Amsterdam i pożegnanie z Holandią

amsterdam wycieczka

Wpis zaczynamy dzisiaj z grubej rury – a może i lufy 😉 Amsterdam! Miasto rowerów, kanałów i kamienic oraz tego, co zakazane gdzie indziej.

Amsterdam rowerowo
Kanały amsterdamskie

Jak zwiedzaliśmy Amsterdam? No jasne, że na rowerze 😉 Ale wcale to nie było takie oczywiste, bo w trakcie przejazdu przez miasto, w drodze na camping, tłumy rowerzystów sprawiły, że ja poważnie zastanawiałam się, czy nie lepiej będzie iść na spacer po tym mieście, zamiast kluczyć między tysiącami rowerzystów. Przezwyciężyła jednak myśl o tym, ile kilometrów (ostatecznie wyszło 30!), mielibyśmy przejść i że pieszo nie damy rady, a płacić za komunikację miejską, kiedy mamy darmowe rowery (za które inni płacą!) wydawało nam się trochę bezsensu.

Na szczęście okazało się, że w ciągu dnia ruch rowerowy jest niewielki a Amsterdam, jak cała Holandia, dobrze jest przystosowany do rowerzystów. Piesi nie mają tu łatwego życia, przeganiani przez dwa kółka, spychani na margines drogi rowerowej, która często zajmuje całe przejście i dla nich zostaje ledwie niewielkie „pobocze”.

Amsterdam rowery.jpg
Wszędzie rowery

IAmsterdam

We wszystkich relacjach czytaliśmy, że w Amsterdamie trzeba się spodziewać najróżniejszych wariantów pogodowych, my jednak mieliśmy upalne 30 stopni, ale dzięki powiewom i wszechobecnej wodzie dało się to znieść naprawdę dobrze.

Miasto obejrzeliśmy w całości, gdyby jednak chcieć wchodzić do wielu muzeów, które się tu znajdują, powinniśmy tu zostać na co najmniej kolejny dzień – ale to wiązałoby się z kosztami. Jeden bilet do muzeum to przeważnie 16 euro, zwiedzanie Amsterdamu łódką po kanałach 20 euro… można kupić też kartę turystyczną za 60 euro, wtedy mamy 3 wejścia w cenie, zniżkę na łódkę. Dlatego ja odwiedziłam tylko muzeum seksu za 5 euro 😛

Muzeum seksu amsterdam
Część eksponatów z Muzeum Seksu

Czy nam się podobało? M. twierdzi, że nawet – nawet, a ja byłam zachwycona. Miasto jest naprawdę piękne. Położone nad ponad 160 kanałami, zachwyca wąskimi, kolorowymi i ładnymi kamieniczkami. Mosty przyozdobione są kolorowymi kwiatami, po kanałach pływają lub kołyszą się łódki zacumowane do brzegów. A po ulicach jeżdżą i przechadzają się…. Też kolorowi ludzie 😀 i to zarówno w przenośni jak i dosłownie 😉

Holandia kanały
Kanały, łódki i rowery

W Amsterdamie podobno jest najwięcej przedstawicieli innych narodowości (piszą, że około 180 różnych nacji!), ale Amsterdam przyciąga też różne ciekawe egzemplarze 😉 (np. pan w koszulce i stringach na rowerze 😛 ) w związku z tym miasto jest bardzo interesujące, hippisowskie i wyluzowane a jednocześnie nowoczesne.

Amsterdam Holandia
Amsterdam

Amsterdam czyli… riki tiki narkotyki

W Holandii można legalnie palić marihuanę. To chyba wie każdy. Nie zauważyliśmy jednak, żeby było to popularne wśród Holendrów. Nawet młodych. Ba, prawie nigdzie nie było coffeeshopów. Owszem, czasem gdzieś tam stał jakiś magiczny sklep ale w ogóle nie mieliśmy poczucia, że wkraczamy do kraju, gdzie legalne są miękkie narkotyki.

Do czasu, aż nie znaleźliśmy się w Amsterdamie. Tutaj sklepy ze skrętami są właściwie na każdym kroku. Można kupić skręta małego, dużego, z domieszką (nie napisali czego), z haszyszem. Dopalacze, grzybki, herbatki. Oprócz tego lody, lizaki i gumy do żucia z cannabisem. Wszędzie czuć zapach palonej marihuany, ludzie palą skręty jak papierosy. Rano, w ciągu dnia, na przerwie w pracy, wieczorem.

Zaś same coffee shopy wyglądają jak knajpki. Niby wszystko jest legalne, ale te miejsca nie do końca wyglądają jak zwyczajne kawiarnie. Sprawiają wrażenie mniej lub bardziej szemranych.

Możecie się dziwić lub nie, ale nie odważyliśmy się ostatecznie zajarać trawki 😛

Oprócz tego znajdziemy tutaj też sklepy typu seed bank, czyli możecie kupić sobie ziarenka, dopalacze i cały osprzęt, który pomoże Wam znaleźć się na haju 😉

amsterdam marihuana
Coffee shopy, seed banki i informacje o sile dostępnych dopalaczy

Amsterdam czyli… seks, seks, seks!

Oczywiście Amsterdam znany jest również ze swojej Dzielnicy Czerwonych Latarni. To chyba wszystkim znana, przynajmniej ze słyszenia, okolica, gdzie znajdują się domy uciech. Pracują w nich prostytutki, które wdzięczą się do przechodniów w wielkich szybach okiennych lub spoglądają na spacerujących tamtędy mężczyzn przez uchylone drzwi. Domy w których pracują panie są czerwone, o zmroku oświetlone na czerwono (stąd nazwa dzielnicy), a gdy jakiś jest zajęty, okno zasłonięte jest bordową kurtyną.

Prostytucja w Holandii jest legalna, kraj ma z niej podatki, a dziewczyny objęte są ochroną lekarską. Co więcej, mają nawet swoje związki zawodowe!

Same prostytutki okazały się w większości dość postawnymi babkami. Wszystkie ubrane wyzywająco, przeważnie w czarną, skórzaną (lub skóropodobną), lateksową lub panterkową bieliznę.

W Dzielnicy nie wolno robić zdjęć – konkretnie prostytutkom. Natomiast tuż za domami przybytku znajduje się Oude Kerk, XIII wieczny kościół i jednocześnie najstarszy budynek w mieście.

Oude Kerk amsterdam
Oude Kerk

Tutaj też mieszczą się takie muzea jak muzeum seksu, prostytucji czy marihuany i konopi.

Muzeum Seksu okazało się jednak w głównej mierze zbiorem starych zdjęć pornograficznych (głównie świntuszenie z lat 20 i 50). Były tam też różne inne rekwizyty, jak historyczne wibratory, kalejdoskopy w których można było oglądać fikuśne zdjęcia, pasy cnoty czy ciastka w kształcie części intymnych. Jednak przeważały zdjęcia i było ich trochę za dużo 😉

Seks shopów na ulicach Amsterdamu też oczywiście nie brakuje, i to różnego rodzaju. Od zwyczajnych po wyspecjalizowane w różnych upodobaniach typu przebieranki czy SM 😉  Ale znaleźliśmy też sklep, który sprzedawał tylko prezerwatywy. Ale był przy tym tak uroczy, że ludzie wchodzili popatrzeć na eksponaty 😀 kondomy miały kolory, różne kształty, uśmiechnięte buzie czy były sprzedawane jak lizaki – na patyku 😉

kondomeria
Kondomki, do wyboru do koloru

Amsterdam podsumowanie

Chyba zjeździliśmy całe miasto i widzieliśmy wszystko, a nawet trochę więcej niż piszą w przewodnikach. Amsterdam ma niesamowity klimat, jest uroczy i zadbany chociaż trochę monotonny. Aczkolwiek mnie się bardzo spodobał.

Fajnie było znaleźć się w miejscu, gdzie ludzie są wyluzowani i tematy tabu, które zawsze tak spinają, tutaj traktowane są z uśmiechem lub jako zwyczajna część rzeczywistości.

Warto jednak przyjechać tu na dłużej, wydać trochę pieniędzy i zwiedzić kilka płatnych miejsc. Bo jest gdzie zajrzeć 🙂

M. dodaje od siebie, że Amsterdam jest nudny i denerwujący, przede wszystkich dlatego, że wszędzie wygląda dokładnie tak samo (można się zgubić), a pełen jest marnej jakości ścieżek rowerowych, na których można wytrząść sobie hormon wzrostu oraz niezliczonych świateł, na których się trzeba zatrzymywać. Może i „nawet nawet”, ale jednak nie bardzo 😛

holandia amsterdam
Amsterdam, po prawej u góry fragment „morskiej” mozaiki w tunelu z dworca

Podsumowanie Holandii

Po Amsterdamie udaliśmy się w stronę Niemiec, do Akwizgranu, gdzie urządziliśmy sobie weekendowy odpoczynek. Padło na Aachen, bo ceny noclegów tu są normalne (30 euro za noc), w przeciwieństwie do holenderskich czy belgijskich (poniżej 50 euro można w zasadzie zapomnieć).

Jak wynająć mieszkanie za wyjazd? Poradnik.

Wschodnie Niderlandy okazały się pagórkowate i już nie tak ładne (M: znacznie ładniejsze!), jak płaska część kraju. Do tego Holandia zaczęła nas strasznie męczyć swoim terrorem ścieżkowym. Rozumiem, że infrastruktura rowerowa tego kraju jest świetna (M: nadmiarowa i tylko trochę lepsza niż gdzie indziej, ale nadal kiepska),  chociaż czasem stan ścieżek woła o pomstę do nieba. Ciężko nimi jechać, zwłaszcza, gdy jedzie się trochę szybciej niż luzackie naście kilometrów na godzinę.

Czasem też ścieżka idzie jakimiś łukami, lawiruje między stronami szosy. Czasem nie ma jak na nią wrócić, na przykład, gdy za późno ją dostrzeżemy, a ona jest odgrodzona od drogi i zostajemy chwilowo na ulicy.

Jakież wtedy zaczyna panować święte oburzenie. Trąbią na nas, krzyczą z okien, wymachują. Zrobiło się to już ciężkie do zniesienia. Nie wiem jak ci Holendrzy przeżywają wyjazdy do innych krajów, gdzie rowerzyści spokojnie jeżdżą po ulicach?

W każdym razie zjawisko to osiągnęło apogeum, kiedy pobocze i ścieżka były rozkopane na odcinku może 1 kilometra a droga rowerowa biegła jakimś dużym łukiem przez pola. Natomiast szosa była w dwóch kierunkach przejezdna. Oczywistym było, że nie będziemy nadkładać, tylko przejedziemy ulicą, normalnie. Zakazu rowerów (ani nawet informacji o objeździe) nie było.

Ekipa budowlana była innego zdania. Kazali nam jechać dookoła, a kiedy stwierdziliśmy, że nie, że nie ma zakazu rowerów, i że jedziemy ulicą, to gość, który starał się nam zagrodzić drogę, szturchnął M. w plecy! Kolejny, stojący na końcu rozkopów zrobił to samo! Zszokowało nas to. Jak to możliwe, że doszło do czegoś takiego? Do naruszania nietykalności cielesnej?  Czy społeczeństwo holenderskie jest tak sfrustrowane na wszechobecne rowery? Możliwe. A może łamanie reguł jest tutaj nie do pomyślenia i wzbudza taką agresję…?

Nie wiem, ale cieszymy się, że opuszczamy ten kraj, chociaż w kolejnych być może nie będzie wcale dużo lepiej, ale trochę chyba tak.

Holandia rowerem
Holandia czyli chodaki, ser gouda, kanały, rowery i wiatraki

 

Natalia

Źródła:

https://www.amsterdam.info/pl/rozrywka/dzielnica-czerwonych-latarni/

Reklamy

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

Podsumowanie 2017 roku

podsumowanie 2017 wyprawa rowerowa

Nie lubię robić podsumowań i postanowień noworocznych, ale trzeba przyznać, że rok 2017 był dla nas wyjątkowo szalony i pełen wrażeń. Postawiliśmy nasze życie na głowie, przynajmniej tymczasowo.

Cypr wiosną

W dwa tygodnie na rowerach objechaliśmy wyspę.

Zrobiliśmy: ja około 700 kilometrów, M. około 900.

Cypr nas niestety nie oczarował, a szkoda, bo to chyba najcieplejsze miejsce Europy zimą i można jeść banany prosto z drzewa 😉

Wyprawa rowerowa na Cypr
Nie można jednak odmówić Cyprowi piękna

Świnoujście latem

Razem z mamą i siostrą wybrałam się na dwa tygodnie nad polskie morze, oczywiście pogoda była taka jak miała być, padało i wiało 😉 Ale bawiłyśmy się bardzo dobrze. To był taki trochę pożegnalny wyjazd.

Urlop w Świnoujściu
Ważne, że były gofry 😉

Wypowiedzenie wiosną

A pożegnalny dlatego, że pod koniec kwietnia złożyliśmy wypowiedzenia w naszej firmie, żeby odejść z końcem lipca. Z jednej strony ekscytacja z drugiej obawa i smutek, również z powodu rozstania z osobami, z którymi człowiek spędzał całe dnie i bardzo się zżył.

Nowa – stara współpraca

Ale zadowolona jestem z faktu, iż mogę z moją firmą współpracować w innej formie – zdalnie i z tekstem. Praca z tekstem zawsze mi się marzyła, mam więc nadzieję, że uda się ten temat rozwinąć 🙂

Wielka wyprawa latem

Z początkiem sierpnia ruszyliśmy rowerami na południe Europy, żeby przejechać ją z południa na północ w mniej więcej rok.

Wyprawa po Europie
Zjazdy są zawsze radosne 😉

Jak na razie:

Odwiedziliśmy 11 krajów, w tym 3 greckie wyspy (Korfu, Kefalonię i Zakhyntos).

Przejechaliśmy około 6000 kilometrów (ja trochę mniej, M. trochę więcej).

1 raz jechaliśmy samochodem (objeżdżając Zakhyntos).

7 razy płynęliśmy promem.

Mieszkaliśmy dłużej niż trzy dni w 2 miastach: Wiedeń i Rzym.

13 listopada dotarliśmy do Rzymu, żeby spędzić tutaj zimę.

Łącznie w 2017 roku przejechaliśmy na rowerach:

Ja: ponad 6700 kilometrów, M.: ponad 11000 kilometrów :O

Wyprawa rowerowa do Włoch
Arbelobello, Włochy

Pierwsze święta Bożego Narodzenia z dala od rodziny. Ale też pierwsze poza Polską.

Zrobiliśmy ponad 4100 zdjęć! A najwięcej w Grecji (570) i oczywiście w Rzymie (ponad 1000 na dziś!), a najmniej w Czechach – tylko 13

wyprawa rowerowa po europie
Dokumentacja przede wszystkim!

Najlepsze jedzenie jedliśmy w Kosowie i Macedonii, a najgorsze w Chorwacji i Serbii.

Najpiękniejsza była Grecja, Alpy, Austria i Słowenia (ale o tym co najlepsze będzie osobny wpis 🙂 ) no i Włochy.

Sześć kotów –  tyle na raz głaskaliśmy 😉

koty włoskie, wyprawa po europie
tylko część dała się obfotografować

42 bigi – tyle podczas tej wyprawy zaliczył eM, ale ja miałam trudniej, bo musiałam zaliczyć aż 12 😛 I do dziś się zastanawiam, czy najtrudniejsza była szutrowa Babuna Pass w Macedonii, czy jednak grecki Parnas w deszczu…

3 lub 4 gumy, tyle złapaliśmy w trasie, a dwie dodatkowe w samym Rzymie.

W oparciu o wyprawę powstał ten blog, Amici de Bici, na którym:

opublikowałam 28 wpisów (ten jest 29), a każdy z nich to około 1000/1500 słów.

3 najczęściej czytane publikacje to:

Rowerowa wyprawa po Chorwacji

10 najczęściej zadawanych pytań o podróży dookoła Europy

Rowerowa wyprawa po Czechach

co mnie osobiście trochę dziwi, bo wydaje mi się, że od czeskiego i od chorwackiego wpisu są inne, lepsze moim zdaniem (np. Vademecum kempingowicza albo greckie top 10 lub rzymskie ciekawostki) . Ale może to tylko dowodzi raz jeszcze, że nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem? 😉

Co miesiąc blog ma około 1,5 tysiąca wyświetleń (miejmy nadzieję, że liczba wzrośnie 😉 ). Ale fantastyczne jest to, że chce Wam się wchodzić na bloga, czytać to co na nim jest, a są też śmiałkowie, którzy chwalą moją pracę pisarską i wtedy aż serce rośnie 🙂

 

Facebook

Dla sprawniejszego kontaktu założyłam również facebooka (taka ze mnie Cukerbergówna ;), dzięki któremu możemy być w kontakcie na bieżąco ze wszystkimi zainteresowanymi 🙂

Strona uzyskała dotychczas 141 polubień i 150 obserwujących, co chyba jest niezłym wynikiem jak na dość kameralny blog.

wyprawa rowerowa, włochy
Obserwować bloga można nawet spod palm 😉

Plany na 2018?

Z rzeczy „przyziemnych”, to fajnie by było rozkręcić bardziej bloga oraz móc rozwijać się „pisarsko”. A z rzeczy szalonych, to planujemy wiosną jechać dalej, aby latem być w Norwegii. Potem do domku, do mamy na obiad i na piwo ze znajomymi 😉 A dalej to się zobaczy. A eMowi to się nawet tak podoba, że w ogóle nie chciałby wracać, a jeśli już, to na krótko i na pewno nie w zimie 😛 tak więc mamy różne wizje przyszłości i na bieżąco będziemy je uzgadniać. A tymczasem przed nami planowanie najbliższej trasy po północnych Włoszech i Francji 🙂 Ruszamy dalej w połowie marca.

Podsumowanie wyprawa rowerowa
A przed nami drugie tyle! 🙂

Natalia i Mikołaj

Austriacki tydzień

podróż rowerem do Austrii

W Austrii siedzimy i siedzimy, chociaż drogo. Ale nie dlatego, że pięknie (aczkolwiek pięknie), ale dlatego, że trasa dość długa, górzysta a na dodatek jedną z naszych dróg zasypała ziemia i musieliśmy wsiadać w pociąg. Co ostatecznie dobrze się skończyło, bo znaleźliśmy świetną kwaterę w St. Michael in Obersteiermark w której postanowiliśmy zostać dwie noce 🙂 (już nie możemy patrzeć na kempingi 😉 )

Ale od początku. Drugi tydzień naszej wyprawy:

Rowerowy Wiedeń

Tak się dobrze złożyło, że po koleżeńsku dostaliśmy możliwość pomieszkania w Wiedniu przez kilka dni. Skorzystaliśmy z zaproszenia i zostaliśmy w mieście cztery, choć początkowo planowaliśmy dwa dni 😉

Wiedeń rowerem
Hofburg, Wiedeń

Czas mijał nam leniwie choć nie bezczynnie 🙂

Zobaczyliśmy chyba wszystkie punkty, które polecają przewodniki i „Internety”, przy okazji snując się po bocznych uliczkach, żeby poznać miasto nie tylko od tej turystycznej strony.

To, co mi się w Wiedniu podobało to to, że jest taki zadbany, zarówno w Centrum jak i z dala od głównych atrakcji.  Jest uporządkowany a jednocześnie ma taki luz.

Wiedeń wyprawa rowerowa
Schonbrunn ogrody, Wiedeń

Z jednej strony możesz swobodnie przejść na czerwonym świetle (kiedy nic nie jedzie), a z drugiej, na przykład, sieć ścieżek rowerowych jest tak dobrze skonstruowana, że dojedziesz nimi wszędzie, bez problemu (nie skończą się w połowie trawnika albo nie wywiodą donikąd).

Wiedeń podróż rowerem
Schonbrunn, Wiedeń

Kierowcy również jeżdżą bardzo ostrożnie, rower nie jest przeszkodą na drodze, wymija się go z odpowiednią odległością, przepuszcza tam, gdzie ma pierwszeństwo (co wcale nie jest takie oczywiste). Wśród parkingowych miejsc samochodowych wydzielone są także takie tylko dla rowerów – tam gdzie mieści się jedno auto parkuje kilka rowerów. Bardzo przyjazne miasto i stworzone do zwiedzenia na rowerze.

Wiedeń przypomina mi trochę Paryż, ale nie jest taki przytłaczający. Nie ocieka złotem i nie przytłacza monumentalnością, choć niezaprzeczalnie jest wspaniały. Przestrzenny, pomimo wielkich, wspaniale zdobionych kamienic (ale nie to, żeby Paryż mi się nie podobał – wręcz przeciwnie) i czysty.

Wiedeń rowerem
Votivkirche, Wiedeń

Komfort turysty

Po Wiedniu przyszła pora na Alpy – Styrię i Karyntię, w kierunku zachodnim.

Austria, podróż rowerem
Hallstatt, Hallstättersee

To raczej przedmurza Alp, więc na naszej drodze raczej nie było bardzo wysokich podjazdów, a jedynie „normalne” (czyli mające mniej niż 1000 m w pionie :P). A mimo to, po Wiedniu straciliśmy nieco ledwo wyrobionej formy i ciężko nam się jechało.

Ale okoliczności były tak piękne, że pomimo zmęczenia i czasami irytacji (czy te podjazdy nigdy się nie skończą?!) wybaczam Austrii te przewyższenia 😉

Jeśli widzieliście reklamy Milki, zielone pola, góry, wioski białymi domkami o drewnianych dachach, ozdobione gęsto czerwonymi kwiatami, to właśnie tu jest podobnie. Do tego czyściutko (nie wiem jakim cudem, bo znalezienia kosza na śmieci jest niezłym wyzwaniem), zielona, równo przystrzyżona trawa, szemrzące potoki i olbrzymie góry dookoła.

rowerem przez alpy
Czy nie jest pięknie? 🙂

Uderzyło mnie też to, że po ulicach (ani wiejskich ani wiedeńskich) nie wałęsają się żadne psy czy koty. A to ważne, bo biegnący za rowerem pies to żadna przyjemność. Ciekawe i jednocześnie trochę zastanawiające jest też to, że nie ma prawie wcale ptaków.

wyprawa rowerowa Austria
Ptaków nie ma, ale są paralotniarze 😉

Natomiast w kwestii ludzi, to są z reguły sympatyczni. To sprawia, że miło jest z nimi obcować, ale nie narzucają się i nie przytłaczają sobą. Są poukładani, ale nie tak sztywni jak Niemcy. To bardzo przyjemna mieszanka, chociaż z drugiej strony są irytująco poprawni.

Ceny w Austrii

No i to niestety jest ból. Podstawową zasadą jest nie przeliczać. Bo w innym razie człowiekowi robi się słabo. Poniżej zestawienie kilku towarów wraz z cenami (mniej więcej):

Napoje: 1-3 euro (kupowaliśmy z reguły Granny’s Spritz – lekko gazowany napój jabłkowy za 1,30 euro)

Chleb: 2 / 3 euro

Bułka: 0,15 – 1 euro (te najtańsze najlepsze :P)

Ser: 2 – 3 euro (200 gramów)

Mleko: 0,80 – 1,20 euro

Kiełbaski (w typie kabanosków): 3 euro

Pomidor, papryka, ogórek: 0,5/0,8 euro

Pęczek rzodkiewek: 0,8 euro centów

Noc na kempingu za dwie osoby i namiot, bez samochodu: 16 / 36 euro

Noc na kwaterze: 70 euro

Mrożonka obiadowa: 2,50 – 5,00 euro (około 500 gramów)

Mięsko obiadowe: 2, 50 euro (około 300 gramów)

Paczka papierosów: 4,70 euro (każdy rodzaj, nie palimy ale staliśmy pod automatem :D)

Tak więc poranne zakupy śniadaniowe i takie zaopatrzeniowe na cały dzień kosztowały nas około 10 euro za każdym razem, a późniejsze, obiadowe drugie 10 euro… Nie, przeliczanie to nie jest dobry pomysł.

Jeśli chodzi o kempingi to niestety słaby komfort. Owszem, z reguły trawa, na której rozbijasz namiot, jest ładna i równo przystrzyżona (aż głupio po niej chodzić), ale brakuje drzew, które dawały by cień w upalne dni, z reguły nie ma też ławek czy krzesełek ani stolików, więc nie bardzo jest na czym usiąść.. Jednak wszystkie z nich mają wysprzątane, czyściutkie, pachnące łazienki z mydełkami i papierem, kuchnie wyposażone w płyny do zmywania i zmywaczki, prawie zawsze pralka i często lodówka.

Ale jeśli złapie Cię deszcz i masz tylko namiocik to albo musisz koczować w pomieszczeniu sanitarnym albo w namiocie. Altanki i inne zadaszone miejsca są rzadkością. Ewentualnie możesz zaryzykować i zaszyć się na ganku pustej przyczepy kempingowej. Ten pomysł jest jednocześnie najwygodniejszy i najbardziej stresujący. W porządnickiej Austrii w każdej chwili może ktoś przyjść i Cię wyrzucić albo kazać zapłacić miliony monet za używanie dachu i stoliczka.

Jeśli chodzi o WIFI (czy nawet transfer komórkowy), to albo jest płatne (!) albo bardzo słabe…

Podsumowanie

To była moja pierwsza wizyta w Wiedniu i Austrii. Być może do Wiednia będzie jeszcze kiedyś okazja wrócić za to do samej Austrii mam nadzieję, że jeszcze się wybierzemy. Alpejskie wielotysięczniki mnie przerażają, ale może i tak dam się namówić na ponowną podróż w te góry, na pewno jeszcze będzie okazja bo do Alp jeszcze wrócimy, jadąc przez Włochy, na północ 🙂

wyprawa rowerowa do Austrii, Hallstatt
Hallstatt, Austria

Po kilku dniach spędzonych w Austrii pora na słowiańskie kraje! 🙂

O wyprawie przez słowiańskie kraje możesz przeczytać tu:

>jak było w Czechach?

> a jak w Słowenii?

 

Natalia

 

Jakie ubranie zabrać w roczną podróż?

ubranie na podróż rowerową

Kosmetyki to tak naprawdę „mały pikuś”. Prawdziwy dramat rozpoczął się przy próbnym pakowaniu ciuchów i co gorsza  powtórzy się przy tym „na serio”.

Co zabrać w roczną podróż rowerową, kiedy trzeba wziąć mało, lekko i niegniotąco? A przy okazji, żeby wyglądać i czuć się dobrze?

ubranie na wyprawę
Nie bójcie się, to tylko niewielki ułamek tego, co zabieramy 😉

Zacznijmy od rzeczy banalnych:

Bielizna: majtki, skarpety – po cztery pary to wystarczająca ilość. Jedne się suszą, drugie się noszą, reszta awaryjnie i w razie jak te prane się rozpadną 😉 A jak się rozpadną to dokupimy, towar na szczęście znany w całej Europie 😉

Są jeszcze staniki – na pewno jeden sportowy i ze dwa zwykłe – jeden ładniejszy drugi wygodniejszy 😉

Na głowę: każde z nas bierze buffa, czyli kawałek materiału który może być czapką, opaską na uszy, osłoną na twarz, szalikiem albo nawet kominiarką. Oprócz tego bierzemy bandanę oraz czapkę z daszkiem.

Rękawiczki: bierzemy długie ocieplane i długie cienkie chroniące przed wiatrem i zwykłe krótkie.

Kurtki: nie może zabraknąć lekkiej, przeciwdeszczowej kurtki.

Ocieplacze: każde z nas bierze kurtkę puchową. Mamy takie ciepłe i leciutkie, które chowają się do swoich własnych kieszeni 🙂 Być może przywędrują do nas dopiero w paczce do Rzymu.

Oprócz tego zabieramy po bluzie – lekkiej, ciepłej i przyjemnej w dotyku.

wyprawa rowerowa włochy
Czasem naprawdę nie ma się w co ubrać…

Buty: bierzemy po trzy pary. Japonki – pod prysznic, do klapania po mieszkaniu/campingu i po prostu, żeby stopa po całym intensywnym dniu w jednym bucie mogła trochę odetchnąć w innym.

Sandały: tutaj królują Keeny. Moje ukochane sandały mają już jakieś 5 lat (!!!) i nic im nie dolega, nawet nie mają startej podeszwy. W tych butach można jeździć na rowerze, łazić po kamieniach (śliskich i suchych), po wodzie, spacerować godzinami, skakać, biegać i wszystko, co tylko wymyślicie 😉 W związku z tym M. zakupił męską wersję modelu Venice 😉

No i pełne buty. Chodziliśmy za nimi chyba z pół roku, aż natknęliśmy się na fantastyczne buty włoskiej firmy AKU z serii Bellamont. Nasze są pokryte zamszem z wodoodporną membraną, nadają się na trekking oraz na spacery po mieście. Są absolutnie fantastyczne i w pięknych kolorach 🙂 a do tego każdy but szyty jest ręcznie i ma indywidualny numer szewca, który go szył 🙂 Nie ma to jak włoski styl 😉

Wszystkie nasze buty są leciutkie, ale tego chyba nie muszę dodawać 😉

Kedy już opanowaliśmy rzeczy łatwe nadeszła pora na samo sedno…

Koszulki bawełniane: bawełnianych aż cztery (aż to wcale nie ironia ;)) jedna do spania, jedna do chodzenia, jedna na zapas a jedna dla przyjemności, żeby czasem założyć coś innego. Ich największą wadą jest to, że się gniotą. Jedna z moich bluzek to w zasadzie nie bawełna a mieszanka poliestru i wiskozy, ale tak utkana, że jest miła w dotyku jak bawełniana a w dodatku prawie się nie gniecie.

Oprócz tego bierzemy jeszcze po jednej koszuli – takiej z kołnierzykami i w kratkę (ja różowo – żółtą, M. zielono – żółtą). W razie, gdybyśmy mieli kaprys wyglądać trochę bardziej elegancko. Na szczęście prawie się nie gniotą, więc nie będzie wstydu, gdy się  w nich pokażemy 😉

Koszulki rowerowe: po dwie z każdej długości rękawów; na ramiączka (w wersji męskiej bezrękawniki), krótki, długi. Ich zaletą jest to, że doskonale odprowadzają pot, szybko schną i nie gniotą się. Nie nadają się jednak na dzień „rekreacyjny”; w dotyku nie są takie przyjemne jak bawełna i wygląd też mają „techniczny”, że tak to nazwę 😉

Spodnie „normalne”: ­czyli nierowerowe 😉 ja biorę dwie pary. Jedne leciutkie ze strechu, wyglądające jak jeansy, a drugie z rozpinanymi nogawkami, z cienkiego i przewiewnego materiału. Dodatkowo jeszcze jedne krótkie spodenki, które mogą być za kolano albo przed kolano. No i, może dorzucę jeszcze leciutkie, bawełniane długie spodenki, które można zawijać aż do kolan 😉

Spodnie rowerowe – obowiązkowo z pieluchą 😉 głupio się w nich wygląda, ale oddają nieocenione usługi podczas wielu godzin w siodełku (póki nie odparzą albo nie poobcierają :P).

Bierzemy 2 lub 3 pary krótkich, po jednej długich windstopperowych (ciepłych, nieprzepuszczających wiatru, ani lekkiego deszczu) oraz ja jedne za kolano.

zdziwiona kotka
Raz się wygląda lepiej a raz gorzej i nie ma się co dziwić 😉

Cóż, czy to dużo czy mało? Ciężko powiedzieć. Nam wydaje się, że bardzo dużo, Wam pewnie, że strasznie mało.

Większość czasu spędzimy w podróży, na rowerach, więc nie potrzebujemy urządzać rewii mody, ale z drugiej strony chcemy mieć kilka rzeczy, które lubimy, w których się dobrze czujemy, oraz w których można pokazać się szerszej widowni 😉 (No i żeby na każdym jednym zdjęciu nie wyglądać tak samo 😛 )

Zbyt mało rzeczy to nie problem, można brakujące sztuki dokupić lub poprosić rodziców o dosłanie, jeśli będzie jednak ich zbyt dużo – wtedy albo trzeba je ze sobą bez sensu wozić albo odesłać do Polski (i zapłacić niepotrzebnie jak za zboże).

Zobaczymy. Prawdziwe pakowanie przed nami, po weekendzie! 🙂

Jesteś ciekawy, co jeszcze zabieramy ze sobą w podróż?

> o kosmetykach słów kilka

> wszelki inny bagaż

> i co jeszcze musieliśmy załatwić

Natalia

Parszywa 13, czyli co na pewno trzeba załatwić zanim rzucisz wszystko

wyprawa rowerowa To Do list

Żeby rodzina i znajomi nie zgłosili naszego zaginięcia na policji a potem żeby policja nie ściągała nas za frak do domu, ze zdobywanej właśnie przełęczy, musieliśmy załatwić parę spraw.

Ciężko było to ogarnąć, dlatego z pomocą przyszedł nam Excel i systematycznie wykreślane z niego pozycje. Lista była naprawdę długa, a kolejne arkusze mnożyły się jak szalone.

  1. Powiedzieć rodzinie i znajomym

To najtrudniejsze, więc na miejscu pierwszym.

Najlepiej zrobić to dużo wcześniej przed spodziewaną datą początku podróży. Dotyczy to zwłaszcza rodziny, żeby oswoić bliskich z tak szalonym planem.

W przypadku znajomych większa ich część dowiedziała się dopiero w dniu złożenia wypowiedzenia  – zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że taka informacja nie ma szans, żeby być utrzymaną w sekrecie, dlatego niestety niektórzy dowiedzieli się później niż byśmy chcieli.

  1. Powiedzieć w pracy

Skoro już o wypowiedzeniu mowa.. Zdecydowaliśmy się właśnie na takie rozwiązanie, żeby nie obligować się terminem powrotu z bezpłatnego urlopu.

Kiedy już zapadła ta decyzja i termin złożenia wypowiedzenia zbliżał się wielkimi krokami, poziom stresu o mało nie przyprawił mnie o codzienne migreny 😉

  1. Money, Money, Money…

Rezygnacja z pracy to rezygnacja z dopływu gotówki i to jest rzecz, która przeraża.

Musieliśmy więc ustalić budżet na wyjazd, oraz to i ile wydamy jeszcze na bieżąco.

Dodatkowym utrudnieniem jest kwestia walut. Na szczęście w tym temacie przychodzą na pomoc kantory walutowe. Można w nich wymienić złotówki na inne pieniądze, założyć konto w interesującej walucie i wykupić do niej kartę płatniczą (kart jest jednak mniej niż rodzajów walut w kantorze).

Dzięki temu nie trzeba wozić milionów monet zaszytych w majtkach 😉

  1. Ubezpieczenie mieszkania

To powinna być pozycja obowiązkowa zawsze, nie tylko, kiedy się wyjeżdża. Polisa chroni nasze mieszkanko przed różnymi nieszczęściami i kilkaset złotych rocznie nie powinno być przyoszczędzonym wydatkiem, bo w razie zdarzenia ta kwota może się na nic nie zdać.

Nie chcę tutaj wpadać w branżowy ton, ale to ważna sprawa.

Gorzej, że w wyłączeniach często znajduje się zapis o tym, że dom nie może stać pusty więcej niż 90 dni i to może być problem.  Ubezpieczyciele za dodatkową składką mogą jednak ten zapis wykreślić, więc warto próbować.

  1. Ubezpieczenie podróżne

Pozostajemy w temacie. Polisa podróżna to taki sam must have jak polisa mieszkania. Zwłaszcza, że rezygnując z pracy równocześnie zrezygnowaliśmy z jakiekolwiek państwowej ochrony zdrowotnej i musimy zadbać o siebie sami. EKUZ przysługuje nam tylko na miesiąc (z racji zaprzestania opłacania składek), więc wykupiliśmy tak zwaną travelkę. Nasze portfele znowu schudły.

  1. Ubezpieczenie mienia

Tak to jest, jak człowiek przepracował całe, albo większość, swojego zawodowego życia w jednej branży 😛  Podejrzewam, że większość z podróżników nie posiada takiej polisy. My jednak, będąc super świadomymi klientami, zrobiliśmy listę wszystkiego i wszystko wyceniliśmy – ta wycena to suma ubezpieczenia danej rzeczy. Sprzęt, ciuchy, elektronika, duperele.

Polisa zapewnia nam odszkodowanie, dzięki któremu będziemy mogli kupić analogiczny przedmiot o zbliżonych parametrach.

  1. Sprzęt

Skoro już o przedmiotach mowa. Oszczędzę Wam szczegółowej listy wszystkiego, co trzeba było zrobić przy rowerach (teraz,  bo może poświęcę temu osobną notkę dla potomnych ;). Generalnie nie obyło się też bez przeglądu u mechanika.

  1. Zakupy

Przy okazji pozycji ze sprzętem zrobiliśmy listę rzeczy, które potrzebowaliśmy kupić. Poza rzeczami takimi jak lekkie narzędzia znalazły się tam także lekkie ubrania, buty trekkingowe, dobra kurtka przeciwdeszczowa, nawet lekkie sztućce czy aparat fotograficzny.

Udało nam się zrealizować całą naszą listę zakupowych życzeń. Rzeczy, które kupiliśmy, często wygrzebywaliśmy gdzieś na przecenach albo w ciemnych zakamarkach Internetu, ale nasze wybory są chyba w większości bardzo dobre, a przy okazji uznaliśmy, że kupowanie jest najfajniejszą częścią wyprawy 😛

  1. Gaz, prąd, Internet – czyli umowy

Ostatecznie zdecydowaliśmy nie rozwiązywać umowy za gaz i za prąd. Okazało się, że w Gazowni i Prądowni też pracują ludzie i jeśli się im szczerze powie, jakie ma się plany w zakresie zużycia gazu czy prądu, to obniżą prognozę. Może nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale jednak.

Z naszym providerem internetowym będziemy musieli się pożegnać.

Ale umowa z operatorem komórkowym przysporzyła nam sporo zachodu. Od 15 czerwca weszła w życie nowa dyrektywa, która mówi, że w  całej Unii mają być jednakowe stawki za połączenia i transfer danych. No i rzeczywiście, w ramach podstawowej opłaty za abonament, operatorzy udostępniają jakąś jego część na roaming. Ale kiedy zostanie stwierdzone, że użytkownik przebywa więcej czasu za granicą niż w Polsce (minimum 4 miesiące stale), wtedy do abonamentu doliczane są opłaty dodatkowe.

Postanowiliśmy wybrać najkorzystniejszy finansowo abonament, skoro i tak będziemy dopłacać (aczkolwiek tak się złożyło, że ja przedłużam umowę wcześniej, niż ona się kończy więc jestem trochę związana z dotychczasowym, fioletowym, operatorem – ale nie ubolewam nad tym, i tak była to druga najlepsza oferta, jaką rozważaliśmy).

  1. Trasa

To jedna z najtrudniejszych pozycji. Początkowo zapisywaliśmy na liście te miejsca, które gdzieś nam same wpadły w ręce podczas czytania artykułów, książek albo blogów podróżniczych. Okazało się jednak, że idzie nam to zbyt wolno i większość punktów jest poza Europą.

Musieliśmy więc przypuścić zmasowany atak na różne the Besty w Europie.

Wiedzieliśmy od początku w jakim kierunku będziemy się mniej więcej poruszać i po naniesieniu punktów na mapę spróbujemy je jakoś mądrze ze sobą połączyć.

  1. Wizy

Kiedy ostatecznie podjęliśmy decyzję, że pozostaniemy w Europie, przynajmniej na początku wyprawy, temat wiz przestał nas  zajmować. Pierwotnie eksplorowaliśmy temat, po to, żeby się przekonać, że formalności, koszta (zwłaszcza w przypadku USA) oraz niepewność co do dostania się za granicę (znowu USA) nas zniechęcają…

  1. Szczepienia

Tak samo jak w przypadku wiz. Kiedy zrezygnowaliśmy z tematu przekraczania nieeuropejskich granic to i szczepienia nas przestały interesować. Ale inna sprawa, że nie trzeba się specjalnie zabezpieczać jadąc w te rejony, które chcielibyśmy najbardziej odwiedzić (Nowa Zelandia, Australia, Ameryki).

  1. Kondycja

Jestem leniem. No co tu dużo mówić 🙂 Wszyscy zawsze mówią Natalia, ty to masz na pewno kondycję, ty to jesteś hardcorem… a ja nie biegam, nie chodzę na siłownię, nie chce mi się jeździć w weekendy na rowerze, po dwóch brzuszkach umieram…  😛 ale faktem jest, że co roku jeździliśmy na trzytygodniowe wyprawy rowerowe i krótsze kilkudniowe lub weekendowe wyjazdy i przejażdżki, podczas których robiliśmy dziennie po kilkadziesiąt albo i kilkaset kilometrów. Być może to sprawiło, że ta „rowerowa kondycja” jest na jakimś tam poziomie i nawet po sezonie zimowym szybko wraca do formy.

Ale według mnie po pierwsze nie trzeba być cyborgiem, żeby przejechać kilkadziesiąt kilometrów na rowerze, zwłaszcza, gdy się jeździ często, a po drugie nikt mnie siłą nie zmusi do bezsensownego pedałowania albo biegania bez celu po parku, więc choćbym miała płuca wypluć na pierwszej przełęczy,  to specjalnie o kondycję nie będę zabiegać 😛

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolana wytrzymają, ale one i w szczycie sezonu potrafiły odmawiać posłuszeństwa.

Jest również wiele drobiazgów, takich jak zgranie wielu, wielu ebooków na czytnik, audiobooków czy muzyki na odtwarzacze, skanowanie paragonów sprzętów elektronicznych, które bierzemy ze sobą, wynajęcie mieszkania w Rzymie, czy zgromadzenie zapasów leków branych przez nas na receptę 🙂

tabor cygański

Miejmy nadzieję, że o niczym nie zapomnieliśmy 😉

Dowiedz się, jakie są inne rzeczy, o których trzeba pamiętać wybierając się w długą podróż:

> jakie ubrania zabrać w długą podróż?

> jakie kosmetyki zabrać w długą podróż?

> jaki inny bagaż zabrać w długą podróż?

> gdzie spać podczas podróży?

Natalia

Gdzie spać podczas podróży?

wyprawa rowerowa gdzie spać

To, gdzie będziemy spać podczas naszej wyprawy rowerowej po Europie nurtuje bardzo wiele osób i chociaż wspomniałam pobieżnie o tym w notce 10 najczęściej zadawanych pytań o podróż dookoła Europy, to postanowiłam poświęcić zagadnieniu więcej miejsca.

Słowem wstępu i jak to było kiedyś

Temat noclegów mamy chyba dość dobrze przerobiony ze względu na nasze coroczne wyprawy rowerowe, które organizowaliśmy całkowicie na własną rękę i wypracowaliśmy chyba nie najgorsze rozwiązania.

Kiedyś na mapie (papierowej, ołówkiem!) zaznaczaliśmy wszystkie kempingi i hostele na naszej trasie i w jej okolicy. Ale gdy nadeszły czasy cyfryzacji przenieśliśmy się na GPS.

Oprócz kempingów zaczęliśmy korzystać z kwater, które czasem bukowaliśmy z wyprzedzeniem, jeśli po drodze, w danym dniu, nie było innego miejsca do spania albo wiedzieliśmy, że do najbliższej, w najatrakcyjniejszej cenie (często taniej lub porównywalnie do kempingu), dystans jest na pewno w naszym zasięgu.

Minusem takiego rozwiązania jest to, że do zarezerwowanego noclegu trzeba dojechać, choćby nie wiem co, bo przeważnie jest już opłacony (a odwołanie jest bezzwrotne) lub po prostu nie ma gdzie wcześniej spać.

Rozeznanie tematu

Kiedy już mamy trasę wyznaczoną, wtedy za pomocą zielonej strony z kampingami (www.camping.info), bookingu oraz airbnb szukamy noclegów na naszej trasie.

Kempingi nanosimy znacznikami na mapę w GPS.

Jeśli na odcinku, który jesteśmy w stanie przejechać, nie ma zupełnie nic, wtedy przyglądamy się jak mniej więcej wygląda teren w okolicy, czy znajdzie się w razie czego miejsce, w którym można spać na dziko.

Kempingi

W sezonie letnim kempingi wchodzą w grę zawsze. Jeśli sezon jest wiosenny, dni chłodne lub deszczowe, kempingi nie są naszym pierwszym wyborem (często w ogóle nim nie są).

Ciekawostką jest to, że strona camping.info wskazuje nam miejsca min. z oznaczeniem ACSI.

ACSI to taka karta kempingowa, która uprawnia to różnego rodzaju zniżek na danym kempingu. W sumie nigdy się tym nie interesowaliśmy, bo znaczki ACSI zawsze kojarzyliśmy z pewnym standardem.

Nie jest to reguła, ale często po kempingu oznaczonym ACSI można się spodziewać lepszego standardu (wiecie, czyste kibelki, papier w toaletach itd. ;).

Może to co napiszę zabrzmi jak herezja, ale nie jestem jakąś zagorzałą fanką kempingów 😉 jednak jeśli dzień jest piękny, wieczór ciepły, a w zasięgu wzroku jakiś widok, że mózg staje, opcjonalnie tłuczące się o brzeg morskie fale i na dodatek przyjazne kotki i pieski do towarzystwa, to kemping wygrywa z noclegiem pod dachem w przedbiegach.

Koty w Grecji
Ale czasem i na kwaterach zdarzają się goście

Obozowisko na dziko

Mimo fajnych wspomnień z takich noclegów nie jest to preferowana przeze mnie forma biwakowania. Najzwyczajniej w świecie się boję (dziwnych odwiedzin, dziwnych odgłosów) i nie lubię braku toalety. Dla jednych to przygoda a dla mnie też stresik 😉

W każdym razie jeśli zapada decyzja, że nie ma rady, nie ma kempingu, nie ma kwatery to szukamy miejsca w pobliżu słodkiej wody, schowanego i oddalonego od ludzi.

Czasami musi wystarczyć zapas wody, którą zgromadzimy wcześniej, jeśli przypuszczamy, że dobre miejsce do spania nie jest przy rzeczce.

Nocowaliśmy między innymi na polu w Bośni, które okazało się być pełne min naturalnych oraz ostrzeżeń o tych prawdziwych. Trochę nam mina (nomen omen;) zrzedła rano, jak zobaczyliśmy te ostrzeżenia 😉

Nocowaliśmy też nad rzekami czy nad jeziorem pod opuszczonym domem.

Do tej pory nie byliśmy w kraju, w którym spanie na dziko jest zabronione, ale wyjeżdżając zawsze to sprawdzamy. Na pewno ciekawym doświadczeniem będzie Norwegia, gdzie stoją podobno „dzikie” toaletki i gdzie można biwakować na łonie natury zupełnie legalnie 🙂

Prywatna kwatera

Do tej pory pokoje/mieszkania zdarzały nam się rzadko, bo airbnb odkryliśmy dopiero niedawno a na bookingu nie ma zbyt wielu takich ofert (aczkolwiek to zależy od regionu). Na bieżąco, w trasie, można nie natrafić na tego typu nocleg.

W górach, na Korsyce, znaleźliśmy kiedyś kwaterę, w której właściciele najpierw nas ugościli kanapeczkami z pasztetem z kosa (albo to był szpak?), a potem dostaliśmy wspaniałe śniadanie, z domowym pieczywem, domowym jogurtem i dżemem oraz innymi frykasami (których już nie pamiętam). Całe mieszkanie było wspaniałe a łóżko najwygodniejsze na świecie.

Swoją drogą kwatera była też najdroższa ze wszystkich, w jakich kiedykolwiek spaliśmy (do czasów naszej długiej wyprawy)… 70 euro za noc!

Hotele/Motele/Schroniska

Takie przybytki jak hotele czy motele rezerwujemy przeważnie przez booking. (Nie jest to absolutnie reklama tego serwisu, ale korzystamy z niego namiętnie i jesteśmy zawsze zadowoleni.)

Niedawno też znalazłam stronę www.hostelworld.com, która podobno jest bardzo popularna i każdy szanujący się hostel chce się na niej znaleźć.

Hotele i motele bywają w każdym standardzie, od brudnych i paskudnych, do takich, że oko bieleje 😉 Rezerwując nocleg online zawsze patrzymy na opinie i oceny, ale bywa tak, że gorszy standard bije na głowę ceną i czasem decydujemy się na opcję budżetową (co Mikołaj musi przypłacić moim ciągłym marudzeniem, że brudno, że obleśnie, że prysznic nie działa… :P)

Basen w Grecji
Są i kwatery z basenami do dyspozycji 🙂

Couchsuring/Warmshowers

To rozwiązanie, z którego nigdy jeszcze nie korzystaliśmy. www.couchsurfing.org oraz na https://pl.warmshowers.org/ to portale społecznościowe, przeważnie zrzeszające podróżników. Na tych stronach ludzie ogłaszają swoją gotowość do przyjęcia gości. Całkiem za darmo 🙂 O tego typu zakwaterowaniach czytałam bardzo wiele dobrych opinii i może jest to opcja, którą będziemy chcieli wypróbować.

O Warmshowers warto powiedzieć, że to portal ukierunkowany głównie na rowerzystów i stworzony przez rowerzystów. Strona jest popularna na całym świecie, również w Polsce.

Housesitting

To rozwiązane, które w Polsce chyba nie jest zbyt popularne. Są strony, na których ludzie ogłaszają (np. www.mindmyhouse.com, www.housecarers.com), że chcą pozostawić do opieki swój dom na jakiś czas (od weekendów i kilkudniowych nieobecności po kilkutygodniowe, miesięczne a nawet roczne), a opiekun ma za zadanie troszczyć się o mieszkanie, posiadłość, zwierzęta, ogród.

Ogłoszenia są przeróżne, czasem we wspaniałych miejscach. Niektórzy zostawiają do opieki kurze farmy, inni oliwkowe sady, a inni chcą tylko, żeby ktoś mieszkał i kręcił się po posesji.

To świetne rozwiązane dla właścicieli, bo dom, ogród i zwierzaki są zaopiekowane, a ktoś ma szansę mieszkać w fajnym miejscu i spędzić w ten sposób na przykład wakacje.

Wymaga to jednak dużo obopólnego zaufania, zwłaszcza dla właścicieli, ale taki housesitter musi się liczyć dodatkowo z tym, że być może będzie musiał pokryć koszty zużytych przez siebie mediów (zwłaszcza przy długim pobycie).

Na zachodzie, w Australii i Stanach, Housesitting stał się prawie biznesem. Są nawet wydawane poradniki, jak należy stworzyć swój profil, żeby mieć największe szanse na „zdobycie” mieszkania.

Workaway

To też opcja, którą rozważaliśmy, ale na razie z niej zrezygnowaliśmy. Na stronie https://www.workaway.info/ pojawiają się ogłoszenia z całego świata o pracy w zamian za mieszkanie, czasem również za wyżywienie. Prace są różnego rodzaju, od pomocy przy remoncie (np. zamku 😉 ), do nauki języka czyichś dzieci.

Wiem, że ludzie traktują Workaway jako sposób na życie albo sposób na wakacje.

Urlop na Krecie

Zatem, jak widzicie, opcji jest wiele. My raczej zdecydujemy się na klasyczne, chociaż housesitting nas bardzo kusi, nawet rozważaliśmy wielomiesięczny pobyt w Rzymie w ten sposób, ale okazuje się, że pokrycie kosztów jest czasem droższe niż zwykły wynajem mieszkania, bo do opieki dostaje się duży dom i często takie miejsca są daleko poza centrum, albo w ogóle daleko od dużych miast.

W każdym razie jesteśmy przygotowani na wszelkie ewentualności 😉

Przeczytaj podsumowanie pierwszej części naszej wyprawy rowerowej po Europie!

Natalia

10 najczęściej zadawanych pytań o naszej podróży dookoła Europy

Podróż rowerowa przez Europę

Zestaw FAQów to podstawa w każdym, szanującym się projekcie, dlatego zapraszam Was na listę pytań,  które najczęściej nam zadajecie 🙂

  1. Czy macie już ułożoną trasę?

Za każdym razem, gdy ktoś o to pyta, odpowiedź wciąż brzmi z grubsza tak 🙂 mamy listę punktów które możemy, chcemy i musimy zobaczyć 😉 Będziemy je ze sobą łączyć i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Ale wygląda to mniej więcej tak:

chujowa wyprawa
Nie rozumiem, skąd ten śmiech…?
  1. Dlaczego Europa?

To pytanie pada w różnych wariantach; dlaczego nie Ameryka? Dlaczego nie Australia? Dlaczego nie Azja?

Wałkowaliśmy temat kierunku długo i namiętnie, przeliczaliśmy koszta, wszystkie za i przeciw. Ostatecznie okazało się, że te rejony które nas interesują, wiążą się z dużymi wydatkami, za które możemy spędzić więcej czasu w Europie.

Dodatkowo kompletnie nie ciągnie nas Wschód, wszystkie Indie, Chiny, Kambodże… malarie i miliony monet wydanych na wizy.

A na dokładkę okazało się, że to Europa jednak nas najbardziej kręci… pachnąca pomarańczami Grecja, pachnące oliwkami Włochy, pachnące smażonym serem Czechy… 😀

keep-calm-and-go-to-europe-86.jpg

  1. Skąd macie na to kasę?

Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że nie mamy dzieci 😉 kredytu ani nawet samochodu. Nie jesteśmy typami imprezowiczów albo „szlajaczy”, ani nawet zakupoholików (chociaż też raczej sobie nie odmawiamy), więc byliśmy w stanie odkładać pieniądze. Dodatkowo pomysł na dużą (lub drogą) wyprawę był tematem, który już dawno się pojawił i chociaż nie był przez długi czas sprecyzowany, to fundusze na niego już powstawały.

  1. Co z mieszkaniem?

Wiemy, że niektórzy w takiej sytuacji wynajmują mieszkania lub rozwiązują umowę najmu, jeśli mieszkają w wynajmowanym lokalu.

My mamy własne mieszkanie, którego zdecydowaliśmy się go nie wynajmować. Być może zmienimy zdanie w trakcie wyprawy.

  1. Co z ubezpieczeniem zdrowotnym?

Cóż, trzeba wykupić polisę podróży zagranicznej na wysoką sumę (500 000 zł na osobę), tak, aby w razie potrzeby nie brakło środków na  leczenia za granicą. Takie ubezpieczenia niestety do tanich nie należą, ale jedna poważniejsza wizyta u lekarza na Zachodzie to wartość mniej więcej rocznej składki. Więc warto 😉

  1. Gdzie będziecie spać?

Nie wiedzieć czemu w niektórych to budzi bardzo duży niepokój. Może wynika to z tego, że wyjazd na własną rękę, niestacjonarny, jest dla niektórych zbyt niepewny?

W każdym razie będziemy spać tak jak zwykle, na campingach – w namiocie lub w domkach campingowych, na kwaterach (pokoje, hostele, motele, hotele – jak się jest stałym klientem niebieskiej strony do bukowania noclegów, to ma się czasem fajne okazje 😀 ). Planujemy dwa razy w tygodniu spać pod dachem, co z tego wyjdzie – zobaczymy.

Jest też opcja spania „na dziko”, ale dla mnie to jest totalna ostateczność, wolę wydać 50 euro na pokój niż spać gdzieś po krzakach i sikać do dołka w ziemi 😛

Apropos spania, więcej na ten temat możecie przeczytać w poście „Gdzie spać podczas podróży”!

wyprawa rowerowa

  1. Rzucacie pracę?

Tak, ciężko to przyznać, a jeszcze ciężej to było zrobić (zwłaszcza pozbawić się comiesięcznej pensji). Rozważaliśmy bezpłatne urlopy ale marzyło nam się, aby nie wiązać się terminami. Szczęśliwie okazało się, że w firmie nasze decyzje zostały dobrze przyjęte, a nasze szefostwo nie skazało nas na wieczne potępienie i może, gdy wrócimy, będą nas chcieli z powrotem 😉

Inną bardzo pozytywną sprawą jest to, że w czasie wyjazdu będę mogła współpracować z naszym Departamentem Marketingu i PR 🙂

  1. Co na to wasi rodzicie?

To niestety ciężki temat. Rodzice M. przyjęli to zaskakująco dobrze, chyba są już przyzwyczajeni do wyjazdowych ekscesów swojego syna, ale moja mama niestety mocno to przeżywała i przeżywa nadal. Mam nadzieję, że mimo wszystko zrozumie, że nie chcemy spędzić całego życia przy biurku i w pracy, tylko się chociaż raz oderwać na dłużej.

  1. Jakie bierzecie rowery?

Akurat od kwestii technicznych jest M., więc jeśli ten temat zainteresuje Was bardziej to poświęcę mu ekspercką notkę 😉

W każdym razie ja mam Treka 3900, z amorkiem z przodu, z tyłu tzw. Hard tail, czyli bez amorka 😛 Z bagażnikiem z tyłu.

A Mikołaj ma Surly’ego Long Haul Truckera z bagażnikiem z przodu i z tyłu (czyli bez amortyzacji na przód i na tył).

Więc jak widzicie bagaż będzie sprawiedliwie rozłożony 😉

Opony przystosowane do jazdy po asfalcie, ale nieźle radzą sobie po niewielkim terenie (szuter, trochę piachu, czy błota), marki Schwalbe.

  1. Ile bagażu ze sobą bierzecie?

To jest trudne pytanie. Jako kobieta powiem, że za mało 😉 Pakujemy się w cztery duże sakwy Ortlieb o pojemności 20 Litrów każda, dwie małe ortlieby (po 12,5 litra) i duży wór ortlibowski (49 litrów – gigant).

Będziemy wyglądać mniej więcej tak:

Bałkany, wyprawa rowerowa

  1. Co będziecie robić?

No tak, to dobre pytanie. Byli już tacy co nam proponowali wydruk wielu sztuk OWU i innych dokumentów branżowych, żebyśmy sobie czytali i się nie nudzili ;P

Plan jest taki, że chcemy przede wszystkim pożyć. Móc cieszyć się własnym trybem dnia, na spokojnie zwiedzać wszystkie piękne miejsca, na które nigdy nie ma czasu, zostać dłużej tam, gdzie nam się podoba – a między listopadem a marcem będziemy oddychać Rzymem 🙂

wypoczynek nad basenem

*Jeśli jest coś jeszcze, co Wam nie daje spać po nocach, to pytać, nie wstydzić się 🙂

Zajrzyjcie też do postu „Jak to jest rzucić wszystko” 🙂

Natalia