Tivoli, czyli tysiąc fontann i wodospady

Tivolii włochy

Tivoli. Pierwszy raz zobaczyliśmy je z pociągu jadącego do Rzymu, a w zasadzie to wodospady spadające kaskadą w górską dolinę. Później gdzieś znaleźliśmy informację o ogrodach tysiącu fontann, a potem jeszcze ktoś nam opowiadał o tym miejscu. Postanowiliśmy więc udać się do Tivoli i przekonać się, czy po Rzymie coś jeszcze może nas zachwycić.

Tivoli Roma
Tivoli, widok na miasto i wodospady

Tivoli to górskie miasteczko położone około 30 kilometrów od Rzymu (bezpośredni dojazd pociągiem z dworców Termini albo Tiburtina za 2,60 euro w jedną stronę). Znajduje się jakieś 220 metrów nad poziomem morza, więc nie są to poważne góry ale wystarczające, żeby był tam imponujący wodospad i ładna panorama na otaczającą dolinę i nieodległą stolicę Włoch.

Soczysta zieleń, krajobrazy, obecność rzeki, to wszystko sprawiało, że Tivoli było ulubionym miejscem najbogatszych rzymian do spędzania gorących dni. Znajdziemy tu willę cesarza Hadriana, wspaniały, renesansowy ogród czy park wokół letniej rezydencji papieskiej.  A do tego urocze stare miasto, wąziutkie uliczki, kamienne domki, podwórka, łuki zdobiące ulice…

Tivoli zwiedzanie
Tivoli, uliczki

Villa Gregoriana

Dotarłszy do Tivoli naszą uwagę przykuł park – Villa Gregoriana – z którego mieliśmy nadzieję na dostęp do ogromnego wodospadu, który wcześniej widzieliśmy.

Villa Gregoriana to XIX wieczny park wokół letniej rezydencji papieża Grzegorza XVI. Park ten to trochę taki rezerwat przyrody, ścieżki wiją się w górę i w dół,  pomiędzy grotami skalnymi, drzewami, omszałymi kamieniami a dnem rzeki. Wszędzie słuchać szum wody. Możemy też podejść blisko huczącego Wielkiego Wodospadu (wysokość 160 m.) i przyjrzeć się wodnej mgiełce, która unosi się nad strumieniem. Mamy tutaj również pozostałości dużej willi, którą wbudowano w skałę. Można wejść do środka i przekonać się na własne oczy, jak wyglądało wnętrze tego typu budowli (to oczywiście puste ściany i raczej przypomina grotę, ale kiedyś był to dom!)

Tivoli, villa lupina
Willa w skale

Ale najpiękniejsza w całym parku była Grota Neptuna, przez którą z impetem przepływa strumień rzeki, a cała jaskinia jest utworzona z jakby bąbli kamiennych. Nawet ciężko opisać te formacje.

Innym polecanym miejscem są Groty Syren, niestety były zamknięte 😦

Tivoli Villa gregoriana
Grota Neptuna, na zdjęciach nie widać niestety jak była niesamowita

Okazało się, że park jest większy niż przypuszczaliśmy (i kosztował 7 euro od osoby). Po parku wiedzie główna ścieżka od której odchodzą ślepo zakończone dróżki wiodące do ukrytych w nim zakamarków. Czasem z jednego miejsca odchodzą dwie drogi które spotykają się na głównym szlaku.

Spacer po zielonym terenie zajął nam około godziny, ale przemierzając go spokojnym krokiem można spędzić tu zdecydowanie więcej czasu. Według pani bileterki Villę zwiedza się przeciętnie w 1,5 godziny.

Villa Gregoriana what to see
Villa Gregoriana, ścieżki, wodospady, światynia Westy

Z Villi Gregoriana wychodzimy przez świątynię Westy, a potem pomiędzy ciasne uliczki, wijące się pośród starych, pełnych uroku kamienic.

Villa d’Este

Kolejnym naszym celem w Tivoli była Villa d’Este. To chyba jest podstawowy kierunek wszystkich wycieczek do tego miasteczka. Villa stoi na zboczu, dlatego z jej tarasów rozpościera się imponujący widok na panoramę doliny. Ale zanim tam dojdziemy, zwiedzamy wspaniałe wnętrza pałacu kardynała Hipolita d’Este. Dobrze zachowane (pewnie odnowione) malowidła, żywe kolory, okna i wyjścia na zielony ogród, te wnętrza zrobiły na nas chyba największe wrażenie ze wszystkich, które widzieliśmy (może poza Muzeami Watykańskimi).

Tivoli Villa D'Este
Wnętrza Villi d’Este

Z pałacu wychodzimy zaś wreszcie do ogrodu. Olbrzymiego, w którym wszędzie słychać szmer tryskającej z fontann wody. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, bo wszędzie jest przepięknie i wszędzie jest mnóstwo fontann.

Wśród zacienionych alejek, ogrodzonych płotem z bukszpanu, znajdziemy między innymi Fontannę Neptuna,  Fontannę Artemidy Efeskiej (ale tak naprawdę, jak dla mnie, to jedna z hinduskich bogiń), której z piersi płynie woda 😉 , Fontannę Smoków, Fontannę w kształcie łodzi, fontanny sfinksów z których piersi również tryska woda, La Rometę czyli „mały ogródek fontannowy” z małym zameczkiem, Fontannę Wielki Kielich zaprojektowaną przez Berniniego z którego strumienie wystrzeliwują w górę na kilka metrów, tuż pod nią Fontannę Organów, która zbudowana jest w taki sposób, że woda przepływająca przez sieć kanalików i rurek wydaje dźwięki podobne do muzyki granej na organach (kilka razy dziennie organizowane jest przedstawienie) oraz oczywiście słynne sto fontann Cento Fontane, porośniętych mchem, zajmujących długą ścianę przy jednej z pierwszych ścieżek.

Tivoli, villa d'este zwiedzanie
Fontanny w ogrodzie Villi d’Este

Wszystkie fontanny zasilane są z tej samej rzeki – Aniene, na której znajduje się też wspomniany wcześniej Wielki Wodospad.

Villa d’Este została zbudowana w XVI wieku i jest uznawana za arcydzieło architektury i projektowania ogrodów i bardzo słusznie! To miejsce nas totalnie zauroczyło.

I znowu można spędzić tu długie minuty, spacerując pomiędzy fontannami, podziwiając kunszt architektów i projektantów ogrodu oraz widok na rozciągającą się panoramę. Nam spacer zajął mniej więcej 1,5 godziny i popędziliśmy dalej (żeby zdążyć przed zapowiadanym na popołudnie deszczem).

Villa d'este, tivoli
Villa d’este

Villa Adriana

Oddalona o około 5 kilometrów od centrum Tivoli Villa Adriana to kompleks ogrodowo – pałacowy cesarza Hadriana z II wieku n.e.  Powierzchnia kompleksu porównywana jest rozmiarami do dawnych Pompejów (i chyba rzeczywiście, ale po Villi można się snuć bez celu, nie ma jednej właściwej ścieżki, a Pompeje są trochę bardziej „kompaktowe” i zorganizowane, Villa według mnie sprawia wrażenie większej). Nam to miejsce przypominało trochę Palatyn, trochę Forum Romanum, trochę Villę Quintili na Via Appia, właściwie wszystko w jednym tylko o wiele, wiele większe od nich wszystkich razem wziętych! I chyba najlepiej zachowane. A podobno to co widać, to tylko 20% całego kompleksu.

Villa Adriana Tivoli
Villa Adriana

Znajdziemy tutaj min.: pałac cesarski (pomieszczenia dla cesarza i jego rodziny) złoty plac (w czasach świetności bogato zdobiony portykami, rzeźbami i mozaikami) pokoje dla służby, dla gości, koszary, termy małe i duże, strefa pomieszczeń urzędniczych, bibliotekę, teatr grecki, basen nad którym wydawano przyjęcia, teatr morski (sztuczna wyspa otoczona ze wszystkich stron kolumnami, na którą prowadziły dwa mosteczki, na wyspie znajdował się niewielki budynek teatru). Co najciekawsze wszystkie części willi połączone są ze sobą systemem tuneli podziemnych, niestety nie ma do nich dostępu.

Po kompleksie można spacerować godzinami, zaglądać prawie do każdej dziury i podziwiać wiele zachowanych smaczków; freski, mozaiki, zdobienia na suficie, zdobienia na kolumnach i rzeźbach, nawet ostał się mały okulus w zadaszeniu basenu. Pomiędzy zabudowaniami rosną gaje oliwne, pełne starych, powykręcanych drzewek oliwkowych.

Villa Adriana zwiedzanie
Villa Adriana i oliwkowe drzewka

W Villi nie ma jednej właściwej ścieżki,  niestety drogowskazy chociaż są, to niezbyt intuicyjnie rozmieszczone. My spędziliśmy tam jakieś dwie godziny i zobaczyliśmy chyba wszystko (poza teatrem greckim, którego nie mogliśmy znaleźć) ale można spacerować o wiele dłużej, zwłaszcza jeśli sprzyjałaby temu pogoda.

Po śmierci Hadriana willę zamieszkiwał jeszcze cesarz Dioklecjan, ale kolejny władca, Konstantyn Wielki nie chciał już mieszkać w Rzymie i przeniósł się do Konstantynopola i Villa zaczęła popadać w niepamięć i niszczeć. Częściowo ją rozkradziono, częściowo rozbierano, żeby użyć budulca do nowych kamienic w mieście, mimo to nadal budzi podziw i zachwyt.

Tivoli villa adriana
Villa Adriana, każde miejsce lepsze od kolejnego

Podsumowanie

Tivoli nas oczarowało, zarówno główne atrakcje jak i samo stare miasto (mają tam też zamek, chociaż nie ma dostępu do niego, to dumnie stoi na górce i można go podziwiać przez ogrodzenie, a także rzymski amfiteatr, ale był zamknięty, a zza ogrodzenia niewiele niestety widać).

Okazało się, że jednak jest jeszcze coś, co jest wytworem rąk ludzkich i wzbudza w nas zachwyt, chociaż trzeba przyznać, że Tivoli to naprawdę światowa klasa zabytków. Wspaniałe, urocze, zachwycające i niesamowite. Teraz to już chyba nic nas nie zaskoczy. Aczkolwiek obyśmy się mylili 😉

Teatr wodny.jpg
Teatr morski, Tivoli

Natalia i Mikołaj

Przeczytaj o:

wycieczce dookoła murów rzymskich

16 ciekawostkach dotyczących Rzymu

jakie kościoły rzymskie warto zobaczyć?

czy Bazylika świętego Piotra warta jest wizyty?

albo o podziemiach Rzymu!

Źródła:
https://www.rzym.it/tivoli/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Villa_d%E2%80%99Este
http://www.kierunekwlochy.pl/tivoli-wlochy
Reklamy

16 ciekawostek o Rzymie, o których mogłeś nie wiedzieć

Rzym wycieczka

W Rzymie jesteśmy już miesiąc i udało nam się zaobserwować kilka ciekawostek, którymi się z Wami podzielimy 🙂

Człowiek będąc w nowym miejscu, „na świeżo”, bardziej zauważa pewne rzeczy, ale mamy nadzieję, że to nie jedyny taki wpis i jeszcze coś uda nam się interesującego dostrzec w tym niezwykłym mieście 🙂

Tutaj przeczytasz część drugą rzymskich ciekawostek!

No, ale zaczynamy:

  1. śniadania włoskie – to jest typowa włoska „zaskoczka” dla każdego, nie tylko rzymska. Nigdy nie przestaje nas zadziwiać, że Włosi zaczynają dzień od słodkiego rogalika (cornetto) lub innych słodkości, takich jak sucharki z dżemem czy kawałek ciasta, popijając je espresso lub cappuccino. Dla nas to bardziej deser, a nie śniadanie, więc szybko burczy nam w brzuchach po takim posiłku.

Jeśli zaś chodzi o lunch, to tutaj, w Rzymie, niezwykle popularne są lokale (o ile tak można nazwać te miejsca) serwujące kanapki oraz małe, ciepłe przekąski, włącznie z pizzą sprzedawaną na wagę (najczęściej kilogram kosztuje 13/15 euro…), a jedna porcja (cięta nożyczkami!) to zaledwie 100 gramów.

Rzym sklepy
włoska salumeria
  1. Brak kawy rozpuszczalnej – jeśli jesteśmy już przy jedzeniu. We Włoszech prawie nie ma kawy rozpuszczalnej. W Lidlu znajdziemy może dwie lidlowe marki a oprócz tego jest tylko Nescafe (jak dobrze pójdzie to też aż dwa rodzaje i raptem w słoikach po 100 gramów). Podobnie w innych marketach – wyłącznie marka własna i paskudna neska. W dobrze zaopatrzonych sklepach zaś rozpuszczalna Lavazza (5 euro za 95 gramów, większych nie ma). I Hag – popularna marka bezkofeinowych kaw. I to tyle.

Ciężko nam było się z tym pogodzić, bo lubimy się napić rozpuszczalnej kawy. Włosi chyba lubią też bardzo kawy zbożowe, jest ich wiele rodzajów. Za to półki są pełne kaw do ekspresów oraz kaw sypanych, o różnych smakach i aromatach, różnych marek. Próbowaliśmy kilku ale ostatecznie wygrywa Lavazza o smaku tytoniowo – drewnianym. Tak, tak, jest taka 😀 jest też taka o aromacie owocowym 😉 Oczywiście żadna z nich nie jest sztucznie aromatyzowana, chodzi o naturalną nutę zapachową. Coś jak wino o owocowym bukiecie, tylko w winie tego nigdy nie czujemy, a drewno w kawie – i owszem 🙂

  1. Coperto – według nas coperto to takie małe włoskie cwaniactwo. To kwota, którą dolicza się do rachunku za obsługę w lokalu. Nie wiemy, czy występuje w każdym miejscu, teoretycznie powinna być podana w menu ale raczej nie jest (nigdy nie zauważyliśmy, żeby była). Jednak w niektórych knajpach znajduje się informacja, że ceny są podane już z opłatą serwisową. Warto zwrócić na to uwagę, bo potem następuje niemiły moment zdziwienia, kiedy zamiast 7 euro płacisz 10. Bo jeszcze 3 euro za serwis (nakrycie stołu, podanie talerzy itd.). Nie żeby 3 euro robiły wielką różnicę, ale zwróćcie uwagę, że to jest 43%! Przy wyższych rachunkach być może procent jest mniejszy, ale przy niskich rachunkach szokuje. Nie zapłacimy coperto, kiedy weźmiemy jedzenie na wynos i za zjedzenie czy wypicie kawy za barem.
  1. Sjesta – przerwa w środku dnia, która mocno dezorganizuje życie. Zamknięte są nie tylko sklepy, czasem też niektóre knajpy, urzędy, banki a nawet kościoły.  Kiedy więc spacerujesz wczesnym popołudniem po włoskich ulicach i chcesz zwiedzić jakieś miejsce, to upewnij się, czy będzie ono otwarte w wybranych przez Ciebie godzinach. Jeśli chodzi o Rzym, to sjestę tu mają w zasadzie tylko kościoły (nie wiedzieć czemu) i wybrane sklepy, o urzędach nie wiemy bo nie mieliśmy na szczęście potrzeby z nich korzystać.
Lody we włoszech, lodziarnia rzym
Do wyboru do koloru!
  1. Rodzaje ziemniaków – być może w Polsce też tak jest i Perfekcyjne Panie Domu o tym wiedzą, ale chyba nie jest to wiedza tak powszechna, jak we Włoszech. My dowiedzieliśmy się o tym kupując pewnego razu siatkę ziemniaków (tak, tak, kupiliśmy zwykłe pyry, ale po to, żeby zrobić z nich potrawkę fasolowo – pomidorowo – ziemniaczaną 😛 ) i ze zdziwieniem odkryliśmy, że na opakowaniu narysowane były jeszcze inne rodzaje ziemniaków z informacją do czego są najlepsze: do smażenia, do frytek, do gotowania, do robienia z nich produktów ziemniaczanych (jak krokiety, kluski), do zup, do robienia z nich ciasta.
  1. Pieczywo – piekarnie we Włoszech niestety nie stoją na każdym rogu, ale o ile na południu Włoch wybór pieczywa jest dosyć duży i wypieki są bardzo smaczne, o tyle w Rzymie niełatwo natrafić ot tak na piekarnię, a co dopiero na fajny chleb. Nie wspominając o tym, żeby był niedrogi. 2,5 euro za kilogram chleba (czyli średnio mały, jak na tutejsze standardy, bochenek) to rekordowo tanio, a nie jest rzadkością i 5-6 euro za kilogram.
wycieczka rowerowa po włoszech
włoski chlebek
  1. Marmury na podłogach – to rzecz interesująca, pojawiła się już w Grecji. W domach nie ma dywanów, nie ma też paneli czy drewnianych podłóg (chyba, że w nowych domach, ale raczej też nie, bo byśmy zauważyli podczas noclegów w trasie). W mieszkaniach, łącznie z naszym, na podłodze są kafelki. Zimne jak diabli.
  1. Brak światła środkowego na suficie – to ciekawa sprawa, oczywiście nie wiemy czy wszędzie tak jest, ale tam gdzie byliśmy (i gdzie mieszkamy), nie było światła na suficie (czasem nawet w łazience). Są różne lampki, kinkiety, czasem jest jakaś lampa gdzieś na suficie ale w rogu pokoju. Żeby dać światło centralnie, na suficie, to nie. W mieszkaniach więc jest kiepskie oświetlenie i dotyczy to często wszystkich pomieszczeń.
  1. Pranie między ścianami kamienic – wywieszanie prania między kamienicami to charakterystyczny widok we Włoszech (chociaż nie tylko). Czasem pranie jest stawiane na chodniku, bo drzwi wejściowe do domu wychodzą właśnie prosto na ulicę. Nie wiemy czym to jest spowodowane, czy tylko brakiem miejsca w domu, ale na przykład nasze mieszkanie tutaj jest bardzo słabo wentylowane i pranie wcale nie chce schnąć, dlatego nie dziwi nas, że panie domu wolą wywiesić je nawet za okno (chociaż w naszej kamienicy akurat na dachu 😉 ), niż pozostawić w pomieszczeniu.
Bari wycieczka
Bari i pranie wywieszone na ulicę
  1. Ruch na ulicach to chaos totalny – duży ruch to chyba norma w każdym większym mieście, ale w Rzymie, jak M. stwierdził, trzeba wyrobić w sobie pogardę dla śmierci ;).

Na szczęście wszyscy tu mają oczy dookoła głowy, bo na ulicach dzieje się w zasadzie wszystko, co chce, trzeba więc lawirować między przemykającymi setkami motocykli, nie bać się wymuszania pierwszeństwa i wymijać tych, co wymuszają sami – łącznie z pieszymi. Co do pieszych, to trudno im się dziwić, nikt ich tutaj nie przepuści (a nawet jeśli jedno auto się zatrzyma to już drugie niekoniecznie), więc sami muszą walczyć o to, aby przedostać się przez ulicę – czasem w miejscu niedozwolonym, ale to akurat najmniejszy problem 😛 Zdarza się też bardzo często zatamowanie ruchu przez auto, które czeka na środku pasa, aż zwolni się miejsce parkingowe. Często też cofają, żeby zaparkować, mimo, że na ulicy jest duży ruch. Czasami też jedynym sposobem, aby na kogoś zaczekać w samochodzie albo znaleźć miejsce postojowe jest jeżdżenie dookoła budynku/kamienicy (żeby nie stać i nie tamować ruchu).

  1. Mewy zamiast gołębi – to bardzo ciekawa i fajna sprawa. W Rzymie gołębi jest dosyć mało. Oczywiście są, jak w każdym mieście, ale tutaj rządzą mewy 🙂 Chyba na razie nie są utrapieniem dla mieszkańców a na pewno budzą więcej sympatii niż gołębie (przynajmniej w nas). Trzeba jednak uważać, bo są dość duże i odważne. Nie mają skrupułów, żeby stać blisko człowieka i wyrwać mu z dłoni jego kawałek pizzy 😉 Mewy rzymskie słychać cały dzień, ale to wieczorami dają najgłośniejsze koncerty 😉 Opanowują też wtedy mniej tłoczne po zmroku miejsca (np. Plac św. Piotra) wyciągając śmieci ze śmietników..
  1. Papugi – to ciekawostka, kiedy byliśmy tu w 2014 roku papug chyba jeszcze nie było. Teraz jest ich bardzo dużo, skrzeczą i panoszą się po parkach. Latają przeważnie w grupkach i są bardzo hałaśliwe a przy tym urocze 😉

włochy papugi

  1. Palmy i drzewka cytrusowe – fantastyczna sprawa, mieszkać w mieście w którym rosną sobie palmy i drzewka pomarańczowe oraz cytrynowe 🙂 co prawda pomarańcze są pieruńsko kwaśne i nie nadają się do jedzenia (chyba, że do herbaty), ale cytrynkom nic nie dolega 😉
cytrusy włochy
Są cytrusy i są palemki.
  1. Temperatura – nie oszukujmy się, Rzym w grudniu to nie to samo co Rzym w lipcu. Jest zimno, czasem deszczowo i pochmurno, podobno czasem nawet spadnie śnieg, ale jak na razie temperatura oscyluje w granicach nastu stopni, czasem mniejszych czasem przyjemnie większych, ale kiedy dzień jest słoneczny (a z reguły jednak jest) to słońce potrafi bardzo przygrzać, tak bardzo, że zdejmujesz kurtkę 🙂
Rzym temperatury zimą
Słoneczko, palmy i brak kurtki!
  1. Supermarkety – jesteśmy przyzwyczajeni, że duży sklep, supermarket czy galeria handlowa jest gdzieś blisko, tak samo duża drogeria. Tymczasem w centrum Rzymu w najlepszym razie znajdziesz sklep wielkości małej Biedronki, po większe zakupy musisz się specjalnie wybrać dalej.
  1. Bezdomni – wszędzie bezdomni. To jedna z tych ciemniejszych stron Rzymu. Podobno jest tu aż 16 tys. bezdomnych osób. Są dosłownie wszędzie; na moście, pod mostem, na chodniku, na ławkach, we wgłębieniach kamienic (takich w ścianie…), na ścieżce wzdłuż Tybru, pod drzewami… okopują się swoimi rzeczami i siedzą. Są raczej nieszkodliwi, nie zaczepiają też nikogo, czasem mają kubek, do którego przechodnie wrzucają pieniążki. Jest to przykry widok. Czasem jednak wzbudzają dyskomfort (samotny, wieczorny spacer wzdłuż rzeki, pomiędzy obozami bezdomnych nie brzmi interesująco) i wydaje się, że miasto nic z tym nie robi.
Forum romanum i mewa.png
Mewa i Forum Romanum

Jak widzicie więc jest kilka rzeczy, które można zauważyć podczas wakacyjnego pobytu ale jest też kilka innych, które wymagają dłuższych obserwacji. Mamy nadzieję, że jeszcze przyuważymy coś ciekawego (edit: i tak się stało! druga część pod tym linkiem), a tymczasem przed nami okres świąteczny a przed Wami, za tydzień, świąteczny wpis a po nim już Sylwester i podsumowanie 2017 roku! 🙂

Natalia i Mikołaj

A tu znajdziesz więcej Rzymu!

Czy w Rzymie pada śnieg?

13 miejsc w Rzymie, których nie możesz pominąć!

Katakumby pierwszych chrześcijan czy nekropolie pod bazyliką świętego Piotra?

A może wycieczka wokół murów aureliańskich?

Lub wspaniałe Termy Karakali i Zamek Świętego Anioła?

Albo po prostu – cisza i magia kościołów rzymskich.

 

Darmowe zwiedzanie – Castel Sant’Angelo, Termy Karakali i wystawa Google’a

Zamek świętego anioła, rzym

Każdy szanujący się turysta, który chce spędzić w Rzymie trochę czasu, a zwłaszcza taki, który nie mniej niż siebie szanuje swój portfel, wie, że w pierwszą niedzielę miesiąca można zwiedzić za darmo muzea państwowe.

Nie mogliśmy więc nie skorzystać z takiej okazji i 2 grudnia zaplanowaliśmy zwiedzanie. Naszym celem miały paść Termy Karakali i Dioklecjana, oraz, przy okazji, wystawa Google’a, który akurat w ten weekend postanowił odwiedzić Rzym ze swoimi technologiami.  Ale jak to w życiu bywa, nasze plany już od rana zostały pokrzyżowane. Deszcz siąpił, na dworze było chłodno i mokro a ja, na domiar złego, obudziłam się z migreną. Uznaliśmy więc, że na pierwszy ogień pójdzie jednak Mauzoleum Hadriana, znane szerzej jako Zamek Świętego Anioła (Castel Sant’Angelo). Wybór podyktowany był tym, że od  Zamku dzieli nas może pół kilometra, więc w razie, gdyby mój ból głowy nie chciał przejść, to możemy szybko znaleźć się z powrotem w domu, a oprócz tego jest to obiekt zamknięty, w przeciwieństwie do term, więc nie zmokniemy, a w środku nie będzie mokro.

Zwiedzanie Mauzoleum Hadriana – Zamku Świętego Anioła

Zamek św Anioła Rzym.png
Zamek wieczorem, chociaż byliśmy rano 😛

Zwiedzanie Zamku to spacer po murach i salach. Pokoje są z reguły puste, można jednak podziwiać wspaniale zdobione sufity, czasem trafi się jakieś średniowieczne krzesło, jest nawet sypiania papieża. Nie znajdziecie tutaj rzeźb ani obrazów. Za to w wielu miejscach są tabliczki z objaśnieniami, dzięki czemu łatwiej można zrozumieć tę niezwykłą budowlę, jednak cena regularna (13 euro) to chyba trochę za dużo. Całe zwiedzanie trwało około godziny, pewnie trwałoby dłużej, gdyby nie zagrodzone przejścia, które pozwalały trzymać się wyznaczonej ścieżki i nie zgubić się w labiryncie sal i korytarzy.

Zamek Świętego Anioła, Rzym
Mury na Zamku
Rzym wyprawa rowerem
Zdobione sale w Zamku
Rzym wyprawa rowerowa
Zdobione sufity w Zamku

Warto wspomnieć, że w Mauzoleum byliśmy około pół godziny po otwarciu (otwarcie o 9 rano) i weszliśmy bez kolejki (nawet wycieczka mnichów buddyjskich nie zakorkowała wejścia :P). Natomiast wieczorem sznur chętnych ciągnął się na kilkadziesiąt długich metrów.

Rzym co zwiedzić?
Tylko trzech z wielu szalonych mnichów 😛

Efekt „WOW” w Termach Karakali

Termy Karakali Rzym
Termy Karakali

Dzięki końskiej dawce leków mój ból głowy zelżał (pojawił się ból żołądka 😉 a pogoda się poprawiła, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać do Term Karakali. To było kiedyś miejsce, gdzie rzymianie mogli spędzać czas, korzystając z basenów z zimną i gorącą wodą i saun, a oprócz tego w olbrzymim kompleksie mieściły się sklepy, gastronomia, biblioteka, ogrody, sale gimnastyczne, sale masażu, sale wypoczynkowe. Termy mogły pomieścić podobno 10 000 osób i funkcjonowały 300 lat, póki Goci nie zniszczyli akweduktów doprowadzających wodę do Rzymu.

Termy karakali czy warto zobaczyć
Termy Karakali

To co widać na powierzchni robi olbrzymie wrażenie. Monumentalne, wysokie ściany, zdobione posadzki, dobrze też widać tereny basenów, gdzie teren się obniża ku środkowi, gdzieniegdzie zachowały się też marmurowe i płytkowe zdobienia ścian. Do tego świadomość, że pod stopami kryją się kolejne poziomy – kotłownie. Spacer po tym miejscu bardzo działa na wyobraźnię i zdecydowanie warto zajrzeć do Term Krakali, zwłaszcza, że normalnie bilet kosztuje 8 euro więc nie tak źle, jak na możliwości cenowe Rzymu ;).

Rzym, zwiedzanie term karakali
Termy Karakali

I na koniec miała być truskawka na torcie czyli Google

Kolejnym punktem tego dnia była wystawa Google’a. Chociaż tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Google ogłaszało tę „imprezę” jako połączenie przeszłości z przyszłością i generalnie całość owiana była tajemnicą (i po włosku, więc na jedno wychodzi :P). Wstęp był darmowy, więc postanowiliśmy zobaczyć, co to takiego.

Kiedy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazała się kolejka na kilkadziesiąt osób. Miejsce było niezbyt „wyjściowe” – dzielnica zdecydowanie nieturystyczna, kamienice odrapane. Przypięliśmy jednak rowery i stanęliśmy w ogonku. Chyba towarzyszy nam szczęście do tego typu akcji, bo po nas nadciągnęły tłumy ludzi.

Niestety kolejka posuwała się bardzo powoli, co jakieś 15-30 minut wpuszczano do środka po dziesięć osób, oczywiście pod warunkiem, że wcześniej wyszło odpowiednio dużo. Czekaliśmy chyba półtorej godziny i nieźle zmarzliśmy. Trochę wstyd dla Google’a, takie polowe warunki… mieliśmy nadzieję, że w środku będzie chociaż trochę cieplej i że w ogóle warto czekać.

Wreszcie nadeszła nasza kolej, wpuścili nas za czerwoną kotarę. Wewnątrz, na środku białego korytarza, ustawiony był wielki ekran, na którym wyświetlano film – reklamę o połączeniu przeszłości z przyszłością i zdjęciami z Włoch, a za ekranem była… hm.. „wystawa”.

Jedno stoisko z panią, która pokazywała wszystkim możliwości nowej kamery Google, która skanowała obrazy w olbrzymiej rozdzielczości, więc można było powiększać tak bardzo, żeby dokładnie przyjrzeć się szczegółom nieuchwytnym w normalnej wielkości, np. pojedynczym pociągnięciom pędzla pana Canaletto. Były trzy smartfony do podotykania, jedno stoisko ze sprzętem, który umożliwiał rysowanie w powietrzu. Nakładało się gogle, w ręku trzymało się coś w rodzaju joysticka i rysowało się, a widzowie mogli to wszystko oglądać na wielkim ekranie (konkretnie były to czarne bazgroły), kolejka była długa, więc tylko chwilę się przyglądaliśmy i poszliśmy dalej. Kolejne stanowisko, również z długą kolejką, to były googolowskie okulary pozwalające prawdopodobnie znaleźć się na trójwymiarowej mapie jednego z włoskich miast (chyba Florencji). Do testowania były tylko dwie pary okularów, więc nie chciało nam się czekać, aż będziemy mogli się do nich dostać. Na trzecim stanowisku była możliwość przeniesienia się na tor wyścigów konnych, również za pośrednictwem gogli (do dyspozycji dwie pary)  i słuchawek, które tłumiły dźwięki z zewnątrz i odtwarzały odgłosy zawodów. Tym razem udało nam się wypróbować sprzęt i byliśmy naprawdę pod niesamowitym wrażeniem. Obraz był bardzo realistyczny, dźwięki również. Można było się obracać dookoła siebie, patrzeć w górę i w dół, wszystko tak, jakby się właśnie stało przy samym torze, brakowało tylko zapachu 😉 Trwało to jednak zaledwie parę minut i maksymalnie po pół godzinie wyszliśmy z całej „imprezy”. Dosyć spore rozczarowanie, tak mało sprzętu do sprawdzenia, a tyle stania w kolejce na zimnie po to, żeby w środku znowu stać w kolejce. Nie wygrzaliśmy się też zbytnio, a w dodatku byliśmy już tak zmęczeni, że nie robiliśmy żadnych zdjęć. Zresztą nikt nie robił, być może nawet nie wolno było. No ale udało nam się spojrzeć przez gogle VR i było to niezwykłe doświadczenie.

Następna darmowa niedziela dopiero w styczniu, po Nowym Roku, może być ciężko 😉

Panorama Rzymu
Zdjęcia z Google’a nie ma, więc chociaż panorama z Zamku 😉

Natalia i Mikołaj

A co jeszcze czeka na Ciebie w Rzymie?

Zamek Świętego Anioła i Termy Karakali (zakochasz się w tym miejscu!)

Nekropolie pod Bazyliką świętego Piotra.

Katakumby pierwszych chrześcijan i podziemia Rzymu.

Magiczne mury miasta.

Wspaniałe kościoły.

I inne ciekawostki!

Wizyta w Muzeach Watykańskich. Czy warto?

Watykan zwiedzanie

W ostatnią niedzielę listopada (26.11.17) wybraliśmy się zobaczyć Muzea Watykańskie. Termin podyktowany tym, iż w każdą ostatnią niedzielę miesiąca Muzea są otwarte za darmo, łącznie z Kaplicą Sykstyńską. W każdym innym terminie wstęp kosztuje 16 euro (za normalny bilet), więc wymyśliliśmy, że spróbujemy trochę zaoszczędzić.

Czytając o Muzeach i gigantycznych kolejkach tworzących się jeszcze przed godziną otwarcia (czyli o 9, a kolejki podobno trwają dwie godziny), stwierdziliśmy, że jeśli będziemy na miejscu po 8 to będzie okej.

Rano jednak naszym oczom ukazał się dłuuuugi sznur ludzi, przed nami było prawie pół kilometra kolejki. Zajęliśmy więc swoje miejsce a M. poszedł na zwiady. Okazało się, że osoby będące w pierwszej 80 przyszły tu już o 6:30! Za nami zaś szybko przyrastało kolejki, kilka minut po naszym przybyciu ogonek miał już 700 metrów, a około godziny później zakręcał dwa razy

A my czekaliśmy tylko godzinę 🙂 Która nam zleciała bardzo szybko, bo pół godziny minęło na rozważaniu sensu stania i czy rzeczywiście 16 euro to aż tak dużo 😉  i ile kosztuje bilet „bezkolejkowy” w zwykły dzień…? A kolejne pół godziny minęło mi na rozmowie telefonicznej z mamą, a M. na kursie do domu i z powrotem 😉 Nie było też zimno (jakieś 15 stopni), więc czekanie w kolejce było bezbolesne.

O godzinie 9 otworzyli Muzea i kolejka zaczęła się przemieszczać w ekspresowym tempie. Prawdopodobnie w sezonie trwa to jednak dłużej.

dziedziec Muzeów Watykańskich
Rzeźba na dziedzińcu Muzeów Watykańskich

W każdym razie wejście do Muzeów polegało na prześwietleniu bagażu, przejściu przez bramki, takie jak na lotnisku i już. Można było iść dalej. Normalnie należy kupić jeszcze bilety, ale nie tego dnia 😉

Nikt nam nie kazał odłożyć plecaka do szatni (na szczęście, bo kłębił się pod nią niezły tłum), więc mogliśmy swobodnie zwiedzać. Wzięliśmy też sobie mapkę – schemat, która nie jest zbyt czytelna, ale pozwoliła się mniej więcej zorientować w marszrucie (mapka dostępna tu).

Muzeum jest olbrzymie, ale nie przeszkadza to tłumom w wypełnieniu przestrzeni, nawet nie chcę wiedzieć co tu się dzieje w sezonie, zwłaszcza, że niektóre sale są ciasne, słabo klimatyzowane a inne wręcz specjalnie ogrzewane (chociaż może latem nie).

Sala Map, Muzea Watykańskie
Sala Map i zdobiony sufit

Eksponatów jest naprawdę dużo a po samym Muzeum chodzi się dość intuicyjnie, są drogowskazy, raczej nie da się niczego pominąć, chociaż same sale są często skonstruowane tak, że można ominąć coś co znajduje się na uboczu.

Większość zbiorów robi wrażenie lub po prostu ciekawi, na przykład Sala Egipska z zabytkami ze starożytnego Egiptu; sale z rzeźbami (niesamowite figury zwierząt i ludzi wykute przeważnie w marmurze, również popiersia), Galeria Map (gdzie największe wrażenie robi jednak sufit – zdjęcie powyżej), są również pokoje malarstwa, również współczesnego.

Sala Egipska, Muzeum Watykańskie
Eksponaty z Sali Egipskiej

Większość dzieł (freski, arrasy, obrazy) przedstawia obrazy religijne i w sumie nie ma w tym nic dziwnego. Przyznam szczerze, że całe muzeum nie zachwyciło nas tak bardzo, jak byśmy chcieli. Średniowieczne malarstwo sakralne nie całkiem do nas przemawia, chociaż doceniamy kunszt. Nowoczesne obrazy w większości są po prostu brzydkie (czy ktoś to kiedyś przyznał na głos? 😉 ). A w sali arrasów czuć starym kurzem. Jest też Sala Sobieski, w której wisi wielki na całą ścianę obraz Jana Matejki upamiętniający zwycięstwo Jana Sobieskiego pod Wiedniem. Obraz wielki, ciemny, niezbyt ładny ale za to bardzo kunsztownie namalowany. Jest jednak mało miejsca, aby go dobrze podziwiać (stoi się trochę za blisko) a ludzi dużo.

Rzeźby w muzeum watykańskim
Rzeźby w muzeum watykańskim

Jak dla nas to pamiątki starożytności są jednak najciekawsze. No i architektura. Przechadzając się po tym olbrzymim budynku warto patrzeć zarówno pod nogi, na ściany jak i na sufit, bo okazuje się, że w nich ukrywają się często perełki (albo smaczki – dla tych co zgłodnieli w kolejce 😉 ). Kolorowe, wspaniałe kafelki albo kamienie pod stopami, niezwykłe malowidła na ścianach albo misternie rzeźbione okiennice, no i sufity. Niektóre są pokryte drobnymi, kolorowymi freskami, na innych postacie są wyraźne i duże. Sufity są różnorodnie zdobione, a to pozłacanymi belkami, a to czymś co przypomina cekiny, a to wymyślnymi dekorami.

Ale chyba każdy znajdzie w Muzeach coś dla siebie.

Rzeźby w muzeach watykańskich
Rzeźby w muzeach watykańskich

Przejdźmy jednak do Kaplicy Sykstyńskiej i jedynym takim wyznaniu w całych Internetach.

No bo powiedzmy sobie szczerze. Kaplica robi wrażenie bo ma robić. Serio, w całym Muzeum, ba, w wielu rzymskich kościołach, znajdziecie o wiele lepsze, ładniejsze malowidła niż w Kaplicy. No ale to Michał Anioł, więc wiadomo, same przez się są wspaniałe. To rzeczywiście niesamowite zobaczyć to słynne „Stworzenie Adama” i „Sąd Ostateczny” w rzeczywistości. No i inne jego dzieła jak na przykład „Wygnanie z Raju”. Ale one nie sprawiły, że staliśmy i podziwialiśmy je dlatego, że poruszały nasze zmysły estetyki. Ale dlatego, że to ciekawy fragment historii.

Sama Kaplica wcale nie robi też wrażenia, ot sala, dość duża, pokryta freskami. Zapełniona ludźmi, których próbują kontrolować ochroniarze, co chwilę uciszając tłum (również przez megafon), krzyczą „No photo!” i „No Video!”. I naprawdę kontrolują, na moich oczach strażnik skrzyczał jakiegoś faceta, który robił zdjęcia. Podobno każą je kasować, tym razem jednak tylko skończyło się na przestrodze (aczkolwiek strażnik wskazał tego faceta innemu strażnikowi.. nie wiem jaki los go spotkał, nigdy więcej go już nie widzieliśmy, tego faceta 😉 )

Zatem nie ma możliwości w spokoju podziwiać malowideł, na szczęście mogliśmy postać dłuższą chwilę i zadzierać głowy tak długo jak daliśmy  radę, ale ogólny zgiełk i pokrzykiwania strażników nie pomagają w tworzeniu atmosfery.

Wyszliśmy więc z Kaplicy nieco zawiedzeni i  mieliśmy wrażenie, że nie my jedni. Po niej trafia się do kolejnych zbiorów, głównie tyczących historii chrześcijaństwa i przedmiotów używanych w kościele. Wszyscy oglądają je z podwójnym skupieniem, żeby zatrzeć rozczarowanie Kaplicą 😉

Sala Karocy Muzea Watykańskie
Sala Karocy, Muzeum Watykańskie
Muzeum Watykańskie, eksponaty
Porcelanowy klęcznik (?)

Co ciekawe, zorientowaliśmy się, że zwiedzanie „puszczone” jest od końca. Freski na suficie są odwrotnie, napisy na podłogach do góry nogami, mapy w Sali Map rozpoczynają się wyspami a kończą Włochami – a przecież raczej najważniejsze byłoby na początku. Nad jednym z przejść między muzeami znajduje się też malowidło przedstawiające Bazylikę i Plac św. Piotra. Czy to możliwe, żeby takie dzieło znajdywało się za plecami spacerujących i podziwiać je można, tylko gdy ktoś się nieopatrznie odwróci i uniesie wzrok? Raczej nie.

Muzea Watykańskie, korytarz
Bazylika w przejściu między salami

W każdym razie Muzea mamy zaliczone. To ciekawe i istotne miejsce ze względu na ilość eksponatów, ich rodzaj i historię, oraz z uwagi na oryginalne obrazy, które można podziwiać „na żywo”. Dla niektórych miejsce zapewne ważne również ze względów religijnych. Warto je zobaczyć, ale chyba nie za wszelką cenę.

Natalia

Muzeum Watykańskie
Schody do wyjścia