Najlepsze jedzenie w Europie

Czyli subiektywny przewodnik po produktach do jedzenia, które nam najbardziej smakowały w całej Europie, i za którymi tęsknimy.

Jako bonus znajdziecie też kilka takich, które nam zapadły głęboko w pamięć, choć z innych przyczyn 😉

Zanim jednak przystąpicie do zapoznania się z tą kulinarną ściągą, zerknijcie na wpis o 20 najlepszych daniach, jakie jedliśmy w czasie naszej bałkańsko – włoskiej części rocznej wyprawy.

Źródło: https://pixabay.com, Autor: Lisy_

Czechy
Oczywiście w kraju naszych sąsiadów znajdziemy smaczną zupę czosnkową, smażony ser czy piwo (chociaż my nie jesteśmy koneserami tego trunku, piwo to piwo 😉 ).

Ale nam przede wszystkim przypadła do gustu Kofola. Pamiętam, że mój pierwszy łyk tego napoju wywołał skrzywienie (a było to jeszcze przed wyprawą). Ale kolejne próby degustacji sprawiły, że Kofolę wspominam bardzo dobrze i chętnie sięgnę po ten smak znowu.

Dla tych co nie wiedzą: oryginalna Kofola to jakby czeska Cola ale z dodatkiem mieszanki ziół i anyżku. Ciężko powiedzieć co tak naprawdę kryje się pod nazwą „syrop Kofo”, bo receptura jest oczywiście tajna, ale te smaki można wyczuć.

Austria

W Austrii nasze serca skradło czekoladowe ciasto z Penny Market. Właściwie nie miało nazwy, po prostu było pysznym ciastem czekoladowym, czymś w rodzaju brownie połączonym z musem czekoladowym. Pycha!

Natomiast w przypadku picia raczyliśmy się jabłkowym Spritzem, czyli gazowanym napojem jabłkowym. Bardzo dużo soku jabłkowego i gazowana woda, bez dodatku cukru. Brzmi banalnie ale smakuje wspaniale. Aż dziwne, że taki napój nie trafił do Polski.

Przy okazji Austrii można wspomnieć też o napoju Almdudler. Według Internetów to ziołowa lemoniada i w sumie coś w tym jest. Ma ziołowy, słodki i lekko kwaskowy smak. Ale nie jest to nic powalającego. Natomiast będąc w Austrii można spróbować, bo smak jest ciekawy.

Słowenia, Chorwacja, Bośnia, Serbia

Tutejsze jedzenie nie zapadło nam mocno w pamięć. Oczywiście mamy tutaj burki (o ile są dobrze zrobione – czyli ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym), pljeskawice (czyli hamburger z mięsa wołowego, wieprzowego i baraniego) czy smaczny chleb o nazwie lepinja przypominający turecką pitę, tylko większy.

Lepinja i cepvapce…
Źródło: https://www.123rf.com

Ale za żadną z tych potraw nie tęsknimy. Tęsknimy zaś za napojem o nazwie Sensation. To gazowany i raczej mało słodzony napój w stylu wody smakowej występujący w trzech smakach. Wersja azjatycka: limonka i kiwano, europejska: kwiat dzikiego bzu (elderflower)  i limonka, amerykańska: limonka i cola. Najlepsza była wersja azjatycka. Amerykańska też była niezła, ale spotkaliśmy ją tylko raz.

Kosowo

Do Kosowa mamy sentyment nie tylko kulinarny. Kosowo się bardzo dynamicznie rozwija i zawsze można tam liczyć na życzliwość mieszkańców. A do tego walutą jest euro 😉

W Kosowie znajdziecie najsmaczniejsze cevapcici na całych Bałkanach (albo nawet i na świecie 😉 ). Sprzedawane w czymś w rodzaju barów szybkiej obsługi, które serwują świeże mięso w postaci cevapcici lub pljeskavic. Do nich możecie zamówić grillowane warzywa, ciepły chlebek w stylu pity lub frytki i oczywiście najpyszniejszą na świecie surówkę z białej kapusty. Wielokrotnie próbowaliśmy ją odtworzyć, ale nigdy nam się nie udało nawet zbliżyć do podobnego smaku.

surówka po kosowsku
Frytki, pljeskawica, surówka

Albania

Albania nas pozytywnie zaskoczyła. Poza owockami o których pisaliśmy we wpisie o tym, czy ludzie są dobrzy , które mi bardzo zasmakowały, absolutnie zakochaliśmy się w sosie fergese me gjize, który kupowaliśmy w sklepach. Wyglądał jak ajwar, ale jest od niego dużo lepszy. W składzie mamy pomidory, paprykę ale przede wszystkim ser bałkański (w rodzaju fety), w przepisie znalazłam też jogurt i masło. Nie wiem czy one tam rzeczywiście były ale ten sos jest tak pyszny, że nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie zrobiliśmy go w domu.Można go jeść na zimno i na ciepło, zapiekać w nim mięso czy np. zrobić z nim tartę.

Grecja

O Grecji już pisaliśmy wielokrotnie, np. tu: 10 powodów za które kochamy Grecję. Furorę robi prawdziwy grecki jogurt w kamionce, ciastko z Lidla z tradycyjnym greckim kremem waniliowym, zamkniętym w cieście filo ale także nie wolno zapomnieć o portokalopicie czyli pomarańczowym cieście. Pyszne, słodko kwaśne, miękkie i jędrne jednocześnie.

W Grecji warto też spróbować zimnej kawy czyli frappe, którą Grecy piją litrami. Ale musicie ją mocno posłodzić 😉

Nie zapomnijcie też zjeść gyrosa zawiniętego w pitę z frytkami. Mniam! I popijcie go koniecznie napojem Loux. Gazowany w wersji pomarańczowej – dla wielbicieli Fanty albo Mirindy (smakuje dokładnie tak jak jedno z nich, a według nas oba smakują tak samo 😉 ) albo colowej, dla wielbicieli Coca-Coli, tylko ma jakby pełniejszy smak i jest mniej słodkie. Bardzo dobre.

Grecki Gyros, niebo na talerzu
Źródło: https://www.realgreekrecipes.com

No i domowe tzatziki (do kupienia często na wagę w sklepach) oraz tarama (pasta kawiorowa, ale w cenie dużo, dużo niższej niż kawior). O Grecji można pisać i pisać… 🙂

Włochy

O włoskim jedzeniu można by stworzyć osobny wpis. Generalnie jednak słoneczna Italia jest królestwem serów. Będąc tu koniecznie spróbujcie wędzonej provoli (provola affumicata) – ser zamknięty jest w pudełku z wodą, wygląda jak przybrudzona popiołem mozarella. W smaku jednak jest zupełnie inna. Smakuje wędzonką, chociaż to biały, miękki ser, bardzo soczysty. Pyszny! Niestety do nabycia chyba tylko w sklepach Todis.


provola affumicata
Źródło: https://www.casabufala.it

Bardzo smaczna jest też burrata, ostatnio do dostania w polskim Lidlu, pojawiła się nawet w Biedronce a czasem bywa i w większym markecie. Warto ją jednak jeść wkrótce po zakupie, bo szybko się psuje (gorzknieje i szczypie w język). Buratta to taka mozarella, tylko w środku ma świeży twarożek (w formie serowych strzępków) ze śmietanką.

Innymi produktami wartymi uwagi są pesta. Nie tylko zielone i czerwone, które dostępne są w Polsce, ale wiele różnych z różnych składników. Nasze serce skradło różowe z czerwonej cykorii (radicchio), czasem z dodatkiem boczku, w zależności od wersji.

Oczywiście warto też  spróbować włoskiej pizzy, ale uwaga, żeby nie naciąć się na mrożoną! A potem wypić włoskie cappuccino. Smakuje jak deser, nie jak kawa 🙂

Włosi mają też bardzo dobry chleb, pod warunkiem, że kupimy go w piekarni, jest mocno wypieczony i posolony 😉

We Włoszech warto też skorzystać z tanich cen dobrego wina i wypić sobie lampkę czy dwie do kolacji.

A to, czego Włosi nie potrafią robić to oliwy. Jest gorzka. Dlaczego tak jest, tego nie wiemy.

włoskie sery
Burrata,
źródło: https://online.pizza4ps.com

Francja

We Francji pyszne jest wszystko. Wystarczy wejść do sklepu, żeby totalnie oszaleć na widok asortymentu i gwarantujemy Wam, większość rzeczy Was zachwyci smakiem.

Teryna czyli taki pieczony pasztet.
Żródło: https://www.olivemagazine.com

Ale to za czym szczególnie tęsknimy to francuski majonez Amora (na szczęście jeden z polskich sklepów z francuskimi towarami sprowadza go na zamówienie) i cydr Fauconnerie wytrawny (inne cydry, w tym polskie, nie umywają się do francuskich, które mają głęboki jabłkowo – wędzony smak, troszkę goryczkowy, trochę słodki).

Hiszpania

Hiszpanii zabrakło na naszej trasie, ale kiedy tam byliśmy podczas urlopu to tym, co nam wyjątkowo zasmakowało (poza kawą, która jest przepyszna!) były tapasy.

Tapasy to takie przekąski, na przykład kawałki sera (twarde sery hiszpańskie też zasługują na uwagę), kawałki hiszpańskich kiełbas, oliwki.

Ale to, co jest najlepszą częścią tego dania to papryczki. Zielone, malutkie papryczki, grillowane, polane oliwą i oprószone solą. Takie papryczki (miniaturki normalnych, słodkich papryk) czasem można dostać w większych marketach w Polsce latem.

Papryczki w prawym górnym rogu
Źródło: https://www.lealou.me

W Hiszpanii jedliśmy też bardzo smaczne słodkie ziemniaki w sosie pomidorowym, malutkie. chrupiące ośmiorniczki smażone w cieście na głębokim oleju i ośmiornicę z grilla. Ośmiornica bez szału, troszkę gumowa chociaż smaczna, ale te malutkie ośmiorniczki! Polecamy 🙂

Belgia

Belgia nie jest naszym ulubionym krajem, ale jedno trzeba im przyznać. Musy czekoladowe robią obłędne!

Holandia

W Holandii spróbowaliśmy cynamonowych bułeczek i… przepadliśmy. Po holendersku ich nazwa to kaneel (czyli cynamon). Są zrobione z ciasta francuskiego, przełożonego cynamonem. Pachną obłędnie ale smakują jeszcze lepiej. Są całe dość wilgotne, więc nie czeka się na najlepszy środek ale każdy kęs jest wilgotny i cynamonowy.

Do picia zaś w Holandii polecamy zieloną herbatę marki Spar ze sklepów sieci Spar 😉

Niemcy

W Niemczech mają równie pyszne, jak nie jeszcze lepsze niż w Holandii, bułeczki cynamonowe, które poznaliśmy pod nazwą Franzbrötchen. Chociaż niestety nie występują w całych Niemczech i tam gdzie nie występują, nikt nie zna takiej nazwy.

Poniewczasie dotarło do nas, ze być może o „Franz.” W ich nazwie była kropka, co by wskazywało na to, że nazwa oznacza po prostu… francuską bułkę. Następnym razem sprawdzimy 🙂

Bułeczki cynamonowe
Źródło: https://www.heimgourmet.com

W Niemczech znajdziecie też leberwurst, czyli coś w rodzaju pasztetowej, ale dużo smaczniejsze, zwłaszcza w wersji wędzonej, grubo mielonej (grob) i z większymi kawałkami wątróbki.

U naszych sąsiadów znajdziecie też w sklepach smaczny, buraczkowy humus.

Do popicia w Niemczech polecamy Apfelschorle, ten sam rodzaj napoju jabłkowego co w Austrii albo MezzoMix, czyli mix coli z pomarańczą. Bardzo udany smak!

A na deser czekoladowy pudding  z polewą waniliową firmy Muller.

Apfelschorle
Źródło: https://www.loewensteiner.de

Dania

W Danii o dziwo jest coś dobrego. Konkretnie wątróbkowy pasztet leverpostej. Nie dość, że w szokująco przystępnej cenie (razy ok. 7 DKK za pół kilo!), to jeszcze bardzo smaczny.

Szwecja

Obalamy mit szwedzkich bułeczek cynamonowych. Są dużo słabsze niż niemieckie czy holenderskie. Za to bardzo ciekawy smak mają bułeczki z kardamonem.

Generalnie słodycze w Szwecji (te bez lukrecji) są bardzo dobre. Jedno z najlepszych ciast czekoladowych (brownie) jedliśmy właśnie tam.

szwecja jedzenie
Szwedzkie cukierki, smakołyki i bułeczki

Szwedzi szaleją też za jogurtami smakowymi i sprzedają je tylko w litrowych kartonach. Warto sięgnąć po kilka smaków, bo są naprawdę smaczne, zwłaszcza wersja z marakują.

Szwedzi mają też dużo past kawiorowych, takich w tubce. Nie są zbyt drogie a do tego smaczne. Polecamy taką z serem 😉

W Szwecji też znajdziecie ser o smaku koperkowym. Interesujący  i smaczny (ale nie na tyle, żebyśmy za nim tęsknili).

Fani niesłodkich napojów będą w Szwecji w raju, bo tam woda z sokiem to rzeczywiście woda z sokiem. Bez cukru, bez słodzików, z ledwo wyczuwalnym posmakiem danego owocu. Fajna odmiana po tych wszystkich słodkich napojach.

Natomiast tym, co wolą „gazowańce” polecamy Trocadero. Napój sprzedawany w 1,5 litrowych butelkach z dodatkiem kofeiny. Taki łagodny energetyk i smakuje też jak energetyk. Jeśli ktoś lubi ten smak, to Trocadero mu przypadnie do gustu.

Norwegia

No i Norwegia, która słynie z pięknych widoków i kiepskiej kuchni.

Jednak znalazło się i w tym kraju coś, co byśmy chętnie od czasu do czasu zjedli w Polsce. Przede wszystkim jest to flintstek, czyli stek z szynki w specjalnej marynacie z przyprawami, który trzeba tylko wrzucić na patelnię. Jakież to jest pyszne!

Kto by przypuszczał, że w Norwegii takie dobre rzeczy.
Źródło: https://www.matprat.no

W Norwegii smaczne są też fiskekakery czyli kulki rybne, wyglądające trochę jak kluski. Zresztą jest to rodzaj klusek rybnych. Można je podać z sosem albo czerwoną kapustą.

Smaczna jest też potrawa o odkrywczej nazwie bacalao czyli po prostu dorsz 😉 Mamy tutaj kawałki ryby w pomidorowym sosie z cebulką, papryką i jeszcze jakimiś warzywami. Bardzo dobre, chociaż bardzo drogie (jak prawie wszystko w Norwegii).

Tanie zaś są tortille marki First Price, które smarowaliśmy czekoladowym smarowidłem w stylu Nutelli, skrapialiśmy dżemem truskawkowym i voila! Deserek w trasie jak się patrzy.

ryby w norwegii
Fiskekakery, podsmażone, gotowe do jedzenia

Nie może zabraknąć jednak norweskiego sera brunost. O specyficznym karmelowo – słonym smaku, który je się na słodko. Z cynamonowym chrupkim pieczywem, na gofrach, z dżemem. Nie tęsknimy za nim, ale nie spróbować go, będąc w Norwegii to zbrodnia 😛 zwłaszcza, że jest cholernik niezniszczalny, woził się z nami ze dwa – trzy tygodnie w sakwach i ani śladu zepsucia.

Więcej o tym, co jeść w Norwegii przeczytacie we wpisie poświęconym kulinarnym przygodom w tym kraju.

No i co, zgłodnieliście? 😉

Dajcie znać co dobrego, albo niedobrego jedliście za granicą B-)

Natalia

Reklamy

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Rowerowe Lazurowe Wybrzeże

Włochy opuściliśmy dość niespodziewanie.

Okazało się, że na najbliższe dwa dni zapowiadają deszcze, co oznaczało dla nas prawdopodobieństwo utknięcia na drogim kempingu (kwater w sensownych cenach w okolicach granicy włosko – francuskiej nie było).

Najlepszym pomysłem wydało nam się dotarcie do Francji, do miejsca, gdzie i tak mieliśmy spędzić dwa dni ze względu na pobliskie bigi.  Tylko, że od tego miejsca dzieliło nas 120 km i przełęcze. Okazało się jednak, że są pociągi 🙂

Przejechawszy zatem rowerami riwierę liguryjską, do Sanremo, gdzie zdobyliśmy dwa niewysokie bigi, które okazały się wybawieniem od koszmarnego ruchu nadmorskiej drogi, wsiedliśmy pociąg i dotarliśmy aż pod Monako.

włochy rowerem
Zła pogoda nas goni

Monako

Monako, czyli europejskie Las Vegas. Okazało się czyściutkim państewkiem, z ulicami wijącymi się po górskich stokach, pełnym zdobionych hoteli, kasyn i kamienic. Dużo przepychu, wszystko piękne, wymuskane, wygładzone. Na spacer z pieskami (kundelków nie uświadczysz) ludzie wychodzili pięknie ubrani (garnitur, błyszczące buty, marynarka, apaszka). Na ulicach drogie samochody. Galerie handlowe pozamykane w ładnych budynkach, o tym, że są tam sklepy świadczyły tylko napisy. Pozłacane 😉

monako wyjazd
Monako, europejskie Las Vegas

Dla M. Monako było trochę zbyt „ęą”, ale mnie się bardzo podobało, chociaż przyznam, że miejsce jest snobistyczne i wcale się z tym nie kryje.

Jakby tego było mało, trafiliśmy na wyścigi Grand Prix 😀 samochody wyły i warczały z toru wyścigowego, a część miasta zamknięto. I chociaż nie jesteśmy jakimiś fanami tego typu widowisk, to udało nam się jednak popatrzeć trochę z góry na zawody 😉

Monako Grand Prix
Monako i Grand Prix

Lazurowe Wybrzeże i Nicea

Z Monako ruszyliśmy w stronę Nicei Lazurowym Wybrzeżem, które zdecydowanie nas zachwyciło. Chociaż widoczność była przeciętna to i tak widoki sprawiały, że co chwilę się zatrzymywaliśmy. Przepięknie. Sama Nicea zresztą też okazała się bardzo przyjemnym miastem, z secesyjną, dobrze utrzymaną zabudową i dużą, ładną plażą. Fajne miejsce!

lazurower wybrzeże rowerem
Nicea i Lazurowe Wybrzeże

Dziki fart 😉

Po Nicei mieliśmy się przemieścić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pod góry, gdzie M. sobie miał pobigać. Zrobiliśmy zakupy w Intermarche, w którym nie wiedzieliśmy na co patrzeć, tyle było różnych pyszności 😀 i ruszyliśmy w ostatnią prostą do kempingu.

Po drodze minęliśmy hotelik w stylu amerykańskim, długi budynek parterowy w którym, jeden obok drugiego, mieszczą się pokoiki. Okazało się, że doba kosztowałaby nas 35 euro (czyli dość tanio), ale postanowiliśmy pojechać na kemping i zrobić rozeznanie cenowe.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kemping jest zamknięty na głucho. Na stronie żadnych informacji na ten temat, na bramie też… a jednak zamknięty.

Wróciliśmy więc do hotelu, nie dowierzając własnemu szczęściu, że mamy, gdzie spać. Gdyby nie hotelik, nie wiem co byśmy zrobili. Okolica to totalna wioska, prawie nic tu nie ma, nie mówiąc już o jakichś kwaterach, ale jednak nie aż takie bezludzie, żeby spać na dziko, zresztą… trzy noce…? A w około strome góry. A dodać trzeba, że przyjechaliśmy dość późno (koło 20), więc hotel dosłownie uratował nam tyłki 😛

Grasse – światowa stolica perfum

W hoteliku przesiedzieliśmy trzy dni. Przede wszystkim dlatego, że M. miał w okolicy dwa bigi ale też dlatego, że pogoda się popsuła. Padał deszcz, szalały burze.

Dopiero po tym czasie udaliśmy się do Grasse, w którym też skończyliśmy w hotelu, z pięknym widokiem. Grasse okazało się wyjątkowo drogie pod względem noclegowym.

Myśląc o stolicy perfum jakie macie skojarzenia? Bo ja nastawiałam się na miasteczko pełne kwiatów, pachnące i kolorowe. A do tego urocze, średniowieczne z wąskimi uliczkami. Ewentualnie mroczne i tajemnicze, jeśli przypomnimy sobie powieść „Pachnidło” Patricka Suskinda. Czy Grasse spełniło moje oczekiwania? Nie do końca.

Po pierwsze miasteczko jest wspaniale położone, na zboczu gór, ma fajną główną ulicę wiodącą wzdłuż drzew palmowych i malutkie, kamienne stare miasto.

grasse zwiedzanie
Grasse

 

Niestety w samym mieście nie pachnie niczym szczególnym, nie jest też kolorowo czy kwiatowo, a samo miasteczko nie jest jakieś nadzwyczajne. Jest wiele innych, dużo ładniejszych i klimatycznych miejsc. Znajdziemy tu rzeczywiście wąskie uliczki zakończone schodami wiodącymi jakby na kolejne poziomy starego miasta. Ale jest ono bardzo małe i łatwo wyjść poza stricte turystyczny obręb. A tam napotkamy szwendające się dzieciaki i młodzież oraz dorosłych lustrujących przechadzające się turystki.

Przyznam, że niezbyt było przyjemnie znajdywać się w takich miejscach, szybko starałam się je opuszczać.

Francja rowerem grasse
Grasse

Natomiast niewątpliwą zaletą Grasse jest wiele perfumerii i muzeów związanych z przemysłem perfumiarskim.

Zajrzałam do kilku takich perfumerii, gdzie od zapachów łatwo dostać zawrotów głowy 😉 Oraz udało nam się odwiedzić fabrykę perfum Fragonarda. Wąchaliśmy ich perfumy, ciekawe połączenia zapachowe i czyste zapachy (np. cedr, sandał, konwalię, mimozę, werbenę, kwiat pomarańczy, paczulę, lawendę). Wszystko było dobrze opisane, dzięki temu wiemy, jakie zapachy nam najbardziej się podobają. A to nie jest takie oczywiste, wiedzieć, że perfumy liliowe to tak, ale paczula już nie 😉

Perfumeria Grasse
Perfumeria Fragonard

Obejrzeliśmy też kadzie, alembiki i inne pojemniki w których wytwarza się zapachowe olejki i perfumy, historyczny sprzęt do tegoż oraz flakoniki perfum sprzed wielu lat. Niektóre wciąż jeszcze z zawartością! 🙂 Niestety, chyba spóźniliśmy się na pokaz wytwarzania perfum, który rzekomo można obejrzeć w muzeum.

Kalanki i Marsylia

Marsylia była naszym ostatnim przystankiem na południu Francji. W drodze do miasta mieliśmy obejrzeć Calanques czyli Kalanki. Klify można oglądać spacerując po parku narodowym albo z morza, decydując się na rejs łódką.

Jako, że górskie spacery w trakcie podróży rowerowej są zawsze skomplikowane (co zrobić z rowerami i bagażem? Czy zostać w ciuchach rowerowych, które nie nadają się do spacerów (zwłaszcza spodnie) czy może jechać i się zapchać w nieprzejezdny teren?) a M. Kalanki już widział, , zbadał, a nawet trochę przewspinał, więc zdecydowaliśmy, że ja sobie popłynę w rejs a M. na mnie zaczeka.

Oglądanie 3 calanques kosztowało nas 16 euro i trwało 45 minut. Do wyboru jest kilka tras rejsowych, my akurat przyjechaliśmy tak, że najkrótsza była za 5 minut.

Przyznam, że tego typu formacje już widziałam i nie zrobiły na mnie jakiegoś olbrzymiego wrażenia ale i tak są zdecydowanie warte zobaczenia. Tak naprawdę nie wiem, czy któraś z kalanek była lepsza od innej. Dostaje się mapkę, gdzie są one oznaczone, ale łódka płynie cały czas wzdłuż imponujących klifów, wpływając do małych portów, żeby turyści mogli podziwiać zatoczki.

kalanki zwiedzani
Calanques Marsylia

 

Po Kalankach ruszyliśmy do mieszkania, które wynajęliśmy przez Airbnb i powiem szczerze, uważam, że wynajmowanie pokoju w czyimś domu to małe nieporozumienie. Tym razem nie dość, że właściciel okazał się niepoważnym bucem, który w ogłoszeniu napisał, że można się zameldować w mieszkaniu od 11 rano a w mailu, że najwcześniej mamy być o 15, po czym i tak się spóźnił około godziny, podał też informację, że mówi po angielsku, ale jedyne co potrafił to „okay”, to na dodatek okolica była bardzo mocno wątpliwa.

Do domu wpuściła nas jego żona – piętro 5, winda nie działała, więc M. targał bagaże na górę, na kilka razy, a ja stałam pod blokiem, pilnując dobytku i będąc zagadywaną przez dzieciaki. Uliczką zaś przejeżdżały auta pełne czarnoskórej młodzieży, jak na filmach sensacyjnych. Poziom stresu mocno mi skoczył 😉

A gdy przyszedł jej mąż, to urządził scenę, że rowery nie mogą zostać w przedpokoju. Okej, może przedpokój był mały, ale ustawiliśmy je tak, że nie przeszkadzały. Długo się nie mógł z tym pogodzić, chyba dla samej zasady, ale kiedy powiedzieliśmy, że albo rowery zostają, albo my się wynosimy, to wreszcie dał spokój. Nie mogliśmy się zgodzić na wystawienie ich na klatkę schodową ze względu na niezbyt bezpieczną okolicę.

Samo mieszkanie okazało się całkiem okej, z tym iż korzystanie z łazienki i kuchni (poza tym, że dzielonymi z właścicielami) wiązało się z przechodzeniem przez salon w którym przesiadywali gospodarze. Na szczęście po południu sobie gdzieś poszli i do późnego wieczora nie wrócili. Zapewne dlatego, że wypadło nam tu być w sobotę 😉

Co zaś się tyczy Marsylii,  to jest to wyjątkowo wielokulturowe miasto, trochę zapuszczone i nie dające poczucia bezpieczeństwa. Okolice turystyczne są w porządku, ale lepiej nie zbaczać zbytnio ze szlaków. M. Marsylia bardzo nieprzypadła do gustu a we mnie nie wzbudziła żadnych emocji.

marsylia zwiedzanie
Marsylia z góry

Francuckie kempingi

We Francji spaliśmy trochę pod dachem, ze względu na pogodę a trochę na kempingach. I tak jak nie mam jakichś złych wspomnień z naszej poprzedniej wyprawy po Francji,  tak tym razem nie wyglądało to najlepiej.

Przede wszystkim w kwestii wifi popularna jest konieczność zapłaty za dostęp do Internetu. No i to jeszcze by tak nie bolało, gdyby nie fakt, że to dostęp na godzinę, albo kilka godzin i kosztuje na przykład 5 euro.

Poza tym sam standard kempingów jest co najwyżej poprawny.

 

Inną sprawą jest to, jak nas potraktowano pewnego dnia, którego odwiedziliśmy trzy kempingi i na każdym stało się coś nieprzyjemnego. Pierwszy z nich nie miał przyzwoitych miejsc pod namioty, tylko bungalowy. Dostaliśmy więc do rozbicia się jakiś zabłocony, podeszły wodą skrawek ziemi, przy drodze, gdzie wszyscy przejeżdżali samochodami (ciekawe jak szybko ktoś wjechałby w kałużę i nas ochlapał) i pod czyimiś oknami. Sanitariaty były brudne, że aż bolało patrzeć. W dodatku kibelek był tylko jeden i jeden był prysznic. Na szczęście w pobliżu miały być jeszcze dwa kempingi, więc szybko odjechaliśmy stamtąd, wzbudzając oburzenie właścicieli.

Drugi kemping, chociaż kierowały do niego nowe znaki, okazał się zamknięty. I nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie to, że luzem biegał duży pies, owczarek. Zaczął nas obskakiwać i obszczekiwać. Był dosyć agresywny a właścicielka nie raczyła go zabrać, ani nawet przywołać do siebie. Musieliśmy go odpędzać rowerami, do momentu aż przyszedł po niego jakiś facet.

Zaś na trzecim kempingu, na którym musieliśmy już zostać, ignorowano nas na recepcji przez kilka minut. Właściciele byli czymś bardzo zajęci, co wymagało krzyczenia do siebie, chociaż znajdowali się tuż obok siebie i kompletnie nie przejmowali się, że klienci stoją i czekają, żeby im zapłacić… a miejsce jakie dostaliśmy było tuż obok jakiegoś remontu, na którym prace wznowiły się jak tylko rozbiliśmy namiot. Na szczęście skończył się mniej więcej wtedy, gdy skończyliśmy brać prysznice.

Rano zaś pani z recepcji nie raczyła otworzyć nam szlabanu blokującego wjazd i wyjazd (przejście dla pieszych było wyjątkowo wąskie, z objuczonym rowerem nie dało rady się przecisnąć), bo… gadała przez telefon. Nikt nie wymagał od niej podejścia i zatańczenia, tylko wciśnięcia guzika zdalnie, z recepcji w której była. Przerosło ją jednak to zadanie i ostatecznie musieliśmy ręcznie unieść szlaban na tyle ile się dało i przejść pod nim.

A Francuzi mówią oczywiście tylko po francusku i często są dość niemili, pani w okienku na dworcu kolejowym czy na recepcji kempingu. W odpowiedzi na zadane pytania usłyszeliśmy na przykład „nie pozwalają!” (na przewóz rowerów) nie! (czy mówi po angielsku). Żadnego przepraszam, przykro mi, niestety. Większość osób jest tu raczej sympatyczna i przyjazna,  nawet zagadują w tym swoim dziwnym języku 😛 ale jakoś pewna konsternacja poznawcza pozostaje. No i nadal nie umieją jeść widelcem 😛

Ale, a propos, to jedno trzeba im przyznać  – jedzenie mają najlepsze na świecie! 🙂

Pociąg pod belgijską granicę

Nasz miesięczny, niespodziewany, powrót do Polski wiązał się między innymi z tym, że chcąc trzymać się planu bycia w Norwegii latem, musieliśmy jakoś nadrobić czas w terenie. Dlatego zdecydowaliśmy się na pociąg,  który przewiezie nas z południa Francji na północ kraju, pod granicę belgijską. Pociąg jedzie tylko 5 godzin (i ma chyba z kilometr długości)! Rowery zabiera złożone, w cenie zaś po dwie sztuki bagażu – musieliśmy więc dokupić więcej.

Okazało się, że mimo obiecanej przestrzeni bagażowej na 2 metry, nie było jej. Jeden rower bez koła zmiescił się w dużej półce zaś drugi musiał stać obok niej. Owinięte w worki foliowe, chyba dla niepoznaki 😀

Pociąg jest linii (przewoźnika?) OuiGo i jeśli będziecie chcieli z niego korzystać, to musicie wiedzieć, że OuiGo nie respektuje innych kart do płatności internetowej niż… oczywiście francuska. Szczęśliwie kolega Serwecz nas poratował (dziękujemy!) bo inaczej to nie wiem, co byśmy zrobili. OuiGo chyba działa tylko mobilnie.

A teraz oby północ nas miło rozczarowała! 😉

Natalia i M.