za 15 euro, albo taki sam, w mniej turystycznym miejscu, za 7 euro (Mówiłam, że drogo 😉 ).

Będąc tam polecamy spróbować owoców morza lub ryb. Zwłaszcza w portowych knajpach; są świeżutkie i pyszne. Możemy wybrać sobie z lodówki co nam się podoba, zostanie nam to zaserwowane we wskazany sposób (grill? Souvlaki? Smażone? Jak chcecie) i podane z ryżem, ziemniaczkami albo frytkami i surówką. No, chyba, że skusicie się na mousakkę 🙂

santorini jedzenie
Port na Thirasii i dania z portowej knajpki

A co poza tym warto zjeść?

Oczywiście jogurt grecki (szukajcie zwłaszcza takiego  w kamionce)

Taramosalata – pasta z kawioru, kosztuje około 1 euro za 100 gramów. Dla miłośników rybnych smaków pozycja obowiązkowa (nie zrażajcie się dziwnym, różowym kolorem)

Tzatziki – najlepiej takie na wagę. Ogórki, trochę czosnku i duuużo gęstego, greckiego jogurtu. Pyszności!

Pita Gyros – czyli gyros w bułce z warzywami i… frytkami. Matko, jakie to jest pyszne 🙂 a kosztuje mniej więcej 2,50 euro.

Smak mastiha – możecie go znaleźć w gumach do żucia, cukierkach lub w lodach. Specyficzny, żywiczny smak (bo mastiha to żywica z drzew rosnących na wyspie Chios). Inny niż wszystko, co znacie.

Tradycyjny waniliowy krem – to taki grecki budyń waniliowy podawany z cynamonem. Pyszny, chociaż nie jest to żaden zaskakujący smak. Ale i tak warto spróbować. Tylko uwaga, bardzo słodki.

Frappe – czyli kawa na zimno, ulubiony napój Greków. Pamiętajcie tylko, żeby poprosić dużą porcję cukru, nawet jeśli normalnie nie słodzicie kawy. Zbyt gorzka frappe jest ciężka do przełknięcia.

Więcej na temat pysznych rzeczy znajdziecie w poście: 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży. Smacznego!

Na ile jechać na Santorini?

Według mnie kilka dni do tygodnia to jest maksimum, które warto poświęcić wyspie. W tym czasie zobaczycie wszystko co jest warte zobaczenia i jeszcze znajdziecie czas na plażowanie i spacerowanie promenadą. Oczywiście można wyspę objechać samochodem i w jeden dzień, ale co to za przyjemność 😉

Przeczytaj o naszym tygodniu na Santorini.

santorini piękne miejsca.jpg
Santorini, migawki

Kiedy jechać na Santorini?

My byłyśmy w połowie września a temperatury codziennie dochodziły do mniej więcej 30 stopni. Na wyspie prawie nie ma miejsc zacienionych, gdzie można się schować, zwłaszcza, gdy wybieramy się na zwiedzanie. Dlatego trzeba zabrać kapelusze i kosmetyki do opalania.

Wiosna na wyspie może być kapryśna, tak samo jesień czy zima (no i po sezonie może być też ciężej o kwaterę – część z nich zapewne się zamyka, to samo dotyczy sklepów). Miesiące letnie stanowczo za gorące (ponad 35 stopni to norma). Wydaje się więc, że wrzesień jest optymalny.

Zresztą sami oceńcie. Rocznie przyjeżdża tu około 5,5 mln turystów. Od kwietnia do końca października na Santorini trwa wysoki sezon a największe oblężenie trwa od czerwca do końca sierpnia.

Ważna informacja jest taka, że od 2019 roku Santorini chce wprowadzić limity dla turystów, dziennie będzie mogło przypływać tylko 8 tysięcy osób (czyli mniej więcej połowa mniej niż teraz).

santorini we wrześniu
Santorini we wrześniu

Czy warto jechać na Santorini?

Zdecydowanie tak. Nie na darmo białe miasteczka wyspy cieszą się mianem najpiękniejszych na świecie (a na pewno zachód słońca ma taką opinię!). Jednak nie jest to wyspa zielona, pełna palm czy gajów oliwnych i na to trzeba się przygotować. Rośliny, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach to czyjeś prywatne okazy, o które ludzie dbają. Bez regularnego podlewania nawet kaktusy ledwo tutaj żyją 😉

santorini rosliny.jpg
Pustynne Santorini

W każdym razie Santorini jest jedyne w swoim rodzaju, nawet w skali greckiej. Zdecydowanie warto zobaczyć 🙂

Poznaj 10 powodów dla których kochamy Grecję!

Natalia

 

Tydzień na Santorini

santorini z biurem podróży

Po rocznej wyprawie nadeszła pora, aby spędzić trochę czasu z rodziną. Dlatego razem z mamą i siostrą skorzystałyśmy z wygodnej formy urlopowania, jaką dają wczasy z biurem podróży i… wybrałyśmy się na Santorini 🙂

santorini urlop
Rodzinny wyjazd do Grecji

Jak jest na Santorini?

Pierwsze nasze wrażenia były mieszane. Podczas wysiadania z samolotu uderzyła nas ściana gorącego powietrza, czyli tak jak się spodziewałyśmy, ale za to wyspa widziana z okien autokaru była dość nieciekawa. Tylko piach, piach i brunatne kamienie.

Dotarło też do nas, że na Santorini nie uświadczymy palm, no chyba, że w przydomowych ogródkach, gajów oliwnych czy kaktusów. Pożółkłe aloesy i przyschnięte opuncje to był szczyt wyspiarskich możliwości w zakresie roślinności.

santorini teren.jpg
Szaro-bura ziemia na Santorini

Santorini, czyli pozostałości wulkanu

Dopiero spacer po tej wyspie uświadamia nam, że ma ona prawo wyglądać tak, jak wygląda. Nie tylko ze względu na prażące słońce, ale też dlatego, że jest pozostałością po wielkim wybuchu wulkanu, który miał miejsce 1600 r p.ne. Podobno była to największa katastrofa w rejonie Morza Śródziemnego tamtych czasów. A jej skutki były odczuwalne na całym świecie. Ostatecznie wyspa się rozpadła a wulkan zapadł się w siebie i zatopiło go morze.

Pamiątką po tym zdarzeniu jest kaldera – czyli właśnie zatopiony krater, którą okalają wystające ponad powierzchnię jej boczne fragmenty. I robi to naprawdę wielkie wrażenie.  Z morza wystają pumeksowe, czarno – bure ściany na których uroczo bielą się domki z niebieskimi dachami.

Z morza, z łódki, wygląda to najwspanialej.

santorini łódź
Santorini – rejs

Nea Kameni

A zatem jeśli o wulkanach mowa. Jedną z wysp otaczających kalderę jest właśnie Nea Kameni na której znajduje się Agios Georgios – aktywny wulkan.

Można tam dostać się łodzią z portu z Firze lub Athinios. Z tego co się dowiedziałyśmy, to taką wycieczkę trzeba zarezerwować przynajmniej z jednodniowym wyprzedzeniem. My wybrałyśmy opcję wyjazdu z miejscowości w której mieszkałyśmy – z Perissy. Autobus przyjechał po nas, zawiózł nas do portu a tam już czekała na nas łódź.

Spacer po Nea Kameni odbywa się z przewodnikiem i na „zwiedzanie” wyspy mamy mniej więcej godzinę. To wystarcza, żeby dość żwawym, ale nie spiesznym, krokiem wejść mniej więcej 300 metrów pod górę (ścieżka pnie się łagodnie), zrobić kilka przystanków na wysłuchanie przewodnika i zrobienie zdjęć oraz pokręcenie się chwilę na samym szczycie krateru.

A potem schodzimy, schodzimy! Do odpłynięcia łódki zostaje jakieś 15 minut. Ludzi jest sporo, szlak prowadzi po kamieniach – wyschniętej lawie 😉 Nie jest trudny, ale trzeba uważać i nie da się iść zbyt szybko. Jak zwykle w takich przypadkach z przewodnikiem, miejsce fajne tylko czasu brakuje.

Na Nea Kameni kamienie dymią, ziemia dymi, śmierdzi siarką, widoki wspaniałe. Takie wulkany to ja rozumiem 😉 Ale wyspa to tak naprawdę uśpiona bomba. W latach 60 wyspę zasypały popioły wulkaniczne a ostatnia aktywność miała miejsce w 2011 roku! Santorini zatrzęsło się od mini wstrząsów. Dla nas ta świadomość była niesamowita, dla mieszkańców trochę gorsza…

nea kameni
Nea Kameni

Thirasia

Podczas rejsu na wulkan nasza łódka zawinęła jeszcze na pobliską wyspę – Thirasię. Wyspa ta jest jedną wielką górą. Dosłownie. U jej stóp mamy mały port, pełen knajpek ze świeżymi, pysznymi owocami morza. Gotowe dania są wystawione w kamiennym piecu a ich składniki w przeszklonej lodówce. Można wybrać to, na co się ma ochotę a potem patrzeć, jak zostaje przyrządzone 🙂

Thirasia słynie jeszcze z tego, że na jej szczycie znajduje się miasteczko, opuszczone w sezonie. Ludzie stamtąd pracują na Santorini, więc za dnia w domach nie ma nikogo. Nie starczyło nam jednak zapału, żeby wejść na górę, wysoko po stromych schodach na szczyt.

thirasia santorini
Thirasia, po prawej stronie na dole widać szlak na szczyt góry

Fira i Firostefani – Imerovigli – Oia szlak pieszy, białe trójmiasto

Jednymi z „żelaznych” punktów do odwiedzenia na Santorini jest stolica – Fira oraz Oia, słynne miasteczko z białymi domkami. Tak naprawdę to na całej wyspie są tylko takie zabudowania ale  wygląda to przeuroczo. Jednak Fira i Oia zbudowane są na samym stoku wyspy, a Oia dodatkowo na jednym z jej koniuszków. Domek jeden nad drugim i błękitne kopuły kościołów robią oszałamiające wrażenie.

fira oia.jpg
W drodze na Oię

Z Firy prowadzi szlak pieszy, z dala od ulicy, aż do Oii. To 8 kilometrów, które początkowo wydają się łatwym spacerkiem, który zmienia się w wymagający trekking, wtedy kiedy, jest już za późno 😉 Z Firy do Imerovigli teren jest płaski, dobrze się idzie i niektórzy snują plany kolejnych wędrówek. Po dojściu na metę szybko się wycofują ze swoich zamiarów 😉

Wyzwanie zaczyna się, gdy opuszczamy ostatnie miasteczko i musimy pokonać góry. Szlak wiedzie kamienistymi i piaskowymi ścieżkami, w górę, czasem w dół. I to nie prawda, że w którąś ze stron jest łatwiej (jak usłyszeliśmy np. od naszej rezydentki). W każdą trzeba pokonać terenową ścieżką wzniesienia i w każdą czekają na nas zejścia.

Oia szlak pieszy
Szlak Fira – Oia

Zdecydowanie trzeba się zaopatrzyć w dobre buty, dużo picia i naprawdę się zastanowić, czy jesteśmy w przynajmniej poprawnej kondycji.

Jednak widoki ze szlaku są wspaniałe. Zawieszone nad morzem białe domki (Imerovigli nie na darmo nazywane jest „balkonem Santorini”), w oddali Oia, w zasięgu wzroku cała kaldera, którą wspaniale widać, wysepki które kiedyś tworzyły jedną wyspę i oba końce samego Santorini. Jest przepięknie.

Oia Santorini
W drodze do Oii

Oia – zachód słońca jak z obrazka

Kiedy docieramy do Oii jesteśmy wykończone ale zadowolone, że dałyśmy radę. Zresztą, jakie miałyśmy wyjście 😉 Snujemy się trochę wąskimi uliczkami miasteczka, zaglądając do kolorowych sklepów z różnymi pamiątkami i w menu pobliskich knajp, jednak ceny skutecznie nas zniechęcają do zakupienia tam czegokolwiek.

Oia
Oia, Santorini

Ostatecznie znajdujemy bramę z ławeczkami w cieniu (chyba jedyne w całej Oii) i kiedy nieco odpoczęłyśmy idziemy na basztę, która jest jednocześnie pozostałością po zamku i najlepszym punktem widokowym na słynny zachód słońca.

Miałyśmy szczęście, bo zajęłyśmy ostatnie siedzące miejsca (na murku) ze świetnym widokiem na zabudowę miasta. Pozostało nam więc czekać a ludzi zbierało się coraz więcej, w samym miasteczku też ustawiały się grupki turystów.

Słońce zaczęło w końcu zachodzić i rozpoczął się przepiękny spektakl świetlny. Najpierw woda zaczęła mienić się kolorami złota a następnie miasteczko przybrało wszystkie barwy zachodzącego słońca. Zapaliły się lampki i zrobiło się jeszcze piękniej.

Oia sunset
Oia, zachód słońca

Ale kiedy tylko słońce zaszło ruszyłyśmy sprintem na dworzec autobusowy, nastraszone wcześniej otrzymaną informacją, że z Oii po zachodzie słońca wracają autobusami tłumy turystów i można utknąć w mieście.

Może w sezonie tak, ale we wrześniu? Okazało się, że nikt się nie spieszył do powrotu. Ludzie spokojnie spacerowali uliczkami, na dworcu była niewielka kolejka. Co prawda rzeczywiście nie zmieściłyśmy się do pierwszego autobusu, który już stał, ale za to od razu podjechał kolejny, do którego spokojnie wsiadłyśmy.

Skaros Rock santorini
Skaros Rock, w stronę Oia

Fira – port

Aby zwiedzić Firę i port zarezerwowałyśmy sobie inny dzień niż ten ośmiokilometrowy spacer. Całe szczęście, bo stolica wraz z zejściem do portu kosztowały nas sporo czasu i trochę wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że postanowiłyśmy zejść o własnych siłach po około 600 stopniach. Po drodze można spotkać Greków ze stadkami osiołków, na których można zejść lub wejść na górę. Ale osiołki były tak biedne, że aż żal było na nie patrzeć, a co dopiero wsiąść. Stały bez wody, na pełnym słońcu. Cała trasa do portu jest w związku z tym ozdobiona oślimi kupami, a w miejscach, w których zwierzęta stoją, panuje nieznośny smród.

Zaś sam port jest bardzo rozczarowujący. Żadne tam klimatyczne miejsce. Ot parę bud, kilka knajp i jeden stragan z pamiątkami, a do tego opuszczone pozostałości po jakichś magazynach. Nic ciekawego.  Jeśli spacer – zejście po schodach nie stanowi dla Was atrakcji, to odpuście sobie to miejsce. Lepiej na nie popatrzeć z góry, dużo atrakcyjniej się prezentuje.

Fira Old Port
Fira, Stary Port

Z powrotem natomiast wjechałyśmy kolejką linową. Kolejka była na szczęście w dobrym stanie, wiatr nie wiał, więc wagoniki się nie kołysały za bardzo. I całe szczęście, bo wjechanie nią już samo w sobie było okropnym przeżyciem 😛

Mesa Vuono

Jednym z punktów na naszej marszrucie było zdobycie najwyższego szczytu na Santorini, 567 m npm. I wybrałam się tam tylko z siostrą. W samo upalne południe, ze zbyt małą ilością picia 😛 Ale dotarłyśmy!

widok na Santorini Mesa Vuono.jpg
Widok z drogi na szczyt

Szlak od strony Perissy, którędy wchodziłyśmy, jest górski, kamienisty i piaszczysty. Nie jest trudny, ale wysokość jest wystarczająca, żeby być mocno zmęczonym na górze. Tam zaś czeka na nas budka z piciem, lodami i jedzeniem 😉 oraz ruiny starożytnego miasta Thera. Ale nie miałyśmy ochoty tam wchodzić 😛

Za to schodząc nie mogłyśmy sobie odmówić zboczenia w inną górską ścieżkę, prowadzącą do małego, białego kościółka, na którego często patrzyłyśmy z dołu. Droga do niego jednak najpierw schodziła a potem, niespodziewanie, ostro wspinała się po kamiennych schodach w górę. A kościółek zamknięty! Usiadłyśmy pod nim wykończone, wytrząsając ostatnie krople picia. Ale najwyższy szczyt Santorini zdobyłyśmy i to z bonusem! 😉

Mesa Vuono santorini
Mesa Vuono, widok z góry, kościółek i panorama z trasy (z przypadkowym przechodniem)

Czas wolny i podsumowanie

Na Santorini spędziłyśmy tydzień. Jest to wystarczająca ilość czasu, aby dobrze poznać wyspę i zobaczyć wszystkie jej atrakcyjne zakątki. Na pewno łatwiej byłoby zwiedzać ją rowerem czy autem niż autobusem, ale z drugiej strony ruch jest duży, drogi są w kiepskim stanie i wąskie, a wielkich autobusów jest dużo. No i wszyscy muszą mieć kondycję na rower 😉

santorini urlop
Santorini rodzinnie

Nam nie udało się dotrzeć ostatecznie do Czerwonej Plaży i Akrotiri (zwanych santoryńskimi Pompejami), które są wymieniane jako jedne z atrakcji wyspy. Nie miałyśmy już siły po prawie całym tygodniu codziennych długich wycieczek. Wolałyśmy spędzić ten czas na spacerach po Perissie – wzdłuż promenady i na kąpielach w morzu (zimnym!). 🙂

Na Santorini.jpg

A o aspekcie praktycznym; jak dotrzeć na wyspę, jak się po niej poruszać, gdzie jest taniej a gdzie drożej, przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

 

Natalia

Wady i zalety podróżowania, cz. II Zalety

Po negatywnej dawce tego, co nie jest fajne, którą mogliście przeczytać w poście o minusach podróżowania, powiemy Wam, dlaczego, mimo wszystko dołączyliśmy do grona podróżników 🙂

Jakie zalety miała nasza roczna podróż?

1.Brak terminu powrotu. Chociaż musieliśmy liczyć się z czasem w różnych sytuacjach, to jednak najlepsze było to, że nie musieliśmy odliczać dni do powrotu, do końca urlopu. Dzięki temu mogliśmy gdzieś zostać tyle, ile nam się podobało (czy raczej na ile nas było stać 😉 ) i nie martwić się o to, że jeszcze mamy do zrobienia 1000 kilometrów i tylko tydzień wolnego.

2. Taka podróż sprawia, że spędzasz dużo więcej czasu na oglądaniu świata niż podczas urlopu. Możesz chłonąć piękne widoki, cieszyć się tym co dookoła i nie martwić się, że za tydzień wrócisz do domu. Bo za tydzień będziesz oglądać inne wspaniałe miejscadlaczego warto podróżować3. Próbowanie lokalnych przysmaków. To chyba jedna z największych zalet jakichkolwiek podróży. Możesz próbować nowych smaków i nowych potraw. Pod warunkiem, że jest czego próbować 😛 Zobacz wpis o najlepszych smakołykach, jakie jedliśmy w pierwszej części podróży

wyprawa przysmaki swiata
Na zdjęciu: przysmaki kosowskie, greckie, norweskie i niemieckie

4.Owoce z drzew. To prawdziwa frajda, móc sobie przystanąć przy drzewku, albo czasem i całym sadzie, i narwać fajnych owoców. Mamy już na koncie między innymi figi, mandarynki, grejpfruty, granaty, banany, migdały 🙂

5.Forma i zdrowie! 🙂 Rowerowa wyprawa ma to do siebie, że chcąc nie chcąc dbasz o zdrowie, nawet, jeśli jadasz dziwne, niezbyt zdrowe rzeczy. Chudniesz, w brzuchu lekko, nogi i pośladki się rzeźbią, a do tego opalasz skórę (no, chyba, że jesteś w Chorwacji i akurat trwa niepogoda :P). To jest super sprawa.

6. Minimalizm. To zarówno zaleta jak i wada. Okazuje się, że spokojnie możesz przeżyć z dwoma rodzajami koszulek na każdy rodzaj pogody, jedną parą spodni „na miasto”, z trzema parami butów (sandały, kryte, klapki) czy absolutnie minimalną ilością kosmetyków. Co więcej, niektórzy po takiej przygodzie opróżniają swoje szafy w domach.

No jasne, że się da i że można tak żyć, ale co to za życie! 🙂 Po powrocie nie mogę się nacieszyć swoją szafą i ilością kosmetyków, a w marcu, podczas krótkiego pobytu w domu pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam na zakupy ciuchowe :p

7. Dowiadujesz się wiele o sobie. Wiesz, że poradzisz sobie w różnych sytuacjach, ale też dowiadujesz się czego oczekujesz od życia i gdzie jest Twoje miejsce. Czy jesteś typem podróżnika, który bardziej sobie ceni przygody niż wygody, czy jednak odwrotnie. Podróż weryfikuje też Twoje plany na przyszłość (np. czy na pewno chcesz mieszkać za granicą i czy w Polsce jest tak źle, jak sądzisz), oraz to jaki naprawdę jesteś (np. że marudzenie to nieodłączna strona Twojej natury 😉 )

wyprawa dookoła swiata.jpg

8. Dowiadujesz się wiele o swoich znajomych. I okazuje się, czy masz w ich gronie ludzi na których możesz liczyć, tak jak przypuszczałeś, czy może jednak nie. Oraz czy są osoby życzliwie nastawione do Ciebie, a wcale ich o to nie podejrzewałeś 🙂

9. Cieszysz się z małych rzeczy. Kiedy człowiek za bardzo zapada się w tę wygodną strefę komfortu, to czasem nie dostrzega małych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie jest dobre. Taka podróż doskonale uwrażliwia na drobnostki. Na przykład jaka to radość jeść słony chleb 😉

Tak, nawet sobie nie zdajmy z tego sprawy, ale gdy we Włoszech natrafisz niechcący na ten niesolony to będziesz wiedzieć, o co chodzi 😉 Nie wspominając już o takich oczywistościach jak ciepła, bezpłatna, bez limitu czasowego woda pod prysznicem z dobrym ciśnieniem 😉

10. Ludzie są dobrzy. Oczywiście nie należy tutaj popadać w skrajności i przestać być ostrożnym lub koniecznie odwiedzać kraje ogarnięte wojną. Ale warto mieć świadomość, że prosząc o pomoc właściwie zawsze ją otrzymasz. A są też takie miejsca, że nie trzeba o nic prosić. Ludzie po prostu chcą pomagać. I to sprawia, że Twoje spojrzenie na świat staje się trochę inne. Bardziej pozytywne 🙂

11. Uczysz się nowych rzeczy. Języka lub tego, że nie ma się czego bać nawet jeśli tego języka nie znasz zbyt dobrze. Uczysz się dobrego planowania (ogólnie rzecz biorąc logistyka wyprawy tego wymaga), uczysz się szybko oceniać, co jest warte wydania pieniędzy a co nie i zwracasz na to uwagę, uczysz się nowych kultur i nowego spojrzenia na świat 🙂

12. Spełniasz swoje marzenie. A co jest cenniejsze od realizacji planów, celów i marzeń? 🙂

wyprawa po europie.jpg
Korfu, Norwegia, Grecja, Włochy… 🙂

Natalia i Mikołaj

Wady i zalety podróży. Cz. I – wady

Po podsumowaniu liczbowym i ogólnym drugiej części naszej wyprawy pora na zmierzyć się z tym, z czym podróż się wiąże. Zacznijmy od tych gorszych stron 😉

Bo pewnie nie ma osoby, której nie marzy się takie oderwanie od rzeczywistości. Brak terminu powrotu, brak obowiązków, brak konieczności wstawania, żeby zdążyć na autobus, pociąg, spotkanie. A zamiast tego możesz podziwiać widoki, jeść przysmaki lokalnej kuchni i opalać się na słońcu.

Czy faktycznie tak jest?

  1. Zmęczenie. Przede wszystkim bycie w ciągłej drodze męczy. Chociaż pewnie są i tacy, którym wcale to nie przeszkadza. Ale podróżowanie rowerem ma to do siebie, że męczy fizycznie, więc czasem odpuszczaliśmy jakieś miejsca, do których było zbyt daleko rowerem, zwłaszcza, jeśli trzeba było z nich wrócić, bo nie było gdzie spać. Czasem też nie sposób było się cieszyć z otaczających okoliczności, a czasem jedynym marzeniem było tylko dotrzeć już na nocleg.

A do tego dochodzi zmęczenie psychiczne. Ciągle w ruchu, ciągle gdzie indziej. Nie wiadomo, w jakich warunkach dzisiaj będziemy spać, ciągłe sprawdzanie pogody, podjazdów, kilometrów, sklepów… wieczorami dużo do zrobienia (rozbić obóz, zrobić obiad, zrobić pranie, pozmywać, czasem coś naprawić, zorientować się co nas jutro czeka) i nie zawsze znajdzie się chwila na relaks. A rano trzeba wstawać, bez marudzenia (przeważnie o 7 rano), bo zwijanie obozu trwa około 2 godziny a przed nami cały dzień jazdy (a czasem trzeba zdążyć przed deszczem) i trzeba dotrzeć o jakieś rozsądnej porze, żeby… móc się ogarnąć przed zmrokiem.

No i też ile można odpowiadać przypadkowo zagadującym ludziom o tym, gdzie, skąd, dokąd i ile czasu jedziemy…

podróż wad
Czasem zmęczenie odbiera przyjemność z podróży

  1. Czas. Wcale nie jest tak, że masz nieograniczony zapas czasu, bo po pierwsze spieszysz się, żeby zdążyć przed zmrokiem (trzeba dotrzeć do miejsca noclegowego – wybrać je, rozbić namiot, no chyba, że akurat śpisz pod dachem albo jest okres białych nocy. A potem jeszcze jest mnóstwo prac wieczornych), po drugie śpieszysz się, żeby zdążyć przed: niepogodą, wiatrem który się zrywa w godzinach południowych (Grecja), spieszysz się na pociąg, na prom, żeby nie zamknęli sklepu…

3. Ciągłe planowanie. Oczywiście trasę mieliśmy zaplanowaną, mieliśmy nawet wszystkie interesujące nas punkty wgrane do gps (min. kempingi, sklepy, atrakcje). Ale pierwszą część wyprawy prawie co wieczór spędzaliśmy na planowaniu następnego noclegu, bo kempingów na trasie nie było zbyt dużo. A więc: gdzie jesteśmy i dokąd jutro dojedziemy, jakie są tam możliwości spania? Czasem konieczność modyfikowania trasy, bo tam gdzie chcieliśmy spać, nic nie było. Jakie mamy opcje, i za ile? A może na dziko, ale wtedy skąd wziąć wodę, gdzie się zaopatrzymy? W drugiej części pod tym względem było lepiej, ale też nie obyło się bez weryfikacji kolejnych dni.

4. Uzależnienie od pogody. Na rowerze pogoda jest bardzo ważna. Wiatr czy deszcz sprawiają, że jazda jest czasem walką, a przyjemności w tym nie ma żadnej. No, może gdyby w nagrodę czekał suchy, przyjemny domek i w perspektywie brak konieczności jazdy dalej następnego dnia, taką walkę można znieść lepiej, ale jeśli nie, to na samą myśl łzy się cisną do oczu. A tu trzeba jechać.

wyprawa pogoda(1).jpg
W podróży pogoda bywa różna

  1. Waga bagażu. Podróżując na rowerze nie możesz sobie pozwolić, aby nabrać w sklepie tylu pyszności, ciuchów i fajnych kosmetyków, na jakie masz ochotę. Nie możesz też nakupować pamiątek. Wszystko to musisz później wieźć o własnych siłach i z reguły nie po płaskim, ale po górach. Dlatego liczysz się (dosłownie) z każdą rzeczą i każdym jej gramem.

    wyprawa bagaz.jpg
    Bagaż wyprawowy
  1. Higiena Raz jest lepiej raz gorzej. Nam na szczęście zawsze udawało się jakoś umyć (chociażby w umywalce), ale zanim do tego doszło, byliśmy, po całym dniu w drodze, spoceni i śmierdzący. W dodatku często długa, ciepła i przyjemna kąpiel pozostawała w sferze marzeń.  Czasem prysznic był na żetony, przycisk na wcisk, ciśnienie słabe, woda ledwo ciepła, kabina brudna….

A dodajmy, że po kąpieli warunki mieszkaniowe nie zawsze są idealne… (np. chłodny wieczór, który trzeba spędzić na zewnątrz bo śpimy w namiocie, albo niezbyt czysty pokój czy chatka kempingowa).

W podróży trzeba też ścierpieć, że odzież i śpiwory w pewnym momencie przestają pachnieć fiołkami. Z tego powodu śpiwory w połowie trasy wypraliśmy w pralni chemicznej, a ubrania staraliśmy się raz w tygodniu prać w pralce. Codziennie zaś prałam je ręcznie.

Ale bądźmy szczerzy pranie ręczne nie jest takie skuteczne, zwłaszcza któryś raz z rzędu. A jeśli dojdzie do tego brak dobrych możliwości suszenia…

wyprawa higiena(2).jpg
W podróży różne bywają warunki.. na dole po środku proces prania ręcznego 😉

  1. A jeśli o praniu mowa… To codzienne pranie ręczne jest oczywiście koniecznością. Chociaż odrobinę luksusu chcieliśmy sobie podarować i mieć przynajmniej jako tako czyste rzeczy. Czasem udawało się wyszorować je tak, że pachniały mydełkiem, co to była za radość 😉 Więc szorowałam te ciuchy w umywalkach czasem wielkości naparstka, czasem w zimnej wodzie… A jeśli pranie było w zimnej wodzie to i zmywanie naczyń też… jest to pewne wyzwanie, zmyć garnki po obiedzie w takich warunkach.

8. Omijają Cię wydarzenia „na miejscu”. I niestety musisz ponieść tę cenę, jeśli chcesz podróżować. Śluby, urodziny, parapetówki, wspólne wyjścia, rodzinne spotkania i inne tego typu wydarzenia. Początkowo nawet nie tęskni się tak bardzo, w końcu jest tyle nowych wrażeń, ale później zaczyna Ci bardzo brakować nawet zwykłej możliwości pożartowania z kimś innym, niż tylko partner w podróży 😉

wyprawa spotkania.jpg
Ale spotkania na wyjeździe są fajne

  1. Musisz codziennie czarować obiad. Na zapas można kupić co najwyżej makaron, pesto i tuńczyka (bo to wszystko trzeba wieźć). Ale ile można jeść to samo? Wymyślenie czegoś do jedzenia, co będzie dobre i da się zrobić w jednym garnku (piekarnik stał się standardem dopiero w Skandynawii) często zakrawa na misję niemożliwą.
  1. Zapomnij o wygodach i komforcie. Oczywiście, bywały takie kwatery, w których czuliśmy się świetnie. Wygodne, czyste, super wyposażone. Ale przeważnie jednak nasza kuchnia z dużą lodówką, piekarnikiem, ulubionymi kubeczkami, wygodne biurko, dwa osobne komputery, książki!, pralka dostępna w każdym momencie, własna pościel… wszystko to było wspomnieniem i bardzo do tego tęskniliśmy. Im bardziej ktoś lubi żyć w komforcie tym bardziej będzie mu tego brakowało.

Ale jak bardzo tego potrzebujesz, dowiesz dopiero wtedy, kiedy ruszysz w podróż 😉

wyprawa mieszkanie.jpg
Kwatery, namiot, domki. Różne są możliwości spania

Ale nie martwcie się, są też dobre strony podróżowania 😉 O nich następnym razem 🙂

Natalia

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Norwegia rowerem w jeden miesiąc. I trochę samochodem.

W Norwegii spędziliśmy miesiąc i pięć dni. Lipcowa część podróży przez ten kraj minęła nam przy przepięknej pogodzie, dzięki czemu mogliśmy się bez przeszkód zachwycać wspaniałą przyrodą. A było na co patrzeć! 🙂

Początek. Oslo i rozeznanie w sieciach handlowych.

Początek pobytu spędziliśmy w Oslo, mieszkając w bardzo przyjemnym mieszkaniu, przystosowanym ze starego sklepu z produktami mlecznymi. Na samo miasto poświęciliśmy raptem jedno popołudnie i to dość krótkie, bo akurat zbierało się na potężną burzę. Ale Oslo i tak nie podbiło naszych serc, więc niczego nie żałowaliśmy mimo, iż w pośpiechu wracaliśmy do domu.

Oslo zwiedzanie
Zwiedzanie Oslo

Poza samym odpoczynkiem w mieszkaniu, pobyt w Oslo miał jeszcze tę zaletę, że mogliśmy zapoznać się z sieciami norweskich sklepów i dokładnie obejrzeć asortyment każdego z nich oraz ceny.

Norwegia czerenie.jpg
Czereśnie ze stoliczka przy drodze. 25 złotych za paczuszkę.

Mimo to, początkowo, każdy pobyt w markecie przyprawiał nas o ostry ból głowy i trwał sporo czasu, bo nie łatwo było wybrać coś do jedzenia w akceptowalnej cenie. Ostatecznie jednak, kiedy już wiedzieliśmy czego gdzie się spodziewać (w całym kraju asortyment jest taki sam i w każdym sklepie, każdej sieci, prawie jednakowy), byliśmy w stanie dość szybko zebrać koszyk zakupów (i zapłacić 200 koron za kilka „najtańszych” rzeczy :P).

A dzięki temu, że kuchnia jest w zasadzie standardem na norweskich kempingach, to mogliśmy przygotowywać sobie prawdziwe posiłki, co sprawiło, że nasze jedzenie było w Norwegii paradoksalnie najlepsze.

Steki (!), pieczeń w sosie, ziemniaczki, czasem frytki, pizza z piekarnika. To wszystko było w naszym zasięgu, nie dość, że cenowym (jakimś cudem fajnie przyprawione mięso było o połowę tańsze od surowego) to i technicznym.

Tylko problem był z warzywami, świeże są koszmarnie drogie. Podsmażaliśmy lub piekliśmy w piekarniku te mrożone albo puszkowane, czasem kupowaliśmy mieszankę surówkową kapusty z marchewką i sosem coleslaw. I było wszystko bardzo smaczne! 🙂

Przeczytaj o jedzeniu w Norwegii.

Dalej na zachód.

Zachodnia Norwegia bardzo nam się podobała, zwłaszcza malownicze płaskowyże (na które niestety trzeba było wjechać w pocie czoła). Widoki islandzkie (na tyle, na ile sobie Islandię wyobrażamy), trochę księżycowe. Wszystkie odcienie zieleni, jeziora, wysepki, skały, skałki i góry, szumiące strumienie i huczące wodospady. Przepięknie, co tu dużo mówić.

norwegia podróż rowerem
Norweska przyroda

norwegia piękne miejsca 2.jpg
U dołu widok na fiord z 600 metrów n.p.m

Samochód po raz pierwszy.

Dotarłszy na kemping w Oddzie (który był zresztą bardzo zatłoczony i jednocześnie nieprzystosowany do takiej ilości ludzi), wypożyczyliśmy po raz pierwszy w Norwegii samochód, po to, aby pojechać do oddalonego o ponad 200 kilometrów Lysebotn, gdzie M. miał robić BIGa.

Auto wypożyczone zostało w trochę dziwny sposób, bez żadnej umowy, tanio (400 NOK za dzień), nawet nie płaciliśmy w momencie wypożyczenia, tylko dopiero przy oddawaniu. Nawet się zastanawialiśmy, czy samochód nie jest jakiś „lewy”, ale wszystko było w porządku i podczas jazdy i po oddaniu.

Jazda autem do Lysebotn była dobrym ruchem, chociaż część drogi prowadziła górską, bardzo wąską szosą (i bardzo pagórkowatą), na której nie mieściły się dwa auta obok siebie (co gorsza jeździły nią ciężarówki!). Jednak płaskowyż, jaki tam zobaczyliśmy, był jednym z najpiękniejszych na całej wyprawie. Rowerem byśmy się tam nie wybrali, bo było zupełnie nie po drodze donikąd, a jeszcze musielibyśmy pokonywać straszliwe pagórki.

Norwegia droga na lysebotn
Droga na Lysebotn

Z Oddy wyjechaliśmy, nie zaliczając słynnej Trolltungi. Być może był to błąd, ale stwierdziliśmy, że widoki jeszcze będą, a nie mamy ochoty zostawać na tym kempingu, w którym trzeba było stoczyć walkę nawet o miejsce do zmywania naczyń.

Po Oddzie wjechaliśmy w krainę fiordów, która codziennie sprawiała, że z zachwytu zapierało nam dech w piersiach 🙂

Fiordy jadły nam z ręki!

Ze znanych atrakcji, które były na naszej trasie, ominęliśmy też słynną w rowerowym świecie drogę Rallarvegen. Holendrzy na rowerach, którzy jak wiadomo, jeżdżą tylko ścieżkami rowerowymi (tu przeczytasz o podróży rowerami przez Holandię) nie mogli w to uwierzyć. Woleliśmy wybrać asfalt niż wspaniałą, wielką, terenową drogę rowerową? I jeszcze na koniec nie zjechać sobie z obładowanymi sakwami, karkołomnym, terenowym, ostrym zjazdem? Ano takie z nas dziwaki 😉

Nasza szosa szła po przeciwnej stronie grani, widoki na niej były niesamowite – raczej nie gorsze, do tego zjazd obfitował w wiele tuneli (łącznie może i nawet ze 20 kilometrów!). Szczęśliwie była niedziela, więc ruch samochodowy był niewielki, więc te tunele były doświadczeniem ciekawym a nie traumatycznym 😉 Do tego część z nich można było objechać starą drogą, która była tylko dla nas 🙂

Norwegia rowerem
Norwegia dzień tunelowy

W tunelach było ciemno i bardzo zimno (10 stopni! Na zewnątrz około 20).

I lodowce też.

W kolejnych dniach wjechaliśmy też w krainę lodowców, które robią niewiarygodne wrażenie, zwłaszcza, gdy błyszczą na błękitno w słońcu. Aczkolwiek słońca było coraz mniej.

Pod koniec lipca pogoda zaczęła się psuć, coraz częściej padało nocami, nad ranem albo nawet, niestety, w ciągu dnia. Temperatury zaczęły odczuwalnie spadać. Wieczorami ciężko było wytrzymać na zewnątrz. Czasami na kempingach były ciepłe świetlice lub jadalnie, generalnie miejsca do siedzenia, które nas ratowały 😉

norwegia śnieg i lodowce
Norweskie lodowce

Niestety im pogoda była gorsza tym i samopoczucie coraz słabsze, zwłaszcza, że zmęczenie się powiększało. Dlatego taka kempingowa jadalnia, chociaż dobrze, że w ogóle była, to nie dostarczała odpowiedniego komfortu, bo cały czas ktoś się po niej kręcił, co było zrozumiałe, ale męczące.

A na jednym z kempingów (szczęście w nieszczęściu, że pod koniec trasy) M. poślizgnął się pod prysznicem i tak niefortunnie upadł, że myśleliśmy, że co najmniej stłukł sobie żebra, o ile nie pękły albo nie złamały się. Ból utrzymuje się do teraz (dwa tygodnie po upadku) ale wyraźnie słabnie, więc chyba jednak nie stało się nic poważnego, co najwyżej wspomniane stłuczenie.

Upadek któregoś z nas był w sumie tylko kwestią czasu, bo to nie pierwszy raz, kiedy podłoga prysznica na kempingu jest gładka jak szkło, a polana wodą robi się szalenie śliska. Każde z nas wielokrotnie się ślizgało, uderzając się to kostką, to nadwyrężając jakieś ścięgno przy próbie łapania równowagi, aż w końcu niestety, doszło do upadku. Szczęśliwie raczej niegroźnego.

Z feralnego kempingu spakowaliśmy się po porannym deszczu i ruszyliśmy dalej, żeby znaleźć się w lepszym miejscu (pod dachem i w okolicy sklepów), bo prognozy zapowiadały gwałtowne pogorszenie się pogody.

Przyszła jesień.

I w taki sposób pierwsze trzy dni sierpnia spędziliśmy w hostelu (który w czasie roku szkolnego jest internatem) w miejscowości Forde, bo od rana do wieczora cały czas padało. Ja byłam zupełnie załamana, bo pogoda już od jakiegoś czasu się psuła, ale teraz prognozy były fatalne  a ja byłam dodatkowo strasznie zmęczona i miałam serdecznie dość wszystkiego.

Szczęśliwie Forde było większym miastem i nie dość, że w pobliżu kwatery mieliśmy duże markety, dzięki czemu mogliśmy się zaopatrzyć na czas uziemienia, to jeszcze oferowało wypożyczalnię samochodów.

Ze względów pogodowych i zmęczeniowych postanowiliśmy pożyczyć auto. O tym, czy był to dobry pomysł przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

Samochód po raz drugi.

Samochodem, w kilka dni, pokonaliśmy trasę, którą przy sprzyjających warunkach robilibyśmy co najmniej trzy tygodnie (plus dni odpoczynku), i pojechaliśmy jeszcze dalej.

Norwegia żegnała nas pogodą w kratkę, czasem trochę lepszą a czasem znacznie, znacznie gorszą, bardzo zimnymi ale i długimi wieczorami (słońce zachodziło po 22), oraz, oczywiście boskimi widokami.

Norwegia droga trolli
Norwegia, u góry Droga Trolli, na dole widok na Geiranger

Fiord Geiranger (chyba najpiękniejszy na świecie), słynna droga Drabina Trolli, lodowiec Briksdalbreen, niezwykła Droga Atlantycka a na koniec koło polarne i wiry na morzu w Saltstrummen, które wyglądają, jakby to rzeka płynęła pod górę.

norwegia droga atlantycka
Droga Atlantycka

Ale po Drodze Atlantyckiej Norwegia przestała być już tak oszałamiająca, kierowaliśmy się w stronę Szwecji (po bigi i Lidla :P), widoki nadal były niesamowite, ale już nie tak bardzo. Były za to setki kilometrów pustkowia. Tylko lasy. Czasem pojedynczy domek. Atrakcję wtedy stanowiły renifery 🙂 Trochę się zdziwiliśmy, kiedy po raz pierwszy wyszły nam przed auto. Potem mieliśmy już oczy dookoła głowy – i słusznie, bo pojawiały się często i bezstresowo przechadzały się przez drogę.

renifery w szwecji
Renifery

Na jednym z takich pustkowi, podczas bardzo brzydkiego dnia, przed kempingowaniem uratowało nas schronisko (inaczej musieli byśmy jeszcze jechać kawał, a był już wieczór i przed nami tylko kamping), które stało na zupełnym odludziu, 800 metrów n.p.m. Jakiś cud, że tam było i że byli właściciele 😉 którzy zresztą okazali się przesympatyczni.

Wspaniałe widoki pojawiły się znowu w okolicach Bodo. Znowu morze i góry, skały wystające z wody, tworzyły przepiękne krajobrazy. A do tego niezwykłe wiry morskie 🙂

wiry morskie norwegia
Koło polarne i wiry morskie

Pożegnanie Norwegii

Generalnie oficjalnie uznajemy Norwegię za najpiękniejszy kraj w jakim byliśmy, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że jest to najpiękniejszy kraj na świecie 🙂

norwegia rowerem
Norweskie płaskowyże

 

norwegia rowerem
Norwegia, widoki

Naszą trasę po Norwegii skończyliśmy 15 sierpnia. Jeśli chodzi o pogodę to raczej był to dobry termin na koniec podróży po Skandynawii. Było już po prostu zimno, nawet jeśli czasem chmury się rozwiały i słońce grzało to wieczory były nieprzyjemnie chłodne. Często też padało. Trzy ostatnie noce decydowaliśmy się na spanie pod dachem (ostatnia była podyktowana koniecznością spania blisko lotniska i tym, że trzeba było zdążyć na 7 rano na samolot) właśnie ze względu na kiepskie warunki pogodowe. Ja wiem, że są tacy, którym nie straszny deszcz, wiatr i ziąb, no ale my (a zwłaszcza N.) do takich nie należymy 😛

Powrót do domu

Norwegia
Norwegia, droga na płaskowyżu

 

Dzięki temu, że mieliśmy samochód, mogliśmy już dzień przed lotem spakować rowery i sakwy tak, aby były gotowe do przygotowane jako bagaż samolotowy. Okazało się jednak, że przeceniliśmy ich wymiary.

Z reguły na wyprawy zabieraliśmy mniejszy zestaw i teraz nie pasował on do siebie gabarytowo (w torbę z Ikei wkładaliśmy dwie duże sakwy a w drugą dwie małe i wór, który też zawsze był mniejszy). No ale jakoś ścisnęliśmy jedno z drugim i… okazało się, że waży za dużo. Niewiele, bo o 1,5 kg, no ale jednak. Szybkie rozbebeszanie bagażu (nie tak znowu szybkie, bo trzeba było rozwiązać supeł tworzący paczkę) i musieliśmy pozbyć się soku, którego nie wypiliśmy a który w związku z tym chcieliśmy zabrać.

Potem okazało się.. że przy punkcie odprawy nie ma nikogo! A pani z punktu obok stwierdziła, że skoro lot już za godzinę i nikogo nie ma, to pewnie odprawa się skończyła… Nieźle się zestresowaliśmy, ale chwilę później jednak pani przyszła (wcześniej siedziała sobie w biurze i odsyłała wszystkich do maszyn).

Kolejne, jeszcze dłuższe oczekiwanie, aż będziemy mogli nadać rowery  (rowery przeważnie odprawiane są osobno, w miejscu przeznaczonym dla bagażu specjalnego/ wielkogabarytowego, musimy więc zawsze czekać najpierw na odprawę bagażu, potem sprzętu) i już. Możemy pędzić do bramek bezpieczeństwa.

Tu trzeba było wyciągnąć cały sprzęt elektroniczny do przeskanowania. Wyciąganie go z małych sakw, które bierzemy jako bagaż podręczny kończy się prawie zawsze wyciągnięciem wszystkiego innego.. . więc kolejna nerwówka.

Oczekiwanie na samolot poszło na szczęście bez większych problemów, ale już sam samolot odleciał chwilę później niż miał, bo czekaliśmy, aż znajdą czyjś bagaż 😉 I tu też mały stresik, bo przecież mamy przesiadkę, jak tak będziemy czekać za długo i nie zdążymy na nią, to ciekawe co wtedy… ale zdążyliśmy.

Do Oslo dolecieliśmy planowo. Tutaj przesiedliśmy się w samolot do Krakowa i w Polsce już na spokojnie złożyliśmy rowery i ruszyliśmy na pociąg do Łodzi. Po drodze jeszcze wstępując do Carrefoura, gdzie ceny były tanie jak barszcz (w sklepie na Rynku, w sercu starego miasta! 😉 ) po dobre picie i do budki tureckiej po kebaba 😛

A w Łodzi poszło jak z płatka. W domu byliśmy koło 19 🙂 trochę się pokrzątaliśmy i padliśmy jak zabici ciesząc się, że wreszcie jesteśmy w wytęsknionym domku 🙂

Ciąg dalszy podsumowań nastąpi 😉

Natalia i M.

Norweskie ciekawostki czyli co jeszcze zaobserwowaliśmy

Norwegia trolle

Macie już wyrobione zdanie o Norwegii po przeczytaniu pierwszej części norweskich ciekawostek? Myślicie, że Norwegia to kraj mlekiem, miodem i śniegiem płynący? W tym wpisie dorzucamy Wam garść nowych faktów, które były naszą rzeczywistością przez jakiś miesiąc. Przekonajcie się, czego jeszcze nie wiecie 🙂

Ekologia? Owszem. Ale chyba nie do końca.

Prawie wszystkie warzywa pakowane są w pojedyncze torebki plastikowe. Papryka czy korzeń pietruszki, albo seler. Każde jest w osobnej zgrzewanej foliówce. Niby takie eko podejście do wszystkiego a z drugiej strony mnożenie śmieci. I wcale nie chodzi o to, żeby te produkty były czyste, bo powiedzmy paprykę je się na surowo (może selera w Norwegii też 😉 ), ale jabłka przecież też. A jabłka już nie są foliowane. Dziwne.

Torebki foliowe są za darmo. Będąc w poprzednich krajach mieliśmy takie poczucie, że torebki foliowe są cenne, bo w Skandynawii nie będzie tak łatwo je pozyskać. Bo przecież tu jest EKO. Już we Włoszech stały się płatne (zresztą w Polsce też). Okazuje się jednak, że w każdym jednym sklepie torebek foliowych, zwłaszcza takich na warzywa, jest pełno i są całkowicie za darmo. Można więc wszystko pakować w foliówki i jeszcze zabrać na zapas.

Trzeba jednak powiedzieć, że mimo iż mogłoby to się skończyć produkcją „przydrożnych śmieci” to tak się nie dzieje. W Norwegii jest bardzo czysto. Jest dużo koszy na śmieci, ale też chyba i mieszkańcy i turyści (o ile to możliwe) dbają o porządek. I prawdopodobnie są też sprawne służby czyszczące.

Norwegia widoki
A oto, jak czysto jest w Norwegii

Norwegowie są bardzo ufni. O ile tak to można nazwać. Ale były przynajmniej dwie sytuacje, które nas miło zaskoczyły. Pierwsza z nich dotyczyła pozostawionego przez nas towaru w sklepie.

Kupiliśmy jajka, zapłaciliśmy za nie, ale zapomnieliśmy je spakować z resztą zakupów. Na szczęście następnego dnia byliśmy w tym samym miejscu, więc gdy się zorientowaliśmy to spróbowaliśmy odzyskać nasz zakup. No i się udało, bez problemu wydali nam te same jajka. Bez sprawdzania, bez wypytywania. Pewnie kojarzyli, że zostały na taśmie, ale i tak to było fajne.

A druga sytuacja dotyczyła płatności za parking. Zatrzymując samochód (o tym dlaczego mieliśmy auto oraz kolejny przykład norweskiego zaufania w kolejnym odcinku 😉 ) na parkingu, musieliśmy w maszynie kupić bilet, ale okazało się, że maszyna pobiera pieniądze, ale nie wydaje żadnego paragonu. Zgłosiliśmy to na recepcji, a tam powiedzieli nam, że skoro zapłaciliśmy to w porządku. I tyle, żadnego potwierdzenia ani niczego nie dostaliśmy. Po prostu uwierzyli na słowo.

Wracając jeszcze do zakupów. W krajach UE wszystkie produkty powinny mieć podany dokładny skład na etykiecie. Z podanym procentowym udziałem każdego ze składników. Natomiast w Norwegii składy na produktach są często traktowane po „macoszemu”. Procentowy udział składnika w produkcie podawany jest najczęściej (o ile w ogóle jest) w przypadku najważniejszego z nich (np. ile jest ryby w rybnych plackach). Rzadko kiedy więcej informacji.

Opakowania też mają często słabe oznaczenie co do ich masy. Trzeba się naszukać, żeby znaleźć tę informację.

Ekoprodukty w sklepach są często tańsze niż „zwykłe”. W innych krajach na ogół jest odwrotnie.

Norwegia cuda natury
Nie mamy zdjęć produktów, więc są widoczki

Ale są też produkty zdecydowanie nie-eko. Dotyczy to zwłaszcza serów. Trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić seropodobnego produktu, który wygląda jak ser ale w składzie nie ma nic z nim wspólnego. Jest za to o wiele tańszy. O mały włos, a byśmy kupili takie coś.

Na tabliczkach z nazwami miejscowości często widnieją informacje, co się w nich znajduje. Kemping, kawiarnia, hotel, domki do wynajęcia. To przeważnie są dokładnie te rzeczy, których potrzebujesz 😉

Wszyscy mówią po angielsku i prawie każdy świetnie 🙂

Internet w Norwegii jest super! Praktycznie wszędzie jest dobry zasięg komórkowy i wszędzie jest komórkowy Internet LTE. Na samych kempingach czy noclegach różnie z tym bywa ale i tak przeważnie jest dużo lepiej niż bywało w innych krajach. Jest też sporo otwartych sieci, zwłaszcza dla klientów sklepów.

Prawie cała Norwegia jest drewniana. Początkowo sądziliśmy, że te domy nie mogą być całoroczne, ale raczej jednak są. Przywilej 😉 budowania się w cegle mają właściwie tylko większe miasta a w tych mniejszych murowane są w zasadzie tylko takie obiekty jak sklepy (niekiedy), szkoły (czasem) czy urzędy (zazwyczaj). Zimą chyba musi być w takim drewnianym domu pieruńsko zimno. A podobno Norwegowie nawet przy siarczystych mrozach śpią z  otwartym oknem w sypialni 😉 Jadąc przez ten kraj widzieliśmy stosy drewienek poukładane przy domach, czekające na zimę.

norwegia zabudowa
Przykłady norweskiej zabudowy

W Norwegii chyba każda atrakcja jest za darmo. Płatne są czasem parkingi (jak pod Trolltungą czy lodowcem Briksdalbreen) ale wejście na szlak, czy „wyglądaczki”, aby obejrzeć coś z bliska lub z panoramy są bezpłatne. Ale trzeba też zaznaczyć, że w Norwegii w zasadzie cały kraj jest jedną wielką atrakcją. Może więc dobrze, że nie pobierają opłaty za przekroczenie granic 😉

norwegia atrakcje.jpg
Od lewej: Lodowiec, wodospad z lodowca, widok na Geiranger Fiord, widok na drogę Drabina Trolli i widok na Drogę Atlantycką

W Norwegii wybór produktów spożywczych jest niewielki – to już pisaliśmy (Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach), ale żeby Wam to przybliżyć, to powiemy, że na przykład: są tylko dwie marki dostarczające mleko do sklepów. Niby mleko to mleko, a jednak mleko marki Tine jest jakby chudsze, mimo, że procentowo zawiera teoretycznie odpowiednią ilość tłuszczu. To samo dotyczy np. jogurtów, mamy tylko trzy czy cztery smaki do wyboru i dwie marki. Trochę lepiej sprawa ma się w przypadku serów i wędlin, ale wszystko jest tak drogie i raczej kiepskie w smaku (nie próbowaliśmy co prawda każdej rzeczy, ale udało nam się czasem kupić w promocji coś innego niż najtańszy produkt First Price’a 😛 ) że nie ma większej różnicy.

Ale mają coś, za czym będziemy tęsknić. Są to flintsteki, czyli kawałek wieprzowego mięsa (szynka) z grubym kawałkiem skóry (co brzmi dość okropnie, ale wygląda normalnie) w trochę dziwnej w smaku tutejszej marynacie, lekko kwaśnej. Smakuje przepysznie.

Śnieg i lodowce nawet w środku lata to w Norwegii nic dziwnego. Na 1000 metrach nad poziomem morza można być tuż obok czap śniegu a lodowiec mieć małe kilka kilometrów od szosy. A spod zalegającego lodu i śniegu wypływają strumienie wodospadów. Widoki są niesamowite i niewiarygodnie piękne 🙂

norwegia lodowce.jpg
Śnieg i lodowce w Norwegii

Norwegowie uwielbiają wieszać poroża łosi i reniferów nad drzwiami domów. Czasem są to same rogi, czasem z czaszką. Wygląda to niesamowicie (chociaż M. uważa, że to raczej przygnębiające) i nadaje klimat 🙂

Nie, renifera i łosia nie można spotkać tak po prostu. Jednak na północy Szwecji renifery są jak.. gołębie w mieście 😀 no dobra, może nie aż tak bardzo, ale jednego dnia zobaczyliśmy chyba z kilkadziesiąt sztuk.

Renifery chodzą sobie beztrosko po lesie, wychodząc niespiesznym krokiem, lub w radosnych podskokach (te młodsze) na szosę. Jadąc więc przez lasy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Zaskoczyło nas, jak niskie są te zwierzęta. Ale jednocześnie są bardzo zgrabne, mają wielkie oczy i wyglądają przesłodko 😀

Jest też mnóstwo owiec i kóz, które radośnie drepczą po drogach 🙂

renifery w szwecji.jpg
Reniferze rodzinki

Norwegia rozkochała nas w sobie swoimi obłędnymi widokami, ale sam kraj nie sprawił, żebyśmy mieli do niego sentyment ze względu na atmosferę, ludzi czy jedzenie.  Jednak to, ile wspaniałych miejsc tu widzieliśmy, powoduje, że podróżnicza poprzeczka względem atrakcyjności jest podniesiona baaardzo wysoko 🙂

Natalia i Mikołaj

 

Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach

Norwegia co jeść

Norwegia, ze względu na pewne odizolowanie kulturowe od reszty Europy musiała wykształcić swoją kuchnię i swoje smaki. Tylko dlaczego! Dlaczego w tym kierunku?!

W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o doświadczeniach z kuchnią norweską 😉

Słodko słony ser czyli brunost. Kupiliśmy go bo był najtańszy 😛 ale nie żeby tani 😉 To było na samym początku pobytu w Norwegii i jeszcze nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po tutejszych produktach. Ser był brązowy więc mieliśmy nadzieję, że jest wędzony. O my naiwni.

Okazało się, że jest słodko – słony. Koloru karmelu więc i o smaku karmelowym (lub krówkowym – dla lepszego wyobrażenia), tylko że słonawy o posmaku koziego sera (bo i jest z koziego mleka wyrabiany).

Początkowo próbowaliśmy go jeść „wytrawnie”, jak to ser, ale nie dało się. Natomiast nieźle się komponował ze słodkim chlebem w stylu żulika, który jeszcze mieliśmy ze Szwecji, a później z chrupkim pieczywem. Do tego dżem i oto jest. Pyszna kanapeczka, która nie wiadomo, czy ma służyć za deser, czy za słoną potrawę 😛 Jeździ ten brunost z nami już jakieś dwa tygodnie…(nie popsuł się!) nie ma na niego chętnych a żal wywalić. Zwłaszcza, że ostatecznie nie jest taki okropny, jak mogłoby się wydawać 😛

Brunost norwegia
Brunost z dżemem

Chleb. Chleb norweski nie należy do najpyszniejszych. Ani do najtańszych 😛 W najlepszym razie jest niezły. Prawie zawsze można natrafić na chleb w typie angielki (nazywa się loff), lub grahama (wygląda mało apetycznie) w cenie około 7 koron, czyli jakieś 3,50 zł.

Nie jest słodki ani niesłony, wypiekany jest przez lokalną piekarnię no i oczywiście.. jest marki First Price 😛 ewentualnie Coop Extra, marki własnej sieci Coop. Na zakupy jednak należy wybrać się do południa, później może go już nie być. I będziemy skazani na wcale nie lepszy ale za to duuużo droższy wypiek 😛 20 zł jeśli dobrze pójdzie 😉

norwegia chleb
Norweski chlebek

Dziwne napoje. Na pewno zwróciliście uwagę, że temat napojów pojawia się w naszych wpisach bardzo często. To dlatego, że to bardzo ważna część naszego prowiantu. Kupujemy picia dużo i często, zwłaszcza, gdy żar się leje z nieba. W Norwegii jednak wybór jest dość ograniczony, zwłaszcza, jeśli nie chcemy wydać na jedną butelkę napoju 15 – 20 złotych.

Ostatecznie naszym faworytem został sok pomarańczowy (2 litry za 13 koron, czyli jakieś 6,50 zł) oraz… cola 😛 tak, mają tutaj świetną podróbkę Coca – Coli, praktycznie nie do odróżnienia z oryginałem. Tak nam się wydaje, bo oryginału dawno już nie piliśmy 😛

A także napój, który ma być niby owocowy, ale smakuje jak… hm. Trochę jak napój energetyczny. Z owocami w każdym razie nie ma nic wspólnego.

No i wody smakowe. Są gazowane, jakimś cudem niesłodzone, ale za to mają lekki posmak owocu. Nam najbardziej pasuje wersja z granatem.

Napoje w Norwegii
Woda smakowa Boble

First Price – norweska marka produkująca wiele artykułów, które są co najmniej dwa razy tańsze od „markowych”. Opakowania „Firts price’ów” są brzydkie, nie przyciągają wzroku a nawet kojarzą się z latami 80. Jednak ich cena, tak drastycznie niższa, sprawia, że cieszą się zainteresowaniem naszym i wszystkich turystów 😛

To, co jednak jest najlepsze, poza ceną, to jakość tych produktów. Czasami zdarzało nam się kupić tę samą rzecz „markową” (np. żółty ser, norweskie naleśniki) i First Price w niczym nie ustępował tej droższej. No, może naleśniki były bardziej suche niż „oryginalne”. Ale za połowę ceny można się było z tym pogodzić.

Z First Price’a kupimy więc między innymi: chleb, banany, sosy do makaronów, sos tacos, rybne placki, kotlety, colę, napój pomarańczowy (w smaku dokładnie jak Fanta), soki pomarańczowy i jabłkowy, tortille, naleśniki.

Norwegia zakupy
Przykładowe opakowania First Price

Lompery – skoro już o naleśnikach mowa. Lompery to właśnie ich norweski odpowiednik. Zrobione są z mąki ziemniaczanej. Lekko wilgotne, można je jeść na słodko lub słono. Całkiem dobre.

Lulki z Klemem czyli nasz norweski słodycz 😉 Tortille (początkowo lompery, ale tortille lepiej znoszą zwijanie i są tańsze a smakiem niewiele gorsze) smarujemy czekoladą ze słoiczka, na to lejemy trochę dżemu (który w Norwegii nazywa się Klem :P) i oto jest! 😀 Deser mistrzów 😉

Norwegia co jeść
Czekolada z dżemem, mniam

Surowe warzywa i owoce o nich można w zasadzie w Norwegii zapomnieć. Są bardzo drogie. Czasem jednak uda nam się kupić jakąś paprykę (20 zł za kilogram), czasem pół arbuza (8 zł za kilogram), czasem pomidora (8 zł za dwa), a czasem mieszankę surówkową w torebce za 10 zł.  Czasem zaszalejemy i kupimy ogórka – 10 zł… Staramy się dbać o tę kwestię i nie zaniedbywać warzyw i owoców w naszej diecie, ale nie jest łatwo 😉

Mamy też naszą tajną broń; ziarenka czarnuszki, wierzymy, że ratuje nas przed kompletną awitaminozą 😉

Ziemniaki surowe są również bardzo drogie (10 zł za kilogram). Czasem kupimy kilka, żeby je ugotować do obiadu. Kiedyś jednak chcieliśmy zaszaleć. Kupić coś fajnego. Znaleźliśmy dwa duże ziemniaki zapakowane w folię aluminiową i opakowane w pudełeczko. Na nim rysunek nadzianych ziemniaczków z boczkiem, serem, warzywami. No pyszności! Wzięliśmy więc je, żeby mieć fajny obiad ale dopiero tuż przed otwarciem ich i włożeniem do piekarnika M. przeczytał, że należy je piec 2 godziny. 2 godziny? Dla już gotowych ziemniaków? Otworzył więc je a jego oczom… ukazały się surowe pyrki w dodatku już puszczające korzonki! Daliśmy 10 złotych za dwa ziemniaki 😛 ugotowaliśmy więc je i nie, wcale nie były smaczne 😛

Parówki które tutaj noszą nazwę pølse. Skład w najlepszym razie to 50% mięsa. Biedni Norwegowie, podobno uwielbiają swoje polsenki a nie wiedzą, że prawdziwe parówki są sto razy smaczniejsze. Aczkolwiek N. nawet posmakowały te norweskie kiełbaski. M. ich nie może znieść, są dla niego za słone.

Żółty ser za pierwszym razem kupiliśmy go (jakżeby inaczej 😉 ) z First Price. Był jednak bez smaku. Po prostu plastry bez smaku. Myśleliśmy, że to kwestia tej taniej marki. Później jednak mieliśmy  okazję kupić okazyjnie „firmowy” ser, który również był bez smaku. No, może z lekką nutą „mleczności”. Dopiero drogi żółty ser jakoś smakował. Co prawda ledwo wyczuwalnie, ale zawsze to jakiś smak 😛 Na szczęście był przeceniony i to bardzo mocno (5 zł za 180 gramów), więc jego wątpliwe walory nie były tak bolesne 😛

Fiskekakery czyli coś w rodzaju rybnych placków albo raczej rybnych parówek w kształcie placków 😛 Są całkiem dobre i smaczne. A do tego niedrogie jak na Norwegię.

Fiskekaker
Fiskekakery w akcji

Rybne przetwory. Generalnie w Norwegii jest dość dużo rybnych produktów. Wspomniane wyżej fiskekaker, rybny pudding, rybne kulki (coś w rodzaju klusek, całkiem dobre), coś co wygląda jak babka tylko z masy rybnej. A do tego oczywiście wędzony łosoś czy kawałki łososia do smażenia, ale łosoś jest tak drogi, że omijamy stoisko z nim szerokim łukiem.

Mięso z renifera i łosia, a głównie kiełbasy, są popularne ale i bardzo drogie a w smaku przypominają po prostu dziczyznę. Wiemy, bo załapaliśmy się na darmową degustację 😀

Wszystko jest słodkie i niestety chyba nie ma na to sposobu. Prawie każdy produkt potrzebuje odrobiny cukru w składzie, ale staramy się zwracać uwagę, aby nie był chociaż na jednym z pierwszych miejsc. Inaczej możecie naciąć się na coś co jest słodkie, a nie powinno być (tak jak my z musztardą :P)

Mały wybór produktów – właściwie w każdym sklepie jest to samo. Różnią się na ogół tylko cenami, asortymentem w bardzo niewielkim stopniu. Zawsze jesteśmy w stanie coś sobie wybrać na obiad, zwłaszcza, kiedy już wiemy, czego się spodziewać. Początkowo spędzaliśmy w sklepie bardzo dużo czasu, chodząc między półkami i szukając czegoś, co by nas interesowało i nie zwalało z nóg ceną. W każdym razie wybór produktów jest ostatecznie dość niewielki.

co jeść w norwegii
U góry dwa obiadki (po lewej kulki rybne z frytkami i czerwoną kapustą), na dole drugie śniadanie w trasie

Mrożone pizze – chyba, że chcecie kupić mrożoną pizzę 😛 Norwegowie je uwielbiają i w sklepach jest zawsze spory wybór tych smakołyków 😉 Spróbowaliśmy i my. Chociaż do włoskiej pizzy się nie umywa (ach jak tęsknimy!) to była całkiem smaczna. Lepsza niż się spodziewaliśmy.

Przeceny Trzeba jednak przyznać, że przeceny w Norwegii bywają naprawdę atrakcyjne. Przeważnie 50% lub 40% obniżki sprawiają, że można nabyć sporo fajnych artykułów (a ich data kończy się dopiero nawet i za kilka dni). Dzięki temu kupiliśmy już między innymi: ser, mleko, jogurty, pyszne mięso w marynacie, naleśniki 😛

Trzeba jednak pamiętać, że nawet po 50% przecenie dany towar jest z reguły sporo (czasem i dwukrotnie!) droższy niźli byłby bez przeceny w Polsce. Ot, takie uroki kraju fiordów…

słodycze skandynawia
Cukierki na wagę

Po spędzeniu trochę czasu w Norwegii udaje nam się już nieźle lawirować pomiędzy tutejszymi półkami sklepowymi i dobrze zaopatrzyć nasz koszyk zakupowy. Czasem kupimy sobie kawałek arbuza, czasem chipsy albo frytki 😀 czasem paczkę nektarynek, jajka czy słoiczek oliwek, mamy też w naszej spiżarni ketchup, majonez i musztardę. Kiedy już człowiek pogodzi się z norweską rzeczywistością, trochę łatwiej jest znieść te szalone ceny. Jednak tutejsze specjały raczej nie będą należały do tych za którymi tęsknimy, opuszczając dany kraj.

Mimo wszystko żywimy się naprawdę nieźle. Jako potwierdzenie możemy dodać, że na razie zjedliśmy tylko dwie zupki chińskie z naszego zapasu przeznaczonego na Skandynawię 😛 I to tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni a prawdziwy obiad (składający się z pieczeni! :P) zjedliśmy później 😉

Ale szczerze mówiąc Norwegia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie warto przywieźć ze sobą własne jedzenie 😉

Przeczytaj też wpis o 20 najlepszych potrawach jakie jedliśmy na wyprawie!

Natalia i Mikołaj

 

 

 

 

 

Norwegia – pierwsze wrażenia w 12 punktach

Norwegia jest ostatnim krajem na naszej aktualnej trasie. Ostrzyliśmy sobie na nią zęby, chociaż nie raz mieliśmy ochotę odpuścić (zwłaszcza N.). Czy jednak było warto, prawie po roku, dotrzeć aż tu? Na tę północ Europy?

Pierwsze wrażenia wskazują na to, że zdecydowanie tak. Oto, co możemy powiedzieć po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych w tym Skandynawskim Kraju Trolli.

Norwegia rowerem

1. Piękna pogoda. Podczas, gdy Polskę zalewały dzień w dzień strugi deszczu, w Norwegii słońce grzało z siłą 30 stopni. Czasem upał był aż nie do wytrzymania. Nawet, w pewnym momencie, powietrze przestało być chłodne.

Ale to oczywiście jakaś anomalia, sami Norwedzy są zaskoczeni tegorocznym latem. Zdarzyło nam się, że pogoda się nagle załamała i zlał nas deszcz (a wiatr chciał wywrócić), chmurzyło się i ogólnie ochłodziło, ale póki co można to potraktować jako wypadek przy pracy. Oby tak dalej, bo wystarczyła chwila gorszej pogody, by zdać sobie sprawę, że dwóch miesięcy przy takiej aurze nie znieślibyśmy (zwłaszcza N.)

Nnorwegia piękne miejsca

2. Przecudownie niesamowite widoki. A to dopiero początek. Przed nami dopiero najpiękniejsze miejsca – fiordy, a my już jesteśmy zachwyceni norweską przyrodą. Okoliczności są w zasadzie nie do opisania. Wysokie góry, skały, lasy, jeziora, rzeki, wodospady (tylu wodospadów ile tu widujemy jednego dnia nie widzieliśmy chyba przez całe życie),  płaskowyże, morze. Przepięknie jest. Właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli wyjść z zachwytu nad norweską przyrodą. W innych krajach, w których byliśmy, nie ma tak bardzo nagromadzonego piękna.

Norwgia co zobaczyć

3. Kiepskie jedzenie. Jedzeniu poświęcimy osobny wpis. Koniecznie 😛 ale a tę chwilę możemy Wam już zdradzić, że kuchnia norweska nie zostanie naszą ulubioną. To co w innych krajach jest słodkie tu jest słone, a to co powinno być słone – jest słodkie 😉

4. Kosmiczne ceny. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo. Ale nie aż tak! Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy przyprawił nas prawie o łzy. Co więcej – później się okazało, że to i tak najtańszy sklep w Norwegii i całkiem dobrze wyposażony (sieć Kiwi). Jest mniej więcej 10 razy drożej niż Polsce. Przykładowo chleb, jeśli akurat nie mamy pod ręką sklepu Kiwi i najtańszego chleba za 3,5 zł (w typie angielki) to możemy być skazani na bochenek o wartości od 20 do 30 zł.

Noclegi pod dachem kosztują jakieś 200 zł, no chyba, że trafi się jakaś wyjątkowa okazja (na razie trafiła się raz w Oslo i raz na kempingu, gdzie wzięliśmy chatkę za 350 NOK).

5. Kempingi. Wygląda na to, że standardem na kempingu jest kuchnia wyposażona przynajmniej w palnik elektryczny, na którym można sobie zagrzać jedzenie albo wodę. Często jest też lodówka, co dla nas bywa wybawieniem (a zwłaszcza dla naszego podgotowanego upalnym, norweskim słońcem, jedzenia). Czasem jednak palniki czy piekarnik są dodatkowo płatne. Czasem też zdarza się, że nie ma WiFi.

Za to prysznice prawie zawsze są płatne. Z reguły jest to 10 – 20 koron za 5 minut, czyli jakieś 5 – 10 zł.

Same kempingi kosztują około 100 zł. Za namiot i dwie osoby.

kamping w norwegii
Po lewej kamping w kotlinie, po środku hytta (domek kampingowy) i po lewej część jej wnętrza

6. Norwegowie. Podobno normalnym jest, że Norweg przejdzie koło swojego znajomego na ulicy i nie powie mu nawet „cześć”. Ciężko powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest, ale na kempingach można zaobserwować, że ludzie dużo rzadziej się ze sobą witają, niż w południowej części Europy. Po prostu, wchodząc na przykład do toalety, słowem się nie odezwą. Ale, z drugiej strony, słychać też „hej, hej” (czyli norweskie „cześć” :D) więc nie jest tak, że wszyscy są mrukliwymi gburami. No, chyba, że to obcokrajowcy się witają 😀

Podobno też Norwegowie unikają trudnych sytuacji, trudnych rozmów i w ogóle wolą święty spokój. Trochę by to potwierdzało pewne zachowanie, które zaobserwowaliśmy. Pod sklepem, gdy zajęliśmy rowerami miejsce przy krawężniku (i przy latarni, żeby się przypiąć), więc staliśmy minimalnie na miejscu dla samochodów, nikt tam nie zaparkował. W innych krajach nie mają z tym problemu, nawet podjeżdżają za blisko, a tutaj nie. Widzieli nas i chociaż swobodnie by wjechali, to woleli pojechać miejsce dalej. To było interesujące. I miłe.

Z drugiej strony czasem nas ktoś zagadnie i chce z nami pogadać, co więcej, czasem mam wrażenie, że nie do końca czują, że akurat przeszkadzają, bo my właśnie ruszamy, albo rozmawiamy między sobą 😉

7. Kierowcy. Wcale nie jeżdżą tak idealnie, jak można by się tego spodziewać.  Nie jest też źle, ale zdarza się, że wyprzedzają stanowczo za blisko. I to by miało pokrycie w tym, co czytałam, że Norwegowie źle jeżdżą.

8. Tunele. Norwegia to kraj tuneli. N. ich nie cierpi i boi się, ten huk przejeżdżających i nadjeżdżających aut jest przerażający. Na szczęście często dla rowerów są objazdy. I to nie biegnące gdzieś dziesiątki metrów wyżej, tylko po płaskim terenie, starą drogą, przy tunelu. Czasem wiodącą przez stare, nieużywane tunele. Tak, to można jeździć 🙂

9. Owce. W Norwegii owce mają takie psie pyszczki 😉 Wyglądają bardzo przytulaśnie, ale one od tulenia wolą… lizać samochody! 😀 właściwie to nie wiemy, co te owce dokładnie robią, ale uwielbiają zbierać się w skupiska przy zaparkowanych autach i .. wsadzać pyszczki w okolice kół. Skubią opony, liżą je… ciężko stwierdzić 😉 ale widok jest interesujący  😛

Norwegia owce

10. Wolnostojące ławeczki i toalety. Bardzo dużo jest miejsc „pikniowych”, gdzie można usiąść przy stoliku i zjeść drugie śniadanie z jakimś zapierającym dech widokiem 🙂 A do tego jest bardzo duża szansa, że gdzieś w pobliżu czeka już na nas toaleta. Nie toi toi, tylko chatka z kibelkiem i spłuczką, papierem toaletowy oraz umywalką i mydłem. Czasem z żelem antybakteryjnym.

Norwegia na dziko
Po prawej – toaleta, po lewej ławeczki dla strudzonych

11. Domki norweskie. Jadąc przez Norwegię często obserwowaliśmy, że dachy domów pokryte są trawą (!) a same domy często budowane są z węższym dołem i szerszą górą. Czasami stoją na kamieniach (nie na fundamentach) albo schody są dostawione z ułożonych na kupkę kamieni. Czad 😉

Trawa na dachach ma służyć termoizolacji (i rzeczywiście, gdy w upalny dzień weszliśmy do czarnego (!) domku z taką trawą na dachu, było w nim odczuwalnie chłodniej. Natomiast o tym drugim typie domów jeszcze nie znalazłam jeszcze informacji.

norweskie domki
Domku z trawą i na chudych „nóżkach”

  1. Stavkirke czyli klepkowe kościoły, które są tak popularne w Skandynawii. Póki co nie widzieliśmy jeszcze takiego, który by zrobił na nas wrażenie. Te, które mieliśmy na drodze nie wyglądały według nas szczególnie interesująco i nie wiemy, czemu budziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Chcieliśmy jednak wejść do jednego, żeby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Wejście jednak kosztowało 50 NOK, czyli 25 zł. Więc podziękowaliśmy. A przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo wnętrze kościoła było oddzielone od szyb drewnianymi ścianami :O

stavkirke norwegia.jpg
Kościoły klepkowe w Norwegii

Na razie Norwegia codziennie nas czymś zaskakuje i oszałamia widokami 🙂 Póki co, przemierzamy ją dalej 🙂

Przypomnij sobie inny kraj Skandynawski – Szwecję!  Albo Danię 🙂

Natalia i Mikołaj

Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Po Szwecji spodziewaliśmy się górzystego terenu, złej pogody, zawrotnych cen w sklepach i super ekologicznego podejścia do życia. Ostatecznie jednak możemy powiedzieć, że ten kraj nie spełnił naszych oczekiwań 😉

Podobno Szwecja to takie miejsce na mapie świata, w którym się nic nie dzieje. Ludzie są samotni, zdystansowani, zamknięci w sobie. Nawet znajomi, wracający ze sobą w jednym przedziale pociągowym z pracy, nie rozmawiają ze sobą. Wolą się zaszyć w swoich pięknie urządzonych, meblami z Ikei domach i jeść szwedzkie kotleciki. Czy faktycznie tak jest?

  1. Szwedzi. Nie próbowaliśmy się zaprzyjaźniać ze Szwedami, więc ciężko powiedzieć czy rzeczywiście stronią od bliższych kontaktów, ale te spotkania, których doświadczaliśmy nie wskazywały na to, żeby Skandynawowie na myśl o interakcji z innymi uciekali z ich pola widzenia.

Niektórzy nam machali, uśmiechali się. Czasem ktoś zagadnął. W sklepie wszyscy mili i życzliwi (niby tak powinno być, ale to nie standard ani norma). A gospodyni domku w którym mieszkaliśmy była nawet aż za bardzo gadatliwa 😉 no ale ona miała męża Amerykanina, to nie do końca była taką prawdziwą Szwedką 😉

Szwedzki znak
Szwedzi mają na pewno poczucie humoru. Znak głosi: uwaga na dzikie dzieci, zwierzęta domowe, szalonych starców i zdezorientowane żony

2. Pogoda. Szwecję przemierzaliśmy z Goetheborga  do Jonkoping a potem na północny zachód. Przez większość tego czasu mieliśmy przepiękną pogodę. Wręcz upał. Ostatecznie ja doprowadziłam swoje plecy do poparzeń a M. dostał na nogach uczulenia na słońce 😉 Oczywiście były też dni gorsze, pochmurne, nieco deszczowe (ze dwa), ale chyba mieliśmy bardzo dużo szczęścia.

Nie wystarczyło go jednak w kwestii wiatrowej. Prawie codziennie walczyliśmy z wiatrem.

Szwecja pogoda
Taką pogodę mieliśmy w Szwecji

3. Okoliczności przyrody. Okazało się, że na naszej szwedzkiej trasie nie ma gór 😛 było nieco pagórków, ale żadne nie stanowiły większego wyzwania (całe szczęście). Oprócz tego oczywiście lasy urozmaicone skałkami wystającymi z ziemi. Czasem mniejszymi, czasem większymi. No i jeziora. Wielkie jak Vanern, które jest wielkości dwóch Luksemburgów i drugie największe w Europie, ale też malutkie jeziorka i rozlewiska. Może nie są to widoki na skalę światową, ale bywają bardzo, bardzo ładne.

przyroda w Szwecji
Przyroda w Szwecji

4. Szwedzkie domy. Czy w Szwedzkim mieszkaniu wszystko jest z Ikei? 😀 Tak! A tak serio to nie wszystko, ale sporo rzeczy. Co się jednak dziwić. Szwedzi też potrafią liczyć. W Ikei ceny są przystępne, rzeczy funkcjonalne i  niektóre nawet ładne.  Szwedzi podobno lubią ładnie mieszkać. Nam przyszło być w trzech kwaterach.

Jedna to było mieszkanie u młodego Hindusa, chyba wynajmowane. Urządzone zwyczajnie, bez zbędnych dodatków upiększających przestrzeń. Kuchnia jednak pełna była różnych kuchennych akcesoriów. No i hinduskich przypraw. A w lodówce znaleźliśmy rybę w sosie indyjskim. Pyszne i na pewno nie szwedzkie jedzenie 😛

Drugie mieszkanie było fantastyczne. Był to typowy, czerwony, szwedzki domek nad rzeką, w małym miasteczku. W domku prawie wszystko było białe lub brązowe (kanapy, fotele), do tego właściciele wyjątkowo dbali o czystość a bardzo ładne dodatki stwarzały naprawdę przytulny i przyjemny klimat całego mieszkania.

Trzecia kwatera to było już coś w rodzaju hostelu. Wnętrze budynku i pokoje były w drewnie, ozdobione drewnianymi dodatkami i klimatycznymi zdjęciami. Tutaj jednak Ikea chyba nie dotarła, był to środek pustkowia z Czechem jako gospodarzem! 😀

szwecja do
Szwedzkie domki ale i blokowiska w Goetheborgu

5. Czarne rolety. W szwedzkich oknach często mogliśmy zauważyć czarne rolety. Początkowo bardzo się dziwiliśmy, zwłaszcza, że w naszym domku też takie były. Nagrzewały się strasznie i zastanawialiśmy się po co coś takiego montować. Czy po to, aby łapać każdy promień słońca zimą? Ale okazało się (gdzieś wyczytałam), że to po to, aby zaciemnić pokój podczas białych nocy.

6. Brak zasłon w okna. Podobno Skandynawowie nie zasłaniają okien, bo nie mają nic do ukrycia, i rzeczywiście w większości jest to prawda, ale nie reguła. Przeważnie rzeczywiście mamy tylko podwinięte rolety lub odsłonięte zasłony. Raczej nie uświadczymy firanek.

Ale na parapetach często stoją wysokie kwiaty, ozdoby. Możemy jednak spotkać też i przeszklone werandy, wysokie okna z których doskonale widać salon domu (i zawsze w środku jest bardzo ładnie).

7. Białe noce. A jeśli już o nich mowa. Słońce zaczęło zachodzić po 22 ale ciemno się chyba nie robiło już wcale. Szarówka była zarówno o 2 w nocy jak i o 4 nad ranem.  Niesamowite zjawisko i bardzo fajne. Oczywiście nie ma nic za darmo i Skandynawowie płacą za tak długi dzień kilkoma godzinami światła zimą. W namiocie chodzenie spać, kiedy jest tak jasno, może stanowić pewne wyzwanie (aczkolwiek my i tak zawsze jesteśmy tak padnięci, że zasypiamy bez problemu), natomiast w domu zaciąga się grube lub ciemne zasłony i zaciemnia mieszkanie.

Białe noce
Zdjęcie zrobione po godzinie 23

 

 

8. Ceny. Dla kogoś, kto jedzie do Szwecji prosto z Polski ceny wydadzą się wysokie. Jednak my, przyjeżdżając tutaj z drogich krajów, nie odczuliśmy, aby było szokująco drogo. Owszem, były produkty w bardzo wysokich cenach (np. na mięso przestaliśmy praktycznie zwracać uwagę), ale i takie, które wrzucaliśmy do koszyka bez wahania, chociażby pastę kawiorową (50% kawioru i 23% serka śmietankowego), w cenie 8 złotych (po przeliczeniu) za 250 gramów.

Ogólnie sklepowe ceny w Szwecji są zbliżone do tych w strefie Euro. Może nie jest aż tanio jak w Niemczech, ale na pewno nie drożej niż we Francji czy Włoszech. I na pewno znacznie taniej niż w Belgii 😛

Szwecja ceny
U góry: zupa grochowa, fasolka z karmelem (sic!), pudding ryżowy, na dole pasta kawiorowa i wielki ser

9. Sklepy. Chyba nie było dnia, żebyśmy musieli martwić się, czy na naszej trasie jest sklep. Znajdowały się w każdym miasteczku. Być może na północy jest trochę gorzej (już na zachód zrobiło się pustkowie), ale tam gdzie my byliśmy, zakupy nie stanowiły problemu. Było też dużo Lidli, w których ceny były wyjątkowo dobre a asortyment szeroki.

W sklepach nie znajdziemy też małego kawałka sera (400 gramów najmniej) czy małego jogurtu (litr najmniej). Ale o ile ser jest dość zwyczajny, o tyle jogurty mają pyszne i mogą konkurować z Grekami! Serio 🙂

10. Napoje. Ale dostępność sklepów nie oznaczała, że będzie co pić. W Szwecji co prawda jest bardzo duży wybór napojów, które stoją w kartonach i wyglądają jak soki. Ale to raczej kiepska podróba Tymbarku. Nie są złe, ale wszystkie podobnie smakują – słodko – kwaśno.

Mamy też spory wybór gazowanych napojów, bardzo słodkich. Naszymi faworytami został imbirowy Schwepps i Trocadero, napój podobny w smaku do energetyka, ale bez tauryny za to z niewielką dawką kofeiny.

11. Słodycze. Podobno wizytówką Szwecji są bułeczki cynamonowe. Jeśli tak, to marna ta wizytówka. Szwedzi powinni się nauczyć je robić od Holendrów albo Niemców. Szwedzkie ciasto jest… ciastowate 😛 mączne jak nieświeża drożdżówka. A jedliśmy różne, z różnych miejsc, zawsze świeże, więc to nie tak, że mieliśmy pecha.

Za to trafiliśmy na pyszne ciasto Brownie. I na czekolady z migdałami i dodatkiem pomarańczy oraz mięty (dwie różne). No i na ciastka z budyniem i dżemem porzeczkowym oraz ciastka z kardamonem– mniam!

Szwecja słodycze
U góry cukierki, po prawej na dole słodkie bułeczki, po lewej słodko słone przekąski

12. Lukrecja. W Szwecji prawie w każdym sklepie możemy znaleźć ścianę cukierków. Wszystkie są na wagę w tej samej cenie (jakieś 80 koron, czyli 8 euro za kilogram), można więc dowolnie mieszać i próbować wszystkiego po trochu. Ale trzeba mieć się bardzo na baczności, bo Szwedzi potrafią dodać do wszystkiego lukrecję. Co więcej, również lukrecję w słonej odmianie, czyli salmiakki. Nie sposób opisać tych dwóch smaków. Ale możecie natknąć się na nie wszędzie. Cukierek lukrecjowy obtoczony w dużej kulce soli, kawałek salmiakki do ssania, guma ze słoną lukrecją, lody, guma do żucia, czekolada. No cokolwiek zechcecie i wymyślicie na pewno już tu jest. Słono – owocowe smaki również. Znajdą się też pikantne, pieprzowe cukierki. Smaki tylko dla odważnych 😛

13. Chleb. Chleby w Szwecji nie wyglądają zbyt apetycznie, ale da się kupić przyzwoitą bagietkę za 10 – 16 koron, czyli 1 – 1,6 euro. Jednak chcąc kupić chleb „długotrwały”, trzeba uważać, żeby nie naciąć się na słodki; z miodem czy jabłkiem (no, chyba, że o taki Wam chodzi). Wystarczające jest to, że chyba każdy tego typu chleb jest słodkawy, więc dodatkowo słodzony będzie jak słodka bułka. Niesłodzony przypomina żulika. Ma nawet podobną konsystencję.

14. Pieczywo waza. Jest wszędzie. Tak jak we Włoszech w sklepach znajdziemy długie metry półek z makaronami tak w Szwecji znajdziemy tyleż samo pieczywa chrupkiego typu Waza. Duże, małe, okrągłe, trójkątne, podłużne i kwadratowe. Z ziarnem i bez, wszystkie odmiany świata 😉 Ale smakuje tak samo jak w Polsce.

szwedzkie kruche pieczywo
Szwedzkie kruche pieczywo

15. Kierowcy i drogi. Drogi w Szwecji są doskonałe, niestety część z nich, będąc czymś w rodzaju ekspresówek jest poogradzana metalowymi linami. Po to, żeby  kierowcy się nie wyprzedzali. Może to i rozsądne, ale pobocze pozostawiono bardzo wąskie, co stwarzało nam duży dyskomfort. Szwedzi wyprzedzali nas często niewiele zwalniając (a dozwolone było 100 lub 90 km/h na tych drogach). I o ile auta osobowe chociaż trochę miały miejsca, żeby nas wyminąć, to już ich przyczepy kempingowe, camping cary oraz ciężarówki – nie. Nie przeszkadzało im to, żeby przejeżdżać obok nas bez zdejmowania nogi z gazu.

16. Ścieżki rowerowe. W Szwecji drogi rowerowe istnieją, są lepsze albo gorsze, czasem szutrowe. Ale niestety kompletnie nieoznaczone, więc często nie wiadomo dokąd taka ścieżka prowadzi, czasem odbijają od szosy gdzieś w pole, czasem są ogrodzone  i nie ma jak z nich zjechać, gdy zorientujemy się, że zaraz nas gdzieś wyprowadzą.

17. Ekologia. Czy Szwecja kojarzy się Wam się z ekologią? Nam tak się właśnie kojarzyła. I rzeczywiście w sklepach mnóstwo ekoproduktów, Szwedzi podobno mają za mało śmieci (!), przetwarzają 97% tego, co trafia na wysypiska, jeśli znajdziemy wreszcie śmietniki to oczywiście będą one stały trójkami lub innymi liczbami, podzielone na różne rodzaje śmieci (papier, plastik, szkło, metal, bio), w naszym szwedzkim domku było pięć koszy na śmieci. Mamy też automaty, jak w Danii, do których wrzucamy butelki lub puszki i otrzymujemy 1 – 2 korony (w zależności od pojemności butelki) na zakupy w sklepie, przy którym stoi automat (ale możemy też wymienić kwitek na gotówkę).

A jednak w Szwecji dużo śmieci leży na ulicy, w rowach, w lasach. Przebywając wśród ludzi nie odnosi się wrażenia, by byli maniakami sortowania czy ekopostawy w ogóle 😉

18. Pociągi szwedzkie. Z przykrością stwierdzamy, że w większości przypadków szwedzkie pociągi nie przewożą rowerów. Wózki inwalidzkie, wózki dziecięce, specjale wagony dla zwierząt – tak. Ale rowery nie. Jest tylko jeden przewoźnik, który to robi i niestety nie jeździ po całym kraju (nazywa się Vastrafik). Nie zmienia to jednak faktu, że pociągi szwedzkie są nowoczesne i szerokie (5 foteli w jednym rzędzie). Automaty do kupowania biletów są bardzo nieczytelne, napisy znajdziemy tylko po szwedzku a na koniec okazuje się, że i tak są tylko dla posiadaczy miejskiej karty komunikacyjnej. Możemy więc bilet kupić albo online albo u konduktora, bo kasy na dworcach są rzadkością (o ile w ogóle  istnieją – my nie widzieliśmy żadnej).

19. Amerykańskie auta. Szwedzi kochają Cadillaki, Pontiaki, Dodge, Buicki, Bonneville i wszystko inne co ma cztery koła i pochodzi z Ameryki 😀 Nie wiemy za bardzo dlaczego tak jest (podobno w latach 80 był dobry kurs korony szwedzkiej, więc Szwedzi posprowadzali samochody), ale nadaje to pewnego kolorytu. Jeżdżą te wielkie, powolne auta po drogach, czasem ciągnąc za sobą retro przyczepkę kempingową. W środku siedzi albo szwedzka młodzież udająca trochę punków, trochę dzieci kwiaty, albo podstarzałe gwiazdy rocka 😉 Koszulka na ramiączka, długa siwa broda i wąs, kobiety w szerokich sukniach lub luźnych koszulach 😉 Warczą te auciska jak startujący odrzutowiec  i kopcą okropnie, a niby tak eko 😛

Szwecja auta
Amerykańskie auta w Szwecji

 

20. Kempingi. Szwedzi uwielbiają przebywać na słońcu. Zresztą chyba nie ma się co dziwić. Na ulicach mnóstwo samochodów ciągnących za sobą przyczepki kempingowe, na kempingach ledwo skończył się rok szkolny – pełne obłożenie.

Podsumowanie

Podsumowując –  podobało nam się w Szwecji. Pogoda bardzo dopisała, okoliczności przyrody również były umilały nam pobyt w tym kraju. Szwecja raczej nie może konkurować widokami z południem Europy, w dodatku, moim zdaniem mając do wyboru Szwecję a Mazury, można spokojnie zostać na Mazurach. Na uwagę jednak zasługuje wybrzeże szkierowe – skałki wystające z morza.  Trochę takie miniaturowe wybrzeże Chorwacji 😛

Mimo, iż widoki nie powaliły nas na kolana, to będziemy dobrze wspominać podróż przez ten kraj 🙂 No i dodatkowym atutem jest trochę inny asortyment spożywczy niż w znanej nam Europie, możemy popróbować nowych smaków (smaków (i to nie tylko słonej lukrecji) 🙂

Szwecja widoki(1).jpg
Szwecja

Natalia i Mikołaj

W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

Dania była kolejnym krajem, który nie poruszył naszych serc (tak jak Belgia: przeczytaj 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii, i Luksemburg – 8 pytań, które chcecie zadać jego temat), ale za to bardzo poruszył nasze portfele 😉

Zanim ułożyliśmy trasę na każdy z krajów, szukaliśmy dokładnie miejsc, które są warte uwagi. Jakichś atrakcji, czy to przyrodniczych czy kulturowych, każdą oznaczając cyfrą charakteryzującą jej atrakcyjność. Wszystkie punkty dla Danii miały (najniższy w naszej skali) numerek 3 (ładna plaża, zamek, wydmy itp.), więc pociągnęliśmy drogę prosto na północ, pomijając miejsca, które nas nieszczególnie interesowały, do promu mającego zawieźć nas do Szwecji.

Może, gdyby podczas naszej drogi przez ten kraj okazało się, że jest tu na tyle zachęcająco, że warto zostać dłużej i odbić gdzieś w bok, to Danię zwiedzilibyśmy bardziej. Tak się jednak nie stało i „przelecieliśmy ją” w cztery dni.

Ale były to dni pełne spostrzeżeń 😉

1.Upały. Albo trafiliśmy na prawdziwy środek lata w Skandynawii (czasem trzeba mieć szczęście do pogody 😉 przeczytaj podsumowanie I etapu wyprawy) albo klimat zmienia się tak bardzo, że wystąpiły jakieś anomalie pogodowe. Efekt był jednak taki, że mieliśmy 30 stopniowe upały, ciepłe wieczory i bardzo ciepłe poranki. Spaliliśmy się, jakbyśmy byli na południu! 😀

Dania wycieczka

2.Białe noce. Coś fantastycznego! 🙂 O godzinie 23 dopiero się ściemnia. Można spokojnie chodzić po dworze bez światła. W namiocie jest jasno prawie jak w dzień 😛

księżyc w danii
Wschód księżyca

3. Drożyzna. Szalone ceny w sklepach, nawet w Lidlu. Niby byliśmy na nie przygotowani, ale co innego zdawać sobie z czegoś sprawę a co innego stanąć z tym oko w oko 😉 W związku z tym wchodząc do sklepu, nawet na głodniaka, szybko nam się odechciewało jeść 😛 Po przeliczeniu wyglądało to mniej więcej tak: Bagietka 10 zł, chleb 12 zł, jedna bułka 3 zł, 1 banan 1,5 zł, czekolada 200 gramów – 14 zł, domek na kempingu na jedną noc – 600 zł (w standardzie, za który wcześniej płaciliśmy góra 160 zł).

Za to pół kilo pysznego wątróbkowego pasztetu 5 zł 😀

Ale znaleźliśmy sieć sklepów, gdzie ceny były do przełknięcia (co nie znaczy, że tanio). Gdybyście byli więc kiedyś w Danii to zaopatrujcie się w marketach Rema 1000. Ich wadą jest bardzo słaby wybór napojów – w zasadzie spoza stajni Coca Coli daje się pić tylko soki (polecamy Multifrugt), a ceny to ok 5 zł za litr (przy zakupie w 1,5-2 litrowych butelkach)

4. Kempingi. Kempingi w Danii są w cenach duńskich. Czyli tak 30 euro lekką ręką kosztują, czasem więcej. Co prawda dwa, na których spaliśmy, oferowały kuchnię do dyspozycji gości (mikrofale, płyty grzewcze). W jednym z nich powiedzieli nam, że możemy korzystać z niej za darmo (wow, serio? Przecież to standard na zachodzie), ale w drugiej okazało się, że wszystko jest  płatne (aha). Nawet ciepła woda w prysznicu. W takiej cenie to trochę przesada. Standard tych kempingów był zwyczajny. Nie było brudno, czy jakoś obskurnie, ale nie było też fajerwerków. A same pola namiotowe słabe. Zwykły kawałek trawy, bez cienia, bez ławek, przeważnie daleko od toalet. Słabizna. A cena za drugi (ten z płatną wodą i wszystkim) wyszła nam łącznie 41 dolarów (sic! Aha, bo płacimy tu kartą dolarową – najlepszy przelicznik) i to mimo, że nie korzystaliśmy z żadnych płatnych dodatków poza prysznicem.

Dania widoki
Piękna Dania 😛

5. Noc pod dachem. Trzecią noc spędziliśmy już pod dachem, który kosztował nas 20 euro. Więc wybór pomiędzy kempingiem a domem był oczywisty. Co prawda mieszkanie jeszcze nie było wykończone (pusty salon, puste pokoje), ale oferowało w pełni użytkowy aneks kuchenny, łazienkę, łóżko, a z ogrodu przyciągnęliśmy krzesła 😛 Gorzej, że drzwi się nie zamykały (zginął klucz, zepsuł się zamek? Nie wiem).

A kiedy się położyliśmy spać, to koło północy/pierwszej w nocy obudziły nas dźwięki czyjejś obecności w domu. Pierwszy zerwał się M., który wybiegł z sypialni a do mnie dotarło chwilę później co się dzieje. Usłyszałam tylko, jak M. wyprasza gościa. Okazało się, że to był ktoś, kto, jak powiedział, czasem tu sypia :O nic nam o tym nie powiedziano, ba, nawet poinformowano nas, że mieszkanie jest do naszej dyspozycji. Bardzo to było dziwne. Rzeczywiście w domu były ślady przebywania tu innej osoby, ale sądziliśmy, że to miejsce syna właścicieli. Szczoteczki do zębów w łazience, szampon, żel pod prysznic, jakiś materac w drugim pokoju i skołtuniona pościel (swoją drogą takie rzeczy się sprząta albo zamyka przed gośćmi, no ale okej 😉 ). W każdym razie wszystkie nasze rzeczy zebraliśmy do sypialni a pod drzwiami ustawiliśmy krzesło, przynajmniej w ramach wczesnego systemu ostrzegawczego. Nie wiemy jednak co tu się ostatecznie zadziało i czy ten ktoś miał prawo tu być. Faktem jednak jest, że zdarzenie było okropne i bardzo stresujące. Później już ta noc raczej nie należała do dobrze przespanych.

6. Wiatr. W Danii wieje jak szalone i zawsze z północy. A przynajmniej, kiedy my tam byliśmy, więc każdy dzień, to była walka z wiatrem. Jeśli nie cały dzień, to chociaż jakaś jego część.

7. Duńczycy źle się ubierają. Lubię obserwować jak ubierają się ludzie w danym kraju. Tak jak na Bałkanach (zwłaszcza w miastach) zaskoczyło mnie, że ludzie ubierają się dokładnie w stylu Europy Zachodniej (dżinsy, spódnice, kolorowe koszule – również mężczyźni, wszystko dopasowane do siebie, wyglądało co najmniej dobrze) i tak jak we Włoszech praktycznie wszyscy (a zwłaszcza mężczyźni) mają szaloną stylówę – klasa! tak tutaj nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo źle się ubierają Duńczycy. W zasadzie wszyscy. Czytałam gdzieś, że Dunki wolą się ubrać wygodnie niż elegancko, ale naprawdę spodnie w kocie łebki (!) i t-shirt w szare esy-floresy nie do końca do siebie pasują. Lub suknia królowej elfów i leginsy 😉 Nie żebym była jakąś modową wyrocznią, ale no… czasami się zastanawiałam, co kierowało tym człowiekiem danego dnia rano 😉

Dania podróż rowerowa
Wiszące nad ulicą buty w jednym z miasteczek

8. Język. Chociaż duńskiego nie byliśmy w stanie rozszyfrować, to wszyscy Duńczycy mówią co najmniej poprawnie po angielsku. A większość wręcz doskonale. To akurat jest tutaj super.

9. Maszyny do zwrotu butelek. To pojawiło się już w Holandii i Niemczech. Maszyna przyjmuje butelki i puszki (czasem z tego samego sklepu, czasem z innego), które zabiera w celu recyklingu, a oddaje paragon na podstawie którego otrzymujemy w sklepie zniżkę na dowolne zakupy. Ale tylko w tym sklepie, w którym zdaliśmy butelki. Jak przy kasie zapomnimy o tym kwitku, to kaplica 😉

Jedna butelka to przeważnie 25 eurocentów lub 3 DKK.

Generalnie Dania nie zaoferowała nam nic wartego powrotu. Ani jedzenia, ani picia, ani cen. No, może pogodę 😀

Natalia i Mikołaj

p.s napis na zdjęciu tytułowym Boring, to nazwa miasteczka w Danii ale też po angielsku znaczy nudny, znudzony, tak jak my w tym kraju 😀

 

Dodatkowe źródło: https://rzucijedz.pl/ciekawostki-ze-swiata/376-dania-ciekawostki

Niemcy w 10 punktach, czyli czym Cię może zaskoczyć Twój sąsiad

Z czym kojarzą Wam się Niemcy? Z Angelą Merkel? Dobrymi samochodami, piwem, kiełbaskami i imprezą Oktober Fest?

Jeśli tylko z tym, to spróbujemy Wam odczarować naszych sąsiadów, bo chyba są niedoceniani lub przeceniani 😉

Niemcy andernach
Proszę, jak kolorowo w tych Niemczech

1.Tanio! Tak 😛 Po palpitacjach serca, jakie przeżywaliśmy w poprzednich krajach i przy których Francja, jednak dość droga, wydawała nam się tania, w Niemczech jest raj cenowy 😛 właściwie większość produktów kosztuje tyle, co w Polsce, z jakimiś drobnymi różnicami. Również noclegi pod dachem można znaleźć w normalnych cenach (do 50 euro przeważnie jest niezły wybór).

2. Dobre jedzenie i picie. Zdziwieni? W Niemczech jest spory wybór różnego rodzaju produktów. Nie tylko niemieckich ale też z innych rynków (jak buraczkowy humus! Pycha). Jednak przede wszystkim zachwycaliśmy się wędzoną leberką czyli wątrobianką, której nigdzie indziej nie dostaniecie tak pysznej, oraz apfelschorlem, czyli napojem jabłkowym. Niby nic, pomyślicie, jabłkowe picie. A jednak. Niemieckie schorle są pyszne, lekko gazowane. Nigdzie indziej napoje jabłkowe nie smakują tak dobrze.

3. Piękne rejony Doliny Mozeli. Wzgórza pełne winnic, pomiędzy którymi wystają skały, czasem na szczycie górek stoi zamek a pod nim kolorowe, ładne, pełne uroku miasteczko. A wszystko to odbija się w lustrze wijącej się rzeki Mozeli. Brzmi nieźle? W rzeczywistości jest naprawdę prześlicznie! 🙂 No i nigdy nie sądziłam, że w Niemczech są takie winne rejony.

Niemcy Mozela
Dolina Mozeli

4. Najwyższy gejzer świata. Taki z zimną wodą. Znajduje się właśnie tutaj, w Niemczech, w mieście Andernach. Strumień sięga aż na 60 metrów w górę i to naprawdę fajne widowisko. Woda zaczyna powoli bulgotać w czymś w rodzaju kotła, aż z bulgotania robi się coraz wyższa fontanna, która ostatecznie sięga właśnie 60 metrów. Woda tryska i chlapie, płynie chodnikiem i można się nieźle zmoczyć 😉

Gejzer w Niemczech, Andernach
Erupcja gejzeru

5. Niemieckie drogi wcale nie są najlepsze. Tak! Obalamy mit, jakoby w Niemczech szosy były idealne. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że nie są. Jest różnie, od świetnych „dywaników”, przez lekko wyboiste szosy aż do totalnie dziurawych, źle połatanych dróg. To samo tyczy się ścieżek rowerowych. Niektóre są poprowadzone mądrze i dobrze, na przykład będąc pasem wzdłuż ulicy, ale inne są brukowane kostką (więc telepią niemiłosiernie) lub bardzo wyboiste z kiepską nawierzchnią. Często też poprowadzone są kompletnie bezsensu, robią jakieś labirynty i ósemki, zamiast iść po prostu równo z drogą.

Jedna z nich wiodła nawet środkiem strefy pieszej, gdzie jazda na rowerze była zabroniona.

Niemcy drogi.jpg
U góry po lewej, N. wykończona jazdą pod wiatr i fatalną nawierzchnią

6. Niemcy są sympatyczni. O ile są młodzi 😛 starsi Niemcy często są niezbyt przyjemni, nie wiem z czego to wynika, ani nie umiem przytoczyć żadnej konkretnej sytuacji. Po prostu są niesympatyczni.

Przy okazji tego punktu opisać należy jeszcze naszą przygodę, dzięki której poznaliśmy chyba najfajniejszego Niemca na świecie 🙂

Podczas przejazdu przez jakieś malutkie miasteczko M. usłyszał stukanie w kole. Myśleliśmy, że może coś się przykleiło do opony i uderza w błotnik albo haczy o hamulec. Po oględzinach okazało się jednak, że opona właśnie jest w trakcie kończenia swojego żywota. Wybrzuszyła się i przetarła do gołej dętki. Zdążyłam zrobić zdjęcie i… Opona strzeliła! I było i po dętce i oponie.

Zaczęliśmy myśleć, co robić, najbliższy sklep rowerowy, który wyszukał nam się na mapach był 9 kilometrów od nas, a było już późno, więc szansa że M. zdążyłby tam dojechać na moim rowerze była mała.

Ja próbowałam ustalić, czy mamy szanse na jakiś transport komunikacją miejską do campingu, a M. szukał właściciela wypatrzonego w pobliżu roweru, który stał na flaku, żeby odkupić oponę.

I Christian, jedna z osób, do której M. zapukał podczas tych poszukiwań, zaproponował, że zawiezie nas do sklepu rowerowego swoim samochodem 🙂 (okazało się, że sklep był zresztą bliżej niż ten wyszukany, co więcej, wcześniej robiliśmy w jego pobliżu zakupy).

Po powrocie dokonaliśmy naprawy w garażu Christiana, który nawet zafundował naszym obręczom czyszczenie odtłuszczaczem :))

Na koniec zostaliśmy jeszcze poczęstowani zimnym Red Bullem 🙂 bardzo jesteśmy wdzięczni Christianowi za tę bezinteresowną pomoc 🙂 Dzięki niemu potencjalnie poważna komplikacja szybko i miło została zażegnana. Aczkolwiek nie tanio (58 EUR  za oponę i dętkę).

Niemcy pomoc.jpg
Nasz wybawca 😉

7. Niemieckie miasta bywają albo urocze albo kompletnie bez wyrazu 😛 wsie i małe miasteczka często są bardzo ładne. Czyste, śliczne często wręcz cukierkowe, kolorowe od kwiatów w ogrodach i przy drogach, ale już te większe miasta przeważnie nie mają żadnego charakteru, są nijakie.

Niemieckie miasta.jpg
Niemiecka zabudowa

Jednym z wyjątków jest Hamburg, w którym  poczułam się jak w filmie z lat 90 😀 wysokie, postkomunistyczne bloczyska a do tego ogólny brud na ulicach. No, ale to było tylko pierwsze, słabsze wrażenie.

Nadrzeczna część miasta, „stare miasto” to zupełnie co innego. Budynki nad kanałami, port, to zupełnie inny klimat. Trochę jak Amsterdam, tylko nie tak zatłoczony, no i nie taki cukierkowy. Bardziej nowoczesny, industrialny ale i jednocześnie klimatyczny. Lubimy takie miejsca i bardzo się nam spodobał Hamburg 🙂

Hamburg niemcy

8. Niemieckie koleje. Według niemieckich pociągów można regulować zegarki. Chyba, że akurat mają opóźnienie 😀

Za pierwszym razem, gdy kilka lat temu przejeżdżaliśmy Niemcy pociągami, wszystkie jeździły z dokładnością co do minuty, jednak jeden z nich i tak się spóźnił i nie zdążyliśmy na ostatnie połączenie do Bazylei.

Koleje Niemieckie nie dość, że przedłużyły nam bilet na następny dzień to jeszcze zagwarantowały nocleg w pobliskim, bardzo przyzwoitym Hotelu Ibis.

Tym razem też przejeżdżaliśmy dużą część kraju pociągami, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwały remonty torów (i niektórych dworców) i wszystkie pociągi w całym kraju były opóźnione, wjeżdżały na inne tory niż zwykle. Stan dezorganizacji był dość wysoki i na dworcach było spore zamieszanie.

Trzeba jednak powiedzieć, że w każdym innym kraju zapewne nie byłoby w ogóle szans na ogarnięcie tego chaosu. A tutaj informacje o wszystkim (np. jakie opóźnienie, na który tor wjeżdżamy, jakie opóźnienie mają najbliższe pociągi, na które perony wjeżdżają) były między innymi na ekranach w pociągach oraz na  stronie internetowej kolei niemieckich.

Z resztą sama strona Deutsche Bahn  powinna być wzorem dla wszystkim innych stron informacyjnych. Dowiemy się z niej wszystkiego. Ceny biletu, peronu na który pociąg wjeżdża (nasz i kolejny w który się przesiadamy – i tak rzeczywiście jest, nie trzeba szukać na dworcu tych informacji),  stację docelową pociągu, który ma nas dowieść gdzieś wcześniej niż sam jedzie, bez wklikiwania się w trasę tego drugiego pociągu czy pytania na dworcu. Jest też informacja o opóźnieniach.

Ta strona wyszuka nam też połączenia chyba dla wszystkich kolei europejskich, nawet takie, z którymi nie radzi sobie rodzima wyszukiwarka danego kraju (np. strona francuskich kolei nie umiała nam podać połączeń typu francuskich linii regionalnych, a niemiecka nie miała z tym najmniejszego problemu).

Przesiadki często są też tak pomyślane, że nie trzeba biegać po całym dworcu, często jest to ten sam peron lub peron obok. Ale niestety nie jest to reguła, do takiej perfekcji jeszcze nie doszli 😉

Kolejna rzecz, jaką trzeba napisać o kolei niemieckiej, to to, że jest mnóstwo połączeń zewsząd do wszędzie.  Istnieją różne warianty tras, które dowiozą Cię do celu, w razie, gdyby jedno z połączeń przesiadkowych z jakiegoś powodu nie doszło do skutku.

Pociągi niemieckie są przeważnie niskie a perony są wysokie więc wchodzenie z obładowanym rowerem, wózkiem czy ciężką torbą nie stanowi większego problemu. No, chyba, że peron jest wyższy od podłogi pociągu, co się czasem zdarza 😀

W pociągach też zawsze otrzymujemy informację nie tylko o tym, do jakiej stacji dojeżdżamy i ewentualnie co się dzieje, że stoimy i za ile ruszymy, ale także o tym na którą stronę jest wyjście. Banalna informacja? Nie w innych krajach.

Na dworcach prawie zawsze są szerokie windy, pomyślane między innymi po to, żeby zmieścił się w nich rower.

Co tu dużo mówić, koleje niemieckie są idealne, może lepsze są tylko w Japonii 😉

9. Niemieccy kierowcy jeżdżą bardzo dobrze. Nawet jeśli obok idzie jakaś ścieżka rowerowa, na którą jeszcze nie zjechaliśmy, nie trąbią na nas i w ogóle chyba ani razu nikt na nas nie zatrąbił.  Nie wyprzedzają na czołówkę, nie spychają do krawędzi, generalnie, w Niemczech mamy takie samo prawo być na drodze, jak wszyscy inni. Super.

10. Porządek musi być! Chociaż nie wszystko jest idealne w Niemczech, to nieprzestrzeganie zasad jest nie do pomyślenia. Generalnie to nawet dobrze, chyba dzięki temu Niemcy osiągnęły taki poziom gospodarczy i kulturowy, ale starsze pokolenie potrafi nas prawie zdzielić laską po plecach, że toczymy się na rowerach po strefie pieszej, nawet jeśli jest nie zatłoczona 😛 młodsze pokolenie samo jeździ po deptakach, a pani konduktorka w pociągu machnęła ręką na nasz zły bilet i poradziła, jaki powinniśmy wybrać następnym razem (zamiast biletu dla Nadrenii i Westfalii wybrać taki uprawniający przekraczać landy – szkoda, że w automacie biletowym nic o tym nie napisali :P). Więc może nadchodzi porządek z lekkim przymrużeniem oka w wydaniu młodszych Niemców 🙂

Podsumowanie

Przyznam szczerze, że czas spędzony w Niemczech był bardzo przyjemny. Pogoda nam się pod koniec popsuła i na kempingach nie zawsze było tak komfortowo, jak bym sobie tego życzyła, ale i tak Niemcy rozpieszczały nas dobrym jedzeniem, dobrymi cenami i ogólną dobrą atmosferą w kraju. No i komunikacją. Język niemiecki M. zna przyzwoicie, a ja rozumiem na tyle dużo, że nie muszę się denerwować, że słyszę tylko dziwne dźwięki, do niczego niepodobne, z ust rozmówcy 😛

Teraz języki skandynawskie 😉

Natalia i Mikołaj

8 pytań o Luksemburg, które sami sobie zadajecie

Podróż przez Luksemburg była tak samo pozbawiona emocji jak droga przez Belgię (przeczytaj: 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii!) dlatego i jeden z najbogatszych krajów świata podsumujemy w kilku punktach, a raczej w odpowiedziach na pytania, które sami sobie stawialiśmy i które pewnie zastanawiają również i Was. Oto i one!

  1. Czy w Luksemburgu jest drogo? Zakupy robiliśmy głównie w Aldich i Lidlach, a ceny w tych dyskontach były „dla ludzi”, ba! nawet niektóre artykuły tańsze niż w Belgii czy Holandii. Co więcej, również kempingi mają tutaj przyzwoite ceny w wysokości nastu euro dla naszej dwójki z namiotem, a sklep, na jednym z lepszych kempingów, oferował artykuły w zwyczajnych, dla tego typu miejsc, cenach (spodziewaliśmy się „kosmosu”), np. bagietka 1,50 euro, mleko 1 litr 1,30 EUR, podczas gdy w sklepie/piekarni bagietka około 1 – 1,30 EUR a mleko około 1 euro).

Jednak zwyczajne sklepy (no, dobra, byliśmy aż w jednym: „SMatch” się nazywał) oferują produkty w różnych cenach. Są  i takie droższe i takie, których ceny nie powalają na kolana i dało się kupić fajne rzeczy za niezbyt duże pieniądze (co na przykład w Belgii było praktycznie niemożliwe).

Bardzo drogie natomiast są noclegi pod dachem. Ale mimo to udało nam się dorwać noc w hotelu (bardzo fajnym) za marne 50 euro i to było, bardzo, bardzo tanio. Z reguły atrakcyjne ceny zaczynają się od 100 euro za noc.

  1. Gdzie w Luksemburgu robić zakupy? Nigdzie! 😀 a tak serio, to w całym państewku jest niewiele sklepów, w sumie nie wiemy ile, ale na naszej trasie było ich może z pięć. Tak. W tym dwa Aldi, dwa Lidle, duży Cactus i jeden wiejski sklepik, który był jednocześnie jedynym sklepem dla dość dużego miasteczka. Jak to możliwe? Jak oni tu żyją i na co wydają te pieniądze, które ponoć mają? Nie wiem.

Luksemburg Esch sauer.jpg

  1. Czy w Luksemburgu widać to bogactwo? Absolutnie nie. Spodziewaliśmy się cukierkowego państewka, ślicznych, kolorowych miasteczek, wszędzie kwiatowych dekoracji a dostajemy… przeciętność. Zadbaną, ale nic poza tym. Domy to takie zwyczajne prostokątne bryły, bez żadnych zdobień, kolorów, bez pazura ani finezji. Ogrody nieszczególnie zadbane. Nie są zapuszczone, ale nie są też obsadzone kwiatami czy drzewkami ozdobnymi. Ot, rośnie sobie dookoła jakiś wrzosik, krzewik i to tyle. Czasem oczywiście zdarzały się posesje wyjątkowo ozdobione i piękne, ale nie była to norma.

Były jednak dwie sytuacje, w których widać było, że chyba tutaj mają trochę więcej pieniędzy.

Pierwsza z nich, to kiedy burzono jakiś dom a ktoś stał i polewał miejsce burzenia z wielkiego szlaucha, żeby się nie pyliło.

Druga, to w pewnym miejscu, po środku niczego, posadzono wzdłuż drogi różne gatunki drzew, mnóstwo szpalerów z najróżniejszych gatunków. Nie wiadomo, co to było, ani jednej tabliczki nie znaleźliśmy :p

Wszędzie też jest czysto (w skrzynkach z torebkami na psie kupki zawsze jest zapas foliówek) a ponoć każde miasteczko ma basen, place zabaw, parki, świetnie wyposażone szkoły, dobrze zorganizowaną komunikację miejską. Rzeczywiście czasem przejeżdżając przez najmniejsze wioski mijaliśmy kolorowe budynki przedszkoli czy szkół, wyposażonych placów zabaw i obiektów sportowych. W każdym miasteczku znajdują się też zadaszone przystanki autobusowe z ławeczkami. Czasem to oszklone wiaty, czasem drewniane budki. W każdej można sobie usiąść, schronić się przed wiatrem czy deszczem.

Czasem przy drogach (a nawet przy przystankach) stoją publiczne toalety.

Same drogi są świetne. „Dywaniki” jakie rzadko można gdziekolwiek spotkać. Może świadczyć o tym chociażby fakt, że na zjeździe z zablokowanym amortyzatorem w ogóle się nie zorientowałam, że nie pracuje – a z reguły bardzo szybko można to poznać, bo rowerem „trzepie” na nierównościach, inaczej niż, kiedy amortyzuje.

Mamy jednak wrażenie, że bogactwo nie dotyczy przeciętnych mieszkańców tego państwa. Zapewne żyją na poziomie i zarabiają nieźle, ale raczej nie każdego stać na wystawne życie.

Beneluks rowerem
Jedne z ładniejszych miejsc w Luksemburgu

  1. Czy w Luksemburgu jest ładnie? Na pewno nie jest brzydko, ale nie jest też na tyle ładnie, żeby jechać tu dla widoków. Są górki, są rzeczki, lasy, ale czy tego nie ma nigdzie indziej? Miasteczka i miasta nie mają żadnego wyrazu. Czasem wręcz wygląda to tak, jakby wokół kościoła z czasów średniowiecza zburzono kamienice i wybudowano nowe domy.

 Uroku dodają zamki, które stoją na szczytach gór (czy raczej górek). Zamki są przeważnie ładne, zadbane, wyglądają jak nowe. Trochę nie pasują więc do nich kamieniczki kompletnie bez wyrazu.

Są jednak ładne miejsca, które zasługują na wyróżnienie.  Okolice rzeki Sure, środkowo – północne tereny kraju – dość sielska okolica. Oraz wschodnia część Luksemburga, tzw. Szwajcaria Luksemburska, której uroku dodają skały i gdzie znajduje się Wilczy Wąwóz z labiryntem skalnym.

Luksemburg Sur Sure
Okolice rzeki Sure

  1. Jak jeżdżą kierowcy? Luksemburczycy jeżdżą bardzo zgodnie z prawem. Traktują nas jak równoprawnych użytkowników drogi o szerokości innego auta 😉 Nie wyprzedzą, póki nie będą mieć całkowitej pewności, że jest to zgodne z prawem i że na pewno z naprzeciwka nic nie jedzie. Generalnie lubimy jak samochody nie spychają nas z drogi i nie muskają lusterkami ale kiedy ciężarówka nas nie wyprzedza na prostej drodze, bo przekroczyłaby linię ciągłą i przez to za nią tworzy się korek, który wyżywa się później na nas, no to już jest pewna przesada.

7. Jak wygląda miasto Luksemburg? Jest bardzo kameralne. Spokojne i ładne. Nie zwala z nóg ale jest urokliwe. Przede wszystkim warte uwagi jest centrum (czyli Dolne i Górne Miasto), z murami obronnymi , widokiem na miasteczko wbudowane w kanion. Czy jednak można spędzić tu więcej niż maksymalnie kilka godzin i mieć co robić przez ten czas? Według nas niespecjalnie.

 

Luksemburg miasto
Miasto Luksemburg

8. Czy warto odwiedzić Luksemburg w trakcie urlopu? Na pewno można, zwłaszcza samo miasto Luksemburg oraz Małą Szwajcarię Luksemburską z jej wąwozem. Brakuje tutaj spektakularnych widoków, ale zdecydowanie można wypocząć i o dziwo nie zbankrutować (jeśli nie weźmiemy pod uwagę kosztów noclegów :P), ale przyznajemy szczerze, że Luksemburg nas wynudził i gdyby nie ten ostatni dzień (stolica plus Mała Szwajcaria) to raczej byśmy go nie polecali.

Luksemburg Mała Szwajcaria
Mała Szwajcaria Luksemburska

 

Cóż, Beneluks raczej nie zostanie naszym ulubionym miejscem na ziemi 😉

Przeczytaj też: Holandia i zwiedzanie Luksemburga

 

Natalia i Mikołaj