Jaki rower zabrać w podróż? Cz. II Kupujemy rower

W pierwszej części napisaliśmy o tym, czy trzeba kupić nowy sprzęt (nie trzeba! 😉 aby ruszyć na wyprawę rowerową czy po prostu wycieczkę (Jaki rower zabrać w podróż? Cz. I własny sprzęt).

W tym wpisie dowiecie się na co zwrócić uwagę, jeśli jednak zdecydujecie się kupić nowy sprzęt lub doposażyć już posiadany.

Budżetowy Trek objechał już prawie całą Europę

Po wyborze odpowiedniej wielkości ramy należy skupić się na komponentach. Jest wiele poradników na temat właściwego rozmiaru roweru, ale tak naprawdę tylko wsiadając na rower możecie stwierdzić, czy rozmiar jest odpowiedni.

Teoria mówi, że stojąc nad ramą, przy siodełku, odległość pomiędzy górną rurą a naszym krokiem nie powinna być mniejsza niż około 10cm (do jazdy rekreacyjnej) lub 15cm (do jazdy sportowej) – ale to tylko teoria, u nas ta odległość jest dużo mniejsza i żyjemy 😉

N. i jej męska rama

Czy rower musi mieć amortyzatory?

Wszystko zależy od indywidualnych preferencji, pamiętajmy jednak, że amortyzator z przodu uniemożliwia założenie bagażnika na przód (oczywiście fizycznie założyć się da, ale obciążenia dla amortyzatora mogą być za duże i zwyczajnie się złamie lub uszkodzi).

Oddaje jednak nieocenione usługi na nierównej drodze, neutralizując częściowo wstrząsy, którymi atakowane są przede wszystkim nadgarstki. Oczywiście pod warunkiem, że jest on dobrej jakości. W większości fabrycznych rowerów w „znośnych” cenach montowane są amortyzatory najtańsze z możliwych (zazwyczaj naprawdę „szitowe”!), więc kupując gotowy rower z przeznaczeniem pod sakwy w miarę możliwości radzimy trzymać się z daleka od wszelkich amortyzowanych. Przykładowo u N. amortyzator został wymieniony, bo ten oryginalny prawie nie działa i był bardzo ciężki.

Amortyzator na tył, chociaż byłby może mile widziany podczas jazdy terenowymi ścieżkami, to uniemożliwia założenie bagażnika na ciężkie sakwy (tylny trójkąt ramy jest ruchomy względem trójkąta przedniego, zatem założenie bagażnika tylnego – o ile w ogóle by się udało – zablokowałoby amortyzację).

Można jednak ratować się bagażnikiem sztycowym (mocowanym tylko na rurze) lub dużą torbą podsiodłową. Takie rozwiązanie jest dobre na dłuższe wycieczki; jednodniowe lub samochodowe, ewentualnie na podróżowanie w stylu „light”, gdzie przy sobie mamy naprawdę niewiele rzeczy i zasobną kartę kredytową 😉

Jeśli możecie, zrezygnujcie z amortyzowanej sztycy (amorek pod siodłem), może wydaje Wam się, że to zmniejszy nacisk na odcinek krzyżowy kręgosłupa, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest, a ten wynalazek ma to do siebie, że często się psuje

Osiodłane rowery

Na co poza rozmiarem zwrócić uwagę?

Kupując rower nowy, warto zwrócić uwagę, żeby miał możliwość zamocowania bagażnika. Chodzi o odpowiednie otwory w ramie – jedna para przy tylnej piaście (tu najlepiej dwie pary, bo warto jeszcze gdzieś przymocować błotnik, ale od biedy w jednej parze otworów można przykręcić i błotnik, i bagażnik), druga pod siodełkiem, w okolicach łączenia rury podsiodłowej z tylnymi widełkami.

Mocowanie bagażnika bez tych otworów jest możliwe, ale trudniejsze i mniej wytrzymałe. Wszelkiego rodzaju obejmy mogą się bowiem okazać najsłabszym ogniwem konstrukcji…

A skoro już o bagażniku mowa, to wymaga on osobnej wzmianki. Jest to element niemontowany fabrycznie w prawie żadnym porządnym rowerze. Wyjątkami są bardzo ciężkie i przez to niewskazane na wyprawę„mieszczuchy” oraz fabryczne „trekkingi”, których zasadniczą wadą jest to, że mają w oryginalnych konfiguracjach bardzo kiepskie i mocno zawodne amortyzatory.

Dlatego też kupowanie roweru trekkingowego z myślą o dłuższych trasach zdecydowanie odradzamy. Zaś pozostałe typy rowerów co do zasady są sprzedawane bez bagażnika. I dobrze, bo fabryczny bagażnik i tak prawie na pewno trzeba by było wymienić. To jest bowiem „wół roboczy” roweru wyprawowego, jeden z najważniejszych jego elementów.

Nasze bagażniki i ich bagaż

Bagażnik na wyprawę musi być wytrzymały. Tzn. nie tylko fabryczny udźwig musi przekraczać oczekiwaną masę bagażu (z co najmniej dwudziestoprocentowym zapasem), ale też konstrukcja musi być naprawdę solidna. Jest to element, na którym naprawdę nie warto oszczędzać, bo pęknięcie bagażnika oznacza koniec dalszej jazdy i co najmniej spawanie (mieliśmy kiedyś taką sytuację w Rumunii, jakoś ukończyliśmy trasę, lecz z duszą na ramieniu) lub wręcz powrót do domu.

Dlatego też tutaj wyjątkowo polecam bardzo konkretnie: tylko firma Tubus, w tym jej marka bagażników aluminiowych Racktime. Bagażnik stalowy Tubusa ma udźwig 35-40 kg i naprawdę tyle wytrzymuje. Latami. Bagażniki aluminiowe Racktime mają udźwig nominalny 25 kg i też tyle wytrzymują. Montaż jest dość intuicyjny, a konstrukcja prosta jak dwa połączone cepy 😉 Tylko żeby nie te ceny! No, ale moim zdaniem zdecydowanie warto zapłacić 300-400 zł i mieć spokój na całą wyprawę albo i dłużej. To w końcu równowartość raptem dwóch noclegów „pod dachem” w krajach zachodnich…

Zatem jak widzicie, kupowanie drogiego roweru na taka wyprawę nie jest konieczne, a nawet wskazane. Jeśli masz rower,który jest wygodny, w dobrym stanie i ma otwory na bagażnik, to kupuj Tubusa, sakwy i ruszaj w drogę! 🙂

Mikołaj i Natalia

Reklamy

Jaki rower zabrać w podróż? Cz. I Sprzęt posiadany

jaki rower kupić

Dostaliśmy od Wielbiciela 😉 pytanie, czy trzeba mieć  drogi rower, żeby pojechać na wyprawę rowerową? Odpowiedź brzmi: nie.

A tak naprawdę kryteria są dwa:

  1. Rower musi być wygodny
  2. Rower musi być niezawodny

Ad 1.

Lata praktyki – nic innego nie pomoże. Oczywiście można wybrać się na profesjonalny bike-fitting (nie sprawdzałem, ale znając polskie realia to usługa dostępna wyłącznie w Warszawie i ewentualnie w Krakowie), ale primo: to drogi gips, a secundo: i tak nie uchroni przed pojeżdżeniem i sprawdzeniem, czy faktycznie wszystko CI pasuje. Więc moim zdaniem opcją lepszą, bo tańszą jest po prostu zabranie tego roweru, na którym od lat się jeździ i który nam pasuje. Dodam jeszcze, że prawie każda rama może być dla nas wygodna. O ile tylko ma właściwy rozmiar i my jesteśmy w miarę wymiarowi, to nie ma przeciwwskazań, by było wygodnie. Schody zaczynają się przy osprzęcie.

Oczywiście nie chodzi o jego klasę, tylko o ustawienia. Przykładowo: rama może być mała, ale wtedy potrzeba mieć długą sztycę, a na rynku raczej nie występują dłuższe niż 40 cm. Rama może być duża (jak moja), ale wówczas potencjalnie pojawia się problem zahaczania czubkami butów o przedni błotnik na zakrętach. Mnie to nie przeszkadza, tym bardziej, że jest to  cena, jaką zdecydowałem się zapłacić za to, żeby mieć koła 28” (ten rozmiar ramy był najmniejszym dostępnym dla takich kół).

Dlaczego koła 28? W sumie sam już nie pamiętam, na 26 czy 29 jeździ się równie dobrze, a bajanie o przewadze jednego rozmiaru nad innym (że większe koło ponoć lepiej przechodzi przez nierówności i ma mniejsze opory toczenia, a mniejsze jest bardziej skrętne) to czysty marketing. Różnice bowiem w tak niewielkim zakresie rozmiarów (między 26 a 29 cali mamy raptem 11,5%!) jeśli w ogóle istnieją, to są pomijalne.

W ogłaszaniu co i rusz nowego „paradygmatu” rozmiarów koła chodzi zatem o to, żebyś, drogi Czytelniku, kupił(a) nowy rower, a przecież z powodu samego koloru ramy mało kto to zrobi, więc trzeba dorobić ideologię 🙂 Zatem podsumowując: zabierz na wyprawę rower, na którym bez bólu możesz zrobić na raz te 150 km. To wystarczy :)Dla zaniepokojonych: co NIE znaczy, że na wyprawie „masz robić” etapy po 150 km! Po prostu, jak kilka razy przejedziesz taki dystans w pobliżu domu, to wiesz, czy rower ”Ci leży”. I tyle.

rower na podróż.jpg

Ad 2.

Ja wybrałem (dawno, w 2009 roku) dla siebie Surly Long Haul Trucker. Głównym powodem była stalowa, chromowo-molibdenowa konstrukcja. Daje lepszą amortyzację na wybojach niż aluminium, jest łatwa w naprawie, bo każdy spawacz w byle wsi ją uratuje (przynajmniej tymczasowo) po ewentualnym pęknięciu. A to w przypadku aluminium nie wchodzi w grę, musisz znaleźć gdzieś spawacza TIGMIG, a ci trafiają się raczej tylko w średnich i dużych miastach.

Z kolei w przypadku ramy karbonowej (ponoć lepsza amortyzacja niż stal) pękniecie ramy oznacza jej wyrzucenie i co gorsza, o takie pęknięcie wcale nie jest trudno – wystarczy mocniejsze stuknięcie w ramę, a zatem każdy transport roweru, np. pociągiem (nie mówiąc już o samolocie) jest wielkim dla niej zagrożeniem.

rower szosowy jaki wybrać.jpg
Karbonowe szosówki

Niestety dobra rama stalowa (stal chromowo-molibdenowa) kosztuje sporo, choćby dlatego, że to ostatnimi czasy dość rzadka technologia. Aczkolwiek jest oczywiście nadal tańsza od karbonu.

Drugim powodem była jej konstrukcja, tj. przedłużone widełki tylne, co powoduje, że nie wchodzi w grę ocieranie piętami o sakwy nawet przy dużym rozmiarze buta. Ja mam stopę raczej niewielką, a mimo to w innych rowerach zdarza mi się ocierać. Plus ta rama jest stworzona dla transportu sporego bagażu, ma wzmocnienia w odpowiednich miejscach, a cieniowana jest w innych, etc.

Jednakże fakt zakupu ramy za 2 000 zł nie oznacza, ze cały rower kosztował 7 000, bo osprzęt dobierałem do niej indywidualnie. Jest to oprzyrządowanie ze średniej półki, o wysokiej kulturze pracy, dużej wytrzymałości i średniej cenie. Bo pamiętać należy, że droższy osprzęt, to przede wszystkim niższa masa i mniejsza wytrzymałość. Czyli coś na wyścig a nie na wyprawę.

Podsumowując, mój rower był składany indywidualnie, każdą cześć wybrałem sam i wybór był rewelacyjny, skoro przez 8 lat z hakiem zrobił blisko 80 000 km przebiegu, a wymieniałem tylko napęd i klocki hamulcowe. Dopiero przed wyprawą wymieniłem tylne koło, zresztą na identyczne jak poprzednio.

wyprawa rowerowa


Jeśli zaś chodzi o rower N., to jest on idealnym potwierdzeniem mojej tezy z punktu 1. Wybraliśmy go co prawda dość starannie, ale spośród modeli dostępnych na rynku w tamtym momencie (czyli w roku 2010, kiedy o naszej wyprawie nikomu się nawet nie śniło) i mieszczących się w (dość skromnym wówczas) budżecie. Dość powiedzieć, że cały rower kosztował mniej niż moja rama. Jest to klasyczny góral, z aluminiową ramą i kołami 26”, zaledwie ośmiorzędowym napędem i osprzętem z niskiej półki.

Rower na wycieczki
Trek 3600 pod grecką knajpą


Przez te lata doznał on oczywiście kilku modyfikacji. Przede wszystkim dołożyliśmy błotniki i bagażnik oraz zmieniliśmy opony na niemal gładkie (mniejsze opory toczenia), a za to znacznie wytrzymalsze i odporniejsze na przebicie i lżejsze. Poza tym z czasem nastąpiła wymiana kierownicy na lżejszą i prostą, założenie lemondki (rurek z podłokietnikami na kierownicy do przybrania odpoczynkowej i bardziej aerodynamicznej pozycji podczas jazdy) oraz pojawiły się nowe klocki hamulcowe, takie z wymiennymi wsuwkami (osobne okładziny są tańsze i lżejsze niż całe klocki, ich wymiana jest też łatwiejsza).

Jednak co do zasady to jest wciąż pierwotna konstrukcja i mimo 35 000 km przebiegu obręcze (niekapslowane! – tj. bez wzmocnień na szprychach) są nadal w dobrym stanie i nawet wkład suportu nigdy nie był wymieniany! Jak zatem widać rower posiadany, o ile jest utrzymywany w dobrym stanie, nadaje się jak najbardziej na taką wyprawę. Można go trochę podrasować, ale bynajmniej nie trzeba.

podróż rowerem

CDN…. a w dalszej części o tym, na co zwrócić uwagę kupując nowy sprzęt. 

M.

Sprawdź również:

10 rzeczy, których nam NIE brakowało w podróży

Po zaletach i wadach podróżowania, oraz spisie tego, czego nam w trasie brakowało pora na pozytywy. Czyli czego nam NIE brakowało 😀

  1. Polskiej zimy

W podróży pogoda była różna, zwłaszcza na Bałkanach deszcze i wiatr dały nam niezły wycisk, ale kiedy zatrzymaliśmy się w Rzymie, żeby pożyć trochę tym miastem i przeczekać najchłodniejszy okres roku, mogliśmy się cieszyć naprawdę piękną pogodą.

Większość dni była słoneczna i ciepła. Mróz i śnieg zdarzyły się raz i okazało się, że ostatnio takie zjawisko miało miejsce 6 lat temu (więc w Rzymie ten okres był jednocześnie świętem i dniami o podwyższonym ryzyku, zalecano pozostanie w domu, zamknięto szkoły i urzędy). Ale nawet wtedy słońce pięknie świeciło i dni były bardzo urokliwe.  Bywało też oczywiście deszczowo, ale większość jesiennego i zimowego czasu mogliśmy cieszyć się słońcem.

grudzień we włoszech
Rzym jesienią i zimą

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o Rzymie przeczytaj wpisy:

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Ile kościołów jest w Rzymie i które warto zobaczyć?

  1. Internetu

Trochę się martwiliśmy, jak to będzie z Internetem za granicą. Jednak dzięki ustawie, która weszła w zeszłym roku, w całej Unii obowiązują zasady operatora komórkowego sieci do której się należy, pod warunkiem, że przebywa się za granicą pewną, określoną, ilość czasu. Mogliśmy się zatem cieszyć darmowym Internetem przez mniej więcej pół roku (dzięki temu, że wróciliśmy na miesiąc do Polski i licznik się wyzerował). Po tym czasie operator zaczął naliczać nam dodatkowe opłaty, ale w UE były tak niskie, że nie przerażało nas korzystanie z danych komórkowych.

Natomiast poza Unią bardzo często Internet był bez hasła, „w powietrzu”, zaś właściwie  wszystkie kwatery oferowały wifi. W zasadzie więc Internet nie stanowił większego problemu, choć czasem działał chimerycznie, ale suma summarum pod tym względem było dobrze.

Dowiedz się, jak wynająć mieszkanie przez AirBnB? 

  1. Prądu

W dzisiejszych czasach chyba nie da się być niezależnym od prądu, chociaż staraliśmy się mieć część sprzętu na baterię (GPS, szczoteczka do zębów, odtwarzacze mp3), to jednak smartfony, aparat fotograficzny, laptop czy tablet wymagały ładowania. Na szczęście prawie każdy nocleg zapewniał nam tę możliwość, chociaż czasami nie było łatwo (zdarzały się kempingi bez dostępnych gniazdek i musieliśmy kombinować) a temat swobodnego dostępu do prądu czasami sprawiał, że dany nocleg nas denerwował albo w ogóle się na nim nie zatrzymywaliśmy.  Mimo wszystko należy powiedzieć, że zawsze mieliśmy naładowane telefony i tablet gotowy, aby wieczorem zajrzeć na Facebooka 😉

Sprawdź też: 10 niepozornych rzeczy, które ułatwią Ci życie

gdzie ładować telefon w podrózy
Zawsze było czym zrobić zdjęcie

  1. Świeżego powietrza i ruchu

Tego mieliśmy zdecydowanie aż za dużo 😀 Wpłynęło to jednak pozytywnie na nasze ciała; opaliliśmy się, wyrzeźbiliśmy tu i tam, zgubiliśmy trochę kilogramów (ale zaskakująco niewiele). Przebywanie na powietrzu wiązało się też z tym, że mogliśmy podróżować wąchając zapachy kwitnących kwiatów czy roślin, morskiego powietrza albo lasu 🙂

widoki na wyprawie.jpg
Dużo powietrza, widoków i ruchu

  1. Terminów

To jest wielka zaleta takich podróży. Żadnej daty, która się nieuchronnie zbliża i trzeba gonić, żeby zdążyć. Można zapomnieć jaki jest dzień tygodnia (pod warunkiem, że w niedziele czynne są sklepy w danym kraju). A co za tym idzie – nie brakowało nam tęsknego wyczekiwania na weekend 😉

  1. Widoków i wrażeń

Podczas gdy inni planowali swoje urlopy, wspominali je albo tylko tęsknie wyglądali za okno myśląc o pięknych miejscach i ciepłych krajach, my mieliśmy wspaniałe widoki i wrażenia zapewnione prawie codziennie.

Czy znasz 11 najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie?

A może wolisz dowiedzieć się jakich jest 11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy?

7. Wolnego czasu

Jeśli komuś się wydaje, że taka wyprawa to boskie wakacje i spokojna jazda rowerkiem po pięknych miejscach, to jest w błędzie 😛 No, może nie całkiem, ale wakacjami takiej podróży raczej nazwać nie można. Wstajemy rano (około 7- 7:30 i nie ma mowy o wyspaniu, po poprzednim, pełnym wysiłku dniu, 7 rano to zawsze za wcześnie) pakujemy obóz, jemy śniadanie i ruszamy. Przed nami kilka ładnych godzin w siodełku, duże kilkadziesiąt kilometrów do przejechania i jeśli nie jesteśmy w Skandynawii latem, to zmierzch jest tym momentem dnia, w którym musimy być już na campingu, prawie całkiem ogarnięci, żeby nie musieć robić niczego po ciemku albo przy słabym świetle. Wieczorem, o ile wreszcie jest czas dla siebie, człowiek nie ma już siły na nic i pada ze zmęczenia 😉

internet na balkanach.jpg

8.Nowych smaków

Chociaż czasem bywało słabo (Serbia), to właściwie każdy kraj dostarczał nam kulinarnych przyjemności. Mniejszych lub większych, ale zawsze wyjątkowych. I to jest jedna z najfajniejszych rzeczy w podróżowaniu.

9. Siebie

Haha 😉 Jasnym jest, że podróżując we dwójkę spędza się ze sobą 24 godziny na dobę. No, czasem M. jechał na biga, czasem ja szłam na jakieś samotne zwiedzanie i wtedy cieszyliśmy się chwilę samotnością. Ale generalnie byliśmy non stop razem i dobrze nam z tym było 🙂 oczywiście pewnej wymiany zdań nie da się uniknąć, zwłaszcza, gdy jest się zmęczonym, wkurzonym, ma się wszystkiego dość a w perspektywie jeszcze kawał drogi do przejechania. Ale daliśmy radę.

widoki na wyprawie 2

10.Polityki i tego całego zamieszania w mediach

Oczywiście, jak już wspomnieliśmy, byliśmy online, ale ograniczało się to głównie do najważniejszych spraw typu wpis na bikestats, na blog czy Facebook. Na więcej nie było czasu ani ochoty i wcale nam nie brakowało, tego, że nie wiemy co słychać w naszym kraju. Jakie znowu fantastyczne ustawy są przepychane kolanem w nocy, kto kogo oskarża, kto z kim się rozwiódł i inne takie sytuacje. W Rzymie trochę to nadrobiliśmy, ale fajnie było odetchnąć i odciąć się na chwilę od takich spraw.

wyprawa rowerowa

Zatem taka podróż to nie tylko wspaniała przygoda i wyzwanie dla ciała i ducha, ale także pewien reset dla umysłu 🙂 i takie rzeczy w pełni można przeżyć tylko podczas długiej podróży.

Natalia i M.

10 rzeczy, których nam brakowało w podróży

Powrót do domu z wyprawy albo z urlopu to nie tylko powrót do codzienności ale też powrót do tego co znamy i lubimy. A powrót z rocznej podróży jeszcze bardziej nam uzmysłowił czego nam brakowało podczas miesięcy poza domem. Ciekawe, czy będziecie zaskoczeni 😉

1. Polskie jedzenie. Trzeba przyznać, że jedzenie w Polsce jest bardzo smaczne i jest w czym wybierać. I wcale nie chodzi o chleb, który w wielu krajach jest nawet lepszy (Albania, Italia!) ale:

a. Duży wybór warzyw w dobrych cenach, nawet jeśli Wasz wzrok w sklepie pada najczęściej na ogórki, pomidory, paprykę i cebulkę to przecież możemy też wrzucić do koszyka pataty, kapustę pak choy, kapustę pekińską, szalotkę, imbir, trawę cytrynową…, a w wielu krajach warzyw z innych stron świata po prostu nie ma a i wybór tych „pospolitych” bywa marny. Z kolei w innych wybór jest porównywalny (Niemcy, Skandynawia) lub nawet większy (Włochy, Francja), ale ceny potrafią przyprawić o ból głowy (Norwegia!).

Zobacz wpis co jedliśmy w Norwegii i jak sobie radziliśmy z cenami.

b. Wędliny, pasztety, kiełbaski. Wędzone, suszone, gotowane, surowe, na pewno każdy ma swojego ulubieńca bo w Polsce ich wybór jest bardzo duży. Nawet jeśli przechodząc po alejkach nie wiemy co wybrać, bo wydaje nam się, że nic nie ma 😉
Lepiej pod tym względem jest chyba tylko we Francji, a w Niemczech porównywalnie.
W innych krajach wybór tego typu produktów jest przeważnie bardzo niewielki a takich rzeczy jak pasztety, kabanosy czy kaszanka po prostu nie ma.

jedzenie w podróży
Szwedzki kawior, włoskie ciastka, holenderskie sery i przerwa na śniadanie w drodze

2. Napoje. Już gdzieś pisaliśmy, że był to permanentny problem podczas wyprawy. W Polsce wybór napojów jest olbrzymi, od gazowanych do soków i nektarów. A w wielu krajach poza gazowanymi napojami typu Coca-cola, Fanta czy Schwepps możliwości można policzyć na palcach jednej ręki. Żeby chociaż był jeden dobry smak, to już będzie sukces.

3. Komfort. To rzecz, której brakuje tak samo bardzo jak dobrego jedzenia. Czasem się trafi fajna kwatera, ale i tak się tęskni do własnego łóżka, do własnej kuchni z dużą lodówką w której można trzymać duże zakupy, nie zaś tylko tyle, ile zjemy w podczas pobytu w domu przez najbliższy dzień czy dwa. Do dużej szafy z ciuchami na każdy dzień tygodnia 😉 i pralki dostępnej w każdej chwili. No i w ogóle do wygody.

Przeczytaj więcej o wadach podróżowania.

4. Rodzina i znajomi. No co tu dużo mówić, dla mnie ważne jednak jest, żeby się z kimś spotkać i nie chcę, żeby to był ktoś, kto po raz kolejny zada pytanie, które zadaje każdy inny „skąd jesteście? dokąd jedziecie?”, tylko ktoś, kto wie trochę więcej o mnie 😉

5. Język. O ile nauka obcego języka może być ciekawa i być fajnym wyzwaniem, o tyle brak możliwości pogadania sobie po polsku, w języku który znam, bez konieczności zastanawiania się jak coś powiedzieć, brak możliwości używania języka swobodnie i rozumienia różnych językowych niuansów i gier językowych (np. w telewizji) był dla mnie bardzo ciężki, zwłaszcza we Włoszech, gdzie mieszkaliśmy, ale wcale nie byliśmy mieszkańcami, tylko nadal turystami.

wyprawa po europie
Ostatecznie znamy kilka zwrotów w różnych językach

6. Kultura. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale zamieszkanie w obcym kraju może być trudne. Czasem może być ciężko zrozumieć zachowania innych albo po prostu się z nimi pogodzić. Jak na przykład sztywne trzymanie się reguł w krajach północnych lub właśnie zbytnie wyluzowanie na południu. A mówimy tu o Europie, co dopiero jakieś inne kręgi kulturowe. Mimo, że w Polsce też nie jest idealnie, to przynajmniej nie czujemy się tu „obcy”.

7. Zakupy. No tak, jako kobieta muszę wrzucić ten punkt. Spacery po marketach w innych krajach zawsze wzbudzają w nas dreszczyk emocji, no bo w każdym kraju można znaleźć perełkę, której w Polsce nie będzie (np. albańskie fergese me gjize – pomidorowo twarogowy sos), ale w sakwach mieliśmy ograniczoną ilość miejsca na zakupy (poza tym trzeba było to wieźć o własnych siłach). A o zakupach odzieżowych czy innych tego typu sklepach można zapomnieć. Nie ma ani czasu ani miejsca na łupy z takich przybytków. Szczęście w nieszczęściu, że poza Niemcami właściwie na naszej trasie nie było typowych drogerii jak Rossman. Raczej butiki w stylu Sephory z wysokimi cenami lub niewielkie stoiska w sklepach odzieżowych.

bagaż rowerowy
Jak tu iść na zakupy, skoro trzeba tyle wieźć

8. Kosmetyki. To raczej tylko moja bolączka nie M. 😉 Może to dobrze, że nie było drogerii, bo i tak nie było by gdzie wozić tych kosmetyków. W każdym razie brakowało mi jednak pachnących żelów pod prysznic, peelingów, odżywek do włosów, tuszowania rzęs, lakierów do paznokci, kremów i wszystkich innych babskich kosmetyków ;). Lubię je stosować i trochę tęskniłam za nimi podczas wyprawy.

9. Ciuchy. Ileż można chodzić w tym samym, nawet M. miał trochę dość 😉 A do tego zabraliśmy zbyt mało kolorowych ubrań, tych nierowerowych, i przygnębiało nas to, że jesteśmy ubrani głównie w odcienie szarości. Mnie trochę ratowała niebieska kurtka i niebieskie buty ale i tak byliśmy szarymi eminencjami 😉

wyprawa odzież
Tak się nosiliśmy, gdy nie jeździliśmy 😉

10. Drugi komputer. Mieliśmy ze sobą małego laptopa i tablet na androidzie, ale czasem brakowało dwóch urządzeń z systemem Windows.

To oczywiście nie są duże niedogodności (może poza jedzeniem i piciem) a sprawiają, że powrót do tych punktów osładza pewną nostalgię związaną z powrotem  🙂

Czy czytałeś już wpis o zaletach podróży? 

Natalia

Wady i zalety podróżowania, cz. II Zalety

Po negatywnej dawce tego, co nie jest fajne, którą mogliście przeczytać w poście o minusach podróżowania, powiemy Wam, dlaczego, mimo wszystko dołączyliśmy do grona podróżników 🙂

Jakie zalety miała nasza roczna podróż?

1.Brak terminu powrotu. Chociaż musieliśmy liczyć się z czasem w różnych sytuacjach, to jednak najlepsze było to, że nie musieliśmy odliczać dni do powrotu, do końca urlopu. Dzięki temu mogliśmy gdzieś zostać tyle, ile nam się podobało (czy raczej na ile nas było stać 😉 ) i nie martwić się o to, że jeszcze mamy do zrobienia 1000 kilometrów i tylko tydzień wolnego.

2. Taka podróż sprawia, że spędzasz dużo więcej czasu na oglądaniu świata niż podczas urlopu. Możesz chłonąć piękne widoki, cieszyć się tym co dookoła i nie martwić się, że za tydzień wrócisz do domu. Bo za tydzień będziesz oglądać inne wspaniałe miejscadlaczego warto podróżować3. Próbowanie lokalnych przysmaków. To chyba jedna z największych zalet jakichkolwiek podróży. Możesz próbować nowych smaków i nowych potraw. Pod warunkiem, że jest czego próbować 😛 Zobacz wpis o najlepszych smakołykach, jakie jedliśmy w pierwszej części podróży

wyprawa przysmaki swiata
Na zdjęciu: przysmaki kosowskie, greckie, norweskie i niemieckie

4.Owoce z drzew. To prawdziwa frajda, móc sobie przystanąć przy drzewku, albo czasem i całym sadzie, i narwać fajnych owoców. Mamy już na koncie między innymi figi, mandarynki, grejpfruty, granaty, banany, migdały 🙂

5.Forma i zdrowie! 🙂 Rowerowa wyprawa ma to do siebie, że chcąc nie chcąc dbasz o zdrowie, nawet, jeśli jadasz dziwne, niezbyt zdrowe rzeczy. Chudniesz, w brzuchu lekko, nogi i pośladki się rzeźbią, a do tego opalasz skórę (no, chyba, że jesteś w Chorwacji i akurat trwa niepogoda :P). To jest super sprawa.

6. Minimalizm. To zarówno zaleta jak i wada. Okazuje się, że spokojnie możesz przeżyć z dwoma rodzajami koszulek na każdy rodzaj pogody, jedną parą spodni „na miasto”, z trzema parami butów (sandały, kryte, klapki) czy absolutnie minimalną ilością kosmetyków. Co więcej, niektórzy po takiej przygodzie opróżniają swoje szafy w domach.

No jasne, że się da i że można tak żyć, ale co to za życie! 🙂 Po powrocie nie mogę się nacieszyć swoją szafą i ilością kosmetyków, a w marcu, podczas krótkiego pobytu w domu pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam na zakupy ciuchowe :p

7. Dowiadujesz się wiele o sobie. Wiesz, że poradzisz sobie w różnych sytuacjach, ale też dowiadujesz się czego oczekujesz od życia i gdzie jest Twoje miejsce. Czy jesteś typem podróżnika, który bardziej sobie ceni przygody niż wygody, czy jednak odwrotnie. Podróż weryfikuje też Twoje plany na przyszłość (np. czy na pewno chcesz mieszkać za granicą i czy w Polsce jest tak źle, jak sądzisz), oraz to jaki naprawdę jesteś (np. że marudzenie to nieodłączna strona Twojej natury 😉 )

wyprawa dookoła swiata.jpg

8. Dowiadujesz się wiele o swoich znajomych. I okazuje się, czy masz w ich gronie ludzi na których możesz liczyć, tak jak przypuszczałeś, czy może jednak nie. Oraz czy są osoby życzliwie nastawione do Ciebie, a wcale ich o to nie podejrzewałeś 🙂

9. Cieszysz się z małych rzeczy. Kiedy człowiek za bardzo zapada się w tę wygodną strefę komfortu, to czasem nie dostrzega małych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie jest dobre. Taka podróż doskonale uwrażliwia na drobnostki. Na przykład jaka to radość jeść słony chleb 😉

Tak, nawet sobie nie zdajmy z tego sprawy, ale gdy we Włoszech natrafisz niechcący na ten niesolony to będziesz wiedzieć, o co chodzi 😉 Nie wspominając już o takich oczywistościach jak ciepła, bezpłatna, bez limitu czasowego woda pod prysznicem z dobrym ciśnieniem 😉

10. Ludzie są dobrzy. Oczywiście nie należy tutaj popadać w skrajności i przestać być ostrożnym lub koniecznie odwiedzać kraje ogarnięte wojną. Ale warto mieć świadomość, że prosząc o pomoc właściwie zawsze ją otrzymasz. A są też takie miejsca, że nie trzeba o nic prosić. Ludzie po prostu chcą pomagać. I to sprawia, że Twoje spojrzenie na świat staje się trochę inne. Bardziej pozytywne 🙂

11. Uczysz się nowych rzeczy. Języka lub tego, że nie ma się czego bać nawet jeśli tego języka nie znasz zbyt dobrze. Uczysz się dobrego planowania (ogólnie rzecz biorąc logistyka wyprawy tego wymaga), uczysz się szybko oceniać, co jest warte wydania pieniędzy a co nie i zwracasz na to uwagę, uczysz się nowych kultur i nowego spojrzenia na świat 🙂

12. Spełniasz swoje marzenie. A co jest cenniejsze od realizacji planów, celów i marzeń? 🙂

wyprawa po europie.jpg
Korfu, Norwegia, Grecja, Włochy… 🙂

Natalia i Mikołaj

Wady i zalety podróży. Cz. I – wady

Po podsumowaniu liczbowym i ogólnym drugiej części naszej wyprawy pora na zmierzyć się z tym, z czym podróż się wiąże. Zacznijmy od tych gorszych stron 😉

Bo pewnie nie ma osoby, której nie marzy się takie oderwanie od rzeczywistości. Brak terminu powrotu, brak obowiązków, brak konieczności wstawania, żeby zdążyć na autobus, pociąg, spotkanie. A zamiast tego możesz podziwiać widoki, jeść przysmaki lokalnej kuchni i opalać się na słońcu.

Czy faktycznie tak jest?

  1. Zmęczenie. Przede wszystkim bycie w ciągłej drodze męczy. Chociaż pewnie są i tacy, którym wcale to nie przeszkadza. Ale podróżowanie rowerem ma to do siebie, że męczy fizycznie, więc czasem odpuszczaliśmy jakieś miejsca, do których było zbyt daleko rowerem, zwłaszcza, jeśli trzeba było z nich wrócić, bo nie było gdzie spać. Czasem też nie sposób było się cieszyć z otaczających okoliczności, a czasem jedynym marzeniem było tylko dotrzeć już na nocleg.

A do tego dochodzi zmęczenie psychiczne. Ciągle w ruchu, ciągle gdzie indziej. Nie wiadomo, w jakich warunkach dzisiaj będziemy spać, ciągłe sprawdzanie pogody, podjazdów, kilometrów, sklepów… wieczorami dużo do zrobienia (rozbić obóz, zrobić obiad, zrobić pranie, pozmywać, czasem coś naprawić, zorientować się co nas jutro czeka) i nie zawsze znajdzie się chwila na relaks. A rano trzeba wstawać, bez marudzenia (przeważnie o 7 rano), bo zwijanie obozu trwa około 2 godziny a przed nami cały dzień jazdy (a czasem trzeba zdążyć przed deszczem) i trzeba dotrzeć o jakieś rozsądnej porze, żeby… móc się ogarnąć przed zmrokiem.

No i też ile można odpowiadać przypadkowo zagadującym ludziom o tym, gdzie, skąd, dokąd i ile czasu jedziemy…

podróż wad
Czasem zmęczenie odbiera przyjemność z podróży

  1. Czas. Wcale nie jest tak, że masz nieograniczony zapas czasu, bo po pierwsze spieszysz się, żeby zdążyć przed zmrokiem (trzeba dotrzeć do miejsca noclegowego – wybrać je, rozbić namiot, no chyba, że akurat śpisz pod dachem albo jest okres białych nocy. A potem jeszcze jest mnóstwo prac wieczornych), po drugie śpieszysz się, żeby zdążyć przed: niepogodą, wiatrem który się zrywa w godzinach południowych (Grecja), spieszysz się na pociąg, na prom, żeby nie zamknęli sklepu…

3. Ciągłe planowanie. Oczywiście trasę mieliśmy zaplanowaną, mieliśmy nawet wszystkie interesujące nas punkty wgrane do gps (min. kempingi, sklepy, atrakcje). Ale pierwszą część wyprawy prawie co wieczór spędzaliśmy na planowaniu następnego noclegu, bo kempingów na trasie nie było zbyt dużo. A więc: gdzie jesteśmy i dokąd jutro dojedziemy, jakie są tam możliwości spania? Czasem konieczność modyfikowania trasy, bo tam gdzie chcieliśmy spać, nic nie było. Jakie mamy opcje, i za ile? A może na dziko, ale wtedy skąd wziąć wodę, gdzie się zaopatrzymy? W drugiej części pod tym względem było lepiej, ale też nie obyło się bez weryfikacji kolejnych dni.

4. Uzależnienie od pogody. Na rowerze pogoda jest bardzo ważna. Wiatr czy deszcz sprawiają, że jazda jest czasem walką, a przyjemności w tym nie ma żadnej. No, może gdyby w nagrodę czekał suchy, przyjemny domek i w perspektywie brak konieczności jazdy dalej następnego dnia, taką walkę można znieść lepiej, ale jeśli nie, to na samą myśl łzy się cisną do oczu. A tu trzeba jechać.

wyprawa pogoda(1).jpg
W podróży pogoda bywa różna

  1. Waga bagażu. Podróżując na rowerze nie możesz sobie pozwolić, aby nabrać w sklepie tylu pyszności, ciuchów i fajnych kosmetyków, na jakie masz ochotę. Nie możesz też nakupować pamiątek. Wszystko to musisz później wieźć o własnych siłach i z reguły nie po płaskim, ale po górach. Dlatego liczysz się (dosłownie) z każdą rzeczą i każdym jej gramem.

    wyprawa bagaz.jpg
    Bagaż wyprawowy
  1. Higiena Raz jest lepiej raz gorzej. Nam na szczęście zawsze udawało się jakoś umyć (chociażby w umywalce), ale zanim do tego doszło, byliśmy, po całym dniu w drodze, spoceni i śmierdzący. W dodatku często długa, ciepła i przyjemna kąpiel pozostawała w sferze marzeń.  Czasem prysznic był na żetony, przycisk na wcisk, ciśnienie słabe, woda ledwo ciepła, kabina brudna….

A dodajmy, że po kąpieli warunki mieszkaniowe nie zawsze są idealne… (np. chłodny wieczór, który trzeba spędzić na zewnątrz bo śpimy w namiocie, albo niezbyt czysty pokój czy chatka kempingowa).

W podróży trzeba też ścierpieć, że odzież i śpiwory w pewnym momencie przestają pachnieć fiołkami. Z tego powodu śpiwory w połowie trasy wypraliśmy w pralni chemicznej, a ubrania staraliśmy się raz w tygodniu prać w pralce. Codziennie zaś prałam je ręcznie.

Ale bądźmy szczerzy pranie ręczne nie jest takie skuteczne, zwłaszcza któryś raz z rzędu. A jeśli dojdzie do tego brak dobrych możliwości suszenia…

wyprawa higiena(2).jpg
W podróży różne bywają warunki.. na dole po środku proces prania ręcznego 😉

  1. A jeśli o praniu mowa… To codzienne pranie ręczne jest oczywiście koniecznością. Chociaż odrobinę luksusu chcieliśmy sobie podarować i mieć przynajmniej jako tako czyste rzeczy. Czasem udawało się wyszorować je tak, że pachniały mydełkiem, co to była za radość 😉 Więc szorowałam te ciuchy w umywalkach czasem wielkości naparstka, czasem w zimnej wodzie… A jeśli pranie było w zimnej wodzie to i zmywanie naczyń też… jest to pewne wyzwanie, zmyć garnki po obiedzie w takich warunkach.

8. Omijają Cię wydarzenia „na miejscu”. I niestety musisz ponieść tę cenę, jeśli chcesz podróżować. Śluby, urodziny, parapetówki, wspólne wyjścia, rodzinne spotkania i inne tego typu wydarzenia. Początkowo nawet nie tęskni się tak bardzo, w końcu jest tyle nowych wrażeń, ale później zaczyna Ci bardzo brakować nawet zwykłej możliwości pożartowania z kimś innym, niż tylko partner w podróży 😉

wyprawa spotkania.jpg
Ale spotkania na wyjeździe są fajne

  1. Musisz codziennie czarować obiad. Na zapas można kupić co najwyżej makaron, pesto i tuńczyka (bo to wszystko trzeba wieźć). Ale ile można jeść to samo? Wymyślenie czegoś do jedzenia, co będzie dobre i da się zrobić w jednym garnku (piekarnik stał się standardem dopiero w Skandynawii) często zakrawa na misję niemożliwą.
  1. Zapomnij o wygodach i komforcie. Oczywiście, bywały takie kwatery, w których czuliśmy się świetnie. Wygodne, czyste, super wyposażone. Ale przeważnie jednak nasza kuchnia z dużą lodówką, piekarnikiem, ulubionymi kubeczkami, wygodne biurko, dwa osobne komputery, książki!, pralka dostępna w każdym momencie, własna pościel… wszystko to było wspomnieniem i bardzo do tego tęskniliśmy. Im bardziej ktoś lubi żyć w komforcie tym bardziej będzie mu tego brakowało.

Ale jak bardzo tego potrzebujesz, dowiesz dopiero wtedy, kiedy ruszysz w podróż 😉

wyprawa mieszkanie.jpg
Kwatery, namiot, domki. Różne są możliwości spania

Ale nie martwcie się, są też dobre strony podróżowania 😉 O nich następnym razem 🙂

Natalia

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

Podsumowanie II części wyprawy

wyprawa po europie

Po kilku miesiącach spędzonych na wyprawie rowerowej przez północną Europę, wróciliśmy do domu. Pora więc na podsumowanie 🙂

W tym poście w skrócie przybliżymy Wam tegoroczną część naszej podróży.

A w tym wpisie: Podsumowanie I części wyprawy rowerowej po Europie możecie sobie przypomnieć trasę po Bałkanach.

Zimowanie w Rzymie

wyprawa rowerowa włochy
U góry: panorama Rzymu, po lewej Zamek św. Anioła, po prawej Bazylika św. Piotr

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że zimowe miesiące, czyli od połowy listopada do połowy marca, spędziliśmy w Rzymie. Doświadczenie było niezwykłe, bo stolica Włoch jest przepięknym, magicznym miejscem na które mieliśmy prawie nielimitowany czas zwiedzania (no, może i limitowany ale było go nadzwyczaj dużo).

O ile jednak M. czuł się w Rzymie fantastycznie, o tyle N. trochę doskwierał brak bycia pomiędzy znajomymi kątami i znajomymi – tak w ogóle.

Ale Rzym stał się trochę takim naszym drugim miastem.

Rzym znane miejsca.jpg
Od lewej u góry: Koloseum, widok na Forum Romanum, akwedukty, Koloseum, widok na Watykan, Fontanna di Trevi

Więcej o naszym rzymskim pobycie przeczytacie we wpisie: Jak nam się żyło w Rzymie.

Zapraszamy też do kategorii Rzym, tam znajdziecie dużo ciekawostek na temat tego miasta 🙂

Powrót do Polski

W marcu na miesiąc wróciliśmy do Polski, żeby załatwić sprawy zdrowotne. Musieliśmy odwiedzić dentystę, który w Polsce był dużo tańszy niż we Włoszech. Do tego dochodziła jeszcze gwarancja polskiego laboratorium technicznego, no i zaufanie do znanego lekarza. Przy okazji mogliśmy trochę nacieszyć się wytęsknionym domem, spotkać ze znajomymi i najeść domowych smakołyków 🙂

Wiosna we Włoszech

A w kwietniu wróciliśmy do pozostawionych w przechowalni rzymskiej rowerów i całego ekwipunku. Wiosna we Włoszech była trochę kapryśna. Dobrze się więc stało, że ruszyliśmy ostatecznie później niż planowaliśmy (ze względu na powrót do domu). Wieczory i poranki były jeszcze zimne a co jakiś czas pogoda się psuła.

Deszcze jednak szczęśliwie udawało nam się przeczekiwać w przyjemnych kwaterach. Skończył się jednak sezon grzewczy i w mieszkaniach było dosyć chłodno.

włochy.jpg
U prawej na górze: Castigliano, na dole Termy Saturni

W każdym razie nie cierpieliśmy jednak zbytnio z powodu przymusowych dni restowych, bo po zimie (mimo, że trochę jeżdżonej) forma nam jeszcze nie dopisywała. Szybko się męczyliśmy i nogi odmawiały posłuszeństwa.

Z Włoch dojechaliśmy, przez Monako, nad Lazurowe Wybrzeże. Cieszyliśmy się bardzo, bo we Włoszech zapowiadano kiepską prognozę a poza tym trochę znudziły nam się makarony i sosy pomidorowe 😛

Francja

We Francji zaś (pociągiem pokonaliśmy fragment z włoskiego Sanremo do Monako) pogoda była piękna. A do tego widoki takie, że brak słów. Lazurowe Wybrzeże rządzi, co tu dużo mówić 🙂

francja lazurowe wybrzeze.jpg
U góry od lewej: Włoskie cinque terre, Monako u dołu: Lazurowe Wybrzeże

Południe Francji nie rozczarowało nas ani trochę. Przepiękne widoki, pogoda i do tego francuskie jedzenie. Jednak problemem Francji są imigranci i to niestety widać. W Grasse, czy w Marsylii biedne, kolorowe dzielnice sprawiają, że rozglądasz się dookoła siebie częściej niż byś sobie tego życzył i zmywasz się z tych miejsc, tak szybko, jak tylko możesz. Być może to tylko okropne uprzedzenia, a być może nie, bo jeśli czujesz się jak w filmie gangsterskim i w dodatku to nie Ty jesteś gangsterem

francja.jpg
Od góry po lewej: Grasse, po prawej kalanki marsylskie, Po lewej udołu Marsylia

W każdym razie nic złego nam się nie przytrafiło (nie licząc jakichś utarczek z właścicielem mieszkania czy właścicielami kempingu: przeczytaj więcej we wpisie o Lazurowym Wybrzeżu rowerem i ostatecznie wsiedliśmy w pociąg w Marsylii, który pokonał całą Francję  i wysadził nas pod belgijską granicą. W totalnie innym świecie.

Belgia

Północ Francji była bardzo flamandzka, zarówno pod względem architektury (strzeliste domki z czerwonej cegły, przypominające angielski lub niemiecki styl) jak i atmosferą. To już nie był południowy luz. To była północna porządnickość. Może nie jakaś sztywna i przesadzona, ale jednak.

Belgia okazała się dość ładnym krajem o koszmarnie wysokich cenach i denerwujących pagórkach; krótkich i bardzo stromych. Ostatecznie znudziła nas i zmęczyła. Ale za to jednocześnie rozkochała nas w swoich musach czekoladowych… 🙂

belgia
U góry: Dolina Mozy, reszta: Belgia

Holandia

Holandia była wytchnieniem dla naszych nóg, bo była płaska jak stół 😉 M. nie mógł jej ścierpieć. Nie tylko przez brak gór ale również za przymus jeżdżenia po ścieżkach rowerowych.

holandia wyprawa rowerem
Holandia

Faktem jest, że w Holandii jazda długodystansowa na rowerze może być stresująca. Infrastruktura dróg dla rowerów jest oszałamiająca, przez cały kraj biegną ścieżki we wszystkich kierunkach. Często po obu stronach szosy samochodowej po jednym pasie rowerowym w danym kierunku. Oznaczenia jednak nie zawsze były dla nas czytelne i czasem wyjeżdżaliśmy pod prąd (rowerzyści wtedy kręcili głową z dezaprobatą) a czasem zjeżdżaliśmy w ogóle ze ścieżki na szosę. Wtedy zaczynało się zirytowane trąbienie kierowców. Od razu.

A na koniec jeszcze robotnicy wściekli się na nas, za to, że nie chcemy jechać objazdem (rozkopali jeden pas ulicy i ścieżkę) przez pole, nie wiadomo jak daleko, tylko jedziemy kilka metrów jezdnią. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Krzyki i popchnięcia. Z ulgą wyjechaliśmy z Holandii.

A szkoda, bo kraj jako taki jest ładny (przynajmniej N. się podobał). Poprzecinany kanałami, nawet w miastach 🙂 Łódki i motorówki są tutaj jednym z wielu środków transportu i sposobu spędzania wolnego czasu. Do tego ładna architektura i słynne wiatraki oraz niesamowity Amsterdam. Ale ciężko jest być rowerzystą w kraju Niderlandów.

holandia.jpg
Holandia i Amsterdam

Więcej o Belgii i Holandii przeczytasz w postach:

Belgia i Holandia rowerem

Amsterdam rowerem

12 rzeczy, które wkurzają w Belgii

Luksemburg

Do Luksemburga wjechaliśmy trochę przerażeni tym, jakie ceny produktów nas tam zastaną. Przeczytaliśmy gdzieś, że jednym z tańszych sąsiadów jest… Belgia. Belgia, w której odechciewało się jeść na widok wysokich cen.

Na szczęście w Luksemburgu było kilka dyskontów (Aldi), w których jednak było taniej niż w Belgii.

Jako państwo Luksemburg nie zapadł nam szczególnie w pamięć. Dużo lasów, dużo nijakich miasteczek. Nie widać tego bogactwa. Zaś miasto Luksemburg jest rzeczywiście ładne. Wbudowane w wąwóz z zamkiem na szczycie.

luksemburg.jpg
Luksemburg i kanion

Więcej o tym kraju przeczytacie we wpisie: 8 pytań o Luksemburgu, które sobie zadajcie

Niemcy

Wielką przyjemnością zaś okazała się trasa przez Niemcy. Kraj ten, wbrew naszym wyobrażeniom  (jakoś nigdy nie eksplorowaliśmy go, nie wydawał nam się interesujący widokowo), okazał się pagórkowaty i ładny. A do tego miał tę olbrzymią zaletę, że ceny w sklepach były porównywalne do polskich a asortyment szeroki. No i język, który M. zna świetnie a N. na tyle, żeby rozumieć, co się do niej mówi 😉

niemcy rowerem
Niemcy, gejzer w Andernach, Hamburg

W Niemczech mieliśmy awarię rowerową, którą pomógł nam zwalczyć Christian, nieznajomy, do którego zapukaliśmy z prośbą po pomoc (ale nawet nie w połowie taką jakiej nam udzielił)

Przeczytaj wpis: 10 ciekawostek o Niemczech, które Cię zaskoczą

p.s Czy wiedzieliście, że w Niemczech jest najwyższy gejzer zimnej wody na świecie? 🙂

Dania

A po Niemczech przyszła pora na Danię. Ale niczego ciekawego w niej nie było zatem polecieliśmy dalej 😉

Przeczytaj o tym, dlaczego w Dani nie ma nic. Dramatycznie nic 😉 W 4 dni przez Danię, czyli 9 ciekawostek

dania rowerem
Dania i duńskie korony

Szwecja

A z Danii promem dostaliśmy się do Szwecji. Należy zaznaczyć, że odkąd opuściliśmy Włochy właściwie przez cały czas dopisywała nam piękna pogoda, w przeciwieństwie do tego, co działo się w pierwszej części wyprawy. Tak również było w Skandynawii.

To w Szwecji nabawiliśmy się poparzeń słonecznych i uczulenia na słońce 😉

Sam kraj zaś bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Był tylko trochę pagórkowaty, pełen ładnych widoczków (jeziorka, rzeczki, podmokłe tereny), Szwedzi okazali się sympatyczni a jedzenie niezbyt drogie. Za to pełne ciekawych smaków.

No i oczywiście zaczęły się białe noce. Fantastyczne zjawisko! 🙂 W pewnym momencie w ogóle nie robiło się ciemno.

szwecja.jpg
Szwecja

Dobrze będziemy wspominać Szwecję, chociaż pod koniec wyprawy trafiliśmy do niej jeszcze raz i wtedy zaoferowała nam tylko złą pogodę, pustkowia, lasy ale i… renifery (które wychodziły nam na szosę) oraz Lidla! 😀 w którym zaopatrzyliśmy się w tanie i pyszne, w stosunku do Norwegii, produkty.

Więcej o Szwecji przeczytasz we wpisie: Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Norwegia

Norwegia to był nasz gwóźdź programu tego etapu podróży. Zdecydowanie warty tego, żeby do niego dojechać, nawet jeśli czasami mieliśmy już dość.

Absolutnie przepiękny kraj, który dane nam było przez pierwsze dwa tygodnie podziwiać przy słonecznej pogodzie.

norwegia wyprawa rowerem

Norwegia na każdym kroku prezentuje tak niesamowite dzieła natury, tak piękne krajobrazy, że człowiek nie może wyjść z podziwu, że jeden kraj może być w całości tak zdumiewający.

Nie widzieliśmy całej Norwegii, ale dotarliśmy aż za koło polarne, do Bodo. Kraina fiordów i lodowców całkowicie podbiła nasze serca.

norwegia rowerem.jpg

Niestety na początku sierpnia pogoda się zmieniła, zaczęło padać, mocno się ochłodziło (zrobiło się raptem naście stopni), więc będąc nieco załamani, tym co nas czeka i dodatkowo bardzo już zmęczeni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód.

Samochód okazał się dobrym ruchem, bo nie dość, że cenowo okazało się, że wyniósł nas mniej więcej tyle, ile byśmy wydali dalej podróżując rowerami, to jeszcze pojechaliśmy dalej niż planowaliśmy na dwóch kółkach, a do tego wykpiliśmy się norwesko – szwedzkim pustkowiom i dziesiątkom kilometrów szutrowych szos.

Norwegia, chociaż wymagająca „górsko” (ale nie bardziej niż południowe kraje Europy, chyba nawet mniej niż Włochy czy południowa Francja), była najpiękniejszym krajem, ze wszystkich jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy.

norwegia wyprawa

Więcej o Norwegii dowiesz się z wpisów:

Pierwsze wrażenia z pobytu w Norwegii w 12 punktach

Norweskie ciekawostki, czyli obserwacji ciąg dalszy.

O tym, co jeść w Norwegii.

I o podróży przez Norwegię rowerem.

Ogólne podsumowanie

Ta część wyprawy, pomimo początkowej kapryśnej, włoskiej wiosny, pozwoliła nam się cieszyć bardzo dobrą pogodą.

Dzięki temu i prawdopodobnie dzięki lepszemu zaplanowaniu trasy przez M. ten etap był łatwiejszy niż poprzedni. Po drodze były też płaskie i mniej wymagające kraje, czego na Bałkanach nie ma.

Kraje północnej Europy to jednak większe wydatki. Nawet nie na same kempingi, które (poza Danią) kosztują wszędzie mniej więcej 20 euro za dwie osoby z namiotem ale przede wszystkim noclegi pod dachem (dopiero w Niemczech i Szwecji ceny zrobiły się akceptowalne – do 50 euro za noc) oraz zakupy spożywcze. Wszelkie usługi czy inne towary (jak dętki czy opony) są co najmniej dwukrotnie droższe niż w Polsce.

Widokowo, odkąd opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże, dopiero Norwegia sprawiła, że naprawdę zapierało nam dech w piersiach z powodu otaczającego piękna.

Kilometrów przejechaliśmy mniej więcej:

M.: 8 500 km. N.: 6000 km, nie licząc Rzymu..

To ok 3 000 więcej niż podczas poprzedniej części. A mimo to, odczucia mamy takie, że było łatwiej.

Nie mieliśmy żadnego wypadku, niebezpiecznej sytuacji, jedynie jedną poważną awarię (pęknięcie opony w Niemczech). Ludzie których spotykaliśmy na naszej drodze z reguły byli życzliwi i pomocni.

Na pewno jeszcze nie ochłonęliśmy po powrocie i ciężko powiedzieć, czy mamy jakieś skonkretyzowane plany co do dalszych podróży.

Ale z pewnością teraz na blogu nastąpi cykl różnego rodzaju podsumowań! 🙂

Natalia i Mikołaj

Norwegia rowerem w jeden miesiąc. I trochę samochodem.

W Norwegii spędziliśmy miesiąc i pięć dni. Lipcowa część podróży przez ten kraj minęła nam przy przepięknej pogodzie, dzięki czemu mogliśmy się bez przeszkód zachwycać wspaniałą przyrodą. A było na co patrzeć! 🙂

Początek. Oslo i rozeznanie w sieciach handlowych.

Początek pobytu spędziliśmy w Oslo, mieszkając w bardzo przyjemnym mieszkaniu, przystosowanym ze starego sklepu z produktami mlecznymi. Na samo miasto poświęciliśmy raptem jedno popołudnie i to dość krótkie, bo akurat zbierało się na potężną burzę. Ale Oslo i tak nie podbiło naszych serc, więc niczego nie żałowaliśmy mimo, iż w pośpiechu wracaliśmy do domu.

Oslo zwiedzanie
Zwiedzanie Oslo

Poza samym odpoczynkiem w mieszkaniu, pobyt w Oslo miał jeszcze tę zaletę, że mogliśmy zapoznać się z sieciami norweskich sklepów i dokładnie obejrzeć asortyment każdego z nich oraz ceny.

Norwegia czerenie.jpg
Czereśnie ze stoliczka przy drodze. 25 złotych za paczuszkę.

Mimo to, początkowo, każdy pobyt w markecie przyprawiał nas o ostry ból głowy i trwał sporo czasu, bo nie łatwo było wybrać coś do jedzenia w akceptowalnej cenie. Ostatecznie jednak, kiedy już wiedzieliśmy czego gdzie się spodziewać (w całym kraju asortyment jest taki sam i w każdym sklepie, każdej sieci, prawie jednakowy), byliśmy w stanie dość szybko zebrać koszyk zakupów (i zapłacić 200 koron za kilka „najtańszych” rzeczy :P).

A dzięki temu, że kuchnia jest w zasadzie standardem na norweskich kempingach, to mogliśmy przygotowywać sobie prawdziwe posiłki, co sprawiło, że nasze jedzenie było w Norwegii paradoksalnie najlepsze.

Steki (!), pieczeń w sosie, ziemniaczki, czasem frytki, pizza z piekarnika. To wszystko było w naszym zasięgu, nie dość, że cenowym (jakimś cudem fajnie przyprawione mięso było o połowę tańsze od surowego) to i technicznym.

Tylko problem był z warzywami, świeże są koszmarnie drogie. Podsmażaliśmy lub piekliśmy w piekarniku te mrożone albo puszkowane, czasem kupowaliśmy mieszankę surówkową kapusty z marchewką i sosem coleslaw. I było wszystko bardzo smaczne! 🙂

Przeczytaj o jedzeniu w Norwegii.

Dalej na zachód.

Zachodnia Norwegia bardzo nam się podobała, zwłaszcza malownicze płaskowyże (na które niestety trzeba było wjechać w pocie czoła). Widoki islandzkie (na tyle, na ile sobie Islandię wyobrażamy), trochę księżycowe. Wszystkie odcienie zieleni, jeziora, wysepki, skały, skałki i góry, szumiące strumienie i huczące wodospady. Przepięknie, co tu dużo mówić.

norwegia podróż rowerem
Norweska przyroda

norwegia piękne miejsca 2.jpg
U dołu widok na fiord z 600 metrów n.p.m

Samochód po raz pierwszy.

Dotarłszy na kemping w Oddzie (który był zresztą bardzo zatłoczony i jednocześnie nieprzystosowany do takiej ilości ludzi), wypożyczyliśmy po raz pierwszy w Norwegii samochód, po to, aby pojechać do oddalonego o ponad 200 kilometrów Lysebotn, gdzie M. miał robić BIGa.

Auto wypożyczone zostało w trochę dziwny sposób, bez żadnej umowy, tanio (400 NOK za dzień), nawet nie płaciliśmy w momencie wypożyczenia, tylko dopiero przy oddawaniu. Nawet się zastanawialiśmy, czy samochód nie jest jakiś „lewy”, ale wszystko było w porządku i podczas jazdy i po oddaniu.

Jazda autem do Lysebotn była dobrym ruchem, chociaż część drogi prowadziła górską, bardzo wąską szosą (i bardzo pagórkowatą), na której nie mieściły się dwa auta obok siebie (co gorsza jeździły nią ciężarówki!). Jednak płaskowyż, jaki tam zobaczyliśmy, był jednym z najpiękniejszych na całej wyprawie. Rowerem byśmy się tam nie wybrali, bo było zupełnie nie po drodze donikąd, a jeszcze musielibyśmy pokonywać straszliwe pagórki.

Norwegia droga na lysebotn
Droga na Lysebotn

Z Oddy wyjechaliśmy, nie zaliczając słynnej Trolltungi. Być może był to błąd, ale stwierdziliśmy, że widoki jeszcze będą, a nie mamy ochoty zostawać na tym kempingu, w którym trzeba było stoczyć walkę nawet o miejsce do zmywania naczyń.

Po Oddzie wjechaliśmy w krainę fiordów, która codziennie sprawiała, że z zachwytu zapierało nam dech w piersiach 🙂

Fiordy jadły nam z ręki!

Ze znanych atrakcji, które były na naszej trasie, ominęliśmy też słynną w rowerowym świecie drogę Rallarvegen. Holendrzy na rowerach, którzy jak wiadomo, jeżdżą tylko ścieżkami rowerowymi (tu przeczytasz o podróży rowerami przez Holandię) nie mogli w to uwierzyć. Woleliśmy wybrać asfalt niż wspaniałą, wielką, terenową drogę rowerową? I jeszcze na koniec nie zjechać sobie z obładowanymi sakwami, karkołomnym, terenowym, ostrym zjazdem? Ano takie z nas dziwaki 😉

Nasza szosa szła po przeciwnej stronie grani, widoki na niej były niesamowite – raczej nie gorsze, do tego zjazd obfitował w wiele tuneli (łącznie może i nawet ze 20 kilometrów!). Szczęśliwie była niedziela, więc ruch samochodowy był niewielki, więc te tunele były doświadczeniem ciekawym a nie traumatycznym 😉 Do tego część z nich można było objechać starą drogą, która była tylko dla nas 🙂

Norwegia rowerem
Norwegia dzień tunelowy

W tunelach było ciemno i bardzo zimno (10 stopni! Na zewnątrz około 20).

I lodowce też.

W kolejnych dniach wjechaliśmy też w krainę lodowców, które robią niewiarygodne wrażenie, zwłaszcza, gdy błyszczą na błękitno w słońcu. Aczkolwiek słońca było coraz mniej.

Pod koniec lipca pogoda zaczęła się psuć, coraz częściej padało nocami, nad ranem albo nawet, niestety, w ciągu dnia. Temperatury zaczęły odczuwalnie spadać. Wieczorami ciężko było wytrzymać na zewnątrz. Czasami na kempingach były ciepłe świetlice lub jadalnie, generalnie miejsca do siedzenia, które nas ratowały 😉

norwegia śnieg i lodowce
Norweskie lodowce

Niestety im pogoda była gorsza tym i samopoczucie coraz słabsze, zwłaszcza, że zmęczenie się powiększało. Dlatego taka kempingowa jadalnia, chociaż dobrze, że w ogóle była, to nie dostarczała odpowiedniego komfortu, bo cały czas ktoś się po niej kręcił, co było zrozumiałe, ale męczące.

A na jednym z kempingów (szczęście w nieszczęściu, że pod koniec trasy) M. poślizgnął się pod prysznicem i tak niefortunnie upadł, że myśleliśmy, że co najmniej stłukł sobie żebra, o ile nie pękły albo nie złamały się. Ból utrzymuje się do teraz (dwa tygodnie po upadku) ale wyraźnie słabnie, więc chyba jednak nie stało się nic poważnego, co najwyżej wspomniane stłuczenie.

Upadek któregoś z nas był w sumie tylko kwestią czasu, bo to nie pierwszy raz, kiedy podłoga prysznica na kempingu jest gładka jak szkło, a polana wodą robi się szalenie śliska. Każde z nas wielokrotnie się ślizgało, uderzając się to kostką, to nadwyrężając jakieś ścięgno przy próbie łapania równowagi, aż w końcu niestety, doszło do upadku. Szczęśliwie raczej niegroźnego.

Z feralnego kempingu spakowaliśmy się po porannym deszczu i ruszyliśmy dalej, żeby znaleźć się w lepszym miejscu (pod dachem i w okolicy sklepów), bo prognozy zapowiadały gwałtowne pogorszenie się pogody.

Przyszła jesień.

I w taki sposób pierwsze trzy dni sierpnia spędziliśmy w hostelu (który w czasie roku szkolnego jest internatem) w miejscowości Forde, bo od rana do wieczora cały czas padało. Ja byłam zupełnie załamana, bo pogoda już od jakiegoś czasu się psuła, ale teraz prognozy były fatalne  a ja byłam dodatkowo strasznie zmęczona i miałam serdecznie dość wszystkiego.

Szczęśliwie Forde było większym miastem i nie dość, że w pobliżu kwatery mieliśmy duże markety, dzięki czemu mogliśmy się zaopatrzyć na czas uziemienia, to jeszcze oferowało wypożyczalnię samochodów.

Ze względów pogodowych i zmęczeniowych postanowiliśmy pożyczyć auto. O tym, czy był to dobry pomysł przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

Samochód po raz drugi.

Samochodem, w kilka dni, pokonaliśmy trasę, którą przy sprzyjających warunkach robilibyśmy co najmniej trzy tygodnie (plus dni odpoczynku), i pojechaliśmy jeszcze dalej.

Norwegia żegnała nas pogodą w kratkę, czasem trochę lepszą a czasem znacznie, znacznie gorszą, bardzo zimnymi ale i długimi wieczorami (słońce zachodziło po 22), oraz, oczywiście boskimi widokami.

Norwegia droga trolli
Norwegia, u góry Droga Trolli, na dole widok na Geiranger

Fiord Geiranger (chyba najpiękniejszy na świecie), słynna droga Drabina Trolli, lodowiec Briksdalbreen, niezwykła Droga Atlantycka a na koniec koło polarne i wiry na morzu w Saltstrummen, które wyglądają, jakby to rzeka płynęła pod górę.

norwegia droga atlantycka
Droga Atlantycka

Ale po Drodze Atlantyckiej Norwegia przestała być już tak oszałamiająca, kierowaliśmy się w stronę Szwecji (po bigi i Lidla :P), widoki nadal były niesamowite, ale już nie tak bardzo. Były za to setki kilometrów pustkowia. Tylko lasy. Czasem pojedynczy domek. Atrakcję wtedy stanowiły renifery 🙂 Trochę się zdziwiliśmy, kiedy po raz pierwszy wyszły nam przed auto. Potem mieliśmy już oczy dookoła głowy – i słusznie, bo pojawiały się często i bezstresowo przechadzały się przez drogę.

renifery w szwecji
Renifery

Na jednym z takich pustkowi, podczas bardzo brzydkiego dnia, przed kempingowaniem uratowało nas schronisko (inaczej musieli byśmy jeszcze jechać kawał, a był już wieczór i przed nami tylko kamping), które stało na zupełnym odludziu, 800 metrów n.p.m. Jakiś cud, że tam było i że byli właściciele 😉 którzy zresztą okazali się przesympatyczni.

Wspaniałe widoki pojawiły się znowu w okolicach Bodo. Znowu morze i góry, skały wystające z wody, tworzyły przepiękne krajobrazy. A do tego niezwykłe wiry morskie 🙂

wiry morskie norwegia
Koło polarne i wiry morskie

Pożegnanie Norwegii

Generalnie oficjalnie uznajemy Norwegię za najpiękniejszy kraj w jakim byliśmy, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że jest to najpiękniejszy kraj na świecie 🙂

norwegia rowerem
Norweskie płaskowyże

 

norwegia rowerem
Norwegia, widoki

Naszą trasę po Norwegii skończyliśmy 15 sierpnia. Jeśli chodzi o pogodę to raczej był to dobry termin na koniec podróży po Skandynawii. Było już po prostu zimno, nawet jeśli czasem chmury się rozwiały i słońce grzało to wieczory były nieprzyjemnie chłodne. Często też padało. Trzy ostatnie noce decydowaliśmy się na spanie pod dachem (ostatnia była podyktowana koniecznością spania blisko lotniska i tym, że trzeba było zdążyć na 7 rano na samolot) właśnie ze względu na kiepskie warunki pogodowe. Ja wiem, że są tacy, którym nie straszny deszcz, wiatr i ziąb, no ale my (a zwłaszcza N.) do takich nie należymy 😛

Powrót do domu

Norwegia
Norwegia, droga na płaskowyżu

 

Dzięki temu, że mieliśmy samochód, mogliśmy już dzień przed lotem spakować rowery i sakwy tak, aby były gotowe do przygotowane jako bagaż samolotowy. Okazało się jednak, że przeceniliśmy ich wymiary.

Z reguły na wyprawy zabieraliśmy mniejszy zestaw i teraz nie pasował on do siebie gabarytowo (w torbę z Ikei wkładaliśmy dwie duże sakwy a w drugą dwie małe i wór, który też zawsze był mniejszy). No ale jakoś ścisnęliśmy jedno z drugim i… okazało się, że waży za dużo. Niewiele, bo o 1,5 kg, no ale jednak. Szybkie rozbebeszanie bagażu (nie tak znowu szybkie, bo trzeba było rozwiązać supeł tworzący paczkę) i musieliśmy pozbyć się soku, którego nie wypiliśmy a który w związku z tym chcieliśmy zabrać.

Potem okazało się.. że przy punkcie odprawy nie ma nikogo! A pani z punktu obok stwierdziła, że skoro lot już za godzinę i nikogo nie ma, to pewnie odprawa się skończyła… Nieźle się zestresowaliśmy, ale chwilę później jednak pani przyszła (wcześniej siedziała sobie w biurze i odsyłała wszystkich do maszyn).

Kolejne, jeszcze dłuższe oczekiwanie, aż będziemy mogli nadać rowery  (rowery przeważnie odprawiane są osobno, w miejscu przeznaczonym dla bagażu specjalnego/ wielkogabarytowego, musimy więc zawsze czekać najpierw na odprawę bagażu, potem sprzętu) i już. Możemy pędzić do bramek bezpieczeństwa.

Tu trzeba było wyciągnąć cały sprzęt elektroniczny do przeskanowania. Wyciąganie go z małych sakw, które bierzemy jako bagaż podręczny kończy się prawie zawsze wyciągnięciem wszystkiego innego.. . więc kolejna nerwówka.

Oczekiwanie na samolot poszło na szczęście bez większych problemów, ale już sam samolot odleciał chwilę później niż miał, bo czekaliśmy, aż znajdą czyjś bagaż 😉 I tu też mały stresik, bo przecież mamy przesiadkę, jak tak będziemy czekać za długo i nie zdążymy na nią, to ciekawe co wtedy… ale zdążyliśmy.

Do Oslo dolecieliśmy planowo. Tutaj przesiedliśmy się w samolot do Krakowa i w Polsce już na spokojnie złożyliśmy rowery i ruszyliśmy na pociąg do Łodzi. Po drodze jeszcze wstępując do Carrefoura, gdzie ceny były tanie jak barszcz (w sklepie na Rynku, w sercu starego miasta! 😉 ) po dobre picie i do budki tureckiej po kebaba 😛

A w Łodzi poszło jak z płatka. W domu byliśmy koło 19 🙂 trochę się pokrzątaliśmy i padliśmy jak zabici ciesząc się, że wreszcie jesteśmy w wytęsknionym domku 🙂

Ciąg dalszy podsumowań nastąpi 😉

Natalia i M.

Norweskie ciekawostki czyli co jeszcze zaobserwowaliśmy

Norwegia trolle

Macie już wyrobione zdanie o Norwegii po przeczytaniu pierwszej części norweskich ciekawostek? Myślicie, że Norwegia to kraj mlekiem, miodem i śniegiem płynący? W tym wpisie dorzucamy Wam garść nowych faktów, które były naszą rzeczywistością przez jakiś miesiąc. Przekonajcie się, czego jeszcze nie wiecie 🙂

Ekologia? Owszem. Ale chyba nie do końca.

Prawie wszystkie warzywa pakowane są w pojedyncze torebki plastikowe. Papryka czy korzeń pietruszki, albo seler. Każde jest w osobnej zgrzewanej foliówce. Niby takie eko podejście do wszystkiego a z drugiej strony mnożenie śmieci. I wcale nie chodzi o to, żeby te produkty były czyste, bo powiedzmy paprykę je się na surowo (może selera w Norwegii też 😉 ), ale jabłka przecież też. A jabłka już nie są foliowane. Dziwne.

Torebki foliowe są za darmo. Będąc w poprzednich krajach mieliśmy takie poczucie, że torebki foliowe są cenne, bo w Skandynawii nie będzie tak łatwo je pozyskać. Bo przecież tu jest EKO. Już we Włoszech stały się płatne (zresztą w Polsce też). Okazuje się jednak, że w każdym jednym sklepie torebek foliowych, zwłaszcza takich na warzywa, jest pełno i są całkowicie za darmo. Można więc wszystko pakować w foliówki i jeszcze zabrać na zapas.

Trzeba jednak powiedzieć, że mimo iż mogłoby to się skończyć produkcją „przydrożnych śmieci” to tak się nie dzieje. W Norwegii jest bardzo czysto. Jest dużo koszy na śmieci, ale też chyba i mieszkańcy i turyści (o ile to możliwe) dbają o porządek. I prawdopodobnie są też sprawne służby czyszczące.

Norwegia widoki
A oto, jak czysto jest w Norwegii

Norwegowie są bardzo ufni. O ile tak to można nazwać. Ale były przynajmniej dwie sytuacje, które nas miło zaskoczyły. Pierwsza z nich dotyczyła pozostawionego przez nas towaru w sklepie.

Kupiliśmy jajka, zapłaciliśmy za nie, ale zapomnieliśmy je spakować z resztą zakupów. Na szczęście następnego dnia byliśmy w tym samym miejscu, więc gdy się zorientowaliśmy to spróbowaliśmy odzyskać nasz zakup. No i się udało, bez problemu wydali nam te same jajka. Bez sprawdzania, bez wypytywania. Pewnie kojarzyli, że zostały na taśmie, ale i tak to było fajne.

A druga sytuacja dotyczyła płatności za parking. Zatrzymując samochód (o tym dlaczego mieliśmy auto oraz kolejny przykład norweskiego zaufania w kolejnym odcinku 😉 ) na parkingu, musieliśmy w maszynie kupić bilet, ale okazało się, że maszyna pobiera pieniądze, ale nie wydaje żadnego paragonu. Zgłosiliśmy to na recepcji, a tam powiedzieli nam, że skoro zapłaciliśmy to w porządku. I tyle, żadnego potwierdzenia ani niczego nie dostaliśmy. Po prostu uwierzyli na słowo.

Wracając jeszcze do zakupów. W krajach UE wszystkie produkty powinny mieć podany dokładny skład na etykiecie. Z podanym procentowym udziałem każdego ze składników. Natomiast w Norwegii składy na produktach są często traktowane po „macoszemu”. Procentowy udział składnika w produkcie podawany jest najczęściej (o ile w ogóle jest) w przypadku najważniejszego z nich (np. ile jest ryby w rybnych plackach). Rzadko kiedy więcej informacji.

Opakowania też mają często słabe oznaczenie co do ich masy. Trzeba się naszukać, żeby znaleźć tę informację.

Ekoprodukty w sklepach są często tańsze niż „zwykłe”. W innych krajach na ogół jest odwrotnie.

Norwegia cuda natury
Nie mamy zdjęć produktów, więc są widoczki

Ale są też produkty zdecydowanie nie-eko. Dotyczy to zwłaszcza serów. Trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić seropodobnego produktu, który wygląda jak ser ale w składzie nie ma nic z nim wspólnego. Jest za to o wiele tańszy. O mały włos, a byśmy kupili takie coś.

Na tabliczkach z nazwami miejscowości często widnieją informacje, co się w nich znajduje. Kemping, kawiarnia, hotel, domki do wynajęcia. To przeważnie są dokładnie te rzeczy, których potrzebujesz 😉

Wszyscy mówią po angielsku i prawie każdy świetnie 🙂

Internet w Norwegii jest super! Praktycznie wszędzie jest dobry zasięg komórkowy i wszędzie jest komórkowy Internet LTE. Na samych kempingach czy noclegach różnie z tym bywa ale i tak przeważnie jest dużo lepiej niż bywało w innych krajach. Jest też sporo otwartych sieci, zwłaszcza dla klientów sklepów.

Prawie cała Norwegia jest drewniana. Początkowo sądziliśmy, że te domy nie mogą być całoroczne, ale raczej jednak są. Przywilej 😉 budowania się w cegle mają właściwie tylko większe miasta a w tych mniejszych murowane są w zasadzie tylko takie obiekty jak sklepy (niekiedy), szkoły (czasem) czy urzędy (zazwyczaj). Zimą chyba musi być w takim drewnianym domu pieruńsko zimno. A podobno Norwegowie nawet przy siarczystych mrozach śpią z  otwartym oknem w sypialni 😉 Jadąc przez ten kraj widzieliśmy stosy drewienek poukładane przy domach, czekające na zimę.

norwegia zabudowa
Przykłady norweskiej zabudowy

W Norwegii chyba każda atrakcja jest za darmo. Płatne są czasem parkingi (jak pod Trolltungą czy lodowcem Briksdalbreen) ale wejście na szlak, czy „wyglądaczki”, aby obejrzeć coś z bliska lub z panoramy są bezpłatne. Ale trzeba też zaznaczyć, że w Norwegii w zasadzie cały kraj jest jedną wielką atrakcją. Może więc dobrze, że nie pobierają opłaty za przekroczenie granic 😉

norwegia atrakcje.jpg
Od lewej: Lodowiec, wodospad z lodowca, widok na Geiranger Fiord, widok na drogę Drabina Trolli i widok na Drogę Atlantycką

W Norwegii wybór produktów spożywczych jest niewielki – to już pisaliśmy (Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach), ale żeby Wam to przybliżyć, to powiemy, że na przykład: są tylko dwie marki dostarczające mleko do sklepów. Niby mleko to mleko, a jednak mleko marki Tine jest jakby chudsze, mimo, że procentowo zawiera teoretycznie odpowiednią ilość tłuszczu. To samo dotyczy np. jogurtów, mamy tylko trzy czy cztery smaki do wyboru i dwie marki. Trochę lepiej sprawa ma się w przypadku serów i wędlin, ale wszystko jest tak drogie i raczej kiepskie w smaku (nie próbowaliśmy co prawda każdej rzeczy, ale udało nam się czasem kupić w promocji coś innego niż najtańszy produkt First Price’a 😛 ) że nie ma większej różnicy.

Ale mają coś, za czym będziemy tęsknić. Są to flintsteki, czyli kawałek wieprzowego mięsa (szynka) z grubym kawałkiem skóry (co brzmi dość okropnie, ale wygląda normalnie) w trochę dziwnej w smaku tutejszej marynacie, lekko kwaśnej. Smakuje przepysznie.

Śnieg i lodowce nawet w środku lata to w Norwegii nic dziwnego. Na 1000 metrach nad poziomem morza można być tuż obok czap śniegu a lodowiec mieć małe kilka kilometrów od szosy. A spod zalegającego lodu i śniegu wypływają strumienie wodospadów. Widoki są niesamowite i niewiarygodnie piękne 🙂

norwegia lodowce.jpg
Śnieg i lodowce w Norwegii

Norwegowie uwielbiają wieszać poroża łosi i reniferów nad drzwiami domów. Czasem są to same rogi, czasem z czaszką. Wygląda to niesamowicie (chociaż M. uważa, że to raczej przygnębiające) i nadaje klimat 🙂

Nie, renifera i łosia nie można spotkać tak po prostu. Jednak na północy Szwecji renifery są jak.. gołębie w mieście 😀 no dobra, może nie aż tak bardzo, ale jednego dnia zobaczyliśmy chyba z kilkadziesiąt sztuk.

Renifery chodzą sobie beztrosko po lesie, wychodząc niespiesznym krokiem, lub w radosnych podskokach (te młodsze) na szosę. Jadąc więc przez lasy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Zaskoczyło nas, jak niskie są te zwierzęta. Ale jednocześnie są bardzo zgrabne, mają wielkie oczy i wyglądają przesłodko 😀

Jest też mnóstwo owiec i kóz, które radośnie drepczą po drogach 🙂

renifery w szwecji.jpg
Reniferze rodzinki

Norwegia rozkochała nas w sobie swoimi obłędnymi widokami, ale sam kraj nie sprawił, żebyśmy mieli do niego sentyment ze względu na atmosferę, ludzi czy jedzenie.  Jednak to, ile wspaniałych miejsc tu widzieliśmy, powoduje, że podróżnicza poprzeczka względem atrakcyjności jest podniesiona baaardzo wysoko 🙂

Natalia i Mikołaj

 

Co jeść w Norwegii? Czyli wpis o samych pysznościach

Norwegia co jeść

Norwegia, ze względu na pewne odizolowanie kulturowe od reszty Europy musiała wykształcić swoją kuchnię i swoje smaki. Tylko dlaczego! Dlaczego w tym kierunku?!

W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o doświadczeniach z kuchnią norweską 😉

Słodko słony ser czyli brunost. Kupiliśmy go bo był najtańszy 😛 ale nie żeby tani 😉 To było na samym początku pobytu w Norwegii i jeszcze nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po tutejszych produktach. Ser był brązowy więc mieliśmy nadzieję, że jest wędzony. O my naiwni.

Okazało się, że jest słodko – słony. Koloru karmelu więc i o smaku karmelowym (lub krówkowym – dla lepszego wyobrażenia), tylko że słonawy o posmaku koziego sera (bo i jest z koziego mleka wyrabiany).

Początkowo próbowaliśmy go jeść „wytrawnie”, jak to ser, ale nie dało się. Natomiast nieźle się komponował ze słodkim chlebem w stylu żulika, który jeszcze mieliśmy ze Szwecji, a później z chrupkim pieczywem. Do tego dżem i oto jest. Pyszna kanapeczka, która nie wiadomo, czy ma służyć za deser, czy za słoną potrawę 😛 Jeździ ten brunost z nami już jakieś dwa tygodnie…(nie popsuł się!) nie ma na niego chętnych a żal wywalić. Zwłaszcza, że ostatecznie nie jest taki okropny, jak mogłoby się wydawać 😛

Brunost norwegia
Brunost z dżemem

Chleb. Chleb norweski nie należy do najpyszniejszych. Ani do najtańszych 😛 W najlepszym razie jest niezły. Prawie zawsze można natrafić na chleb w typie angielki (nazywa się loff), lub grahama (wygląda mało apetycznie) w cenie około 7 koron, czyli jakieś 3,50 zł.

Nie jest słodki ani niesłony, wypiekany jest przez lokalną piekarnię no i oczywiście.. jest marki First Price 😛 ewentualnie Coop Extra, marki własnej sieci Coop. Na zakupy jednak należy wybrać się do południa, później może go już nie być. I będziemy skazani na wcale nie lepszy ale za to duuużo droższy wypiek 😛 20 zł jeśli dobrze pójdzie 😉

norwegia chleb
Norweski chlebek

Dziwne napoje. Na pewno zwróciliście uwagę, że temat napojów pojawia się w naszych wpisach bardzo często. To dlatego, że to bardzo ważna część naszego prowiantu. Kupujemy picia dużo i często, zwłaszcza, gdy żar się leje z nieba. W Norwegii jednak wybór jest dość ograniczony, zwłaszcza, jeśli nie chcemy wydać na jedną butelkę napoju 15 – 20 złotych.

Ostatecznie naszym faworytem został sok pomarańczowy (2 litry za 13 koron, czyli jakieś 6,50 zł) oraz… cola 😛 tak, mają tutaj świetną podróbkę Coca – Coli, praktycznie nie do odróżnienia z oryginałem. Tak nam się wydaje, bo oryginału dawno już nie piliśmy 😛

A także napój, który ma być niby owocowy, ale smakuje jak… hm. Trochę jak napój energetyczny. Z owocami w każdym razie nie ma nic wspólnego.

No i wody smakowe. Są gazowane, jakimś cudem niesłodzone, ale za to mają lekki posmak owocu. Nam najbardziej pasuje wersja z granatem.

Napoje w Norwegii
Woda smakowa Boble

First Price – norweska marka produkująca wiele artykułów, które są co najmniej dwa razy tańsze od „markowych”. Opakowania „Firts price’ów” są brzydkie, nie przyciągają wzroku a nawet kojarzą się z latami 80. Jednak ich cena, tak drastycznie niższa, sprawia, że cieszą się zainteresowaniem naszym i wszystkich turystów 😛

To, co jednak jest najlepsze, poza ceną, to jakość tych produktów. Czasami zdarzało nam się kupić tę samą rzecz „markową” (np. żółty ser, norweskie naleśniki) i First Price w niczym nie ustępował tej droższej. No, może naleśniki były bardziej suche niż „oryginalne”. Ale za połowę ceny można się było z tym pogodzić.

Z First Price’a kupimy więc między innymi: chleb, banany, sosy do makaronów, sos tacos, rybne placki, kotlety, colę, napój pomarańczowy (w smaku dokładnie jak Fanta), soki pomarańczowy i jabłkowy, tortille, naleśniki.

Norwegia zakupy
Przykładowe opakowania First Price

Lompery – skoro już o naleśnikach mowa. Lompery to właśnie ich norweski odpowiednik. Zrobione są z mąki ziemniaczanej. Lekko wilgotne, można je jeść na słodko lub słono. Całkiem dobre.

Lulki z Klemem czyli nasz norweski słodycz 😉 Tortille (początkowo lompery, ale tortille lepiej znoszą zwijanie i są tańsze a smakiem niewiele gorsze) smarujemy czekoladą ze słoiczka, na to lejemy trochę dżemu (który w Norwegii nazywa się Klem :P) i oto jest! 😀 Deser mistrzów 😉

Norwegia co jeść
Czekolada z dżemem, mniam

Surowe warzywa i owoce o nich można w zasadzie w Norwegii zapomnieć. Są bardzo drogie. Czasem jednak uda nam się kupić jakąś paprykę (20 zł za kilogram), czasem pół arbuza (8 zł za kilogram), czasem pomidora (8 zł za dwa), a czasem mieszankę surówkową w torebce za 10 zł.  Czasem zaszalejemy i kupimy ogórka – 10 zł… Staramy się dbać o tę kwestię i nie zaniedbywać warzyw i owoców w naszej diecie, ale nie jest łatwo 😉

Mamy też naszą tajną broń; ziarenka czarnuszki, wierzymy, że ratuje nas przed kompletną awitaminozą 😉

Ziemniaki surowe są również bardzo drogie (10 zł za kilogram). Czasem kupimy kilka, żeby je ugotować do obiadu. Kiedyś jednak chcieliśmy zaszaleć. Kupić coś fajnego. Znaleźliśmy dwa duże ziemniaki zapakowane w folię aluminiową i opakowane w pudełeczko. Na nim rysunek nadzianych ziemniaczków z boczkiem, serem, warzywami. No pyszności! Wzięliśmy więc je, żeby mieć fajny obiad ale dopiero tuż przed otwarciem ich i włożeniem do piekarnika M. przeczytał, że należy je piec 2 godziny. 2 godziny? Dla już gotowych ziemniaków? Otworzył więc je a jego oczom… ukazały się surowe pyrki w dodatku już puszczające korzonki! Daliśmy 10 złotych za dwa ziemniaki 😛 ugotowaliśmy więc je i nie, wcale nie były smaczne 😛

Parówki które tutaj noszą nazwę pølse. Skład w najlepszym razie to 50% mięsa. Biedni Norwegowie, podobno uwielbiają swoje polsenki a nie wiedzą, że prawdziwe parówki są sto razy smaczniejsze. Aczkolwiek N. nawet posmakowały te norweskie kiełbaski. M. ich nie może znieść, są dla niego za słone.

Żółty ser za pierwszym razem kupiliśmy go (jakżeby inaczej 😉 ) z First Price. Był jednak bez smaku. Po prostu plastry bez smaku. Myśleliśmy, że to kwestia tej taniej marki. Później jednak mieliśmy  okazję kupić okazyjnie „firmowy” ser, który również był bez smaku. No, może z lekką nutą „mleczności”. Dopiero drogi żółty ser jakoś smakował. Co prawda ledwo wyczuwalnie, ale zawsze to jakiś smak 😛 Na szczęście był przeceniony i to bardzo mocno (5 zł za 180 gramów), więc jego wątpliwe walory nie były tak bolesne 😛

Fiskekakery czyli coś w rodzaju rybnych placków albo raczej rybnych parówek w kształcie placków 😛 Są całkiem dobre i smaczne. A do tego niedrogie jak na Norwegię.

Fiskekaker
Fiskekakery w akcji

Rybne przetwory. Generalnie w Norwegii jest dość dużo rybnych produktów. Wspomniane wyżej fiskekaker, rybny pudding, rybne kulki (coś w rodzaju klusek, całkiem dobre), coś co wygląda jak babka tylko z masy rybnej. A do tego oczywiście wędzony łosoś czy kawałki łososia do smażenia, ale łosoś jest tak drogi, że omijamy stoisko z nim szerokim łukiem.

Mięso z renifera i łosia, a głównie kiełbasy, są popularne ale i bardzo drogie a w smaku przypominają po prostu dziczyznę. Wiemy, bo załapaliśmy się na darmową degustację 😀

Wszystko jest słodkie i niestety chyba nie ma na to sposobu. Prawie każdy produkt potrzebuje odrobiny cukru w składzie, ale staramy się zwracać uwagę, aby nie był chociaż na jednym z pierwszych miejsc. Inaczej możecie naciąć się na coś co jest słodkie, a nie powinno być (tak jak my z musztardą :P)

Mały wybór produktów – właściwie w każdym sklepie jest to samo. Różnią się na ogół tylko cenami, asortymentem w bardzo niewielkim stopniu. Zawsze jesteśmy w stanie coś sobie wybrać na obiad, zwłaszcza, kiedy już wiemy, czego się spodziewać. Początkowo spędzaliśmy w sklepie bardzo dużo czasu, chodząc między półkami i szukając czegoś, co by nas interesowało i nie zwalało z nóg ceną. W każdym razie wybór produktów jest ostatecznie dość niewielki.

co jeść w norwegii
U góry dwa obiadki (po lewej kulki rybne z frytkami i czerwoną kapustą), na dole drugie śniadanie w trasie

Mrożone pizze – chyba, że chcecie kupić mrożoną pizzę 😛 Norwegowie je uwielbiają i w sklepach jest zawsze spory wybór tych smakołyków 😉 Spróbowaliśmy i my. Chociaż do włoskiej pizzy się nie umywa (ach jak tęsknimy!) to była całkiem smaczna. Lepsza niż się spodziewaliśmy.

Przeceny Trzeba jednak przyznać, że przeceny w Norwegii bywają naprawdę atrakcyjne. Przeważnie 50% lub 40% obniżki sprawiają, że można nabyć sporo fajnych artykułów (a ich data kończy się dopiero nawet i za kilka dni). Dzięki temu kupiliśmy już między innymi: ser, mleko, jogurty, pyszne mięso w marynacie, naleśniki 😛

Trzeba jednak pamiętać, że nawet po 50% przecenie dany towar jest z reguły sporo (czasem i dwukrotnie!) droższy niźli byłby bez przeceny w Polsce. Ot, takie uroki kraju fiordów…

słodycze skandynawia
Cukierki na wagę

Po spędzeniu trochę czasu w Norwegii udaje nam się już nieźle lawirować pomiędzy tutejszymi półkami sklepowymi i dobrze zaopatrzyć nasz koszyk zakupowy. Czasem kupimy sobie kawałek arbuza, czasem chipsy albo frytki 😀 czasem paczkę nektarynek, jajka czy słoiczek oliwek, mamy też w naszej spiżarni ketchup, majonez i musztardę. Kiedy już człowiek pogodzi się z norweską rzeczywistością, trochę łatwiej jest znieść te szalone ceny. Jednak tutejsze specjały raczej nie będą należały do tych za którymi tęsknimy, opuszczając dany kraj.

Mimo wszystko żywimy się naprawdę nieźle. Jako potwierdzenie możemy dodać, że na razie zjedliśmy tylko dwie zupki chińskie z naszego zapasu przeznaczonego na Skandynawię 😛 I to tylko dlatego, że byliśmy bardzo głodni a prawdziwy obiad (składający się z pieczeni! :P) zjedliśmy później 😉

Ale szczerze mówiąc Norwegia jest jednym z nielicznych krajów, gdzie warto przywieźć ze sobą własne jedzenie 😉

Przeczytaj też wpis o 20 najlepszych potrawach jakie jedliśmy na wyprawie!

Natalia i Mikołaj

 

 

 

 

 

Norwegia – pierwsze wrażenia w 12 punktach

Norwegia jest ostatnim krajem na naszej aktualnej trasie. Ostrzyliśmy sobie na nią zęby, chociaż nie raz mieliśmy ochotę odpuścić (zwłaszcza N.). Czy jednak było warto, prawie po roku, dotrzeć aż tu? Na tę północ Europy?

Pierwsze wrażenia wskazują na to, że zdecydowanie tak. Oto, co możemy powiedzieć po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych w tym Skandynawskim Kraju Trolli.

Norwegia rowerem

1. Piękna pogoda. Podczas, gdy Polskę zalewały dzień w dzień strugi deszczu, w Norwegii słońce grzało z siłą 30 stopni. Czasem upał był aż nie do wytrzymania. Nawet, w pewnym momencie, powietrze przestało być chłodne.

Ale to oczywiście jakaś anomalia, sami Norwedzy są zaskoczeni tegorocznym latem. Zdarzyło nam się, że pogoda się nagle załamała i zlał nas deszcz (a wiatr chciał wywrócić), chmurzyło się i ogólnie ochłodziło, ale póki co można to potraktować jako wypadek przy pracy. Oby tak dalej, bo wystarczyła chwila gorszej pogody, by zdać sobie sprawę, że dwóch miesięcy przy takiej aurze nie znieślibyśmy (zwłaszcza N.)

Nnorwegia piękne miejsca

2. Przecudownie niesamowite widoki. A to dopiero początek. Przed nami dopiero najpiękniejsze miejsca – fiordy, a my już jesteśmy zachwyceni norweską przyrodą. Okoliczności są w zasadzie nie do opisania. Wysokie góry, skały, lasy, jeziora, rzeki, wodospady (tylu wodospadów ile tu widujemy jednego dnia nie widzieliśmy chyba przez całe życie),  płaskowyże, morze. Przepięknie jest. Właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli wyjść z zachwytu nad norweską przyrodą. W innych krajach, w których byliśmy, nie ma tak bardzo nagromadzonego piękna.

Norwgia co zobaczyć

3. Kiepskie jedzenie. Jedzeniu poświęcimy osobny wpis. Koniecznie 😛 ale a tę chwilę możemy Wam już zdradzić, że kuchnia norweska nie zostanie naszą ulubioną. To co w innych krajach jest słodkie tu jest słone, a to co powinno być słone – jest słodkie 😉

4. Kosmiczne ceny. Spodziewaliśmy się, że będzie drogo. Ale nie aż tak! Pierwszy sklep, który odwiedziliśmy przyprawił nas prawie o łzy. Co więcej – później się okazało, że to i tak najtańszy sklep w Norwegii i całkiem dobrze wyposażony (sieć Kiwi). Jest mniej więcej 10 razy drożej niż Polsce. Przykładowo chleb, jeśli akurat nie mamy pod ręką sklepu Kiwi i najtańszego chleba za 3,5 zł (w typie angielki) to możemy być skazani na bochenek o wartości od 20 do 30 zł.

Noclegi pod dachem kosztują jakieś 200 zł, no chyba, że trafi się jakaś wyjątkowa okazja (na razie trafiła się raz w Oslo i raz na kempingu, gdzie wzięliśmy chatkę za 350 NOK).

5. Kempingi. Wygląda na to, że standardem na kempingu jest kuchnia wyposażona przynajmniej w palnik elektryczny, na którym można sobie zagrzać jedzenie albo wodę. Często jest też lodówka, co dla nas bywa wybawieniem (a zwłaszcza dla naszego podgotowanego upalnym, norweskim słońcem, jedzenia). Czasem jednak palniki czy piekarnik są dodatkowo płatne. Czasem też zdarza się, że nie ma WiFi.

Za to prysznice prawie zawsze są płatne. Z reguły jest to 10 – 20 koron za 5 minut, czyli jakieś 5 – 10 zł.

Same kempingi kosztują około 100 zł. Za namiot i dwie osoby.

kamping w norwegii
Po lewej kamping w kotlinie, po środku hytta (domek kampingowy) i po lewej część jej wnętrza

6. Norwegowie. Podobno normalnym jest, że Norweg przejdzie koło swojego znajomego na ulicy i nie powie mu nawet „cześć”. Ciężko powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest, ale na kempingach można zaobserwować, że ludzie dużo rzadziej się ze sobą witają, niż w południowej części Europy. Po prostu, wchodząc na przykład do toalety, słowem się nie odezwą. Ale, z drugiej strony, słychać też „hej, hej” (czyli norweskie „cześć” :D) więc nie jest tak, że wszyscy są mrukliwymi gburami. No, chyba, że to obcokrajowcy się witają 😀

Podobno też Norwegowie unikają trudnych sytuacji, trudnych rozmów i w ogóle wolą święty spokój. Trochę by to potwierdzało pewne zachowanie, które zaobserwowaliśmy. Pod sklepem, gdy zajęliśmy rowerami miejsce przy krawężniku (i przy latarni, żeby się przypiąć), więc staliśmy minimalnie na miejscu dla samochodów, nikt tam nie zaparkował. W innych krajach nie mają z tym problemu, nawet podjeżdżają za blisko, a tutaj nie. Widzieli nas i chociaż swobodnie by wjechali, to woleli pojechać miejsce dalej. To było interesujące. I miłe.

Z drugiej strony czasem nas ktoś zagadnie i chce z nami pogadać, co więcej, czasem mam wrażenie, że nie do końca czują, że akurat przeszkadzają, bo my właśnie ruszamy, albo rozmawiamy między sobą 😉

7. Kierowcy. Wcale nie jeżdżą tak idealnie, jak można by się tego spodziewać.  Nie jest też źle, ale zdarza się, że wyprzedzają stanowczo za blisko. I to by miało pokrycie w tym, co czytałam, że Norwegowie źle jeżdżą.

8. Tunele. Norwegia to kraj tuneli. N. ich nie cierpi i boi się, ten huk przejeżdżających i nadjeżdżających aut jest przerażający. Na szczęście często dla rowerów są objazdy. I to nie biegnące gdzieś dziesiątki metrów wyżej, tylko po płaskim terenie, starą drogą, przy tunelu. Czasem wiodącą przez stare, nieużywane tunele. Tak, to można jeździć 🙂

9. Owce. W Norwegii owce mają takie psie pyszczki 😉 Wyglądają bardzo przytulaśnie, ale one od tulenia wolą… lizać samochody! 😀 właściwie to nie wiemy, co te owce dokładnie robią, ale uwielbiają zbierać się w skupiska przy zaparkowanych autach i .. wsadzać pyszczki w okolice kół. Skubią opony, liżą je… ciężko stwierdzić 😉 ale widok jest interesujący  😛

Norwegia owce

10. Wolnostojące ławeczki i toalety. Bardzo dużo jest miejsc „pikniowych”, gdzie można usiąść przy stoliku i zjeść drugie śniadanie z jakimś zapierającym dech widokiem 🙂 A do tego jest bardzo duża szansa, że gdzieś w pobliżu czeka już na nas toaleta. Nie toi toi, tylko chatka z kibelkiem i spłuczką, papierem toaletowy oraz umywalką i mydłem. Czasem z żelem antybakteryjnym.

Norwegia na dziko
Po prawej – toaleta, po lewej ławeczki dla strudzonych

11. Domki norweskie. Jadąc przez Norwegię często obserwowaliśmy, że dachy domów pokryte są trawą (!) a same domy często budowane są z węższym dołem i szerszą górą. Czasami stoją na kamieniach (nie na fundamentach) albo schody są dostawione z ułożonych na kupkę kamieni. Czad 😉

Trawa na dachach ma służyć termoizolacji (i rzeczywiście, gdy w upalny dzień weszliśmy do czarnego (!) domku z taką trawą na dachu, było w nim odczuwalnie chłodniej. Natomiast o tym drugim typie domów jeszcze nie znalazłam jeszcze informacji.

norweskie domki
Domku z trawą i na chudych „nóżkach”

  1. Stavkirke czyli klepkowe kościoły, które są tak popularne w Skandynawii. Póki co nie widzieliśmy jeszcze takiego, który by zrobił na nas wrażenie. Te, które mieliśmy na drodze nie wyglądały według nas szczególnie interesująco i nie wiemy, czemu budziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Chcieliśmy jednak wejść do jednego, żeby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Wejście jednak kosztowało 50 NOK, czyli 25 zł. Więc podziękowaliśmy. A przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo wnętrze kościoła było oddzielone od szyb drewnianymi ścianami :O

stavkirke norwegia.jpg
Kościoły klepkowe w Norwegii

Na razie Norwegia codziennie nas czymś zaskakuje i oszałamia widokami 🙂 Póki co, przemierzamy ją dalej 🙂

Przypomnij sobie inny kraj Skandynawski – Szwecję!  Albo Danię 🙂

Natalia i Mikołaj

Szwecja w 20 punktach, które Was zaskoczą

Po Szwecji spodziewaliśmy się górzystego terenu, złej pogody, zawrotnych cen w sklepach i super ekologicznego podejścia do życia. Ostatecznie jednak możemy powiedzieć, że ten kraj nie spełnił naszych oczekiwań 😉

Podobno Szwecja to takie miejsce na mapie świata, w którym się nic nie dzieje. Ludzie są samotni, zdystansowani, zamknięci w sobie. Nawet znajomi, wracający ze sobą w jednym przedziale pociągowym z pracy, nie rozmawiają ze sobą. Wolą się zaszyć w swoich pięknie urządzonych, meblami z Ikei domach i jeść szwedzkie kotleciki. Czy faktycznie tak jest?

  1. Szwedzi. Nie próbowaliśmy się zaprzyjaźniać ze Szwedami, więc ciężko powiedzieć czy rzeczywiście stronią od bliższych kontaktów, ale te spotkania, których doświadczaliśmy nie wskazywały na to, żeby Skandynawowie na myśl o interakcji z innymi uciekali z ich pola widzenia.

Niektórzy nam machali, uśmiechali się. Czasem ktoś zagadnął. W sklepie wszyscy mili i życzliwi (niby tak powinno być, ale to nie standard ani norma). A gospodyni domku w którym mieszkaliśmy była nawet aż za bardzo gadatliwa 😉 no ale ona miała męża Amerykanina, to nie do końca była taką prawdziwą Szwedką 😉

Szwedzki znak
Szwedzi mają na pewno poczucie humoru. Znak głosi: uwaga na dzikie dzieci, zwierzęta domowe, szalonych starców i zdezorientowane żony

2. Pogoda. Szwecję przemierzaliśmy z Goetheborga  do Jonkoping a potem na północny zachód. Przez większość tego czasu mieliśmy przepiękną pogodę. Wręcz upał. Ostatecznie ja doprowadziłam swoje plecy do poparzeń a M. dostał na nogach uczulenia na słońce 😉 Oczywiście były też dni gorsze, pochmurne, nieco deszczowe (ze dwa), ale chyba mieliśmy bardzo dużo szczęścia.

Nie wystarczyło go jednak w kwestii wiatrowej. Prawie codziennie walczyliśmy z wiatrem.

Szwecja pogoda
Taką pogodę mieliśmy w Szwecji

3. Okoliczności przyrody. Okazało się, że na naszej szwedzkiej trasie nie ma gór 😛 było nieco pagórków, ale żadne nie stanowiły większego wyzwania (całe szczęście). Oprócz tego oczywiście lasy urozmaicone skałkami wystającymi z ziemi. Czasem mniejszymi, czasem większymi. No i jeziora. Wielkie jak Vanern, które jest wielkości dwóch Luksemburgów i drugie największe w Europie, ale też malutkie jeziorka i rozlewiska. Może nie są to widoki na skalę światową, ale bywają bardzo, bardzo ładne.

przyroda w Szwecji
Przyroda w Szwecji

4. Szwedzkie domy. Czy w Szwedzkim mieszkaniu wszystko jest z Ikei? 😀 Tak! A tak serio to nie wszystko, ale sporo rzeczy. Co się jednak dziwić. Szwedzi też potrafią liczyć. W Ikei ceny są przystępne, rzeczy funkcjonalne i  niektóre nawet ładne.  Szwedzi podobno lubią ładnie mieszkać. Nam przyszło być w trzech kwaterach.

Jedna to było mieszkanie u młodego Hindusa, chyba wynajmowane. Urządzone zwyczajnie, bez zbędnych dodatków upiększających przestrzeń. Kuchnia jednak pełna była różnych kuchennych akcesoriów. No i hinduskich przypraw. A w lodówce znaleźliśmy rybę w sosie indyjskim. Pyszne i na pewno nie szwedzkie jedzenie 😛

Drugie mieszkanie było fantastyczne. Był to typowy, czerwony, szwedzki domek nad rzeką, w małym miasteczku. W domku prawie wszystko było białe lub brązowe (kanapy, fotele), do tego właściciele wyjątkowo dbali o czystość a bardzo ładne dodatki stwarzały naprawdę przytulny i przyjemny klimat całego mieszkania.

Trzecia kwatera to było już coś w rodzaju hostelu. Wnętrze budynku i pokoje były w drewnie, ozdobione drewnianymi dodatkami i klimatycznymi zdjęciami. Tutaj jednak Ikea chyba nie dotarła, był to środek pustkowia z Czechem jako gospodarzem! 😀

szwecja do
Szwedzkie domki ale i blokowiska w Goetheborgu

5. Czarne rolety. W szwedzkich oknach często mogliśmy zauważyć czarne rolety. Początkowo bardzo się dziwiliśmy, zwłaszcza, że w naszym domku też takie były. Nagrzewały się strasznie i zastanawialiśmy się po co coś takiego montować. Czy po to, aby łapać każdy promień słońca zimą? Ale okazało się (gdzieś wyczytałam), że to po to, aby zaciemnić pokój podczas białych nocy.

6. Brak zasłon w okna. Podobno Skandynawowie nie zasłaniają okien, bo nie mają nic do ukrycia, i rzeczywiście w większości jest to prawda, ale nie reguła. Przeważnie rzeczywiście mamy tylko podwinięte rolety lub odsłonięte zasłony. Raczej nie uświadczymy firanek.

Ale na parapetach często stoją wysokie kwiaty, ozdoby. Możemy jednak spotkać też i przeszklone werandy, wysokie okna z których doskonale widać salon domu (i zawsze w środku jest bardzo ładnie).

7. Białe noce. A jeśli już o nich mowa. Słońce zaczęło zachodzić po 22 ale ciemno się chyba nie robiło już wcale. Szarówka była zarówno o 2 w nocy jak i o 4 nad ranem.  Niesamowite zjawisko i bardzo fajne. Oczywiście nie ma nic za darmo i Skandynawowie płacą za tak długi dzień kilkoma godzinami światła zimą. W namiocie chodzenie spać, kiedy jest tak jasno, może stanowić pewne wyzwanie (aczkolwiek my i tak zawsze jesteśmy tak padnięci, że zasypiamy bez problemu), natomiast w domu zaciąga się grube lub ciemne zasłony i zaciemnia mieszkanie.

Białe noce
Zdjęcie zrobione po godzinie 23

 

 

8. Ceny. Dla kogoś, kto jedzie do Szwecji prosto z Polski ceny wydadzą się wysokie. Jednak my, przyjeżdżając tutaj z drogich krajów, nie odczuliśmy, aby było szokująco drogo. Owszem, były produkty w bardzo wysokich cenach (np. na mięso przestaliśmy praktycznie zwracać uwagę), ale i takie, które wrzucaliśmy do koszyka bez wahania, chociażby pastę kawiorową (50% kawioru i 23% serka śmietankowego), w cenie 8 złotych (po przeliczeniu) za 250 gramów.

Ogólnie sklepowe ceny w Szwecji są zbliżone do tych w strefie Euro. Może nie jest aż tanio jak w Niemczech, ale na pewno nie drożej niż we Francji czy Włoszech. I na pewno znacznie taniej niż w Belgii 😛

Szwecja ceny
U góry: zupa grochowa, fasolka z karmelem (sic!), pudding ryżowy, na dole pasta kawiorowa i wielki ser

9. Sklepy. Chyba nie było dnia, żebyśmy musieli martwić się, czy na naszej trasie jest sklep. Znajdowały się w każdym miasteczku. Być może na północy jest trochę gorzej (już na zachód zrobiło się pustkowie), ale tam gdzie my byliśmy, zakupy nie stanowiły problemu. Było też dużo Lidli, w których ceny były wyjątkowo dobre a asortyment szeroki.

W sklepach nie znajdziemy też małego kawałka sera (400 gramów najmniej) czy małego jogurtu (litr najmniej). Ale o ile ser jest dość zwyczajny, o tyle jogurty mają pyszne i mogą konkurować z Grekami! Serio 🙂

10. Napoje. Ale dostępność sklepów nie oznaczała, że będzie co pić. W Szwecji co prawda jest bardzo duży wybór napojów, które stoją w kartonach i wyglądają jak soki. Ale to raczej kiepska podróba Tymbarku. Nie są złe, ale wszystkie podobnie smakują – słodko – kwaśno.

Mamy też spory wybór gazowanych napojów, bardzo słodkich. Naszymi faworytami został imbirowy Schwepps i Trocadero, napój podobny w smaku do energetyka, ale bez tauryny za to z niewielką dawką kofeiny.

11. Słodycze. Podobno wizytówką Szwecji są bułeczki cynamonowe. Jeśli tak, to marna ta wizytówka. Szwedzi powinni się nauczyć je robić od Holendrów albo Niemców. Szwedzkie ciasto jest… ciastowate 😛 mączne jak nieświeża drożdżówka. A jedliśmy różne, z różnych miejsc, zawsze świeże, więc to nie tak, że mieliśmy pecha.

Za to trafiliśmy na pyszne ciasto Brownie. I na czekolady z migdałami i dodatkiem pomarańczy oraz mięty (dwie różne). No i na ciastka z budyniem i dżemem porzeczkowym oraz ciastka z kardamonem– mniam!

Szwecja słodycze
U góry cukierki, po prawej na dole słodkie bułeczki, po lewej słodko słone przekąski

12. Lukrecja. W Szwecji prawie w każdym sklepie możemy znaleźć ścianę cukierków. Wszystkie są na wagę w tej samej cenie (jakieś 80 koron, czyli 8 euro za kilogram), można więc dowolnie mieszać i próbować wszystkiego po trochu. Ale trzeba mieć się bardzo na baczności, bo Szwedzi potrafią dodać do wszystkiego lukrecję. Co więcej, również lukrecję w słonej odmianie, czyli salmiakki. Nie sposób opisać tych dwóch smaków. Ale możecie natknąć się na nie wszędzie. Cukierek lukrecjowy obtoczony w dużej kulce soli, kawałek salmiakki do ssania, guma ze słoną lukrecją, lody, guma do żucia, czekolada. No cokolwiek zechcecie i wymyślicie na pewno już tu jest. Słono – owocowe smaki również. Znajdą się też pikantne, pieprzowe cukierki. Smaki tylko dla odważnych 😛

13. Chleb. Chleby w Szwecji nie wyglądają zbyt apetycznie, ale da się kupić przyzwoitą bagietkę za 10 – 16 koron, czyli 1 – 1,6 euro. Jednak chcąc kupić chleb „długotrwały”, trzeba uważać, żeby nie naciąć się na słodki; z miodem czy jabłkiem (no, chyba, że o taki Wam chodzi). Wystarczające jest to, że chyba każdy tego typu chleb jest słodkawy, więc dodatkowo słodzony będzie jak słodka bułka. Niesłodzony przypomina żulika. Ma nawet podobną konsystencję.

14. Pieczywo waza. Jest wszędzie. Tak jak we Włoszech w sklepach znajdziemy długie metry półek z makaronami tak w Szwecji znajdziemy tyleż samo pieczywa chrupkiego typu Waza. Duże, małe, okrągłe, trójkątne, podłużne i kwadratowe. Z ziarnem i bez, wszystkie odmiany świata 😉 Ale smakuje tak samo jak w Polsce.

szwedzkie kruche pieczywo
Szwedzkie kruche pieczywo

15. Kierowcy i drogi. Drogi w Szwecji są doskonałe, niestety część z nich, będąc czymś w rodzaju ekspresówek jest poogradzana metalowymi linami. Po to, żeby  kierowcy się nie wyprzedzali. Może to i rozsądne, ale pobocze pozostawiono bardzo wąskie, co stwarzało nam duży dyskomfort. Szwedzi wyprzedzali nas często niewiele zwalniając (a dozwolone było 100 lub 90 km/h na tych drogach). I o ile auta osobowe chociaż trochę miały miejsca, żeby nas wyminąć, to już ich przyczepy kempingowe, camping cary oraz ciężarówki – nie. Nie przeszkadzało im to, żeby przejeżdżać obok nas bez zdejmowania nogi z gazu.

16. Ścieżki rowerowe. W Szwecji drogi rowerowe istnieją, są lepsze albo gorsze, czasem szutrowe. Ale niestety kompletnie nieoznaczone, więc często nie wiadomo dokąd taka ścieżka prowadzi, czasem odbijają od szosy gdzieś w pole, czasem są ogrodzone  i nie ma jak z nich zjechać, gdy zorientujemy się, że zaraz nas gdzieś wyprowadzą.

17. Ekologia. Czy Szwecja kojarzy się Wam się z ekologią? Nam tak się właśnie kojarzyła. I rzeczywiście w sklepach mnóstwo ekoproduktów, Szwedzi podobno mają za mało śmieci (!), przetwarzają 97% tego, co trafia na wysypiska, jeśli znajdziemy wreszcie śmietniki to oczywiście będą one stały trójkami lub innymi liczbami, podzielone na różne rodzaje śmieci (papier, plastik, szkło, metal, bio), w naszym szwedzkim domku było pięć koszy na śmieci. Mamy też automaty, jak w Danii, do których wrzucamy butelki lub puszki i otrzymujemy 1 – 2 korony (w zależności od pojemności butelki) na zakupy w sklepie, przy którym stoi automat (ale możemy też wymienić kwitek na gotówkę).

A jednak w Szwecji dużo śmieci leży na ulicy, w rowach, w lasach. Przebywając wśród ludzi nie odnosi się wrażenia, by byli maniakami sortowania czy ekopostawy w ogóle 😉

18. Pociągi szwedzkie. Z przykrością stwierdzamy, że w większości przypadków szwedzkie pociągi nie przewożą rowerów. Wózki inwalidzkie, wózki dziecięce, specjale wagony dla zwierząt – tak. Ale rowery nie. Jest tylko jeden przewoźnik, który to robi i niestety nie jeździ po całym kraju (nazywa się Vastrafik). Nie zmienia to jednak faktu, że pociągi szwedzkie są nowoczesne i szerokie (5 foteli w jednym rzędzie). Automaty do kupowania biletów są bardzo nieczytelne, napisy znajdziemy tylko po szwedzku a na koniec okazuje się, że i tak są tylko dla posiadaczy miejskiej karty komunikacyjnej. Możemy więc bilet kupić albo online albo u konduktora, bo kasy na dworcach są rzadkością (o ile w ogóle  istnieją – my nie widzieliśmy żadnej).

19. Amerykańskie auta. Szwedzi kochają Cadillaki, Pontiaki, Dodge, Buicki, Bonneville i wszystko inne co ma cztery koła i pochodzi z Ameryki 😀 Nie wiemy za bardzo dlaczego tak jest (podobno w latach 80 był dobry kurs korony szwedzkiej, więc Szwedzi posprowadzali samochody), ale nadaje to pewnego kolorytu. Jeżdżą te wielkie, powolne auta po drogach, czasem ciągnąc za sobą retro przyczepkę kempingową. W środku siedzi albo szwedzka młodzież udająca trochę punków, trochę dzieci kwiaty, albo podstarzałe gwiazdy rocka 😉 Koszulka na ramiączka, długa siwa broda i wąs, kobiety w szerokich sukniach lub luźnych koszulach 😉 Warczą te auciska jak startujący odrzutowiec  i kopcą okropnie, a niby tak eko 😛

Szwecja auta
Amerykańskie auta w Szwecji

 

20. Kempingi. Szwedzi uwielbiają przebywać na słońcu. Zresztą chyba nie ma się co dziwić. Na ulicach mnóstwo samochodów ciągnących za sobą przyczepki kempingowe, na kempingach ledwo skończył się rok szkolny – pełne obłożenie.

Podsumowanie

Podsumowując –  podobało nam się w Szwecji. Pogoda bardzo dopisała, okoliczności przyrody również były umilały nam pobyt w tym kraju. Szwecja raczej nie może konkurować widokami z południem Europy, w dodatku, moim zdaniem mając do wyboru Szwecję a Mazury, można spokojnie zostać na Mazurach. Na uwagę jednak zasługuje wybrzeże szkierowe – skałki wystające z morza.  Trochę takie miniaturowe wybrzeże Chorwacji 😛

Mimo, iż widoki nie powaliły nas na kolana, to będziemy dobrze wspominać podróż przez ten kraj 🙂 No i dodatkowym atutem jest trochę inny asortyment spożywczy niż w znanej nam Europie, możemy popróbować nowych smaków (smaków (i to nie tylko słonej lukrecji) 🙂

Szwecja widoki(1).jpg
Szwecja

Natalia i Mikołaj

Niemcy w 10 punktach, czyli czym Cię może zaskoczyć Twój sąsiad

Z czym kojarzą Wam się Niemcy? Z Angelą Merkel? Dobrymi samochodami, piwem, kiełbaskami i imprezą Oktober Fest?

Jeśli tylko z tym, to spróbujemy Wam odczarować naszych sąsiadów, bo chyba są niedoceniani lub przeceniani 😉

Niemcy andernach
Proszę, jak kolorowo w tych Niemczech

1.Tanio! Tak 😛 Po palpitacjach serca, jakie przeżywaliśmy w poprzednich krajach i przy których Francja, jednak dość droga, wydawała nam się tania, w Niemczech jest raj cenowy 😛 właściwie większość produktów kosztuje tyle, co w Polsce, z jakimiś drobnymi różnicami. Również noclegi pod dachem można znaleźć w normalnych cenach (do 50 euro przeważnie jest niezły wybór).

2. Dobre jedzenie i picie. Zdziwieni? W Niemczech jest spory wybór różnego rodzaju produktów. Nie tylko niemieckich ale też z innych rynków (jak buraczkowy humus! Pycha). Jednak przede wszystkim zachwycaliśmy się wędzoną leberką czyli wątrobianką, której nigdzie indziej nie dostaniecie tak pysznej, oraz apfelschorlem, czyli napojem jabłkowym. Niby nic, pomyślicie, jabłkowe picie. A jednak. Niemieckie schorle są pyszne, lekko gazowane. Nigdzie indziej napoje jabłkowe nie smakują tak dobrze.

3. Piękne rejony Doliny Mozeli. Wzgórza pełne winnic, pomiędzy którymi wystają skały, czasem na szczycie górek stoi zamek a pod nim kolorowe, ładne, pełne uroku miasteczko. A wszystko to odbija się w lustrze wijącej się rzeki Mozeli. Brzmi nieźle? W rzeczywistości jest naprawdę prześlicznie! 🙂 No i nigdy nie sądziłam, że w Niemczech są takie winne rejony.

Niemcy Mozela
Dolina Mozeli

4. Najwyższy gejzer świata. Taki z zimną wodą. Znajduje się właśnie tutaj, w Niemczech, w mieście Andernach. Strumień sięga aż na 60 metrów w górę i to naprawdę fajne widowisko. Woda zaczyna powoli bulgotać w czymś w rodzaju kotła, aż z bulgotania robi się coraz wyższa fontanna, która ostatecznie sięga właśnie 60 metrów. Woda tryska i chlapie, płynie chodnikiem i można się nieźle zmoczyć 😉

Gejzer w Niemczech, Andernach
Erupcja gejzeru

5. Niemieckie drogi wcale nie są najlepsze. Tak! Obalamy mit, jakoby w Niemczech szosy były idealne. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że nie są. Jest różnie, od świetnych „dywaników”, przez lekko wyboiste szosy aż do totalnie dziurawych, źle połatanych dróg. To samo tyczy się ścieżek rowerowych. Niektóre są poprowadzone mądrze i dobrze, na przykład będąc pasem wzdłuż ulicy, ale inne są brukowane kostką (więc telepią niemiłosiernie) lub bardzo wyboiste z kiepską nawierzchnią. Często też poprowadzone są kompletnie bezsensu, robią jakieś labirynty i ósemki, zamiast iść po prostu równo z drogą.

Jedna z nich wiodła nawet środkiem strefy pieszej, gdzie jazda na rowerze była zabroniona.

Niemcy drogi.jpg
U góry po lewej, N. wykończona jazdą pod wiatr i fatalną nawierzchnią

6. Niemcy są sympatyczni. O ile są młodzi 😛 starsi Niemcy często są niezbyt przyjemni, nie wiem z czego to wynika, ani nie umiem przytoczyć żadnej konkretnej sytuacji. Po prostu są niesympatyczni.

Przy okazji tego punktu opisać należy jeszcze naszą przygodę, dzięki której poznaliśmy chyba najfajniejszego Niemca na świecie 🙂

Podczas przejazdu przez jakieś malutkie miasteczko M. usłyszał stukanie w kole. Myśleliśmy, że może coś się przykleiło do opony i uderza w błotnik albo haczy o hamulec. Po oględzinach okazało się jednak, że opona właśnie jest w trakcie kończenia swojego żywota. Wybrzuszyła się i przetarła do gołej dętki. Zdążyłam zrobić zdjęcie i… Opona strzeliła! I było i po dętce i oponie.

Zaczęliśmy myśleć, co robić, najbliższy sklep rowerowy, który wyszukał nam się na mapach był 9 kilometrów od nas, a było już późno, więc szansa że M. zdążyłby tam dojechać na moim rowerze była mała.

Ja próbowałam ustalić, czy mamy szanse na jakiś transport komunikacją miejską do campingu, a M. szukał właściciela wypatrzonego w pobliżu roweru, który stał na flaku, żeby odkupić oponę.

I Christian, jedna z osób, do której M. zapukał podczas tych poszukiwań, zaproponował, że zawiezie nas do sklepu rowerowego swoim samochodem 🙂 (okazało się, że sklep był zresztą bliżej niż ten wyszukany, co więcej, wcześniej robiliśmy w jego pobliżu zakupy).

Po powrocie dokonaliśmy naprawy w garażu Christiana, który nawet zafundował naszym obręczom czyszczenie odtłuszczaczem :))

Na koniec zostaliśmy jeszcze poczęstowani zimnym Red Bullem 🙂 bardzo jesteśmy wdzięczni Christianowi za tę bezinteresowną pomoc 🙂 Dzięki niemu potencjalnie poważna komplikacja szybko i miło została zażegnana. Aczkolwiek nie tanio (58 EUR  za oponę i dętkę).

Niemcy pomoc.jpg
Nasz wybawca 😉

7. Niemieckie miasta bywają albo urocze albo kompletnie bez wyrazu 😛 wsie i małe miasteczka często są bardzo ładne. Czyste, śliczne często wręcz cukierkowe, kolorowe od kwiatów w ogrodach i przy drogach, ale już te większe miasta przeważnie nie mają żadnego charakteru, są nijakie.

Niemieckie miasta.jpg
Niemiecka zabudowa

Jednym z wyjątków jest Hamburg, w którym  poczułam się jak w filmie z lat 90 😀 wysokie, postkomunistyczne bloczyska a do tego ogólny brud na ulicach. No, ale to było tylko pierwsze, słabsze wrażenie.

Nadrzeczna część miasta, „stare miasto” to zupełnie co innego. Budynki nad kanałami, port, to zupełnie inny klimat. Trochę jak Amsterdam, tylko nie tak zatłoczony, no i nie taki cukierkowy. Bardziej nowoczesny, industrialny ale i jednocześnie klimatyczny. Lubimy takie miejsca i bardzo się nam spodobał Hamburg 🙂

Hamburg niemcy

8. Niemieckie koleje. Według niemieckich pociągów można regulować zegarki. Chyba, że akurat mają opóźnienie 😀

Za pierwszym razem, gdy kilka lat temu przejeżdżaliśmy Niemcy pociągami, wszystkie jeździły z dokładnością co do minuty, jednak jeden z nich i tak się spóźnił i nie zdążyliśmy na ostatnie połączenie do Bazylei.

Koleje Niemieckie nie dość, że przedłużyły nam bilet na następny dzień to jeszcze zagwarantowały nocleg w pobliskim, bardzo przyzwoitym Hotelu Ibis.

Tym razem też przejeżdżaliśmy dużą część kraju pociągami, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwały remonty torów (i niektórych dworców) i wszystkie pociągi w całym kraju były opóźnione, wjeżdżały na inne tory niż zwykle. Stan dezorganizacji był dość wysoki i na dworcach było spore zamieszanie.

Trzeba jednak powiedzieć, że w każdym innym kraju zapewne nie byłoby w ogóle szans na ogarnięcie tego chaosu. A tutaj informacje o wszystkim (np. jakie opóźnienie, na który tor wjeżdżamy, jakie opóźnienie mają najbliższe pociągi, na które perony wjeżdżają) były między innymi na ekranach w pociągach oraz na  stronie internetowej kolei niemieckich.

Z resztą sama strona Deutsche Bahn  powinna być wzorem dla wszystkim innych stron informacyjnych. Dowiemy się z niej wszystkiego. Ceny biletu, peronu na który pociąg wjeżdża (nasz i kolejny w który się przesiadamy – i tak rzeczywiście jest, nie trzeba szukać na dworcu tych informacji),  stację docelową pociągu, który ma nas dowieść gdzieś wcześniej niż sam jedzie, bez wklikiwania się w trasę tego drugiego pociągu czy pytania na dworcu. Jest też informacja o opóźnieniach.

Ta strona wyszuka nam też połączenia chyba dla wszystkich kolei europejskich, nawet takie, z którymi nie radzi sobie rodzima wyszukiwarka danego kraju (np. strona francuskich kolei nie umiała nam podać połączeń typu francuskich linii regionalnych, a niemiecka nie miała z tym najmniejszego problemu).

Przesiadki często są też tak pomyślane, że nie trzeba biegać po całym dworcu, często jest to ten sam peron lub peron obok. Ale niestety nie jest to reguła, do takiej perfekcji jeszcze nie doszli 😉

Kolejna rzecz, jaką trzeba napisać o kolei niemieckiej, to to, że jest mnóstwo połączeń zewsząd do wszędzie.  Istnieją różne warianty tras, które dowiozą Cię do celu, w razie, gdyby jedno z połączeń przesiadkowych z jakiegoś powodu nie doszło do skutku.

Pociągi niemieckie są przeważnie niskie a perony są wysokie więc wchodzenie z obładowanym rowerem, wózkiem czy ciężką torbą nie stanowi większego problemu. No, chyba, że peron jest wyższy od podłogi pociągu, co się czasem zdarza 😀

W pociągach też zawsze otrzymujemy informację nie tylko o tym, do jakiej stacji dojeżdżamy i ewentualnie co się dzieje, że stoimy i za ile ruszymy, ale także o tym na którą stronę jest wyjście. Banalna informacja? Nie w innych krajach.

Na dworcach prawie zawsze są szerokie windy, pomyślane między innymi po to, żeby zmieścił się w nich rower.

Co tu dużo mówić, koleje niemieckie są idealne, może lepsze są tylko w Japonii 😉

9. Niemieccy kierowcy jeżdżą bardzo dobrze. Nawet jeśli obok idzie jakaś ścieżka rowerowa, na którą jeszcze nie zjechaliśmy, nie trąbią na nas i w ogóle chyba ani razu nikt na nas nie zatrąbił.  Nie wyprzedzają na czołówkę, nie spychają do krawędzi, generalnie, w Niemczech mamy takie samo prawo być na drodze, jak wszyscy inni. Super.

10. Porządek musi być! Chociaż nie wszystko jest idealne w Niemczech, to nieprzestrzeganie zasad jest nie do pomyślenia. Generalnie to nawet dobrze, chyba dzięki temu Niemcy osiągnęły taki poziom gospodarczy i kulturowy, ale starsze pokolenie potrafi nas prawie zdzielić laską po plecach, że toczymy się na rowerach po strefie pieszej, nawet jeśli jest nie zatłoczona 😛 młodsze pokolenie samo jeździ po deptakach, a pani konduktorka w pociągu machnęła ręką na nasz zły bilet i poradziła, jaki powinniśmy wybrać następnym razem (zamiast biletu dla Nadrenii i Westfalii wybrać taki uprawniający przekraczać landy – szkoda, że w automacie biletowym nic o tym nie napisali :P). Więc może nadchodzi porządek z lekkim przymrużeniem oka w wydaniu młodszych Niemców 🙂

Podsumowanie

Przyznam szczerze, że czas spędzony w Niemczech był bardzo przyjemny. Pogoda nam się pod koniec popsuła i na kempingach nie zawsze było tak komfortowo, jak bym sobie tego życzyła, ale i tak Niemcy rozpieszczały nas dobrym jedzeniem, dobrymi cenami i ogólną dobrą atmosferą w kraju. No i komunikacją. Język niemiecki M. zna przyzwoicie, a ja rozumiem na tyle dużo, że nie muszę się denerwować, że słyszę tylko dziwne dźwięki, do niczego niepodobne, z ust rozmówcy 😛

Teraz języki skandynawskie 😉

Natalia i Mikołaj

8 pytań o Luksemburg, które sami sobie zadajecie

Podróż przez Luksemburg była tak samo pozbawiona emocji jak droga przez Belgię (przeczytaj: 12 rzeczy, które wkurzają w Belgii!) dlatego i jeden z najbogatszych krajów świata podsumujemy w kilku punktach, a raczej w odpowiedziach na pytania, które sami sobie stawialiśmy i które pewnie zastanawiają również i Was. Oto i one!

  1. Czy w Luksemburgu jest drogo? Zakupy robiliśmy głównie w Aldich i Lidlach, a ceny w tych dyskontach były „dla ludzi”, ba! nawet niektóre artykuły tańsze niż w Belgii czy Holandii. Co więcej, również kempingi mają tutaj przyzwoite ceny w wysokości nastu euro dla naszej dwójki z namiotem, a sklep, na jednym z lepszych kempingów, oferował artykuły w zwyczajnych, dla tego typu miejsc, cenach (spodziewaliśmy się „kosmosu”), np. bagietka 1,50 euro, mleko 1 litr 1,30 EUR, podczas gdy w sklepie/piekarni bagietka około 1 – 1,30 EUR a mleko około 1 euro).

Jednak zwyczajne sklepy (no, dobra, byliśmy aż w jednym: „SMatch” się nazywał) oferują produkty w różnych cenach. Są  i takie droższe i takie, których ceny nie powalają na kolana i dało się kupić fajne rzeczy za niezbyt duże pieniądze (co na przykład w Belgii było praktycznie niemożliwe).

Bardzo drogie natomiast są noclegi pod dachem. Ale mimo to udało nam się dorwać noc w hotelu (bardzo fajnym) za marne 50 euro i to było, bardzo, bardzo tanio. Z reguły atrakcyjne ceny zaczynają się od 100 euro za noc.

  1. Gdzie w Luksemburgu robić zakupy? Nigdzie! 😀 a tak serio, to w całym państewku jest niewiele sklepów, w sumie nie wiemy ile, ale na naszej trasie było ich może z pięć. Tak. W tym dwa Aldi, dwa Lidle, duży Cactus i jeden wiejski sklepik, który był jednocześnie jedynym sklepem dla dość dużego miasteczka. Jak to możliwe? Jak oni tu żyją i na co wydają te pieniądze, które ponoć mają? Nie wiem.

Luksemburg Esch sauer.jpg

  1. Czy w Luksemburgu widać to bogactwo? Absolutnie nie. Spodziewaliśmy się cukierkowego państewka, ślicznych, kolorowych miasteczek, wszędzie kwiatowych dekoracji a dostajemy… przeciętność. Zadbaną, ale nic poza tym. Domy to takie zwyczajne prostokątne bryły, bez żadnych zdobień, kolorów, bez pazura ani finezji. Ogrody nieszczególnie zadbane. Nie są zapuszczone, ale nie są też obsadzone kwiatami czy drzewkami ozdobnymi. Ot, rośnie sobie dookoła jakiś wrzosik, krzewik i to tyle. Czasem oczywiście zdarzały się posesje wyjątkowo ozdobione i piękne, ale nie była to norma.

Były jednak dwie sytuacje, w których widać było, że chyba tutaj mają trochę więcej pieniędzy.

Pierwsza z nich, to kiedy burzono jakiś dom a ktoś stał i polewał miejsce burzenia z wielkiego szlaucha, żeby się nie pyliło.

Druga, to w pewnym miejscu, po środku niczego, posadzono wzdłuż drogi różne gatunki drzew, mnóstwo szpalerów z najróżniejszych gatunków. Nie wiadomo, co to było, ani jednej tabliczki nie znaleźliśmy :p

Wszędzie też jest czysto (w skrzynkach z torebkami na psie kupki zawsze jest zapas foliówek) a ponoć każde miasteczko ma basen, place zabaw, parki, świetnie wyposażone szkoły, dobrze zorganizowaną komunikację miejską. Rzeczywiście czasem przejeżdżając przez najmniejsze wioski mijaliśmy kolorowe budynki przedszkoli czy szkół, wyposażonych placów zabaw i obiektów sportowych. W każdym miasteczku znajdują się też zadaszone przystanki autobusowe z ławeczkami. Czasem to oszklone wiaty, czasem drewniane budki. W każdej można sobie usiąść, schronić się przed wiatrem czy deszczem.

Czasem przy drogach (a nawet przy przystankach) stoją publiczne toalety.

Same drogi są świetne. „Dywaniki” jakie rzadko można gdziekolwiek spotkać. Może świadczyć o tym chociażby fakt, że na zjeździe z zablokowanym amortyzatorem w ogóle się nie zorientowałam, że nie pracuje – a z reguły bardzo szybko można to poznać, bo rowerem „trzepie” na nierównościach, inaczej niż, kiedy amortyzuje.

Mamy jednak wrażenie, że bogactwo nie dotyczy przeciętnych mieszkańców tego państwa. Zapewne żyją na poziomie i zarabiają nieźle, ale raczej nie każdego stać na wystawne życie.

Beneluks rowerem
Jedne z ładniejszych miejsc w Luksemburgu

  1. Czy w Luksemburgu jest ładnie? Na pewno nie jest brzydko, ale nie jest też na tyle ładnie, żeby jechać tu dla widoków. Są górki, są rzeczki, lasy, ale czy tego nie ma nigdzie indziej? Miasteczka i miasta nie mają żadnego wyrazu. Czasem wręcz wygląda to tak, jakby wokół kościoła z czasów średniowiecza zburzono kamienice i wybudowano nowe domy.

 Uroku dodają zamki, które stoją na szczytach gór (czy raczej górek). Zamki są przeważnie ładne, zadbane, wyglądają jak nowe. Trochę nie pasują więc do nich kamieniczki kompletnie bez wyrazu.

Są jednak ładne miejsca, które zasługują na wyróżnienie.  Okolice rzeki Sure, środkowo – północne tereny kraju – dość sielska okolica. Oraz wschodnia część Luksemburga, tzw. Szwajcaria Luksemburska, której uroku dodają skały i gdzie znajduje się Wilczy Wąwóz z labiryntem skalnym.

Luksemburg Sur Sure
Okolice rzeki Sure

  1. Jak jeżdżą kierowcy? Luksemburczycy jeżdżą bardzo zgodnie z prawem. Traktują nas jak równoprawnych użytkowników drogi o szerokości innego auta 😉 Nie wyprzedzą, póki nie będą mieć całkowitej pewności, że jest to zgodne z prawem i że na pewno z naprzeciwka nic nie jedzie. Generalnie lubimy jak samochody nie spychają nas z drogi i nie muskają lusterkami ale kiedy ciężarówka nas nie wyprzedza na prostej drodze, bo przekroczyłaby linię ciągłą i przez to za nią tworzy się korek, który wyżywa się później na nas, no to już jest pewna przesada.

7. Jak wygląda miasto Luksemburg? Jest bardzo kameralne. Spokojne i ładne. Nie zwala z nóg ale jest urokliwe. Przede wszystkim warte uwagi jest centrum (czyli Dolne i Górne Miasto), z murami obronnymi , widokiem na miasteczko wbudowane w kanion. Czy jednak można spędzić tu więcej niż maksymalnie kilka godzin i mieć co robić przez ten czas? Według nas niespecjalnie.

 

Luksemburg miasto
Miasto Luksemburg

8. Czy warto odwiedzić Luksemburg w trakcie urlopu? Na pewno można, zwłaszcza samo miasto Luksemburg oraz Małą Szwajcarię Luksemburską z jej wąwozem. Brakuje tutaj spektakularnych widoków, ale zdecydowanie można wypocząć i o dziwo nie zbankrutować (jeśli nie weźmiemy pod uwagę kosztów noclegów :P), ale przyznajemy szczerze, że Luksemburg nas wynudził i gdyby nie ten ostatni dzień (stolica plus Mała Szwajcaria) to raczej byśmy go nie polecali.

Luksemburg Mała Szwajcaria
Mała Szwajcaria Luksemburska

 

Cóż, Beneluks raczej nie zostanie naszym ulubionym miejscem na ziemi 😉

Przeczytaj też: Holandia i zwiedzanie Luksemburga

 

Natalia i Mikołaj

12 Rzeczy, które wkurzają w Belgii!

beneluks rowerem

Po pierwszych zachwytach Belgią (wpis: Belgia i Holandia czyli jak tu płasko!) kraj ten skutecznie zatarł dobre wrażenie.

Nie dość, że niewiele ciekawego się wydarzyło w trakcie podróży przez belgijskie tereny, to jeszcze towarzysząca nam rzeczywistość sprawiła, że podsumujemy Belgię w kilku punktach i nie będzie to dla niej nic miłego 😉

belgia huy.jpg

1. Drogo! Przede wszystkim szalone ceny w sklepach.

Myślicie, że we Francji jest drogo? W stosunku do Belgii francuskie ceny wydają się symboliczne. Chociażby taka bagietka. Powinna kosztować kilkadziesiąt centów, może 1 euro w piekarni. W Belgii 2 EUR. Napój? Paskudne, chemiczne picie – 1,70 za litr (we Francji tyleż za 1,5 – 2 litry). 200 gramów mydła? 3 EUR zamiast 1,80. Ten sam cydr 1,5 litra kosztuje we Francji około 2 EUR a w Belgi 2,70 za 0,75 l!!

Nawet piwo belgijskie jest tańsze we Francji o jakieś 1 euro na puszce! Radler za puszkę 0,33l kosztuje 1,15 EUR (w Niemczech 50-80 centów za pół litra, we Francji nie występuje). Mięso (mielone czy jakieś steki z karkówki) kosztujące we Włoszech czy we Francji jakieś 7-8 EUR za kilogram, w Belgii kosztuje 12-15. Ser coulomiers marki Cour de Lion: we Francji 1,8 EUR, w Belgii 3,8! Kawa rozpuszczalna: we Francji 4-6 EUR za 200 gramów, w Belgii 7-9. Masakra!

2. Nie ma nic do picia…

Ciężko znaleźć coś dobrego do picia w trasie, co nie kosztuje majątek. Orangina, za której 1,5 litra płaciliśmy około 1,70 EUR, tutaj dobrze jak ma cenę 2,20. 1,90 euro za 1,5 litra napoju (typu Lipton Ice Tea) to cena wyjątkowo atrakcyjna i rzadko spotykana. Dlatego ostatecznie zaczęliśmy kupować soki z Lidla lub Aldiego, po około 1,90 euro za 1,5 litra. Przynajmniej są smaczne a część z nich tak słodka, że można je rozcieńczyć w wodą i zyskać dodatkową ilość 😉

3. …Ale jest dobra czekolada.

To trzeba przyznać. Czekoladowe musy belgijskie bardzo nam przypadły do gustu i są nie drogie. 1 euro za 200 gramów musu to dobra cena.

belgijski mus czekoladowy
źródło: https://pixabay.com My za szybko zjadamy, żeby robić zdjęcie

4. Kiepskie drogi

Belgijskie drogi są kiepskiej jakości. Często fatalnie połatane, dziurawe, albo złożone z niedopasowanych do siebie betonowych płyt. Ogólnie jakość dróg porównywalna do polskich lub gorsza. I to na „bogatym zachodzie”! Szok!

5. …Nawet jeśli są zamknięte.

No, oczywiście, że nie wszystkie, ale Belgowie chyba uwielbiają stawiać znaki o braku przejazdu daną drogą i to w takich miejscach, że nie ma alternatywy poza całkowitym zawróceniem kilka ładnych kilometrów do jakiegoś rozstaju dróg. Okazuje się jednak, że droga była po prostu bez oznakowania poziomego albo najzwyczajniej jeszcze nie nabrała mocy urzędowej.

Zdarzyło się, że rzeczywiście ulica była w remoncie, ale rowerem bez problemu dało się przejechać. Jednak jadąc w kierunku rozkopów wzbudziliśmy popłoch wśród okolicznych mieszkańców, którzy usilnie nas namawiali, byśmy zawrócili. Na szczęście byliśmy mądrzejsi (tym razem :p).

6. Nie znają języków.

Z tym, że Francuzi nie znają (nie używają) języków obcych, pogodził się cały świat. Kraj – słońce, wielka historia, wielki kraj i jeszcze większe ego, wykraczające poza granice państwa. No trudno. Ale Belgowie? Sorry.

7. Jeżdżą jak wariaci.

No, może nie wszyscy i nie zawsze. Ale po kierowcach z kraju, w którym jest wielu kolarzy spodziewałam się więcej. A oni często mijają nas o milimetry, wyprzedzają na czołówkę z nami, wymuszają pierwszeństwo. Znów, poziom podobny jak w Polsce. A nie trzeba daleko szukać dobrych przykładów – Francuzi, a zwłaszcza Niemcy, jeżdżą z wielkim szacunkiem dla rowerzystów.

8. Nudno. Idzie umrzeć z nudów w tym kraju.

Właściwie tylko pola i lasy i wsie. Zdarzają się oczywiście miejsca urokliwe, ładne i przyjemne, jak Dolina Mozy, ale nie nadrabiają całości. Bywały dni, podczas których można było zaziewać się na śmierć.

Belgia dolina mozy
Okolice Doliny Mozy

9. Architektura.

Trzeba jednak przy tym przyznać, że wsie, miasta i miasteczka są bardzo ładne. Kolorowe kamieniczki, kamienne domki z kolorowymi okiennicami i ślicznie zadbanymi ogródkami. Dobrze się je ogląda 🙂

belgia miasta.jpg
Belgijskie miasta i miasteczka

10. Śmieci. Myślałby kto, że jak kraj Północy to czysto będzie, że aż można jeść z ziemi a tu wcale nie.

W Belgii śmieci leżą to tu to tam. Puszka po piwie w rowie, jedna, druga. Śmieci w fontannie, papierki na trawie. Trochę jak we Francji, a za to zupełnie nie jak w Holandii.

11. Ostre podjazdy.

Na szczęście część z nich została mi oszczędzona i M. sam podjeżdżał belgijskie bigi, ale mi wystarczy tyle, ile musiałam. Ostre, czasem nawet brukowane podjazdy, niezbyt długie ale i tak wystarczająco męczące.

12. Belgowie (i Holendrzy) nie myją się!

To oczywiście żart, ale chyba nie do końca. Na tutejszych kempingach prysznic nie jest oczywistością. Prawie zawsze pytają nas, czy aby na pewno będziemy chcieli się umyć? Czasem zachwalają, że oto oni mają prysznice! Co za luksusy! A czasem po prostu, jeśli chcemy wziąć ciepły prysznic to musimy więcej zapłacić lub wyczarować żetony, a dwa razy nie było po prostu ciepłej wody.  No i w kempingowych łazienkach rzadkością jest spotkanie kogokolwiek. Nawet, gdy na kempingu sporo ludzi. Wydaje się więc, że nie jest normą branie prysznica.

 

Widzicie jak mało zdjęć? Nawet nie ma co cykać! 😛 Ale najgorsze są jednak te ceny w sklepach. Po prostu kosmos, aż żal cokolwiek jeść i pić! Skończ się już Belgio! 😉

Natalia i M.

Amsterdam i pożegnanie z Holandią

amsterdam wycieczka

Wpis zaczynamy dzisiaj z grubej rury – a może i lufy 😉 Amsterdam! Miasto rowerów, kanałów i kamienic oraz tego, co zakazane gdzie indziej.

Amsterdam rowerowo
Kanały amsterdamskie

Jak zwiedzaliśmy Amsterdam? No jasne, że na rowerze 😉 Ale wcale to nie było takie oczywiste, bo w trakcie przejazdu przez miasto, w drodze na camping, tłumy rowerzystów sprawiły, że ja poważnie zastanawiałam się, czy nie lepiej będzie iść na spacer po tym mieście, zamiast kluczyć między tysiącami rowerzystów. Przezwyciężyła jednak myśl o tym, ile kilometrów (ostatecznie wyszło 30!), mielibyśmy przejść i że pieszo nie damy rady, a płacić za komunikację miejską, kiedy mamy darmowe rowery (za które inni płacą!) wydawało nam się trochę bezsensu.

Na szczęście okazało się, że w ciągu dnia ruch rowerowy jest niewielki a Amsterdam, jak cała Holandia, dobrze jest przystosowany do rowerzystów. Piesi nie mają tu łatwego życia, przeganiani przez dwa kółka, spychani na margines drogi rowerowej, która często zajmuje całe przejście i dla nich zostaje ledwie niewielkie „pobocze”.

Amsterdam rowery.jpg
Wszędzie rowery

IAmsterdam

We wszystkich relacjach czytaliśmy, że w Amsterdamie trzeba się spodziewać najróżniejszych wariantów pogodowych, my jednak mieliśmy upalne 30 stopni, ale dzięki powiewom i wszechobecnej wodzie dało się to znieść naprawdę dobrze.

Miasto obejrzeliśmy w całości, gdyby jednak chcieć wchodzić do wielu muzeów, które się tu znajdują, powinniśmy tu zostać na co najmniej kolejny dzień – ale to wiązałoby się z kosztami. Jeden bilet do muzeum to przeważnie 16 euro, zwiedzanie Amsterdamu łódką po kanałach 20 euro… można kupić też kartę turystyczną za 60 euro, wtedy mamy 3 wejścia w cenie, zniżkę na łódkę. Dlatego ja odwiedziłam tylko muzeum seksu za 5 euro 😛

Muzeum seksu amsterdam
Część eksponatów z Muzeum Seksu

Czy nam się podobało? M. twierdzi, że nawet – nawet, a ja byłam zachwycona. Miasto jest naprawdę piękne. Położone nad ponad 160 kanałami, zachwyca wąskimi, kolorowymi i ładnymi kamieniczkami. Mosty przyozdobione są kolorowymi kwiatami, po kanałach pływają lub kołyszą się łódki zacumowane do brzegów. A po ulicach jeżdżą i przechadzają się…. Też kolorowi ludzie 😀 i to zarówno w przenośni jak i dosłownie 😉

Holandia kanały
Kanały, łódki i rowery

W Amsterdamie podobno jest najwięcej przedstawicieli innych narodowości (piszą, że około 180 różnych nacji!), ale Amsterdam przyciąga też różne ciekawe egzemplarze 😉 (np. pan w koszulce i stringach na rowerze 😛 ) w związku z tym miasto jest bardzo interesujące, hippisowskie i wyluzowane a jednocześnie nowoczesne.

Amsterdam Holandia
Amsterdam

Amsterdam czyli… riki tiki narkotyki

W Holandii można legalnie palić marihuanę. To chyba wie każdy. Nie zauważyliśmy jednak, żeby było to popularne wśród Holendrów. Nawet młodych. Ba, prawie nigdzie nie było coffeeshopów. Owszem, czasem gdzieś tam stał jakiś magiczny sklep ale w ogóle nie mieliśmy poczucia, że wkraczamy do kraju, gdzie legalne są miękkie narkotyki.

Do czasu, aż nie znaleźliśmy się w Amsterdamie. Tutaj sklepy ze skrętami są właściwie na każdym kroku. Można kupić skręta małego, dużego, z domieszką (nie napisali czego), z haszyszem. Dopalacze, grzybki, herbatki. Oprócz tego lody, lizaki i gumy do żucia z cannabisem. Wszędzie czuć zapach palonej marihuany, ludzie palą skręty jak papierosy. Rano, w ciągu dnia, na przerwie w pracy, wieczorem.

Zaś same coffee shopy wyglądają jak knajpki. Niby wszystko jest legalne, ale te miejsca nie do końca wyglądają jak zwyczajne kawiarnie. Sprawiają wrażenie mniej lub bardziej szemranych.

Możecie się dziwić lub nie, ale nie odważyliśmy się ostatecznie zajarać trawki 😛

Oprócz tego znajdziemy tutaj też sklepy typu seed bank, czyli możecie kupić sobie ziarenka, dopalacze i cały osprzęt, który pomoże Wam znaleźć się na haju 😉

amsterdam marihuana
Coffee shopy, seed banki i informacje o sile dostępnych dopalaczy

Amsterdam czyli… seks, seks, seks!

Oczywiście Amsterdam znany jest również ze swojej Dzielnicy Czerwonych Latarni. To chyba wszystkim znana, przynajmniej ze słyszenia, okolica, gdzie znajdują się domy uciech. Pracują w nich prostytutki, które wdzięczą się do przechodniów w wielkich szybach okiennych lub spoglądają na spacerujących tamtędy mężczyzn przez uchylone drzwi. Domy w których pracują panie są czerwone, o zmroku oświetlone na czerwono (stąd nazwa dzielnicy), a gdy jakiś jest zajęty, okno zasłonięte jest bordową kurtyną.

Prostytucja w Holandii jest legalna, kraj ma z niej podatki, a dziewczyny objęte są ochroną lekarską. Co więcej, mają nawet swoje związki zawodowe!

Same prostytutki okazały się w większości dość postawnymi babkami. Wszystkie ubrane wyzywająco, przeważnie w czarną, skórzaną (lub skóropodobną), lateksową lub panterkową bieliznę.

W Dzielnicy nie wolno robić zdjęć – konkretnie prostytutkom. Natomiast tuż za domami przybytku znajduje się Oude Kerk, XIII wieczny kościół i jednocześnie najstarszy budynek w mieście.

Oude Kerk amsterdam
Oude Kerk

Tutaj też mieszczą się takie muzea jak muzeum seksu, prostytucji czy marihuany i konopi.

Muzeum Seksu okazało się jednak w głównej mierze zbiorem starych zdjęć pornograficznych (głównie świntuszenie z lat 20 i 50). Były tam też różne inne rekwizyty, jak historyczne wibratory, kalejdoskopy w których można było oglądać fikuśne zdjęcia, pasy cnoty czy ciastka w kształcie części intymnych. Jednak przeważały zdjęcia i było ich trochę za dużo 😉

Seks shopów na ulicach Amsterdamu też oczywiście nie brakuje, i to różnego rodzaju. Od zwyczajnych po wyspecjalizowane w różnych upodobaniach typu przebieranki czy SM 😉  Ale znaleźliśmy też sklep, który sprzedawał tylko prezerwatywy. Ale był przy tym tak uroczy, że ludzie wchodzili popatrzeć na eksponaty 😀 kondomy miały kolory, różne kształty, uśmiechnięte buzie czy były sprzedawane jak lizaki – na patyku 😉

kondomeria
Kondomki, do wyboru do koloru

Amsterdam podsumowanie

Chyba zjeździliśmy całe miasto i widzieliśmy wszystko, a nawet trochę więcej niż piszą w przewodnikach. Amsterdam ma niesamowity klimat, jest uroczy i zadbany chociaż trochę monotonny. Aczkolwiek mnie się bardzo spodobał.

Fajnie było znaleźć się w miejscu, gdzie ludzie są wyluzowani i tematy tabu, które zawsze tak spinają, tutaj traktowane są z uśmiechem lub jako zwyczajna część rzeczywistości.

Warto jednak przyjechać tu na dłużej, wydać trochę pieniędzy i zwiedzić kilka płatnych miejsc. Bo jest gdzie zajrzeć 🙂

M. dodaje od siebie, że Amsterdam jest nudny i denerwujący, przede wszystkich dlatego, że wszędzie wygląda dokładnie tak samo (można się zgubić), a pełen jest marnej jakości ścieżek rowerowych, na których można wytrząść sobie hormon wzrostu oraz niezliczonych świateł, na których się trzeba zatrzymywać. Może i „nawet nawet”, ale jednak nie bardzo 😛

holandia amsterdam
Amsterdam, po prawej u góry fragment „morskiej” mozaiki w tunelu z dworca

Podsumowanie Holandii

Po Amsterdamie udaliśmy się w stronę Niemiec, do Akwizgranu, gdzie urządziliśmy sobie weekendowy odpoczynek. Padło na Aachen, bo ceny noclegów tu są normalne (30 euro za noc), w przeciwieństwie do holenderskich czy belgijskich (poniżej 50 euro można w zasadzie zapomnieć).

Jak wynająć mieszkanie za wyjazd? Poradnik.

Wschodnie Niderlandy okazały się pagórkowate i już nie tak ładne (M: znacznie ładniejsze!), jak płaska część kraju. Do tego Holandia zaczęła nas strasznie męczyć swoim terrorem ścieżkowym. Rozumiem, że infrastruktura rowerowa tego kraju jest świetna (M: nadmiarowa i tylko trochę lepsza niż gdzie indziej, ale nadal kiepska),  chociaż czasem stan ścieżek woła o pomstę do nieba. Ciężko nimi jechać, zwłaszcza, gdy jedzie się trochę szybciej niż luzackie naście kilometrów na godzinę.

Czasem też ścieżka idzie jakimiś łukami, lawiruje między stronami szosy. Czasem nie ma jak na nią wrócić, na przykład, gdy za późno ją dostrzeżemy, a ona jest odgrodzona od drogi i zostajemy chwilowo na ulicy.

Jakież wtedy zaczyna panować święte oburzenie. Trąbią na nas, krzyczą z okien, wymachują. Zrobiło się to już ciężkie do zniesienia. Nie wiem jak ci Holendrzy przeżywają wyjazdy do innych krajów, gdzie rowerzyści spokojnie jeżdżą po ulicach?

W każdym razie zjawisko to osiągnęło apogeum, kiedy pobocze i ścieżka były rozkopane na odcinku może 1 kilometra a droga rowerowa biegła jakimś dużym łukiem przez pola. Natomiast szosa była w dwóch kierunkach przejezdna. Oczywistym było, że nie będziemy nadkładać, tylko przejedziemy ulicą, normalnie. Zakazu rowerów (ani nawet informacji o objeździe) nie było.

Ekipa budowlana była innego zdania. Kazali nam jechać dookoła, a kiedy stwierdziliśmy, że nie, że nie ma zakazu rowerów, i że jedziemy ulicą, to gość, który starał się nam zagrodzić drogę, szturchnął M. w plecy! Kolejny, stojący na końcu rozkopów zrobił to samo! Zszokowało nas to. Jak to możliwe, że doszło do czegoś takiego? Do naruszania nietykalności cielesnej?  Czy społeczeństwo holenderskie jest tak sfrustrowane na wszechobecne rowery? Możliwe. A może łamanie reguł jest tutaj nie do pomyślenia i wzbudza taką agresję…?

Nie wiem, ale cieszymy się, że opuszczamy ten kraj, chociaż w kolejnych być może nie będzie wcale dużo lepiej, ale trochę chyba tak.

Holandia rowerem
Holandia czyli chodaki, ser gouda, kanały, rowery i wiatraki

 

Natalia

Źródła:

https://www.amsterdam.info/pl/rozrywka/dzielnica-czerwonych-latarni/

Belgia i Holandia, czyli jak tu płasko!

Beneluks rowerem

Pociąg z Marsylii zawiózł nas do Tourcoing, czyli w okolice miasta Lille. Okazało się, że północ Francji to domy  z czerwonej cegły, jak na Śląsku 😛

Miasteczka były bardzo schludne, ładne i przypominały poniemieckie lub angielskie budownictwo. Zrobiło się zupełnie niefrancusko. Ale to żadna ujma, a wręcz nawet plus, bo francuskie miasta są z reguły trochę nijakie. A kolorowe kamieniczki i domki z czerwonej cegły mają wiele uroku.

Belgia.jpg
Typowe belgijskie miasto

Belgia

Nasza trasa wiła się pomiędzy granicą francusko – belgijską i wjeżdżając do Belgii nawet nie zauważyliśmy, że ją przekraczamy. Po prostu zmieniła się grafika znaków i pojawiło się dużo więcej rejestracji belgijskich. Dopiero  za drugim razem przy ulicy stał znak belgijskiej prowincji oraz tablica informująca o dozwolonych prędkościach na drodze.

belgia rowerem
W Belgii jak w Polsce

Jednak nie tylko zabudowa się zmieniła. Krajobraz również. Zrobiło się prawie całkiem płasko. Pojawiło się bardzo dużo terenów rolnych. Znikły palmy, kaktusy, jaszczurki (ale papugi są! :D). Są za to czaple, ganiające się po polach zające, dużo liściastych drzew. Jest swojsko i sielsko. Bardzo przyjemnie.

Ale po Belgii w tym tygodniu nie pojeździliśmy. Prawie od razu przejechaliśmy do Holandii. Chociaż zanim do tego doszło zobaczyliśmy jeszcze Gandawę i Antwerpię. O ile Gandawa bardzo nam się spodobała, o tyle słynna Antwerpia niezbyt. Gandawa to taki większy Gdańsk, jeśli ktoś lubi takie klimaty to będzie zachwycony 🙂 Natomiast Antwerpia jest jakaś taka… niby też w tym stylu ale czegoś jej brakuje.

Gant Belgium
Urocza Gandawa

Antwerpia.jpg
Antwerpia

Holandia

Natomiast Holandia, póki co, okazała się lepszą wersją Belgii  😉 domki ładniejsze, trawniki i ogrody dużo bardziej zadbane (wymyślnie przystrzyżone krzewy, dużo roślin).

Nadal jest oczywiście płasko, ale krajobraz urozmaicają co chwilę kanały, czasem zabytkowe wiatraki. Jest naprawdę przyjemnie. Zresztą, to, że jest płasko to dla mnie bardzo miła odmiana 🙂 M. trochę utyskuje 😉

Holandia wiatraki
Holenderskie kanały i wiatraki

No i infrastruktura rowerowa budzi podziw.

W Belgii było nieźle, wzdłuż dróg prowadziły ścieżki i pasy rowerowe, było się oddzielonym od ruchu samochodowego, ale ścieżki często były w kiepskim stanie i z dużą ilością szkła. Natomiast w Holandii to głównie asfaltowe ulice dla rowerów. Cała infrastruktura. Pasy, skrzyżowania, tunele, wiadukty. Drogi rowerowe wzdłuż autostrady i wszędzie między miastami i miasteczkami. Czasem tylko jest to wydzielone pobocze ale czasem też kostkowy fragment chodnika.  Praktycznie zawsze w świetnym stanie i bez śmieci.

Ale ma to też swoje złe strony. Nawet nie można pomyśleć o tym, że z takiej ścieżki zjechać na ulicę, bo zbyt na niej telepie, bo nie wiemy jak ona prowadzi dalej a my skręcamy, bo skręcaliśmy i nie zauważyliśmy wjazdu, a ścieżka ogrodzona jest od ulicy krzakami. Natychmiast znajdą się dobre dusze w samochodach i na chodnikach, gestami i krzykami oraz klaksonami wskazujące nam, gdzie jest nasze miejsce. To niestety jest trochę przesada.

Rowery w holandii.jpg
Holenderskie i belgijskie ścieżki rowerowe

 

Aha, no i po ścieżkach w obu tych krajach obowiązek jazdy mają również motorynki i skutery! Szok i lekka przesada. Powinni jechać na szkolenie do Rzymu 😛

Miasta w Holandii

Na razie udało nam się zobaczyć Dordrecht, czyli miasteczko, którego kamienice są krzywe. Podobno żaden dom nie jest tam prosty 🙂 Wychylające się przed szereg budynki rzeczywiście robią niezłe wrażenie! 🙂

Holandia na rowerze
Dordrecht

Słynny Rotterdam okazał się wielokulturowym miastem – gigantem. Ale niezbyt ładnym i niezbyt ciekawym. Trzeba mu to wybaczyć, bo w trakcie drugiej wojny został zbombardowany do gołej ziemi i odbudowywany. Nowoczesność więc przeplata się z resztkami historycznej zabudowy, ale źle to wygląda. Trochę tak „bez ładu i składu”.

Holandia rowerem
Rotterdam

 

Godne uwagi było miasteczko określane jako jedna z pereł Holandii: Delft. Zbudowane nad kanałami, zabudowa taka jak wszędzie w Holandii, urocza 😉

Delft holandia
Delft

Również Haga okazała się fajnym, ciekawym miastem, aczkolwiek też w tym samym stylu.

Haga holandia
Haga

Generalnie trzeba przyznać, że w zasadzie wszystkie miasta i miasteczka Holandii są bardzo schludne i ładne. To samo tyczy się przedmieść. Nie ma też mowy o śmieciach czy jakimś bałaganie. Jest czysto a wśród pól czy gaików, którymi wiodą ścieżki rowerowe można wypatrzeć dzikie gęsi czy inne ptactwo 🙂

O Holandii jeszcze Wam napiszemy, w tym o Amsterdamie B-) ale na razie jest fajnie i pogoda piękna, chyba lepsza niż na Południu 😛

Natalia

 

Gorąca Toskania czyli włoskiej trasy ciąg dalszy

toskania rowerem

Dwa kolejne tygodnie upłynęły nam w prawdziwie włoskim upale. Ale o ile w ciągu dnia jest czasem nieco za gorąco, to wieczory są jeszcze trochę za chłodne. Mimo to pogoda pozwoliła nam cieszyć się pięknymi okolicznościami trasy 🙂

Wpis o powrocie na wyprawę rowerową po przerwie zimowej.

Gorące Termy di Saturnia

Jednym z miejsc, które były na trasie, a o którym należy wspomnieć to Terme di Saturnia. Przyznam, że pierwszy raz w życiu kąpałam się w wodach termalnych 😀 Piękne Terme di Saturnia, wcale nie śmierdziały tak bardzo siarką, jak się spodziewaliśmy, a woda była przyjemnie ciepła.

Termy te to „zbiór” basenów ułożonych schodkowo, pomiędzy którymi przelewa się woda. Niestety dno jest dosyć kamieniste i trzeba iść bardzo ostrożnie, tym bardziej, jeśli zależy nam na zdjęciach wykonanych z wody.

Bardzo przyjemnie jest się zanurzyć w termach i pozwolić się ochlapywać wodzie nasyconej związkami mineralnymi. Co ciekawe okolica nie jest szczególnie ciekawa turystycznie. W pobliżu nie ma nawet dobrze rozwiniętej sieci gastronomicznej czy noclegowej. Są drogie resorty i jeden kemping dla campingcarów – właśnie tam się rozbiliśmy, pomiędzy wielkimi samochodami 😛 ale sam teren był całkiem w porządku a zapłaciliśmy tylko 11 euro B-)

termy włochy
Kąpiel w gorących termach

Przeczytaj też o teramch w greckich Termopilach.

Sobota na Elbie

Kolejnym interesującym punktem naszej trasy był skok na Elbę. Co prawda nie znaleźlibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że jakiś złośliwiec umieścił na wyspie biga 😛 mimo to o mało byśmy z niej nie zrezygnowali, bo okazało się, że prom w dwie strony kosztował nas 80 euro! :O Kompletnie nie spodziewaliśmy się takiej ceny i chwilę rozważaliśmy co zrobić. Jednak ostatecznie postanowiliśmy płynąć.

I dobrze, bo wyspa okazała się urocza. Jak to wyspa śródziemnomorska 😉 A do tego spędziliśmy noc na fajnym kempingu nad samym morzem – aczkolwiek woda była jeszcze bardzo zimna, jak w Bałtyku latem 😛 no i płynęliśmy promem, co jest samo w sobie frajdą 😀

W drugą stronę prom nam uciekł 😛 przyjechaliśmy 6 minut po czasie i spędziliśmy przymusowe 50 minut na skwerku, nieopodal portu, jedząc drugie śniadanie.

Elba wycieczka
Widoki z Elby

 

Volterra – czyli ruszamy wgłąb lądu

Volterra to miasteczko założone przez Etrusków, jej początki datowane są przed 700 rokiem p.n.e. Niestety, leży na wzgórzu, na 500 metrach, więc trzeba było się do niej dostać, a podjazd w połączeniu z upałem nas wymęczył. Pokręciliśmy się jednak trochę po uliczkach Volterry. Wysokie, kamienne domy dawały na szczęście dużo cienia, dzięki czemu można było odetchnąć od prażącego słońca.

Trzeba przyznać, że sama Volterra jest urocza, ale nie różni się wiele od innych tego typu średniowiecznych miasteczek – bo to średniowiecze pozostawiło najwięcej po sobie w tym miejscu.

Kto był w Carcassonne, a zwłaszcza w Czeskim Krumlovie ten może sobie wyobrazić, jak mniej więcej wygląda Volterra, aczkolwiek nie jest aż tak imponująca jak Carcassone. Ma za to pozostałości rzymskiego amfiteatru i forum 🙂

A także opuszczony wielki teren byłego szpitala psychiatrycznego, którego niestety nie udało nam się zwiedzić, bo był szczelnie ogrodzony i jakiś pan filował na płot 😦

Volterra zwiedzanie
Volterra

Lucca

Przez Etrusków założona została też Lucca, w której spędziliśmy dzień restowy. Miasto ogrodzone jest murami z XVI wieku, które robią naprawdę niesamowite wrażenie. Zaś sama Lucca, chociaż ma opinię perełki, nie sprawia, że człowiek przystaje co chwilę i zachwyca się architekturą czy kolorowymi ogrodami. Owszem, jest tu kilka ciekawych budynków, zwłaszcza kościołów ze zdobionymi fasadami, ale chyba główny urok tworzą wąskie uliczki pomiędzy kamieniczkami w stylu romańskim.

Na jednym ze znanych w mieście miejsc, Piazza Anfiteatro, trafiliśmy na targ kwiatowy. Dodał bardzo dużo uroku temu placowi, który zresztą samo w sobie jest chyba najciekawszy. Ma owalny kształt, a dookoła stoją kolorowe kamienice. Plac został zbudowany na planie i pozostałościach dawnego amfiteatru. Coś jak Piazza Navona w Rzymie, tylko zbudowana na Koloseum.

Miasteczko zwiedziliśmy spacerując. Zbyt duża ilość turystów sprawia, że rowerem nie jest łatwo się poruszać, a poza tym bez roweru wygodniej jest wejść w każdą dziurę i zrobić zdjęcie z dowolnego miejsca 😉 Objechaliśmy je też po murach – tak, bo mury miasta zostały zaadaptowane jako deptak i park jednocześnie. Ludzie na nich piknikują, wyprowadzają psy, dzieci się bawią. Taka wycieczka to około 5 kilometrów bardzo przyjemnego spaceru czy przejażdżki rowerowej, podczas których można zobaczyć miasto z trochę innej niż zwykle perspektywy 🙂

Lucca zwiedzanie
Citta di Lucca

Campingi w tym czasie

Trzeba też oddać sprawiedliwość campingom, na których nocowaliśmy przez ten czas. Nie należę do osób, które przepadają za tego typu obozowaniem, ale muszę przyznać, że w większości były to miejsca bardzo przyzwoite a niektóre wręcz super. Nie tylko pod względem wyglądu  – trawka pełna stokrotek? Proszę bardzo. Widok na morze? Nie ma problemu. Basen tylko dla nas? Też był 🙂  ale też i standardów. Większość campingów oferowała czyste i przyzwoite czy nawet bardzo dobre zaplecze sanitarialne ale i zdarzyła się kuchnia. Były lodówki i zawsze możliwość przytargania sobie krzesełek i stolika – a to akurat nie jest norma.

No i oczywiście pogoda dodała dużego plusa, tak, że obozowanie nie było przykrą koniecznością.

camping włochy
Obozowanie  i mieszkanie

Ale były też i takie campingi, co to miały prysznice na żetony i ogólnie słabo się prezentowały, tak aby przypomnieć, że obozowanie to nie jest moja ulubiona zabawa 😛

Vademecum kempingowicza.

Albo jak wynająć mieszkanie przez internet?

W Lukce zaś spędziliśmy dzień odpoczynkowy w mieszkaniu. Zapowiadało się, że będziemy dzielić je z gospodarzami lub innymi gośćmi, a tymczasem rodzina mieszkała w drugiej części domu a do naszej dyspozycji było całe, fajne mieszkanko oddalone 400 metrów od centrum miasta. Super 🙂

Z przygód jakie nas spotkały, to musimy się z Wami podzielić szokiem, jaki wywołuje w nas użytkowanie naszej grzałki do wody. Żeby nie wstawiać za każdym razem maszynki, czasem chcemy zagrzać wodę grzałką. I o ile jej podłączenie skutkuje wywaleniem korków w mieszkaniu – to jesteśmy w stanie jakoś zrozumieć, to wywalenie korków na kempingu do gniazdka, do którego podłączają się campingcary już nie! Szok.

Nasza grzałka jest mocniejsza niż cała instalacja wielkiego auta…?

Inną rzeczą, jaką zaobserwowaliśmy jest bardzo duża liczba czarnoskórych we Włoszech. Kiedy byliśmy tu w 2014 roku nie zwróciliśmy uwagi, żeby było ich jakoś więcej niż w innych krajach. Tymczasem teraz jest ich bardzo dużo, w każdym mieście i miasteczku a ich ulubionym miejscem są markety. Po prostu pod nimi przesiadują, ewentualnie sprzedają różne drobiazgi, typu skarpetki czy paski do spodni.. Nie, żeby to jakoś przeszkadzało (o ile nas nie zaczepiają, albo nie pokrzykują między sobą), ale jest to dość ciekawe zjawisko.

W każdym razie bardzo przyjemnie mija nam początek naszej włoskiej trasy. Trzeba też dodać, że oko cieszy soczyście zielona, uroczo pagórkowata Toskania.

M. mówi, że mu przypomina Pogórze Beskidzkie i w związku z tym go nie wzrusza. Ale ja myślę, że się nie chce przyznać 😉 jak mogą nie wzruszać zielone wzgórza pokryte żółtymi i fioletowymi kwiatami, pobocza usłane czerwonymi makami i kamienne domki na szczytach tych wzgórz 🙂

toskania rowerem
Zielona Toskania

Natalia i M.

Rzym, 13 miejsc które musisz zobaczyć!

Rzym miejsca które warto odwiedzić

Nie będzie chyba przesadą, jeśli stwierdzimy, że po czterech miesiącach pobytu w Rzymie znamy miasto już całkiem nieźle, zwłaszcza okolice szerokiego centrum. Oczywiście, zapewne wciąż jest wiele miejsc nieodkrytych przez nas (nawet ostatniego dnia znaleźliśmy nowe zaułki) i za każdym razem znajdywaliśmy coś nowego lub jakieś  smaczki. Ale tak czy inaczej udało nam się wyselekcjonować najlepsze atrakcje Wiecznego Miasta, oto lista!

  1. Crème de la crème Rzymu, czyli trzy punkty obowiązkowe w jednym:
    1. Forum Romanum, Palatyn i Koloseum

Zaczynamy z grubej rury 😉 Nikomu nie trzeba przedstawiać tych miejsc. Absolutny punkt obowiązkowy. Bilet łączony na te trzy atrakcje kosztował nas 12 euro, ale to o czym warto wiedzieć to, że Palatyn jest połączony z Forum Romanum. Nie możecie wyjść z jednego i wrócić do drugiego, nie będą chcieli Was wpuścić. Traktują je jako całość. Natomiast Koloseum to osobna atrakcja, którą na tym samym bilecie możecie zwiedzić nazajutrz (lub poprzedniego dnia), bo bilet ważny jest dwa dni.

Forum Romanum, Palatyn, Koloseum
Od lewej: część Palatynu od środka, Forum Romanum widok z Palatynu, Koloseum od środka

  1. Ulica Fori Imperiali i Kapitol

Łączy się z punktem powyżej. Po obu stronach ulicy mamy fora – Forum Romanum, Forum Cezara, Forum Augusta, po drugiej Forum Trajana, Forum Nerwy. Jest też wielki budynek Ołtarza Ojczyzny a na horyzoncie majaczy Koloseum. Z Kapitolu macie cudowne widoki na Forum Romanum. Możecie nawet zejść przy kościele i stanąć bardzo blisko Łuku Tytusa.

Forum Romanum, Rzym
Widok na ulicę Forów oraz na Forum Romanum

  1. Muzeum Fori Imperiali czyli Mercati di Traiano

Skoro już jesteśmy przy Forach. Warto rozważyć odwiedziny w Muzeum Fori Imperiali, czyli spacer po Halach Trajana. Wejście kosztuje niestety aż 15 euro, ale budynek jest bardzo duży. W środku znajdziecie dość nudną wystawę fragmentów Hal Trajana, wraz z wieloma, całkiem ciekawymi informacjami na ich temat i temat pozostałych mniejszych forów (po włosku i angielsku), ale to co najlepsze zaczyna się, gdy już opuścicie wnętrze muzeum. Macie możliwość wyjścia na patio, spaceru po tarasach (trzy poziomy) oraz dachach Hal a nawet wyjścia pod samą Torre delle Milizie. Dla miłośników takich miejsc muzeum zdecydowanie warte odwiedzenia.

Muzeum
Hale Trajana od środka

  1. Bazylika świętego Piotra

Warto wejść i zobaczyć ogrom oraz monumentalność tego miejsca. Niech Was nie przerazi stanie w kolejce, nie trzeba wstawać bladym świtem. Kolejka przesuwa się sprawnie, a jeśli pogoda jest dobra, to czekanie w niej nie jest uciążliwe.  Jeśli macie trochę czasu i pieniędzy (13 euro od osoby) to polecamy też umówić się zawczasu (mailem) na wizytę w nekropoliach watykańskich, bardzo ciekawa wycieczka, zwłaszcza, że jest dostępny polski przewodnik (o ile będziecie mieć szczęście) więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o Bazylice i nekropoliach – (klik).

Koniecznie również wejdźcie na kopułę bazyliki. Cena biletu to 8 EUR piechotą i 10 EUR windą (ale pokonuje się nią tylko „mniejszą połowę” drogi), a widoki zapierają dech i mimo, że na górze zazwyczaj jest olbrzymi tłok, to zdecydowanie warto, również ze względu na fakt, że samo wejście po schodach w ich końcowej części robi niesamowite wrażenie.

Bazylika świetego Piotra Watykan
Wnętrza Bazyliki, oraz widok z kopuły i z dachu przed kopułą

  1. Park Akweduktów

Jest tam po prostu pięknie, co tu dużo mówić. Możemy podziwiać monumentalne akwedukty, które doprowadzały wodę do Rzymu. Mamy zarówno częściowe łuki jaki i całe ciągi akweduktów. W Parku znajdziemy sześć z jedenastu starożytnych akweduktów (z czasów republiki – l’Anio Vetus, l’Acqua Marcia, l’Acqua Tepula i l’Acqua Iulia, z czasów imperium – l’Acqua Claudia i l’Anio Novus) oraz siódmy powstały w czasach renesansowych – l’Acquedotto Felice , wykorzystujący arkady l’Acqua Marcia).

Robią niesamowite wrażenie a do tego jest to olbrzymi zielony teren. Warto zwiedzać go rowerem.

Akwedukty Rzym
Park Akweduktów

  1. Via Appia

Kolejne zielone miejsce, bardzo klimatyczne. Możecie rozważyć przejażdżkę rowerem z Castel Gandolfo via Appią do Rzymu (pod warunkiem, że wcześniej nie padało, bo początkowa część będzie zalana :P) albo po prostu możecie się tam dostać rowerami lub autobusem. Na via Appia  poczujecie się, jakbyście przenieśli się w czasie 🙂 Droga wyłożona jest kamieniami bazaltowymi (ale na szczęście nie w całości), po obu jej stronach rosną strzeliste tuje i stoją starożytne grobowce, a także, budzące podziw, pozostałości po Villi Quintilli.

Via Appia.jpg
Via Appia i Villa Quintilli

  1. Forum Holitorium i teatr Marcellusa

Jak już wspominałam we wpisie o podziemiach Rzymu,  Forum Holitorium to imponujące miejsce pomiędzy dzielnicą getta a wzgórzem Kapitolu. Spacerujemy pod wielkim Portykiem Oktawii i wspaniale zachowana ścianą teatru Marcellusa (z I wieku p.n.e) w który wbudowana jest „współczesna” kamienica (konkretnie pałac Sevellich z XVI w). Ścieżka jest krótka, ale ciągnie się na poziomie gruntu starożytnego Rzymu, a pozostałości budowli, które są dosłownie na wyciągniecie ręki,  pamiętają Juliusza Cezara 😉

Rzymskie Getto
Widok na ścianę teatru Marcellusa, Portyk Oktawii oraz ścieżkę

  1. Circus Maximus

Co prawda ze stadionu pozostał tylko plac, ale nie trudno sobie wyobrazić, że ta udeptana wokoło ścieżka, to właśnie był tor wyścigowy dla rydwanów, który z trybun oglądał lud rzymski. Z cyrku mamy również piękny widok na Palatyn, bardzo warto zobaczyć to miejsce!

Circus Maximus
Widok na Palatyn i jeden z torów Circus Maximus

  1. Termy Karakali

Pisaliśmy o tym miejscu wcześniej (darmowe zwiedzenie Rzymu – klik). Olbrzymie ściany term Karakali, pomiędzy którymi spacerujemy, budzą prawdziwy podziw. Teren term to obecnie coś w rodzaju parku, więc jest pięknie zielono, ptaki śpiewają, a my możemy pogrążyć się w zachwycie nad monumentalną budowlą z 216 roku. Co najciekawsze, termy były nie dość, że za darmo dla wszystkich, to oferowały baseny z ciepłą, zimną i letnią wodą (pod ziemią są ukryte jeszcze kotłownie, ale niedostępne). Rzymianie mieli do dyspozycji biblioteki, sklepy, sale masażu, sauny. Możemy znaleźć też tabliczki informacyjne, na których widzimy jak termy wyglądały w pełni swoich dni.

Jeśli macie wybór między Termami Karakali a Dioklecjana, to zdecydowanie wybierzcie Karakalę. Niestety Dioklecjan nie robi takiego wrażenia.

Termy Dioklecjana Rzym
Termy Karakali

  1. Porta Maggiore

Skrzyżowanie akweduktów, o którym pisaliśmy więcej przy okazji wycieczki wokół murów aureliańskich. Jeśli możecie, to koniecznie zobaczcie tę olbrzymią bramę do miasta, łączącą się z wysokimi akweduktami. W niektórych miejscach możecie dostrzec też otwory na wodę.  W tym miejscu doskonale widać potęgę i umiejętności budowniczych starożytnego Rzymu. Ponadto mamy tam ciekawy Grób Piekarza oraz podziemna bazylikę z czasów Tyberiusza, którą można zwiedzić, lecz trzeba umawiać się ze znacznym (nawet kilkumiesięcznym!) wyprzedzeniem.

akwedukty rzym
Porta Maggiore i skrzyżowanie akweduktów

  1. Domus Aurea

Więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o podziemiach Rzymu. Domus Aurea to rezydencja Nerona, w której ciągle pracują archeolodzy. My możemy spacerować po wysokich wnętrzach z częściowo zachowanymi mozaikami, ale największe wrażenie robi tak naprawdę możliwość cofnięcia się w czasie dzięki okularom VR. Widzimy wspaniale zdobione wnętrza, które nas otaczają a które przed chwilą były gołymi ścianami, wychodzimy też przed Domus.  W oddali majaczy długi akwedukt oraz pałac cesarski na Palatynie, a pod stopami mamy falującą trawę, kwiaty i tuż przed nami basen. Pięknie!

Pałac Nerona Rzym
Filmik wyświetlany na ścianie w Domus Aurea i wnętrza pałacu

  1. Villa Borghese

Duży park „nafaszerowany” świątyniami, jeziorkami, rzeźbami,  fontannami, uroczymi skwerkami.  Bardzo ładne miejsce, gdzie można zapomnieć o zgiełku otaczającego miasta. Warto wypożyczyć rower i zwiedzić park w ten sposób.Parki Rzymu

  1. Awentyńska dziurka od klucza i ogród pomarańczy

O tym miejscu przeczytacie więcej tutaj (klik). Warto zajrzeć, zwłaszcza jeśli jesteście porą zimową w Rzymie. Wtedy na drzewach zobaczycie dużo pomarańczy. Cały ogród pełen jest pomarańczowych drzewek. Przechodzimy ścieżką aż do punktu widokowego, skąd mamy wspaniałą panoramę Rzymu.

Natomiast dziurka awentyńska to dziurka w drzwiach, za którą kryje się uroczy widok. Warto chwilę stanąć w kolejce (o ile jest), żeby później przyłożyć twarz do zielonych drzwi i zachwycić się tym, co widać za nimi. Więcej szczegółów nie zdradzamy, niech to będzie niespodzianka! 🙂 Namiary dokładnie to miejsce to: 41°52’58.7″N 12°28’42.6″E

dziurka awentyńska
Awentyn

O Rzymie można pisać i pisać, przez cztery miesiące widzieliśmy wiele miejsc i moglibyśmy opisać w zasadzie każde z nich jako koniecznie warte uwagi. Jednak mając do dyspozycji tylko kilka czy nawet kilkanaście dni, trzeba wybrać część atrakcji.

Oczywiście Rzym to również setki kościołów, których nie sposób pominąć.  Nie  ma możliwości (a czasem sił), aby wejść do każdego, zwłaszcza, że wiele z nich ma sjestę, ale stworzyliśmy dla Was listę tych najbardziej interesujących, a oprócz tego rozważcie zajście pod Rzym! 🙂 Pod tym linkiem znajdziecie więcej informacji jak to zrobić 😉

A najbardziej zdeterminowanym polecamy jeszcze wycieczkę wokół murów aureliańskich 🙂

Natalia i Mikołaj

Wokół rzymskich murów

Porta san paolo rome

Na pewno każdy z Was zdaje sobie sprawę, że jednym ze sposobów obrony miasta przed najeźdźcami było zbudowanie murów wokół niego.

Tak też czynili starożytni Rzymianie i pierwsze mury miejskie postawili już około 400 roku p.n.e! Tak zwane mury serwiańskie zachowały się dziś dość szczątkowo, ale na tyle dobrze, że archeolodzy byli w stanie ustalić ich przebieg. Mur miał ok. 3,5 m grubości, ponad 7 m wysokości, a jego obwód wynosił ok. 11 km.

mury rzymskie
Czarny obrys: mury serwiańskie, czerwony: aureliańskie, źródło: zagubieniwrzymie.pl

Kilkaset lat później,  około 300 roku n.e, cesarz Aurelian rozkazał wznieść wokół miasta nowy mur, aby zwiększyć bezpieczeństwo oraz umocnić fortyfikacje, zwłaszcza, że Rzym wciąż musiał odpierać ataki wrogich plemion.

Podczas budowy wykorzystano już istniejące obiekty, takie jak akwedukty czy koszary. Długość muru wynosiła około 19 kilometrów, wysokość 6-8 metrów a grubość 3 metry. Budowano go z betonu i okładano cegłą. Do wnętrza miasta prowadziło zaś 18 bram, a kilka z nich funkcjonuje do dziś.

Mury aureliańskie działają na wyobraźnię, budzą podziw i jednocześnie ciekawią, dlatego postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę wokół nich.

Trasa miała mniej więcej 19 kilometrów, chociaż mury ciągną się obecnie na około 12 kilometrach i w wielu miejscach już nie istnieją, ale ulice nie zawsze idą wzdłuż nich i trzeba nieco kluczyć, dlatego dystans wyszedł trochę dłuższy niż prawdziwa długość.

mury miejskie w rzymie
Tak, dzień przed naszą wycieczką w Rzymie spadł śnieg

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od Piazza del Popolo i ruszyliśmy dalej ulicą Viale del Muro Torto.

Pierwsze wrażenia

Przede wszystkim mur zdumiewa tym, w jak dobrym stanie się zachował w wielu miejscach. To nie tylko ściany, to też wieże, bramy, flanki, „balkony”, całe fortyfikacje.

Oczywiście z biegiem lat był odnawiany, wzmacniany i stał się częścią współczesnego Rzymu. Ale chyba w żadnym mieście nie ma tak dobrze zachowanych murów, które byłyby jednocześnie tak duże i tak stare. Przeważnie obiekty z początków naszej ery to raczej kilka kamieni, a tutaj mamy monumentalne ściany, zachowane w całości. Kolejny raz Rzym udowadnia, że nie ma sobie równych w kwestii zabytków i robienia wrażenia.

Przede wszystkim bramy miejskie

Bramy miejskie są chyba najciekawszą częścią murów, zwłaszcza, że każda ma swoją nazwę, dzięki czemu można dowiedzieć się czegoś na temat historii jaka za nimi stoi. Do dziś zachowało się tylko kilka bram, ale właściwie każda budzi zachwyt.

Porta Flaminia (albo Porta Popolo) – czyli brama, którą widzimy na Piazza Popolo. Była przebudowywana kilkukrotnie i była jedną z głównych bram wjazdowych. To ją jako pierwszą widziały orszaki wkraczające do miasta.

Piazza del Popolo Rzym
Piazza del Popolo i w oddali Porta Flaminia

Porta Pinciana – służy jako jedna z bram dla ruchu kołowego. Jej nazwa oraz nazwa wzgórza na którym się znajduje pochodzi od nazwiska rodu, do którego należała ziemia: Pincio.

Porta Pinciana Rzym
Porta Pinciana – właściwa brama po prawej, zasłonięta palmą, u góry rycina zewnętrznej ściany

Porta Salaria – to ciekawe miejsce. Dzisiaj jest to mała, ale bardzo ładna, prywatna (?) posesja na skwerku, który znajduje się pomiędzy ruchliwymi ulicami. Niegdyś był tam jeden z urzędów celnych. Urzędy celne znajdowały się na granicach celnych, po przekroczeniu których należało zapłacić odpowiednią opłatę za wywożone lub wwożone do miasta towary.

Porta Salaria rzym
Porta Salaria kiedyś i dziś, trochę się różni

Porta Nomenanta – została zamknięta (konkretnie zamurowana). Pozostały po niej tylko wieże o cylindrycznym kształcie i zabudowany ślad w ścianie murów.

Bramy rzymskie
Porta Nomenanta – widoczny ślad po zamurowaniu bramy, źródło: wikipedia.org

Porta Tiburtina – to tak naprawdę było skrzyżowanie trzech akweduktów z V wieku p.n.e. Łuk, który widzimy w tym miejscu powstał w 10 r. p.n.e na zlecenie Oktawiania Augusta, aby umożliwić przeprowadzenie drogi – Tiburtiny. Łuk można obejrzeć z dosyć bliska a jego górna część jest w zasadzie na wysokości wzroku, dlatego doskonale widać inskrypcje chwalebne dla cesarza Oktawiana Augusta a także cesarza Tytusa, który bramę odnowił. Co ciekawe, widać również zarys krowiej (?) czaszki, ale nie wiemy, czy to zwykły dekor czy może coś oznaczający symbol.

Rzym mury aurelianskie wycieczka
Porta Tiburtina – na prawym zdjęciu widoczne inskrypcje i płaskorzeźba czaszki

Porta Maggiore – jadąc dalej, ulicą Porta Labicana,  docieramy do czegoś w rodzaju pętli tramwajowej i jednocześnie jednego w najbardziej monumentalnych miejsc w mieście. Jak sama nazwa wskazuje jest to Brama Większa  (chociaż jej nazwa tak naprawdę pochodzi prawdopodobnie od bazyliki Santa Maria Maggiore   więcej na jej temat przeczytasz w tekście o zwiedzaniu rzymskich kościołów, do której można dojść przechodząc pod Bramą i idąc dalej prosto, w kierunku miasta). Porta Maggiore była bramą główną do miasta i jednocześnie skrzyżowaniem 3 antycznych akweduktów. Doskonale widać otwory, którymi przepływała woda.

Będąc tam zwróćcie uwagę na dziwną budowlę stojącą obok bramy, pokrytą okrągłymi otworami. To…. Grobowiec piekarza! Z tego co nam się udało dowiedzieć, był to prawdopodobnie rodzaj żartu w stylu „jestem piekarzem a stać mnie na grobowiec tuż przy murach, ha!” 🙂 (pochówek w granicach miasta był prawnie zakazany). Jeśli się przyjrzycie, to u zwieńczenia  grobowca widać małe postaci obrazujące proces wytwarzania i wypiekania chleba, a te okrągłe otwory miały przypominać właśnie piece.

Kolejną ciekawostką związaną z tym miejscem jest to, że pod samą Portą zachował się fragment antycznej drogi – duże kamienie bazaltowe, na których dostrzeżecie koleiny wyjeżdżone przez starorzymskie powozy. Jeśli będziecie mieć szczęście to bramki ogrodzenia, za którymi stoi brama, będą otwarte, skorzystajcie z tego, bo przejście pod takim olbrzymem i w dodatku starożytną drogą robi niezwykłe wrażenie. No i uważnie przyjrzyjcie się sklepieniom, można zauważyć całkiem dobrze zachowane malowidła.

Brama ta jest przykładem istniejącej wcześniej budowli, którą włączono w ciąg murów miejskich. Bramą miejską stała się jednak dopiero w V wieku, po przebudowie.

Porta Maggiore Rzym
Porta Maggiore – po prawej stronie bramy widoczny grób piekarza

Zaś pod wiaduktem kolejowym, który możecie zobaczyć nieopodal Porty, odkryto bazylikę z I wieku i to zupełnie przez przypadek, bo w wyniku zapadnięcia się ziemi w trakcie budowy. Bazylika obecnie jest ukryta pod skrzyżowaniem, wejście do niej znajduje się w murze kolejowym, na ulicy via Prenestina 17 można ją zobaczyć tylko po dokonaniu wcześniejszej rezerwacji, w drugą i czwartą niedzielę miesiąca: https://www.coopculture.it/en/heritage.cfm?id=184# .

Porta San Giovani – idąc dalej dotrzemy do bramy zdobionej trawertynowym łukiem oraz mniejszymi łuczkami w ścianie muru. Odbywała się tutaj Noc Czarownic – według legend 23 czerwca duch Herodiady, żony Heroda, przekonał swojego męża, aby ten ściął głowę Janowi Chrzcicielowi. Organizowana była więc huczna impreza z fajerwerkami i grzechotkami, która miała na celu przepędzić złe duchy. Podczas tej uroczystości jadło się również ślimaki, których rogi symbolizowały niezgodę. Zjedzenie ślimaków miało „zakopywać” kłótnie i nieporozumienia nagromadzone w poprzednim roku.

Podobno Rzym chce wrócić do tej tradycji.

Bramy rzymskie
Brama San Giovani kiedyś i dzisiaj, niewiele się zmieniła

Porta Asinaria (ośla brama) – kolejna brama, którą napotykamy trzymając się murów to brama, którą przedarli się Goci w XVI wieku. Obecnie ogrodzona i niedostępna, kiedyś droga, która nią przebiegała, via Asina, łączyła pola i pastwiska z miastem.

Ośla brama rzym
Brama Asinaria – niestety zasłonięta parasolami, w oddali Bazylika św. Jana na Lateranie

Porta Metronia – brama poboczna, zamknięta prawdopodobnie w XII wieku i otwarta na nowo w XVI wieku.

Wycieczka rowerowa wokół murów aureliana
Porta Metronia

Porta Latina – jedna z większych. Oryginalnie zachowana antyczna brama, którą flankują średniowieczne, cylindryczne wieże. Ponad łukiem wjazdowym możemy zauważyć monogram Konstantyna Wielkiego, świadczący prawdopodobnie o przeprowadzonych na jego zlecenie pracach renowacyjnych.

Bramy rzymskie wycieczka
Porta Latina od drugiej strony

Porta San Sebastiano jedna z największych i najlepiej zachowanych bram. Przebiega nią via Appia Antica, a w środku mieści się Muzeum Murów, którego zwiedzanie jest darmowe. Możemy się przespacerować w środku murów, tak jak robili to starożytni Rzymianie, wyjrzeć przez otwory strzelnicze, mamy też możliwość spojrzenia na panoramę miasta, daleko, daleko za murami.

Muzeum murów rzym
Porta San Sebastiano, widok z murów i łuk Druzusa

Sama brama wyłożona jest trawertynem, który został pokryty krzyżami oraz napisami przez wędrujących do Rzymu pielgrzymów.

Tuż za bramą możemy podziwiać łuk, który wspierał akwedukty doprowadzające wodę do Term Krakali.

Porta San Paolo – ostatnia z bram to Porta San Paolo, wspaniale zachowana. Mieści się w niej kolejne darmowe muzeum, trochę przypominające Muzeum Murów, tylko mniejsze. Brama początkowo nosiła nazwę Porta Ostiense, ze względu na szlak prowadzący z tej części miasta do portu w Ostii.

Muzeum Porta San Paolo Rzym
Porta San Paolo od zewnątrz i w środku

Inne miejsca w murach

Nie tylko bramy sprawiają, że mury stanowią zachwycającą konstrukcję. Budowniczowie wykorzystywali istniejące budowle do wzmocnienia murów, ale i mury były wykorzystywane do postawienia późniejszych budynków.

Przykładem może być Villa Gentili, dom, który wznosi się ponad ściany murów ze wspaniałą, metalową werandą od jednej strony i uroczymi okienkami, wciśniętymi w mur, od drugiej. Znajdziecie ją tuż przed Porta Tiburtina.

Mury aureliańskie rzym
Willa z dwóch stron oraz teren za murem

Idąc ulicą Porta San Lorenzo, znajdziemy bramę prowadzącą na teren willi, a za nią wspaniały ogród z mosteczkiem, oranżerią i dużym patio. Śliczne miejsce, aż żal, że to teren prywatny.

Bastion Adreatino – jadąc wzdłuż murów od Porta San Sebastiano, ulicą Viale di Porta Adreatina, znajdujemy się chyba przy najlepiej wyglądających ścianach – w nich ukryty był Bastion Adreatino stworzony w XVI wieku, aczkolwiek budowy nigdy nie dokończono. Nie przeszkadza to jednak, aby wysokie, świetnie zachowane mury budziły zachwyt.

Bastion Adreatino mury aurelianskie rzym
Widok na mury – bastion oraz stemma

Na rogu możemy podziwiać chyba jedną z większych rzeźb przedstawiających herb papieski, tzw. stemmę, tym razem papieża Pawła III Farnese, na zlecenie którego bastion był budowany.

Piramida Cestiusza – tuż obok bramy Porta San Paolo znajdziemy grobowiec Gajusza Cestiusza, pretora rzymskiego. Ale nie jest to zwykły grobowiec, to najprawdziwsza piramida! Ten kształt jest efektem egiptomani jaka zapanowała w Rzymie w okolicach I wieku p.ne. Piramida jest biała, obłożona marmurem, a na jej wschodniej i zachodniej ścianie możemy dostrzec inskrypcje.

Piramida w rzymie
Piramida Cestiusza a w oddali Porta San Paolo

Monte Testaccio – to miejsce nie leży tuż przy murach, jest jednak po drodze, w pobliżu Piramidy Cestiusza (gps: 41.876111, 12.475) . To „górka śmieciowa”, a konkretnie hałda usypana w  między I w. p.n.e  a III w. n.e z resztek potłuczonych amfor po oliwie. Ma prawie 1 kilometr obwodu i 35 metrów wysokości. Amfory trafiały na wysypisko z pobliskiego magazynu portowego i portu na Tybrze.

Góra na testacio rzym
Tarasy schodkowe usypane z potłuczonych amfor

Cmentarz Protestancki na Testaccio – tuż obok wzgórza Testaccio oraz Piramidy znajdziecie jeszcze cmentarz protestancki będący jednocześnie cmentarzem dla obcokrajowców. Miejsce jest niesamowite, ma wspaniały klimat a przy okazji można z niego podziwiać Piramidę i Porta San Paolo.

Napisy na nagrobkach są w 15 językach, a pochowani są tutaj ludzie różnych wyznań. Znajdziecie groby poetów (min. grób Keatsa, Shelleya oraz syna Goethego!), aktorów, polityków ale także „zwyczajnych” ludzi. Cmentarz jest pod nadzorem 14 ambasad w Rzymie: Australii, Danii, Finlandii, Grecji, Holandii, Kanady, Niemiec, Norwegii, Południowej Afryki, Rosji, Szwajcarii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Cmentarz jest pewnego rodzaju atrakcją turystyczną, można odwiedzić go bezpłatnie i nikogo nie dziwią pojedyncze grupki turystów spacerujących po tym miejscu.

Cmentarz dla cudzoziemców rzym
Cmentarz na Testaccio

Jak więc widzicie Rzym to nie tylko sztandarowe punkty; Koloseum, Schody Hiszpańskie, Forum Romanum czy Fontanna di Trevi, to również wiele innych, niezwykłych i budzących zachwyt miejsc. Jeśli będziecie tutaj i będziecie mogli sobie pozwolić na spacer czy przejażdżkę wzdłuż murów aureliańskich, zróbcie to! Nie pożałujecie ani chwili spędzonej na takiej wycieczce 🙂

mury miejskie rzym

Natalia i Mikołaj

Chcesz więcej zwiedzić w Rzymie? Zajrzyj tutaj:

To ile właściwie jest tych kościołów rzymskich i które warto zobaczyć?

Czy warto iść do Muzeów Watykańskich?

Co kryje się pod Bazyliką świętego Piotra?

Co zobaczyć w darmową niedzielę w Rzymie?

Rzymskie podziemia.

A w tym wpisie dowiesz się jak wynająć mieszkanie w Rzymie!

 

Źródła:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Mury_serwia%C5%84skie
https://pl.wikipedia.org/wiki/Mur_Aureliana
https://www.imperiumromanum.edu.pl/kultura/architektura-rzymska/budowle-rzymskie/mury-obronne/mur-aureliana/
http://zagubieniwrzymie.pl/mury-aureliana/
https://en.wikipedia.org/wiki/Porta_San_Giovanni_(Rome)
http://rometour.org/sangallos-bastion-san-paolo-port-bastione-del-sangallo-and-porta-san-paolo-ostiense.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/Piramida_Cestiusza
https://pl.wikipedia.org/wiki/Monte_Testaccio

20 najsmaczniejszych potraw czyli co dobrego jedliśmy w podróży?

co zjeść w europie

Jedną z ważniejszych rzeczy podczas podróży (ale nie tylko 😉 ) jest jedzenie 🙂 Uwielbiamy próbować nowych potraw, po pierwsze dlatego, że lubimy kulinarne eksperymenty a po drugie dlatego, że dzięki jedzeniu można choć trochę poczuć kulturę kraju, w którym właśnie przebywamy. A po trzecie, najważniejsze, czasem po prostu nie ma nic innego 😀

W każdym razie mamy dla Was listę pyszności, z którymi zetknęliśmy się podczas naszych wypraw. Warto wziąć ją sobie do serca i kiedy będziecie w miejscach, o których mowa poniżej, poszukać tych smaków (czasem i w Polsce można je spotkać, ale nie zawsze to to samo). Z reguły nie są to rzeczy drogie.

Jesteście najedzeni? Bo po przeczytaniu tej listy gwarantuję, że zacznie Wam burczeć w brzuchach! 🙂

  1. Greckie jogurty – to jest nasz hit numer jeden. Nigdzie nie dostaniecie takich jogurtów jak w Grecji, a to, co znacie pod tą nazwą w Polsce (lub gdziekolwiek poza Grecją) nie ma z nimi nic wspólnego. Niestety. Jogurty greckie w Grecji, te najlepsze, sprzedawane są w kamiennych miseczkach, owinięte folią spożywczą z małą naklejką firmy. W kamionce znajdziecie pokryty grubym kożuchem jogurt tak gęsty, że łyżka w nim stoi. Ale ten kożuch nie jest taki obleśny, jak ten, który zbiera się na przykład na mleku, to gruba, jogurtowa skórka, wcale nie obrzydzająca. Pyszna (a wierzcie mi, kożuch mleczny mnie wyjątkowo brzydzi). Smak jogurtu jest kremowo kwaskowy. Można go jeść saute, na słono i na słodko. W trasie często żywiliśmy się tymi jogurtami i kopertą z ciasta filo (albo może to było francuskie) z kremowym nadzieniem o smaku waniliowym (dostępną w każdym Lidlu). Jakie to było razem pyszne 🙂

    grecki jogurt
    Wygooglane, ale prawdziwe

    Więcej greckich pyszności w poście: Za co kochamy Grecję?

  2. Albańskie Fergese me gijze – hit numer dwa. Paprykowo – pomidorowa pasta z serem w stylu fety albo bardziej twarogu, cebulką i oliwkami. Sprzedawali ją w słoikach, z tego co czytałam, można było używać jej do mięsa, zapiekając je w tym sosie. Pyszności. Przepis na ten sos można znaleźć po polsku w Internecie i nie jest zbyt skomplikowany, mam w planach wykonanie 😉
  3. Włoska pizzanie mogło zabraknąć włoskiej pizzy w zestawieniu. Jak się okazuje są pizze włoskie na grubszym i cieńszym cieście (w Rzymie na cienkim), ale nigdy z tymi okropnymi ciastowymi brzegami (no, chyba, że całe są jednym wielkim nadzianym brzegiem, ale wtedy to nie pizza, to calzone (po włosku „skarpeta”). Trzeba uważać, aby nie dać się nabrać na lokal w którym podają pizzę rozmrażaną, albo kupując pizzę na kawałki – żeby nie dostać zimnego. Świeżutka włoska pizza jest soczysta od sosu pomidorowego, sera (konkretnie mozzarelli), który się po niej rozpływa i oliwy. Dobrą pizzerię poznaje się podobno po tym, jaką robi margheritę i bywa, że taka zwykła margherita to prawdziwe niebo w gębie 🙂

    pizza włoska margarita
    Pyszna margharita źródło: https://pixabay.com

Uwaga! Nie spodziewajmy się dostać sosu do pizzy (pomidorowego ani tym bardziej czosnkowego!). Nie prośmy też o niego – nie zrozumieją nas, a jeśli jednak, to popełnimy faux pas! No i dodajmy: przy włoskiej pizzy nie jest on do niczego potrzebny! 🙂

Przeczytaj również 16 ciekawostek o Rzymie!

  1. Chleb w Albanii, Grecji i we WłoszechJuż kiedyś wspominaliśmy, że w Albanii mają najlepszy chleb w Europie. Później się okazało, że w Grecji i we Włoszech też można znaleźć takie pieczywo, że człowiek ma ochotę sam zjeść kilo chleba 😉 Chrupiąca ale niezbyt twarda skórka i mięciutki, puszysty ale nie gąbkowaty środek, a kiedy jeszcze jest ciepły i pachnący…? Mniam!

    chleb we włoszech
    Może na zdjęciu nie wygląda najlepiej ale smakuje wspaniale
  2. Czewapcze (cevapcici) w Kosowie i Macedonii czyli podłużne kawałki mięsa grillowane i podane z grillowanym chlebem w rodzaju pity. Na pewno kojarzycie, takie zrobione w czewaptorii – mięsnym barze szybkiej obsługi, smakują naprawdę wybornie.
  3. Surówka z białej kapusty w Kosowie – taką surówkę jedliśmy tylko w Kosowie (jako dodatek do czewapczy), kilka lat temu i teraz. Próbujemy samodzielnie powtórzyć ten smak, ale nie do końca wychodzi. Kapusta ma swój naturalny kolor, chrupie i jest kwaskowa w smaku jakby z octem, tylko, że nam ocet zażółca kapustę a tam nie ma takiego efektu… Może ktoś z Was zna przepis? 😉 Więcej o Kosowie możesz dowiedzieć się z wpisu Kosowo, czy jest się czego bać?

    surówka po kosowsku
    Suróweczka, najważniejszy składnik dania
  4. Burki – burek na Bałkanach a w Albanii – byrek, to po prostu zapiekane ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym z serem. Może być podłużny lub okrągły. Niestety w wielu miejscach burki są gumowate i mają mało nadzienia. Ale kiedy już traficie na ten dobry, to będziecie chcieli jeść go cały czas 😉
  5. Fasola w pomidorach z ziemniakami w Grecji – robiliśmy zakupy w jakimś większym markecie w Grecji i to było jedyne danie gotowe, które mogliśmy kupić i od razu zjeść na ciepło. Nigdy nie sądziłam, że zielona fasolka z pomidorami to będzie dobre połączenie, ale okazało się genialne. Do tego cebulka, ziemniaki i oliwa. Proste, łatwe i pyszne.
  6. Tzatziki i tarama – przede wszystkim takie, które można kupić na wagę. Tyczy się to zwłaszcza tzatzików, bo wtedy są robione na prawdziwym, gęstym jogurcie. Co do taramy lub taramosalaty (właściwa nazwa) – jest to pasta dla wielbicieli rybno – kwaskowych smaków (nie zrażajcie się jej dziwnym różowym albo łososiowym kolorem). Jej głównym składnikiem jest kawior, ale nie bójcie się, nie kosztuje tyle co kawior. W Grecji można znaleźć 200 gramów taramy za jedno euro.

    tarama grecja
    Może nie wygląda zbyt apetycznie, ale za to jest pyszna
  7. Małe rybki smażone bardzo krótko na głębokim oleju – jedliśmy je w Grecji, konkretnie w rodzinnej knajpce w miasteczku Florina. Nigdy później nie udało nam się zjeść takich samych, ani w knajpie, ani w lepszej restauracji ani tym bardziej jak robiliśmy je sami, ale wspomnienie do którego wzdychamy pozostało.
  8. Pate di fegatto czyli pasztet wątróbkowy. Toskański mus z wątróbki, którego w Rzymie nie znajdziecie, niestety (szukaliśmy wszędzie!). Występuje za to w marketach w Kampanii – kupuje się go na wagę, nakładany wielką łyżką do plastikowego pojemniczka, na wierzchu zawsze zbiera się oliwa. Przepyszny, co tu dużo mówić. A przepis jest na tyle prosty, że udało nam się nieraz samodzielnie zrobić taki pasztet w domu i wychodził wyborny! 🙂
  9. Pesto z radicchio czyli czerwoną cykorią – koniecznie z dodatkiem słoniny (lub boczku), po włosku po prostu radicchio con speck. Inaczej będzie gorzkie. Pesto ma kolor różowy a w smaku jest wyraziste, lekko kwaskowe, czuć też ser, który jest w składzie. W sumie ciężko opisać smak, ale jest naprawdę pyszne 🙂 Najlepiej smakuje z włoskim makaronem z rodzaju pasta fresca.

Okej, dosyć tych obiadowych dań, przejdźmy do słodkości!

  1. Włoskie ciasteczka migdałowe – czyli amaretti, zwłaszcza morbidi – co znaczy miękkie. Niestety nie należą do najtańszych słodyczy, ani w Polsce ani we Włoszech, ale uwielbiam ich smak 😉

    amaretti
    Malutkie ciasteczka migdałowe, źródło: pixabay.com
  2. Włoska kawa – po pierwsze w sklepach (zwłaszcza dużych) mamy bardzo duży wybór kaw sypanych, w tym takich specjalnie do kawiarki. Kiedy już się opanuje sztukę parzenia kawy w tym urządzeniu (a wbrew pozorom to wcale nie jest takie łatwe) możemy delektować się naprawdę pysznym smakiem. Ale przede wszystkim należy wejść na kawę do włoskiej kawiarni, gdzie mają duży, stary ekspres, zamówić i rozkoszować się pysznym smakiem napoju. Ba, nawet kiedyś weszliśmy do McDonalds’a, bo mieli tam kawiarniane stoisko z olbrzymim ekspresem. I kawa była świetna.

    Cappucino włochy
    Kawa przy barze jest tańsza niż przy stoliku, pamiętajcie 😉
  3. Cannoli sycylijskie ciastko z kremem – Włosi mają bardzo smaczne słodycze, chociaż my chyba zostaniemy wierni profiterolkom i tiramisu, ale cannoli to popularne (zwłaszcza w Rzymie) ciastko z kremem. Ciasto przypomina w smaku i kruchości faworka, tylko nadziane jest dużą ilością bardzo smacznego kremu. Jedno ciastko kosztuje jedno euro, dosyć sporo, ale warto spróbować.

    cannoli ciastka włoskie
    Cannoli, źródło: http://www.foodnetwork, autor: Alex Guarnaschellicannoli
  4. Kołacz węgierski albo kurtosz albo Kürtöskalács albo trdelnik – tak naprawdę pochodzi ze Słowacji, a najbardziej popularne jest chyba w Rumunii (często przy szosach zobaczycie dymiące jak grill stoiska – tam można je prawie na pewno kupić). Od niedawna można je też spotkać w Polsce i całe szczęście, bo to kręcone ciasto jest pyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Ciasto kręci się na wałkach w piekarniku, po zdjęciu jest bardzo gorące i obłędnie pachnie. Paluchami odrywamy pasma jeszcze ciepłego ciasta i pałaszujemy nim zdąży wystygnąć 😉

    trdelnik
    Kołacz węgierski, źródło: pixabay.com, autor: fishinkaa
  5. Greckie ciasto pomarańczowe – czyli deser z ciasta filo, ciężki i wilgotny, niezbyt słodki, idealnie wyważony smak z nutą pomarańczy. Boski 🙂 Musicie spróbować będąc w Grecji, ale z przepisów, które znalazłam, wynika, że i samemu można łatwo zrobić 🙂
  6. Panettone – o nim już pisaliśmy. Włoski rodzaj babki bożonarodzeniowej z rodzynkami, skórką pomarańczy, czasami z migdałami. Idealne panettone jest mięciutkie i wilgotne. Próbowaliśmy wyrobów kilku firm i najlepsze (a niedrogie!) było od Balocco, pamiętajcie w razie czego 😉

    włoska babka bożonarodzeniowa
    Panettone z rodzynkami i skórką pomarańczy
  7. Owoce z drzewa – towar sezonowy, ale jasne jest, że jak widzicie na drzewie dojrzałe owoce to musicie ich spróbować 🙂 Nam jak do tej pory udało się zjeść świeżo zerwane figi (pyszne!), granaty, pomarańcze, mandarynki, cytryny, czereśnie, grejpfruta, banany (na Cyprze), winogrona, migdały, daktyle, sharony, no i jabłka (ale na południe od Toskanii raczej niedobre, chyba że rosną na znacznej wysokości nad poziomem morza, np. w Macedonii były smaczne, ale tam było prawie 1000 m npm :). Widzieliśmy też pola arbuzów i plantacje kiwi. No i oliwki, ale tych nie polecamy prosto z drzewa 😉

    oliwki grecja
    Oliwki prosto z drzewa
  8. Gofry z lodami i bitą śmietaną – tego się nie spodziewaliście, co? 😀 Nigdzie gofry z lodami i bitą śmietaną nie smakują tak, jak nad polskim morzem (i nigdzie nie są takie drogie 😀 )!

    gofry nad morzem
    Gofry nad Morzem Bałtyckim

No i na koniec dwa rozczarowania.

Włoskie (zwłaszcza sycylijskie, ale w Rzymie bardzo popularne) przekąski:  suppli i arancini. To kulki ryżowe obtoczone w cieście. Suppli mają nadzienie z mozzarelli a arancini z mięska i oliwki. Oba niezłe ale bez szału, niestety.

Kebab turecki. Co prawda nie jedliśmy ich w Turcji tylko po tureckiej stronie Cypru i Sarajewa, ale za każdym razem rozczarowywał smakiem – mięso przesmażone i suche, mało warzyw, zbyt ostry lub zbyt mdły sos. Wiecie gdzie był najlepszy? W Warszawie pod Dworcem Centralnym! 🙂

No, ale mam nadzieję, że teraz już wiecie na co zwrócić szczególną uwagę podczas własnych wyjazdów 😉

Natalia

Bazylika świętego Piotra i nekropolie watykańskie – zwiedzanie

Dziurka awentyńska bazylika św. piotra

Bazylika świętego Piotra w Watykanie to jeden z punktów obowiązkowych podczas zwiedzania Rzymu. Nie mogło tam zabraknąć również nas, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali zwiedzić również nekropolii.

Widok na bazylikę świętego piotra
Widok na Bazylikę św. Piotra

Jak dostać się do podziemi Watykanu?

Przede wszystkim na zwiedzanie nekropolii watykańskich należy się umówić. Postępując zgodnie ze wskazówkami znalezionymi w Internecie napisaliśmy maila na adres scavi@fsp.va  i podaliśmy potrzebne informacje: ilu będzie uczestników, ich imiona i nazwiska, przedział dat, które nam odpowiadają na zwiedzanie, preferowany język przewodnika (języki są podane do wyboru, podobno jest też polski ale nie było w terminie, który nas interesował) oraz dane kontaktowe. Należało też wpłacić od razu po 13 euro od osoby (tzn. przed wizytą, mieliśmy na to pięć dni).

Dziennie nekropolie może zobaczyć tylko 240 osób, liczyliśmy się więc z tym, że proponowany przez nas termin nie będzie dostępny i że biuro wykopalisk odpisze nam dopiero za jakiś czas. Odpowiedź jednak dostaliśmy tego samego dnia, wyznaczono nam godzinę oraz datę spośród dni, które nam pasowały.

W dniu, kiedy mieliśmy zwiedzać podziemia Watykanu planowaliśmy najpierw zobaczyć Bazylikę, ale zdaliśmy sobie sprawę, że to środa – a w środy papież odprawia audiencje i Bazylika w tym czasie jest zamknięta. O tym warto wiedzieć, planując zwiedzanie.

Bazylika świetego piotra
Bazylika świętego Piotra

Po południu więc stawiliśmy się pod biurem wykopalisk. Przekroczenie murów Watykanu jest niesamowitym uczuciem. Dodatkowo fakt ten umilają strażnicy, wszyscy napotkani byli bardzo uprzejmi.

 

Nekropolie zwiedzaliśmy w mniej więcej siedem osób. Grupy są zwykle maksymalnie 12 osobowe, ale według mnie 12 osób to za dużo, miejsca w środku jest zbyt mało, żeby móc zebrać się wokół przewodnika.

Do nekropolii schodzimy pod bazylikę. Jest tam duszno i bardzo wilgotno a do tego wąsko. Wilgoć ponoć pomaga zakonserwować i utrzymać w dobrym stanie ściany podziemnych grobowców.

Zdjęć nie wolno tam robić, ale po pierwsze, nasza przewodniczka mówiła całkiem ciekawe rzeczy, więc słuchało się jej z przyjemnością (ale i pewnym skupieniem, gdyż mówiła po angielsku) a po drugie raczej niewiele by z nich wyszło. Mało jest tam miejsca, aby uzyskać dobry kadr.

Nekropolie watykańskie

Wycieczka prowadziła również przez grób świętego Piotra oraz pierwszą bazylikę (zachowaną w całości). Wszystko robi duże wrażenie. Sama bazylika jest bogato zdobiona złotem i freskami, możemy też podziwiać wspaniały malachitowo – marmurowy ołtarz.

W każdym razie miejsce jest niesamowite, nie tylko dla chrześcijan ale i dla wielbicieli starożytności, historii i tajemnic. Doskonale widać warstwy życia Wiecznego Miasta – nekropolie znajdowały się na poziomie starożytnego Rzymu, a później przeszliśmy piętro wyżej (do bazyliki), ale wciąż pod ziemią – pod podłogą obecnej bazyliki.

Wycieczka trwa około półtorej godziny a miłą niespodzianką na koniec jest to, że po przejściu przez groby papieży przechodzimy do bazyliki świętego Piotra, pomijając kolejkę.

Bazylika świętego Piotra

Sama bazylika okazała się olbrzymia, zrobiła na nas duże wrażenie. Jest bardzo bogato zdobiona zdobiona i po prostu wielka.

Bazylika świetego Piotra
Ołtarz w bazylice świętego Piotra

Bazylika w watykanie
Wnętrze bazyliki świętego Piotra

Ale punktem obowiązkowym była też kopuła. Na balkon możemy się dostać windą lub wejść po schodach (10 i 8 euro). Odcinek, który pokonuje winda jest najłatwiejszym i niewiele ułatwia. Schody są bardzo niskie, pochyłe, szybko się po nich wchodzi. Trudności pojawiają się od balkonu, gdzie każdy musi już iść o własnych siłach. Stopnie stają się wąskie, wysokie, aż przechodzą w spiralę, jest wąsko, bardzo kręto i kręci się w głowie. Co prawda w końcu przestają ale nie jest lepiej.

Bazylika kopuła widok
Panorama na miasto z bazyliki

Ściany stają się pochyle, mamy też fragment spiralnych schodów po których wchodzimy trzymając się liny zamiast poręczy (brzmi strasznie ale nie jest tak źle).

Osoby mające problemy ze stawami, błędnikiem czy z nadciśnieniem lub oddechem, mogą mieć duże trudności wchodząc na kopułę. Podobno wejście bywa też zatłoczone, więc nie ma chwili na odpoczynek. My nie mieliśmy tego problemu, bo na szczęście nikt za nami nie szedł.

„Balkon wewnętrzny kopuły” z widokiem na wnętrze bazyliki oraz mozaiki na ścianach a później wspaniała panorama na Plac świętego Piotra i Rzym zapierają dech. Widać też dobrze sam Watykan oraz ogrody watykańskie.

kopula bazyliki swietego piotra
Wnętrze kopuły bazyliki św. Piotra

Schodząc możecie trochę czuć drżenie ud, jeśli jesteście z tych mniej wysportowanych 😉 oraz ból kolan lub kostek.

Z kopuły wyjście prowadzi do wnętrza bazyliki, dlatego, jeśli ktoś rozpocznie zwiedzanie od zdobycia kopuły, to nie musi się martwić, że będzie musiał stać w kolejce drugi raz.

Kopuła bazylika
Dach bazyliki świętego Piotra

Nekropolie i bazylikę wraz z kopułą bez większego problemu można zwiedzić w jeden dzień (my zaczęliśmy o 13:30 a skończyliśmy koło 17). Jeśli możecie sobie pozwolić na wejście na kopułę to polecamy zdobyć całość 🙂 Wyjdzie Wam bardzo interesująca i fajna wycieczka.

Natalia

Będąc w Rzymie nie zapomnij o:

Muzeach Watykańskich.

Zwiedzaniu za darmo w pierwszą niedzielę miesiąca.

Murach aureliańskich.

Podziemiach miasta.

Kościołach rzymskich.

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy

  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci

  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach

  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉

Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?

  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉

Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉

Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).

Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak

  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.

Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko

  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )

Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum

  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.

Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera

  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )

Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu

  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂

wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże

  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.

Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy

  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja

  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).

    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum

  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653

Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉