Campingi i noclegi w Europie cz.I

Gdzie spać podczas podróży, za ile, czego się spodziewać?

Podróżując po Europie, zarówno podczas naszej rocznej wyprawy, jak i wcześniej podczas urlopów, naszym podstawowym miejscem do spania były campingi, chociaż zdarzały się i kwatery.

W tej serii artykułów znajdziecie przegląd i informacje na temat tego, czego możecie się spodziewać w prawie każdym kraju w Europie 🙂 I nie będą to tylko pola namiotowe!

Część pierwsza (podzielona na dwie) to kraje z naszej rocznej trasy.

Czechy

Niestety zdjęć na kempingach w Czechach nie robiliśmy…

Czeskie kempingi zwiedziliśmy dwa.

Pierwszym z nich było pole namiotowe w Sloupie (Camp Relaxa). Namiot rozbijaliśmy na miękkiej trawie, teren był dość duży i ogrodzony. Były miejsca do rozpalenia ogniska,  sanitariaty (z zapasem papieru toaletowego!) i jedna zadaszona altana. Co godne uwagi i nieczęste w Europie w ogóle – do dyspozycji kempingowiczów kuchnia z czajnikiem, kuchenka elektryczna i lodówki. Kemping przy lesie więc miejsce spokojne i przyjemne.

Drugim zaś był kemping ATC Merkur w Pasohlávkach. Nad jeziorem. Okropne miejsce. Namioty bez ładu i składu porozrzucane po terenie, jeden przy drugim. Ziemia piaszczysta. Prysznice na żetony, ale żetony wrzucało się poza kabiną i maszyna sama ją przydzielała, więc biada temu, kto w 4 minuty nie zdąży się umyć (nie ma, że zatrzymasz wodę). Teren olbrzymi, są tu namioty, karawany, domki, wesołe miasteczko, scena muzyczna. Na plus spora kuchnia i dużo miejsca do siedzenia przy ławkach.

Niewątpliwą zaletą obu kempingów, i w ogóle w kraju, było niezahasłowane wifi. Otwarte sieci były dość częste np. na stacjach benzynowych.

Ceny w Czechach bywają zależne od sezonu. Taki przytulny kemping w Sloupie kosztuje według cennika 50 koron za noc za osobę (czyli niecałe 10 zł!) i dodatkowo 30 koron za mały namiot a okropny ATC Merkur od 60 do 120 koron za namiot (10 – 20 zł), w zależności od sezonu. Plus podatek turystyczny i prysznic (każde po 10 koron).

Poszperawszy trochę w Internecie mogę w podsumowaniu powiedzieć, że w przypadku czeskich kempingów kuchnia występuje prawie zawsze, a cena za osobę to przeważnie około 60 koron. Do tego może dojść 10 – 15 koron za podatek i za prysznic. 

Austria

Chyba każdemu Austria kojarzy się z porządkiem i czystością. Nie bez powodu, bo austriackie kempingi, na których mieliśmy okazję spać były wyjątkowo zadbane. Łazienki były zawsze bardzo czyste czasem też bardzo gustowne i nowoczesne. Kuchnie nie są standardem, ale są dość częste.

Uroczy teren jednego z campingów.

Na austriackich campingach obowiązywały jednak czasem reguły, inne niż „standardowo”, których należało przestrzegać. Np. jeśli na danym terenie był też prywatny dom, to mogło się zdarzyć, że jakaś ławka, stolik czy część łazienki nie była do użytku dla gości. Namioty musiały być rozłożone w linii z zachowaniem odpowiedniego odstępu (co często skutkowało rozbiciem się w kiepskim miejscu, ale za to był porządek a nie wkurzający chaos jak w Czechach i namiot na namiocie).

Sikamy tylko na siedząco!

Niewątpliwą zaletą większości kempingów austriackich są też przepiękne widoki. Na przykład z widokiem na lodowiec Dachstein (kemping w Altaussee).

Altaussee camping

Ceny kempingów wahały się od 16 euro (za dwie osoby) aż do 36 euro za noc za dwie osoby. Czasem prysznic dodatkowo płatny (przeważnie 0,50 centów za osobę).

Pomimo czasem wysokich cen biwakowanie w Austrii bywa nie tylko koniecznością, ale też przyjemnością.

Chorwacja

Chorwackie noclegi, ze względu na złą pogodę, jaka nas prześladowała w tym kraju, spędziliśmy w większości na kwaterach.
=

Camping hobbiton w Chorwacji.
Fajne miejsce, ładna pogoda, szkoda, że było nieczynne.

Kwatery były o różnym standardzie, ale żadnej niczego nie brakowało. Umilały nam więc nasze przykre przygody z chorwackim deszczem i wiatrem. No, może poza jedną. W pobliżu Plitwickich Jezior. Mieliśmy pokój w domu dość dużej rodziny. W pokoju jednak było tylko wielkie łóżko i szafa. Nie było stołu przy którym można usiąść, ani miejsca, żeby przejść. Kuchnia była piętro niżej, więc nawet przejście z herbatą czy jedzeniem było dość kłopotliwe, a lodówka była w aneksie kuchennym gospodarzy, który był częścią salonu, w którym to spał gospodarz 😀 więc było niekomfortowo bardzo.

Niestety nie ma zdjęcia kwatery.
Są za to Jeziora Plitwickie, dużo ładniejsze 😉

Nocleg pod dachem w Chorwacji to wydatek minimum około 25/40 euro za dwie osoby. Oczywiście ceny zależą od różnych czynników, nam się udawało takie okazje wynajdywać na bieżąco dzięki Bookingowi 🙂

Serbia

W Serbii byliśmy wcześniej w 2011 roku i teraz, w 2018. Poprzednia podróż, gdzie zahaczyliśmy o Serbię, wracając z Rumunii (deltą Dunaju), była bardzo budżetowa, skupiała się tylko na kempingach. W Serbii przypadły nam dwa noclegi pod namiotem i oba były niezbyt udane.  Spaliśmy w Veliko Gradište  (Auto Camp) i Belgradzie (Camp Dunav ). Veliko był wyjątkowo zaniedbany, pełen porozrzucanych, starych, zniszczonych karawanów. Zaplecze kuchenne (i pewnie sanitariat też, ale nie pamiętam) bardzo zapuszczone. Wisiało nawet coś, co wyglądało na olbrzymi kokon :O Aczkolwiek nas ulokowano w części namiotowej (tańszej więc gorszej). Była też część karawanowa i z domkami, tam wyglądało to lepiej, na zdjęciach w Internecie prezentuje się nawet świetnie

Na belgradzkim campingu zaś właściciel nie chciał pozwolić nam rozbić namiotu, bo niby nie było miejsca, tylko, że było 😉 Zmusił nas do wzięcia chatki, ale był w niej taki upał i taki rój komarów, że w nocy rozbiliśmy namiot przed domkiem.

Camping Dunav, źródło:
http://www.campdunav.com

Podczas rocznej wyprawy w Serbii przypadły nam dwa noclegi i oba pod dachem. Było bardzo zimno, więc o namiocie i tak nie było mowy. Jedno z miejsc to było mieszkanko, bardzo przyjemne, chociaż dość skromne. Drugi zaś był hotel w Raszce, o raczej niższym standardzie. Ale łóżka i biurko było, ciepła woda w prysznicu też 😀

Koszty spania w Serbii to około 5 euro za osobę na kempingu i 10 /20 euro za kwaterę lub domek.

Kosowo

W Kosowie również byliśmy drugi raz. Za pierwszym, w 2012 roku. Częściowo nocowaliśmy „na dziko” w namiocie, częściowo pod dachem . Raz był to hotelik o standardzie raczej niskim ale znowu – łóżko, biurko, czysta łazienka, niczego nie można było mu zarzucić, raz mieszkanie w Prisztinie – bardzo przyjemne. I każda z tych „dachowych” lokalizacji miała wspaniałą zaletę – była blisko barów szybkiej obsługi. A te miejsca są najlepsze na świecie właśnie w Kosowie 🙂

Ceny noclegów wynosiły nas mniej więcej 10/30 euro za noc.

Noclegów z Kosowa znów nie ma,
zobaczcie więc jak wygląda Prisztina

Macedonia

Macedońskie kwatery są w porządku i można spokojnie w ten sposób planować noclegi. Może się zdarzyć, że woda będzie musiała być nagrzana wcześniej w bojlerze, albo, że nie będzie klimatyzacji (przy upalnym macedońskim lecie to ma znaczenie). Ale standard europejski, choć czasem bardziej skromny lub właśnie będzie więcej przepychu.

Kempingi raczej nie są wyposażone w kuchnie, łazienki najlepsze lata mają przeważnie za sobą. Nad jeziorem Ochrydzkim Camping Gradiste cieszy się opinią najczystszego (co nie znaczy, że czystego). My też tam nocowaliśmy i bardzo nam dopiekła imprezująca „przez ścianę namiotu” młodzież.

Trzeba też się przygotować na to, że standard czystości na Bałkanach jest trochę inny niż w Europie.  Często jest po prostu brudno (przepełnione śmietniki, stare, zaniedbane przyczepy kampingowe czy śmieci na trawie, nie mówiąc już strasznym brudzie pod sanitariatami).

W przypadku campingów nad jeziorem Ochrydzkim bardzo ważne jest, aby stosować się do zasady „Najpierw sprawdź łazienkę!”. Zresztą jest to złota zasada w każdym kraju (poza Austrią :P)

Ceny kempingów w Macedonii wahają się w okolicach 10/20 euro. Za mniej więcej 20 euro (a nawet i mniej! Zależy od miejsca i terminu) można też znaleźć nocleg pod dachem. Czasem nie warto oszczędzać kilku euro i dostać brud oraz hałaśliwych sąsiadów, zamiast komfortu jaki daje pokój czy mieszkanie, nawet skromnie urządzone.

Jezioro Ochrydzkie

Albania

Kampingów w Albanii należy szukać tylko w miejscach turystycznych (czyli nad morzem). Ich cena to mniej więcej 10/15 euro (namiot + auto + 2 osoby). Sanitariaty stare, raz czyste raz nie. W tych lepszych miejscach są nawet kuchnie.

Co istotne wifi na kempingach i na kwaterach jest i to bezpłatne (ale działa różnie).

My jednak w Albanii znowu sypialiśmy tylko pod dachami. Ceny były zbliżone do tych kempingowych (od 10 euro (w Sarandzie!) do 23 euro w jakimś hotelu), więc korzystaliśmy z uroków pokojów i mieszkań. Bardzo pozytywnie to wspominam (w Sarandzie widok z tarasu na morze i Korfu oraz wielkie drzewko pomarańczowe 🙂 ). Trzeba mieć jednak na uwadze, że w Albanii zdarzają się przerwy w dostawie prądu i wody (spotkało nas to we Vlorze). Przerwy mogą być całodzienne, więc warto się dowiedzieć zawczasu lub być przygotowanym – podczas kilkudniowego pobytu we Vlorze mieliśmy kilka baniaków z wodą; napełnialiśmy je codziennie rano.

Trzy widoki z okien z naszych albańskich noclegów.

Grecja

Greckie kempingi mają bardzo różne standardy. Bywają proste pola namiotowe, gaje oliwne z suchą ziemią jak i ładnie utrzymane miejsca. Na każdym z nich często jednak możemy znaleźć przynajmniej lodówkę, czasem basen 😉

Namiot, basen, morze na kempingu w grecji
Czasem basen, czasem morze, czasem przytulny kącik na namiot

Grecja jest znacznie bardziej świadoma swoich walorów turystycznych i oczekiwań turystów, niż kraje byłej Jugosławii, dlatego standard kempingów jest przeważnie wyższy, czasem nawet bardzo wysoki.

W większości miejsc jest też możliwość wynajęcia małego, wygodnego domku. Przeważnie wyposażonego we własną kuchnię i łazienkę.

Ceny są oczywiście bardzo różne i zależne od sezonu. Więc cena za osobę na tym samym kempingu może wynieść 10, wiosną, albo nawet 15 euro latem (np. Santorini). W przypadku domku ceny są często nieznacznie wyższe niż za namiot (o około 5 – 10 euro), dlatego często wybieraliśmy taką formę nocowania.

Dla kociarzy dodatkowym atutem nocowania na kempingach w Grecji mogą być wszędobylskie koty 😉

Kilkoro z naszych kocich przyjaciół .

W przypadku greckich wysp – tu należy się przygotować, że w prysznicu otrzymacie słoną wodę.

Co do  kwater, możecie znaleźć fajny nocleg przeważnie już za 20 kilka euro, ale raczej 50 będzie standardem.

Uroki Grecji (Meteory, Zakhyntos, Kefalonia, Kreta)

Kolejne kraje w następnych wpisach! 🙂
Natalia

Reklamy

10 polskich dań, o których myślisz, że nie są z Polski…

… i masz rację!

A tak naprawdę to dzisiaj zapraszam na kolejną smakowitą wycieczkę po świecie. Kulinaria są nieodłączną częścią każdej podróży, a przy okazji są też wdzięcznym tematem do pisania.

Dzisiaj post o 10  potrawach, które według swoich nazw pochodzą z różnych części świata, ale królują na polskich stołach. Czy rzeczywiście pochodzą stamtąd, skąd myślimy, że pochodzą?

Uwaga, nie czytać na głodniaka! 🙂

1.Spaghetti bolognese. Przede wszystkim prawdziwa nazwa tego dania to Tagliatelle al ragù. Pochodzi rzeczywiście z Bolonii  i składa się z makaronu (tradycyjnie powinny być to tagiatelle, czyli długie wstążki) oraz długo gotowanego sosu mięsno – warzywnego. Włosi mieszają różne rodzaje mięsa (mortadela, boczek, kiełbasy itd.) oraz wrzucają warzywa, które znajdują się pod ręką. Co ciekawe we włoskim przepisie nie ma zbyt wielu pomidorów.

Spaghetti bolognese
Źródło: pixabay.com/RitaE 

2. Ryba po grecku. Chyba każdy wie, że to smażona ryba zapieczona lub przykryta sosem warzywnym z marchewką i pomidorami, podawana na zimno. W Grecji jednak nie ma takiego dania. Można zaś spotkać grillowaną lub pieczoną rybę w towarzystwie warzyw, podawaną z sosem, którego składnikami są pomidory, cebula, czosnek, marchewka i białe wino. Sos robiony jest osobno i polewa się nim gotową już, upieczoną, rybę.

Ostatecznie więc te dwa dania mogą się jednak ze sobą kojarzyć. Zatem nasza polska ryba po grecku to potrawa, której pochodzenia jednak można upatrywać na południu Europy, a przynajmniej samej jej idei 😉

Prawdziwa ryba po grecku.
Źródło: https://www.nytimes.com

3.Barszcz ukraiński. Ta zupa o rubinowym kolorze rzeczywiście ma swój rodowód na Ukrainie.  Z tym, że nasi sąsiedzi przyrządzają barszcz głównie z ziemniaków i kapusty (no i buraczków), zaś w Polsce w zupie spotykamy raczej fasolę z burakami. Często dodajemy też śmietanę, czego Ukraińcy nie robią. Wolą sos czosnkowy, co też brzmi dobrze 🙂

Barszczyk
Źródło: pixabay.com/_Artemis

4. Pierogi ruskie. To tak naprawdę typowo polskie danie. Jego nazwa pochodzi od terenów, z których się wywodzą czyli z Rusi Czerwonej. Ruś Czerwona zaś była częścią południowo – wschodniej Polski (i północno – zachodniej Ukrainy), czyli Kresami Wschodnimi.

Pierożki
Źródło: pixabay.com/pasja1000

5.Sałatka ruska lub częściej – jarzynowa. Kto nie lubi połączenia ziemniaków, jajka, groszku z dodatkiem ogórków, tuńczyka albo szynki z majonezem? Obowiązkowa na polskim stole, zwłaszcza w Wielkanoc, ale spotkać ją można także w innych krajach. Na Bałkanach raczej jako sałatkę francuską, ale w większości przypadków nazywana jest właśnie ruską. Co ciekawe w samej Rosji nazywa się ją sałatką Oliviera, od francuskiego szefa kuchni, który stworzył takie danie na potrzeby swojej restauracji w Moskwie. I co, wiedzieliście, że nasza tradycyjna, polska, jarzynowa sałatka jest Rosjanką? 😉

Sałatka jarzynowa
Źródło: pixabay.com/perovict

6.Angielka,  (to po łódzku) bułka wrocławska, bułka paryska czy po prostu bułka francuska. Ten podłużny chlebek w każdym miejscu Polski ma trochę inną nazwę. Wszędzie jednak przypomina bagietkę. Nazywanie go bułką francuską albo paryską ma więc sens, niestety nie dotarłam do informacji o pochodzeniu pozostałych nazw (zwłaszcza dlaczego angielka?), a szkoda!

7.Fasolka po bretońsku. Chyba każdy wie, że fasolka po bretońsku nawet koło Bretanii nie rosła. Poszukując etymologii nazwy tej potrawy spotkałam się z takim wyjaśnieniem: fasolka po bretońsku ma swoje korzenie w Ameryce, skąd w puszkach trafiła na Wyspy Brytyjskie. Nie wiadomo kiedy i jak przedostała się do Polski, ale jak to z takimi wędrówkami bywa, z upływem czasu nazwa „fasolka po britońsku”; bo mieszkańców Wysp nazywano Britonami, zmieniła się w fasolkę bretońską.

Początkowo w Polsce sprzedawano ją jako zamorski rarytas. Z czasem jednak o prawdziwej nazwie zapomniano, ale potrawa pozostała. W oryginale angielskie danie to pieczona fasola.

Co ciekawe we Francji istnieje pewne fasolowe danie, które nazywa się: cocos de Paimpol à la bretonne. Jest to duszona fasola rosnąca w okolicach miasta Paimpol. Przygotowuje się ją z sosem pomidorowym z dodatkiem boczku lub kiełbasy wieprzowej, doprawiona tradycyjnie majerankiem. Brzmi znajomo? Czyli może jednak nasza fasolka po bretońsku pochodzi z Bretanii.

Fasolka po bretońsku
Źródło: https://www.doradcasmaku.pl

8. Sałatka szwedzka. Czyli sałatka ogórkowa. Nie znalazłam o niej niczego ciekawego, poza wskazówką, że w Szwecji nic o niej nie wiedzą. Nawet nie ma takiego dania na szwedzkich stronach. Do Szwecji importuje ją polska firma Felix. Co ciekawe ogórek prawdopodobnie pochodzi z  Indii a w Europie rozprzestrzenił się z Bałkanów. Zatem skąd kraj skandynawski  w nazwie naszej ogórkowej sałatki? To pozostanie chyba tajemnicą kulinarną 😉

Ogórki
Źródło: /pixabay.com/congerdesign

9. Placek węgierski. Wszyscy słyszeliśmy, że to nie jest potrawa z Węgier. A jednak ma coś wspólnego z tym krajem.

Placka po węgiersku wymyślił Węgier, szef węgierskiej restauracji Balaton z Krakowa. Danie miało być symbolem polsko – węgierskiej przyjaźni. Stąd polski, ziemniaczany placek, skąpany w mięsnym, paprykowym sosie – typowym dla kuchni węgierskiej.

Wypasiony placek po węgiersku
Źródło: http://www.winiary.pl

10.Sernik po wiedeńsku. A na deser coś słodkiego. Najciekawsze jest to, że podobno sernik pochodzi ze starożytnej Grecji, gdzie podpatrzyli go Rzymianie i rozpowszechnili po reszcie Europy. Różne źródła mówią, że to, co znamy pod nazwą sernika wiedeńskiego, prawdopodobnie zawdzięczamy Janowi III Sobieskiemu (podobno przywiózł przepis wracając z odsieczy wiedeńskiej – jak to można połączyć przyjemne z pożytecznym). Polacy trochę go zmodyfikowali, dodając „polewę w kratkę”. W samej zaś Austrii dostaniemy jednak ten smakołyk pod nazwą Topfenkuchen, którego składnikiem jest drobno mielony ser biały, utrarty na mleczną masę. Ale podobno nie dorastają do pięt polskim serniczkom 🙂  

Serniczek ale raczej nie po wiedeńsku
Żródło: pixabay.com/ponce_photography

To co, które danie zjecie najpierw?

Natalia

P.s Zobacz też 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży

Źródła:
http://www.piattobianco.pl/troche-o-spaghetti-bolognese/

http://myslowianki.pl/czym-ryba-grecku-pochodzenie-skladniki-przeznaczenie/

https://blog.bluesky.pl/ryba-po-grecku-barszcz-ukrainski-pierogi-ruskie-czy-naprawde-pochodza-stad-skad-sugeruje-nazwa/

https://understandrussia.com/russian-salad/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bu%C5%82ka_paryska

http://esensjonalni.blogspot.com/2015/09/coco-de-paimpol-la-bretonne-fasolka-po.html

http://www.sppiopo.pl/Ogorek-warzywo-z-dluga-historia

http://zajadamy.blox.pl/2008/06/Sernik-Po-Wiedensku.html

http://www.komplet.pl/artykuly/serniki-czy-aby-na-pewno-polskie/

Najlepsze jedzenie w Europie

Czyli subiektywny przewodnik po produktach do jedzenia, które nam najbardziej smakowały w całej Europie, i za którymi tęsknimy.

Jako bonus znajdziecie też kilka takich, które nam zapadły głęboko w pamięć, choć z innych przyczyn 😉

Zanim jednak przystąpicie do zapoznania się z tą kulinarną ściągą, zerknijcie na wpis o 20 najlepszych daniach, jakie jedliśmy w czasie naszej bałkańsko – włoskiej części rocznej wyprawy.

Źródło: https://pixabay.com, Autor: Lisy_

Czechy
Oczywiście w kraju naszych sąsiadów znajdziemy smaczną zupę czosnkową, smażony ser czy piwo (chociaż my nie jesteśmy koneserami tego trunku, piwo to piwo 😉 ).

Ale nam przede wszystkim przypadła do gustu Kofola. Pamiętam, że mój pierwszy łyk tego napoju wywołał skrzywienie (a było to jeszcze przed wyprawą). Ale kolejne próby degustacji sprawiły, że Kofolę wspominam bardzo dobrze i chętnie sięgnę po ten smak znowu.

Dla tych co nie wiedzą: oryginalna Kofola to jakby czeska Cola ale z dodatkiem mieszanki ziół i anyżku. Ciężko powiedzieć co tak naprawdę kryje się pod nazwą „syrop Kofo”, bo receptura jest oczywiście tajna, ale te smaki można wyczuć.

Austria

W Austrii nasze serca skradło czekoladowe ciasto z Penny Market. Właściwie nie miało nazwy, po prostu było pysznym ciastem czekoladowym, czymś w rodzaju brownie połączonym z musem czekoladowym. Pycha!

Natomiast w przypadku picia raczyliśmy się jabłkowym Spritzem, czyli gazowanym napojem jabłkowym. Bardzo dużo soku jabłkowego i gazowana woda, bez dodatku cukru. Brzmi banalnie ale smakuje wspaniale. Aż dziwne, że taki napój nie trafił do Polski.

Przy okazji Austrii można wspomnieć też o napoju Almdudler. Według Internetów to ziołowa lemoniada i w sumie coś w tym jest. Ma ziołowy, słodki i lekko kwaskowy smak. Ale nie jest to nic powalającego. Natomiast będąc w Austrii można spróbować, bo smak jest ciekawy.

Słowenia, Chorwacja, Bośnia, Serbia

Tutejsze jedzenie nie zapadło nam mocno w pamięć. Oczywiście mamy tutaj burki (o ile są dobrze zrobione – czyli ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym), pljeskawice (czyli hamburger z mięsa wołowego, wieprzowego i baraniego) czy smaczny chleb o nazwie lepinja przypominający turecką pitę, tylko większy.

Lepinja i cepvapce…
Źródło: https://www.123rf.com

Ale za żadną z tych potraw nie tęsknimy. Tęsknimy zaś za napojem o nazwie Sensation. To gazowany i raczej mało słodzony napój w stylu wody smakowej występujący w trzech smakach. Wersja azjatycka: limonka i kiwano, europejska: kwiat dzikiego bzu (elderflower)  i limonka, amerykańska: limonka i cola. Najlepsza była wersja azjatycka. Amerykańska też była niezła, ale spotkaliśmy ją tylko raz.

Kosowo

Do Kosowa mamy sentyment nie tylko kulinarny. Kosowo się bardzo dynamicznie rozwija i zawsze można tam liczyć na życzliwość mieszkańców. A do tego walutą jest euro 😉

W Kosowie znajdziecie najsmaczniejsze cevapcici na całych Bałkanach (albo nawet i na świecie 😉 ). Sprzedawane w czymś w rodzaju barów szybkiej obsługi, które serwują świeże mięso w postaci cevapcici lub pljeskavic. Do nich możecie zamówić grillowane warzywa, ciepły chlebek w stylu pity lub frytki i oczywiście najpyszniejszą na świecie surówkę z białej kapusty. Wielokrotnie próbowaliśmy ją odtworzyć, ale nigdy nam się nie udało nawet zbliżyć do podobnego smaku.

surówka po kosowsku
Frytki, pljeskawica, surówka

Albania

Albania nas pozytywnie zaskoczyła. Poza owockami o których pisaliśmy we wpisie o tym, czy ludzie są dobrzy , które mi bardzo zasmakowały, absolutnie zakochaliśmy się w sosie fergese me gjize, który kupowaliśmy w sklepach. Wyglądał jak ajwar, ale jest od niego dużo lepszy. W składzie mamy pomidory, paprykę ale przede wszystkim ser bałkański (w rodzaju fety), w przepisie znalazłam też jogurt i masło. Nie wiem czy one tam rzeczywiście były ale ten sos jest tak pyszny, że nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie zrobiliśmy go w domu.Można go jeść na zimno i na ciepło, zapiekać w nim mięso czy np. zrobić z nim tartę.

Grecja

O Grecji już pisaliśmy wielokrotnie, np. tu: 10 powodów za które kochamy Grecję. Furorę robi prawdziwy grecki jogurt w kamionce, ciastko z Lidla z tradycyjnym greckim kremem waniliowym, zamkniętym w cieście filo ale także nie wolno zapomnieć o portokalopicie czyli pomarańczowym cieście. Pyszne, słodko kwaśne, miękkie i jędrne jednocześnie.

W Grecji warto też spróbować zimnej kawy czyli frappe, którą Grecy piją litrami. Ale musicie ją mocno posłodzić 😉

Nie zapomnijcie też zjeść gyrosa zawiniętego w pitę z frytkami. Mniam! I popijcie go koniecznie napojem Loux. Gazowany w wersji pomarańczowej – dla wielbicieli Fanty albo Mirindy (smakuje dokładnie tak jak jedno z nich, a według nas oba smakują tak samo 😉 ) albo colowej, dla wielbicieli Coca-Coli, tylko ma jakby pełniejszy smak i jest mniej słodkie. Bardzo dobre.

Grecki Gyros, niebo na talerzu
Źródło: https://www.realgreekrecipes.com

No i domowe tzatziki (do kupienia często na wagę w sklepach) oraz tarama (pasta kawiorowa, ale w cenie dużo, dużo niższej niż kawior). O Grecji można pisać i pisać… 🙂

Włochy

O włoskim jedzeniu można by stworzyć osobny wpis. Generalnie jednak słoneczna Italia jest królestwem serów. Będąc tu koniecznie spróbujcie wędzonej provoli (provola affumicata) – ser zamknięty jest w pudełku z wodą, wygląda jak przybrudzona popiołem mozarella. W smaku jednak jest zupełnie inna. Smakuje wędzonką, chociaż to biały, miękki ser, bardzo soczysty. Pyszny! Niestety do nabycia chyba tylko w sklepach Todis.


provola affumicata
Źródło: https://www.casabufala.it

Bardzo smaczna jest też burrata, ostatnio do dostania w polskim Lidlu, pojawiła się nawet w Biedronce a czasem bywa i w większym markecie. Warto ją jednak jeść wkrótce po zakupie, bo szybko się psuje (gorzknieje i szczypie w język). Buratta to taka mozarella, tylko w środku ma świeży twarożek (w formie serowych strzępków) ze śmietanką.

Innymi produktami wartymi uwagi są pesta. Nie tylko zielone i czerwone, które dostępne są w Polsce, ale wiele różnych z różnych składników. Nasze serce skradło różowe z czerwonej cykorii (radicchio), czasem z dodatkiem boczku, w zależności od wersji.

Oczywiście warto też  spróbować włoskiej pizzy, ale uwaga, żeby nie naciąć się na mrożoną! A potem wypić włoskie cappuccino. Smakuje jak deser, nie jak kawa 🙂

Włosi mają też bardzo dobry chleb, pod warunkiem, że kupimy go w piekarni, jest mocno wypieczony i posolony 😉

We Włoszech warto też skorzystać z tanich cen dobrego wina i wypić sobie lampkę czy dwie do kolacji.

A to, czego Włosi nie potrafią robić to oliwy. Jest gorzka. Dlaczego tak jest, tego nie wiemy.

włoskie sery
Burrata,
źródło: https://online.pizza4ps.com

Francja

We Francji pyszne jest wszystko. Wystarczy wejść do sklepu, żeby totalnie oszaleć na widok asortymentu i gwarantujemy Wam, większość rzeczy Was zachwyci smakiem.

Teryna czyli taki pieczony pasztet.
Żródło: https://www.olivemagazine.com

Ale to za czym szczególnie tęsknimy to francuski majonez Amora (na szczęście jeden z polskich sklepów z francuskimi towarami sprowadza go na zamówienie) i cydr Fauconnerie wytrawny (inne cydry, w tym polskie, nie umywają się do francuskich, które mają głęboki jabłkowo – wędzony smak, troszkę goryczkowy, trochę słodki).

Hiszpania

Hiszpanii zabrakło na naszej trasie, ale kiedy tam byliśmy podczas urlopu to tym, co nam wyjątkowo zasmakowało (poza kawą, która jest przepyszna!) były tapasy.

Tapasy to takie przekąski, na przykład kawałki sera (twarde sery hiszpańskie też zasługują na uwagę), kawałki hiszpańskich kiełbas, oliwki.

Ale to, co jest najlepszą częścią tego dania to papryczki. Zielone, malutkie papryczki, grillowane, polane oliwą i oprószone solą. Takie papryczki (miniaturki normalnych, słodkich papryk) czasem można dostać w większych marketach w Polsce latem.

Papryczki w prawym górnym rogu
Źródło: https://www.lealou.me

W Hiszpanii jedliśmy też bardzo smaczne słodkie ziemniaki w sosie pomidorowym, malutkie. chrupiące ośmiorniczki smażone w cieście na głębokim oleju i ośmiornicę z grilla. Ośmiornica bez szału, troszkę gumowa chociaż smaczna, ale te malutkie ośmiorniczki! Polecamy 🙂

Belgia

Belgia nie jest naszym ulubionym krajem, ale jedno trzeba im przyznać. Musy czekoladowe robią obłędne!

Holandia

W Holandii spróbowaliśmy cynamonowych bułeczek i… przepadliśmy. Po holendersku ich nazwa to kaneel (czyli cynamon). Są zrobione z ciasta francuskiego, przełożonego cynamonem. Pachną obłędnie ale smakują jeszcze lepiej. Są całe dość wilgotne, więc nie czeka się na najlepszy środek ale każdy kęs jest wilgotny i cynamonowy.

Do picia zaś w Holandii polecamy zieloną herbatę marki Spar ze sklepów sieci Spar 😉

Niemcy

W Niemczech mają równie pyszne, jak nie jeszcze lepsze niż w Holandii, bułeczki cynamonowe, które poznaliśmy pod nazwą Franzbrötchen. Chociaż niestety nie występują w całych Niemczech i tam gdzie nie występują, nikt nie zna takiej nazwy.

Poniewczasie dotarło do nas, ze być może o „Franz.” W ich nazwie była kropka, co by wskazywało na to, że nazwa oznacza po prostu… francuską bułkę. Następnym razem sprawdzimy 🙂

Bułeczki cynamonowe
Źródło: https://www.heimgourmet.com

W Niemczech znajdziecie też leberwurst, czyli coś w rodzaju pasztetowej, ale dużo smaczniejsze, zwłaszcza w wersji wędzonej, grubo mielonej (grob) i z większymi kawałkami wątróbki.

U naszych sąsiadów znajdziecie też w sklepach smaczny, buraczkowy humus.

Do popicia w Niemczech polecamy Apfelschorle, ten sam rodzaj napoju jabłkowego co w Austrii albo MezzoMix, czyli mix coli z pomarańczą. Bardzo udany smak!

A na deser czekoladowy pudding  z polewą waniliową firmy Muller.

Apfelschorle
Źródło: https://www.loewensteiner.de

Dania

W Danii o dziwo jest coś dobrego. Konkretnie wątróbkowy pasztet leverpostej. Nie dość, że w szokująco przystępnej cenie (razy ok. 7 DKK za pół kilo!), to jeszcze bardzo smaczny.

Szwecja

Obalamy mit szwedzkich bułeczek cynamonowych. Są dużo słabsze niż niemieckie czy holenderskie. Za to bardzo ciekawy smak mają bułeczki z kardamonem.

Generalnie słodycze w Szwecji (te bez lukrecji) są bardzo dobre. Jedno z najlepszych ciast czekoladowych (brownie) jedliśmy właśnie tam.

szwecja jedzenie
Szwedzkie cukierki, smakołyki i bułeczki

Szwedzi szaleją też za jogurtami smakowymi i sprzedają je tylko w litrowych kartonach. Warto sięgnąć po kilka smaków, bo są naprawdę smaczne, zwłaszcza wersja z marakują.

Szwedzi mają też dużo past kawiorowych, takich w tubce. Nie są zbyt drogie a do tego smaczne. Polecamy taką z serem 😉

W Szwecji też znajdziecie ser o smaku koperkowym. Interesujący  i smaczny (ale nie na tyle, żebyśmy za nim tęsknili).

Fani niesłodkich napojów będą w Szwecji w raju, bo tam woda z sokiem to rzeczywiście woda z sokiem. Bez cukru, bez słodzików, z ledwo wyczuwalnym posmakiem danego owocu. Fajna odmiana po tych wszystkich słodkich napojach.

Natomiast tym, co wolą „gazowańce” polecamy Trocadero. Napój sprzedawany w 1,5 litrowych butelkach z dodatkiem kofeiny. Taki łagodny energetyk i smakuje też jak energetyk. Jeśli ktoś lubi ten smak, to Trocadero mu przypadnie do gustu.

Norwegia

No i Norwegia, która słynie z pięknych widoków i kiepskiej kuchni.

Jednak znalazło się i w tym kraju coś, co byśmy chętnie od czasu do czasu zjedli w Polsce. Przede wszystkim jest to flintstek, czyli stek z szynki w specjalnej marynacie z przyprawami, który trzeba tylko wrzucić na patelnię. Jakież to jest pyszne!

Kto by przypuszczał, że w Norwegii takie dobre rzeczy.
Źródło: https://www.matprat.no

W Norwegii smaczne są też fiskekakery czyli kulki rybne, wyglądające trochę jak kluski. Zresztą jest to rodzaj klusek rybnych. Można je podać z sosem albo czerwoną kapustą.

Smaczna jest też potrawa o odkrywczej nazwie bacalao czyli po prostu dorsz 😉 Mamy tutaj kawałki ryby w pomidorowym sosie z cebulką, papryką i jeszcze jakimiś warzywami. Bardzo dobre, chociaż bardzo drogie (jak prawie wszystko w Norwegii).

Tanie zaś są tortille marki First Price, które smarowaliśmy czekoladowym smarowidłem w stylu Nutelli, skrapialiśmy dżemem truskawkowym i voila! Deserek w trasie jak się patrzy.

ryby w norwegii
Fiskekakery, podsmażone, gotowe do jedzenia

Nie może zabraknąć jednak norweskiego sera brunost. O specyficznym karmelowo – słonym smaku, który je się na słodko. Z cynamonowym chrupkim pieczywem, na gofrach, z dżemem. Nie tęsknimy za nim, ale nie spróbować go, będąc w Norwegii to zbrodnia 😛 zwłaszcza, że jest cholernik niezniszczalny, woził się z nami ze dwa – trzy tygodnie w sakwach i ani śladu zepsucia.

Więcej o tym, co jeść w Norwegii przeczytacie we wpisie poświęconym kulinarnym przygodom w tym kraju.

No i co, zgłodnieliście? 😉

Dajcie znać co dobrego, albo niedobrego jedliście za granicą B-)

Natalia

Przygody! Czyli 6 zdarzeń, które nam się przytrafiły podczas podróży

Dzisiaj trochę wspominków…
Podróże na własną rękę mają to do siebie, że nie sposób wszystkiego przewidzieć i czasem nawet podczas najlepiej zaplanowanego wyjazdu zdarza się przygoda.

Ja się przygód wolę wystrzegać, bo zawsze wiążą się ze stresem i niewiadomą, ale M. uwielbia takie sytuacje.

Oto 6 spośród wielu zdarzeń, które nam się przydarzyły w trakcie naszych rowerowych podróży 🙂

1.Zniszczony most w Hercegowinie

Kilka lat temu, przemierzając Bałkany na rowerach, znaleźliśmy na mapie skrót, który pozwoliłby nam nie tylko skrócić trasę ale i pominąć zjazd i późniejszy podjazd.

Zapędziliśmy się więc w drogę, trochę zarośniętą, ale wciąż widoczną i wkrótce naszym oczom ukazał się… dawny most drogowy. Pozostały z niego głównie metalowe elementy, dźwigary i mocowanie podkładów. Podłoga, którą tworzyły deski, była pełna dziur, wybrakowana, drewno było spróchniałe. Na sam widok mostu człowiek miał ochotę zrobić w tył zwrot, a co dopiero mówić o przeprawie przez niego.


Na zdjęciu nie wygląda tak strasznie…

Jednak przeszliśmy. Powolutku, pojedynczo, każda sakwa i rower po kolei, boczkiem (trzeba powiedzieć, że M. wszystko dzielnie przenosił, ja tylko mu podawałam rzeczy i drżałam ze strachu 😉 ).

Nisko pod nami pędziła przepięknie błękitna rzeka Drina. Ale wpaść do niej z wysokości kilkunastu metrów chyba nie byłoby dobrym pomysłem… nigdy wcześniej ani nigdy później nie trzęsły mi się tak nogi, jak wtedy, gdy przechodziłam po tym moście.


Rzeka Drina, ale w innym miejscu

Statystyka. Ofiary w ludziach: brak; straty w sprzęcie: moja przednia lampka (M. zahaczył o dźwigar przenosząc rower i lampka spadła do rzeki), od tej pory lampki zawsze mamy zabezpieczone sznurkiem.

2.Niemiecka życzliwość

O tym zdarzeniu już pisaliśmy na naszym blogu (wpis: 10 rzeczy, które Was zaskoczą w Niemczech). Gdzieś w niemieckim miasteczku, takim raczej pokroju wsi, opona M. odmówiła posłuszeństwa. Przetarła się do dętki, wybrzuszyła i dętka pękła. Opona nie nadawała się do niczego, więc nie wiedzieliśmy co robić. Zapasowej nie mieliśmy.

Zdeformowana opona, która zaraz pęknie z hukiem

 Chcieliśmy kupić oponę z jednego z okolicznych (na oko rzadko używanych) rowerów, ale w domach nikt się nie przyznawał sprzętu, który stał na podwórku.

Z pomocą przyszedł nam jednak Christian, do którego M. zapukał właśnie z pytaniem, czy upatrzony rower jest jego. Rower nie był jego, ale Christian zaproponował podwózkę samochodem do sklepu rowerowego, gdzie mogliśmy kupić oponę, a potem w garażu naszego nowego kolegi ją zmienić, umyć ręce, skorzystać z toalety i jeszcze dostaliśmy po zimnym Red Bullu. Super przygoda, super człowiek 🙂

3. Zawalone drogi.

Nie raz musieliśmy przenosić rowery przez kamienie czy zapory, bo droga nie nadawała się do użytku np. z powodu zniszczeń albo okazywała się terenowym szlakiem. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce w Norwegii. 

Ścieżka, którą jechaliśmy była oznaczona jako uszkodzona i według znaków nie można było nią jechać. Tylko, że alternatywą była zwykła droga samochodowa z tunelami, w których był zakaz jazdy rowerem, na dodatek prowadząca tymi tunelami pod górę. Nie chcieliśmy w ten sposób jechać i zaryzykowaliśmy ścieżkę.

Okazało się, że jakiś czas temu przeszła tamtędy lawina kamieni i uszkodziła drogę. Przejechać by się rzeczywiście nie dało, wielkie głazy leżały w poprzek drogi, a asfalt przecinały szczeliny. Przenieśliśmy więc rowery i sakwy po kamieniach i ruszyliśmy dalej 🙂

Po przeniesieniu rzeczy przez głazy

4. Nielegalne przekraczanie granicy

Innym przykładem tego typu było przejście z Czarnogóry do Kosowa. Nasza droga wiodła przez przełęcz Czakor i dopiero w pobliżu miasteczka, u jej podnóży, naszym oczom ukazały się znaki, że przejścia nie ma. Pytaliśmy więc mieszkańców o co chodzi? I czy rowerem przejedziemy. Stwierdzili, że raczej tak.

Ruszyliśmy więc na górę, trochę zestresowani, bo co będzie, jak na szczycie straż graniczna każe nam zawracać (a szczyt był na ponad 2000 m.n.p.m. – dla porównania – prawie 200 metrów wyżej niż Giewont)? Albo nas złapią już w Kosowie? A jak nas wsadzą do więzienia… albo wlepią gigantyczny mandat? Myśli w takiej sytuacji człowiek ma różne.

Do tego wszystkiego pogoda się popsuła, przyszła burza i zaczął padać deszcz.

Dojechaliśmy jednak na szczyt, na którym nikogo nie było i zjechaliśmy spory kawałek, aż dotarliśmy do Kosowskiej granicy.

Biorąc pod uwagę, jak daleko było z powrotem na przełęcz a potem objazdem przez „pół Czarnogóry”, odwrotu nie było.

Czakor – szczyt

Okazało się, że granicę wyznaczały kamienne zapory przeciwczołgowe (!). Droga przeszła w żwir, a później znowu w asfalt i prowadziła przez kanion, pod pięknymi nawisami skalnymi, najpiękniejszymi jakie widzieliśmy do czasu Norwegii. Nikt nas nie niepokoił.

Tylko na wyjeździe z Kosowa trochę się dziwili, że nie mamy pieczątek wjazdowych, ale na szczęście nie wzięli nas na szczegółowe przesłuchanie (powiedzieliśmy, że przekraczaliśmy granicę w innym miejscu i nawet nie zwróciliśmy uwagi, że nam nie wbili wizy).
Pogranicznik chyba nawet dzwonił do tej wskazanej przez nas miejscowości, ale wydaje mi się, że nikt nie odebrał. W każdym razie puścili nas bez utrudniania. Ale co się stresowaliśmy, to nasze 😉

U góry granica Czarnogórsko-kosowska, u dołu Kosowo i pomnik UCzK

5.Gościnność na Krecie.

Miejsce, w którym przyszło nam nocować pewnego razu na Krecie było czymś w rodzaju kwater. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że właściciel pierwsze co zrobił, to zaciągnął nas do stołu częstując grecką wódką – ouzo.

I nie chciał nas puścić, póki nie wypijemy z nim odpowiedniej ilości toastów. Nie był przy tym zbyt radosny i uśmiechnięty. Raczej dość ponury, a jego mieszkanie było pełne tradycyjnych przedmiotów. Na ścianie wisiał grecki strój, strzelby, wisiały rodzinne (?) portrety poważnych ludzi w greckich strojach,  a portret samego gospodarza wisiał pośrodku ściany, pomiędzy strzelbami.

Zdjęcia z ukrycia

Mężczyzna po angielsku mówił o tym, jaka Kreta jest piękna, a raki (raki to nazwa turecka, którą podał nam tylko dlatego, byśmy wiedzieli, o co chodzi, sam Turków bardzo nie lubił) to najlepszy alkohol na świecie. Facet był starszawy, z brodą. Jego wygląd i zachowanie sprawiały wrażenie, jakby był greckim mafioso albo seryjnym mordercą, który przyjdzie do nas nocą 😀 ale nie przyszedł, a po kilku kieliszkach puścił nas wreszcie do pokoju.
Spotkanie jednak pozostawiło w nas nie lada konsternację. 😉

Odludne okolice naszej kreteńskiej miejscówki

6. Pieskie życie

Na koniec łamiące serce zdarzenie z Serbii. W przełomie Dunaju, wśród pięknych widoków i w miejscu totalnie odludnym spotkaliśmy samotnego pieska rasy Labrador. W krajach bałkańskich roi się od bezpańskich psów, ale ten był bardzo zadbany, nie wychudzony i młody, miał na oko kilka miesięcy. Bardzo się do nas łasił, mimo to, że nawet (początkowo) nie oferowaliśmy mu jedzenia. Wyglądał tak, jakby dopiero co (lub może poprzedniego dnia) ktoś go na tym odludziu porzucił. Serca nam się krajały, ale nie mięliśmy możliwości zabrać go ze sobą, jadąc rowerami i mając kilka granic do przekroczenia, więc po nakarmieniu haniebnie mu zwialiśmy 😦

Mamy nadzieję, że ktoś go jednak przygarnął i znalazł swoje miejsce w Serbii… Jeśli będziecie na Bałkanach rzućcie czasem takiemu pieskowi nawet kawałek chleba. To może być jego jedyny posiłek tego dnia…

Nie mamy zdjęcia pieska więc na pocieszenie okolice przełomu Dunaju, Zamek Golubac

Te sześć historii, to oczywiście tylko ułamek tego, co nas spotkało. Po takich przygodach zawsze zostają fajne wspomnienia, ale w trakcie, kiedy taka sytuacja ma miejsce, często nie jest to nic przyjemnego.
Potem jednak jest co opowiadać 🙂

Natalia i Mikołaj

Santorini informacje praktyczne

santorini co trzeba wiedzieć

Wczasy na Santorini, królowej Cyklad, marzą się pewnie niejednej osobie. Co jednak należy wiedzieć, wybierając się na tę grecką wyspę?  I czy naprawdę jest to raj na ziemi, jak może nam się wydawać z bajecznych zdjęć?

Jak dotrzeć na Santorini?

Żeby dostać się na wyspę możemy albo wsiąść w samolot, wykupując wycieczkę w biurze podróży, bądź samodzielnie zakupić bilet; wtedy albo uda nam się złapać wolne miejsce w czarterze bezpośrednio lecącym na wyspę, albo będziemy musieli przesiąść się w Atenach. Bezpośrednio z Warszawy leci się około 2,5 godziny.

Można też z Aten (port Pireus) lub z Krety przypłynąć promem.

Rejs z lądu trwa 7 godzin w cenach od 150 zł do 300 zł za osobę, zależy od terminu i przewoźnika, no i rodzaju miejsca lub 1,45 godziny. Z Heraklionu zaś zapłacimy jednak około 200 – 300 złotych za osobę.

santorini samolotem
Na Santorini możemy dolecieć lub przypłynąć

Zakwaterowanie na Santorini

Jeśli chodzi o samodzielną wyprawę na tę wyspę to wyniesie nas ona zdecydowanie drożej, niż jeśli wybierzemy wyjazd z biurem podróży. To chyba jedno z niewielu takich miejsc, które nie opłacają się na własną rękę.

Za około 2000 złotych za osobę (a nierzadko i mniej) możecie mieć lot z zakwaterowaniem w hotelu na tydzień. Hotele często oferują basen albo są położone blisko morza.

Jeśli jedziemy na własną rękę, musimy się liczyć z tym, że sam lot może kosztować około 1000 zł w jedną stronę za osobę. Natomiast za  najtańszy dwuosobowy pokój zapłacimy około 100 euro za noc.

santorini gdzie mieszkać
Santorini zakwaterowanie

Gdzie mieszkać na Santorini?

Najsłynniejszym miasteczkiem na Santorini jest Oia. Nocleg tam potrafi kosztować nawet kilkaset euro dla dwóch osób. Dotyczy to zresztą wszystkich pensjonatów po tej stronie wyspy.

Jeśli chcecie płacić trochę mniej, wybierzcie miejscowości oddalone od słynnych białych miast. Vlychada, Perissa czy Kamari są zdecydowanie tańsze. Nie tylko pod względem noclegów ale i cen w restauracjach, sklepach czy cen pamiątek. (Z lotniska bez problemu dojedziecie tam taksówką za około 30 euro lub autobusem za 2,80 euro).

Jeśli interesuje Was pobyt na kempingu to jest tylko jeden, w Firze, ale ceny noclegów na nim też wynoszą około 100 euro za dwie osoby. Standard jest raczej wysoki (tak wynika z opisu), chociaż według opinii na Google komfort średni (kemping jest na Bookingu, możecie podejrzeć, nazywa się… Santorini Camping)

Warto też zwrócić uwagę na położenie noclegu. Południowa i wschodnia część wyspy są płaskie, łatwo Wam będzie wybrać się z domu nad morze, natomiast część północna i środkowa (Fira, Oia) są górzyste a zabudowania umieszczone są na klifach. Do plaży będzie bardzo daleko (150 metrów w dół i jeszcze jakiś kawałek do plaży).

santorini teren.jpg
Może być płasko i taniej, albo pięknie i drogo

Transport na Santorini

Santorini jest małą wyspą ale górzystą, dlatego, jeśli chcemy coś zobaczyć raczej musimy się liczyć z tym, że będzie trzeba skorzystać z jakiegoś środka transportu.

Autobusy – jest ich bardzo dużo na wyspie, jeżdżą często, a przystanki są dobrze oznaczone. Na prawie każdym znajdziemy też rozkład jazdy i co ciekawe, autobusy raczej jeżdżą zgodnie z nim. Sam tabor jest nowy, klimatyzowany i często autobusy wyglądają jak piętrowe wycieczkowce i początkowo możemy je zignorować, bo nie tego się spodziewamy 😉 Ale zawsze mają na szybie czy boku naklejony skrót: ΚΤΕΛ  czyli publiczne usługi komunikacyjne (tylko po grecku). Zresztą, gdy autobus się zatrzymuje, wysiadają z niego bileterzy i krzyczą, dokąd jedzie.

Warto pamiętać, że wszystkie autobusy jadą do Firy i z Firy, więc jeśli chcecie pojechać np. z Perissy na Czerwoną plażę, to musicie dostać się do Firy a z Firy do Akrotiri.

Bilety Oia – Fira kosztują 1,40 euro, z Firy dalej: 2,80 euro

Samochody, quady, skutery – Jest bardzo dużo wypożyczalni, a pojazdy nie są zbyt drogie (małe auto to wydatek około 40 euro za dzień)  Żeby się jednak nie dać naciągnąć proponujemy przeczytać opinie o danych wypożyczalniach.

Rower – no i oczywiście najbardziej ekologiczny sposób, pozwalający na największy kontakt z naturą.  Wypożyczalni rowerów nie jest jednak tak dużo jak samochodowych i rowerzystów prawie wcale nie ma.

Natomiast miasteczka takie jak Fira, czy Oia nie nadają się do zwiedzania ich na rowerze. Pomijając to, że jest naprawdę dużo ludzi i ciężko się czasem przepchnąć samemu, to uliczki są wąskie a i schodów nie brakuje.

santorini poza sezonem
Dużo samochodów, dużo ludzi i schody

Atrakcje na Santorini

Atrakcji na wyspie jest kilka. Przede wszystkim zwiedzanie Firy i Oii, dla lubiących historię także Akrotiri zwane santorińskimi Pompejami.

Kto lubi trekkingi będzie zachwycony. Możemy się wybrać na 8 kilometrowy spacer z Firy do Oii, który zaprowadzi Was na kraniec wyspy (po drodze niezapomniane widoki na kalderę), albo wybrać się ze stolicy do Akrotiri lub Perissy; to również mniej więcej 8 kilometrów.

Warto jednak wiedzieć, że na Santorini raczej nie ma chodników (nie dotyczy to szlaku Fira – Oia, oddalonego od ulic oraz centrum miast). Idzie się po prostu poboczem drogi. A że dróg jest mało, to trzeba się liczyć z tym, że ruch jest duży więc i dużo aut będzie przejeżdżało blisko nas. To akurat nie jest fajne.

Możecie też zdobyć najwyższy szczyt wyspy Mesa Vuono, niecałe 600 metrów n.p.m., a także skorzystać z wycieczek przygotowanych przez biura turystyczne na wyspie. Znajdziecie je wszędzie, w każdej miejscowości. Oferują między innymi: rejs na wulkan (wyspa Nea Kameni) oraz wysepkę Thirasia wraz z odwiedzinami w gorących źródłach (my zdecydowałyśmy się na taką wycieczkę i było super 🙂 ), dzień możecie zakończyć widokiem na zachód słońca w Oia, oglądanym z łódki. Koszt takiej wycieczki w zależności od wariantu ilości atrakcji to około 30 do 40 euro za osobę.

Są też wycieczki krajoznawcze, przewodnik obwiezie Was po całej wyspie, z wizytą w słynnych winiarniach santorińskich i degustacją tamtejszych win. Możecie również wybrać się na rejs po znanych plażach; Perissa (czarna plaża), Biała Plaża, Czerwona Plaża.

santorini wycieczki
Wycieczki na Santorini

No a skoro o plażach mowa, to oczywiście plażowanie…

Plaże na Santorini

Ale będąc na tej wyspie nie spodziewajcie się białego piasku, ani piasku w ogóle. Wszystkie plaże są czarne. Bo wszystkie powstały w wyniku wybuchu wulkanu.  A zamiast piasku znajdziecie tam maleńkie, czarne, powulkaniczne kamyczki. Nagrzane greckim słońcem parzą w stopy!

Zamku z nich nie zbudujecie 😛

Na plażach jest bardzo dużo leżaków i parasolek, które należą do barów naprzeciwko. Różne są zasady „wynajęcia” leżaka, może to być na przykład zamówienie za 20 euro i możemy korzystać z tej formy relaksu cały dzień.

Ale znajdziecie też miejsca, gdzie z łatwością rozłożycie się na plażowym kocyku bez konieczności płacenia. Aczkolwiek my byłyśmy zdziwione temperaturą wody. Jest zimna! Nie tak jak w Bałtyku co prawda… ale zimna.

santorini gdzie się kąpać
Plaże na Santorini

Gdzie kupować i jeść na Santorini?

Na Santorini jest jeden Lidl, na wjeździe do Firy z kierunku południowego. Nie byłyśmy tam, więc nie wiem nic na temat asortymentu. Jednak produkty w greckim Lidlu są ciekawe (trochę inne niż podczas znanego nam w Polsce greckiego tygodnia) i jeśli będziecie mieć możliwość, to warto tam zajrzeć.

Oprócz tego oczywiście mamy kilka marketów, w każdej turystycznej części wyspy przynajmniej jeden (najwięcej oczywiście w okolicy Firy). W nich możemy spodziewać się pewnego wyboru towarów i akceptowalnych cen (ale nie, żeby zaraz tanio). Nie warto zaopatrywać się w małych sklepach (które też nazywają się szumnie supermarketami). Ceny potrafią tam być dwukrotnie wyższe, ale czasem znajdziecie coś, czego w dużym sklepie nie było.

Spodziewajcie się, że jednorazowe zakupy (przykładowo: ser, tzatziki, napój, jakaś wędlina, wino, chleb, greckie słodycze, pomidor) będą was kosztowały przynajmniej 10 – 15 euro.

Jest jeszcze jedna rzecz o której trzeba wiedzieć, mianowicie na Santorini w zasadzie wszędzie poza marketami (i pewnie hotelami) płaci się gotówką. Bankomatów jest dużo, ale należy zdawać sobie z tego sprawę.

Trzeba też być przygotowanym na to, że na Santorini nie ma słodkiej wody w kranie. Woda, która tam się znajduje jest odsoloną, przefiltrowaną wodą morską.  Nie jest groźna, więc można się w niej bez obaw myć czy płukać usta, ale jest niesmaczna. Na wyspie nie ma źródeł słodkiej wody, dlatego żeby zrobić sobie kawę czy herbatę lepiej kupić sobie butelkowaną wodę (około 50 centów za 1,5 litra w markecie).

Wracając do jedzenia. Oczywiście wiadomym jest, że im bardziej turystycznie tym drożej. Nawet dwukrotnie! Możecie wypić koktajl za 15 euro, albo taki sam, w mniej turystycznym miejscu, za 7 euro (Mówiłam, że drogo 😉 ).

Będąc tam polecamy spróbować owoców morza lub ryb. Zwłaszcza w portowych knajpach; są świeżutkie i pyszne. Możemy wybrać sobie z lodówki co nam się podoba, zostanie nam to zaserwowane we wskazany sposób (grill? Souvlaki? Smażone? Jak chcecie) i podane z ryżem, ziemniaczkami albo frytkami i surówką. No, chyba, że skusicie się na mousakkę 🙂

santorini jedzenie
Port na Thirasii i dania z portowej knajpki

A co poza tym warto zjeść?

Oczywiście jogurt grecki (szukajcie zwłaszcza takiego  w kamionce)

Taramosalata – pasta z kawioru, kosztuje około 1 euro za 100 gramów. Dla miłośników rybnych smaków pozycja obowiązkowa (nie zrażajcie się dziwnym, różowym kolorem)

Tzatziki – najlepiej takie na wagę. Ogórki, trochę czosnku i duuużo gęstego, greckiego jogurtu. Pyszności!

Pita Gyros – czyli gyros w bułce z warzywami i… frytkami. Matko, jakie to jest pyszne 🙂 a kosztuje mniej więcej 2,50 euro.

Smak mastiha – możecie go znaleźć w gumach do żucia, cukierkach lub w lodach. Specyficzny, żywiczny smak (bo mastiha to żywica z drzew rosnących na wyspie Chios). Inny niż wszystko, co znacie.

Tradycyjny waniliowy krem – to taki grecki budyń waniliowy podawany z cynamonem. Pyszny, chociaż nie jest to żaden zaskakujący smak. Ale i tak warto spróbować. Tylko uwaga, bardzo słodki.

Frappe – czyli kawa na zimno, ulubiony napój Greków. Pamiętajcie tylko, żeby poprosić dużą porcję cukru, nawet jeśli normalnie nie słodzicie kawy. Zbyt gorzka frappe jest ciężka do przełknięcia.

Więcej na temat pysznych rzeczy znajdziecie w poście: 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży. Smacznego!

Na ile jechać na Santorini?

Według mnie kilka dni do tygodnia to jest maksimum, które warto poświęcić wyspie. W tym czasie zobaczycie wszystko co jest warte zobaczenia i jeszcze znajdziecie czas na plażowanie i spacerowanie promenadą. Oczywiście można wyspę objechać samochodem i w jeden dzień, ale co to za przyjemność 😉

Przeczytaj o naszym tygodniu na Santorini.

santorini piękne miejsca.jpg
Santorini, migawki

Kiedy jechać na Santorini?

My byłyśmy w połowie września a temperatury codziennie dochodziły do mniej więcej 30 stopni. Na wyspie prawie nie ma miejsc zacienionych, gdzie można się schować, zwłaszcza, gdy wybieramy się na zwiedzanie. Dlatego trzeba zabrać kapelusze i kosmetyki do opalania.

Wiosna na wyspie może być kapryśna, tak samo jesień czy zima (no i po sezonie może być też ciężej o kwaterę – część z nich zapewne się zamyka, to samo dotyczy sklepów). Miesiące letnie stanowczo za gorące (ponad 35 stopni to norma). Wydaje się więc, że wrzesień jest optymalny.

Zresztą sami oceńcie. Rocznie przyjeżdża tu około 5,5 mln turystów. Od kwietnia do końca października na Santorini trwa wysoki sezon a największe oblężenie trwa od czerwca do końca sierpnia.

Ważna informacja jest taka, że od 2019 roku Santorini chce wprowadzić limity dla turystów, dziennie będzie mogło przypływać tylko 8 tysięcy osób (czyli mniej więcej połowa mniej niż teraz).

santorini we wrześniu
Santorini we wrześniu

Czy warto jechać na Santorini?

Zdecydowanie tak. Nie na darmo białe miasteczka wyspy cieszą się mianem najpiękniejszych na świecie (a na pewno zachód słońca ma taką opinię!). Jednak nie jest to wyspa zielona, pełna palm czy gajów oliwnych i na to trzeba się przygotować. Rośliny, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach to czyjeś prywatne okazy, o które ludzie dbają. Bez regularnego podlewania nawet kaktusy ledwo tutaj żyją 😉

santorini rosliny.jpg
Pustynne Santorini

W każdym razie Santorini jest jedyne w swoim rodzaju, nawet w skali greckiej. Zdecydowanie warto zobaczyć 🙂

Poznaj 10 powodów dla których kochamy Grecję!

Natalia

 

Tydzień na Santorini

santorini z biurem podróży

Po rocznej wyprawie nadeszła pora, aby spędzić trochę czasu z rodziną. Dlatego razem z mamą i siostrą skorzystałyśmy z wygodnej formy urlopowania, jaką dają wczasy z biurem podróży i… wybrałyśmy się na Santorini 🙂

santorini urlop
Rodzinny wyjazd do Grecji

Jak jest na Santorini?

Pierwsze nasze wrażenia były mieszane. Podczas wysiadania z samolotu uderzyła nas ściana gorącego powietrza, czyli tak jak się spodziewałyśmy, ale za to wyspa widziana z okien autokaru była dość nieciekawa. Tylko piach, piach i brunatne kamienie.

Dotarło też do nas, że na Santorini nie uświadczymy palm, no chyba, że w przydomowych ogródkach, gajów oliwnych czy kaktusów. Pożółkłe aloesy i przyschnięte opuncje to był szczyt wyspiarskich możliwości w zakresie roślinności.

santorini teren.jpg
Szaro-bura ziemia na Santorini

Santorini, czyli pozostałości wulkanu

Dopiero spacer po tej wyspie uświadamia nam, że ma ona prawo wyglądać tak, jak wygląda. Nie tylko ze względu na prażące słońce, ale też dlatego, że jest pozostałością po wielkim wybuchu wulkanu, który miał miejsce 1600 r p.ne. Podobno była to największa katastrofa w rejonie Morza Śródziemnego tamtych czasów. A jej skutki były odczuwalne na całym świecie. Ostatecznie wyspa się rozpadła a wulkan zapadł się w siebie i zatopiło go morze.

Pamiątką po tym zdarzeniu jest kaldera – czyli właśnie zatopiony krater, którą okalają wystające ponad powierzchnię jej boczne fragmenty. I robi to naprawdę wielkie wrażenie.  Z morza wystają pumeksowe, czarno – bure ściany na których uroczo bielą się domki z niebieskimi dachami.

Z morza, z łódki, wygląda to najwspanialej.

santorini łódź
Santorini – rejs

Nea Kameni

A zatem jeśli o wulkanach mowa. Jedną z wysp otaczających kalderę jest właśnie Nea Kameni na której znajduje się Agios Georgios – aktywny wulkan.

Można tam dostać się łodzią z portu z Firze lub Athinios. Z tego co się dowiedziałyśmy, to taką wycieczkę trzeba zarezerwować przynajmniej z jednodniowym wyprzedzeniem. My wybrałyśmy opcję wyjazdu z miejscowości w której mieszkałyśmy – z Perissy. Autobus przyjechał po nas, zawiózł nas do portu a tam już czekała na nas łódź.

Spacer po Nea Kameni odbywa się z przewodnikiem i na „zwiedzanie” wyspy mamy mniej więcej godzinę. To wystarcza, żeby dość żwawym, ale nie spiesznym, krokiem wejść mniej więcej 300 metrów pod górę (ścieżka pnie się łagodnie), zrobić kilka przystanków na wysłuchanie przewodnika i zrobienie zdjęć oraz pokręcenie się chwilę na samym szczycie krateru.

A potem schodzimy, schodzimy! Do odpłynięcia łódki zostaje jakieś 15 minut. Ludzi jest sporo, szlak prowadzi po kamieniach – wyschniętej lawie 😉 Nie jest trudny, ale trzeba uważać i nie da się iść zbyt szybko. Jak zwykle w takich przypadkach z przewodnikiem, miejsce fajne tylko czasu brakuje.

Na Nea Kameni kamienie dymią, ziemia dymi, śmierdzi siarką, widoki wspaniałe. Takie wulkany to ja rozumiem 😉 Ale wyspa to tak naprawdę uśpiona bomba. W latach 60 wyspę zasypały popioły wulkaniczne a ostatnia aktywność miała miejsce w 2011 roku! Santorini zatrzęsło się od mini wstrząsów. Dla nas ta świadomość była niesamowita, dla mieszkańców trochę gorsza…

nea kameni
Nea Kameni

Thirasia

Podczas rejsu na wulkan nasza łódka zawinęła jeszcze na pobliską wyspę – Thirasię. Wyspa ta jest jedną wielką górą. Dosłownie. U jej stóp mamy mały port, pełen knajpek ze świeżymi, pysznymi owocami morza. Gotowe dania są wystawione w kamiennym piecu a ich składniki w przeszklonej lodówce. Można wybrać to, na co się ma ochotę a potem patrzeć, jak zostaje przyrządzone 🙂

Thirasia słynie jeszcze z tego, że na jej szczycie znajduje się miasteczko, opuszczone w sezonie. Ludzie stamtąd pracują na Santorini, więc za dnia w domach nie ma nikogo. Nie starczyło nam jednak zapału, żeby wejść na górę, wysoko po stromych schodach na szczyt.

thirasia santorini
Thirasia, po prawej stronie na dole widać szlak na szczyt góry

Fira i Firostefani – Imerovigli – Oia szlak pieszy, białe trójmiasto

Jednymi z „żelaznych” punktów do odwiedzenia na Santorini jest stolica – Fira oraz Oia, słynne miasteczko z białymi domkami. Tak naprawdę to na całej wyspie są tylko takie zabudowania ale  wygląda to przeuroczo. Jednak Fira i Oia zbudowane są na samym stoku wyspy, a Oia dodatkowo na jednym z jej koniuszków. Domek jeden nad drugim i błękitne kopuły kościołów robią oszałamiające wrażenie.

fira oia.jpg
W drodze na Oię

Z Firy prowadzi szlak pieszy, z dala od ulicy, aż do Oii. To 8 kilometrów, które początkowo wydają się łatwym spacerkiem, który zmienia się w wymagający trekking, wtedy kiedy, jest już za późno 😉 Z Firy do Imerovigli teren jest płaski, dobrze się idzie i niektórzy snują plany kolejnych wędrówek. Po dojściu na metę szybko się wycofują ze swoich zamiarów 😉

Wyzwanie zaczyna się, gdy opuszczamy ostatnie miasteczko i musimy pokonać góry. Szlak wiedzie kamienistymi i piaskowymi ścieżkami, w górę, czasem w dół. I to nie prawda, że w którąś ze stron jest łatwiej (jak usłyszeliśmy np. od naszej rezydentki). W każdą trzeba pokonać terenową ścieżką wzniesienia i w każdą czekają na nas zejścia.

Oia szlak pieszy
Szlak Fira – Oia

Zdecydowanie trzeba się zaopatrzyć w dobre buty, dużo picia i naprawdę się zastanowić, czy jesteśmy w przynajmniej poprawnej kondycji.

Jednak widoki ze szlaku są wspaniałe. Zawieszone nad morzem białe domki (Imerovigli nie na darmo nazywane jest „balkonem Santorini”), w oddali Oia, w zasięgu wzroku cała kaldera, którą wspaniale widać, wysepki które kiedyś tworzyły jedną wyspę i oba końce samego Santorini. Jest przepięknie.

Oia Santorini
W drodze do Oii

Oia – zachód słońca jak z obrazka

Kiedy docieramy do Oii jesteśmy wykończone ale zadowolone, że dałyśmy radę. Zresztą, jakie miałyśmy wyjście 😉 Snujemy się trochę wąskimi uliczkami miasteczka, zaglądając do kolorowych sklepów z różnymi pamiątkami i w menu pobliskich knajp, jednak ceny skutecznie nas zniechęcają do zakupienia tam czegokolwiek.

Oia
Oia, Santorini

Ostatecznie znajdujemy bramę z ławeczkami w cieniu (chyba jedyne w całej Oii) i kiedy nieco odpoczęłyśmy idziemy na basztę, która jest jednocześnie pozostałością po zamku i najlepszym punktem widokowym na słynny zachód słońca.

Miałyśmy szczęście, bo zajęłyśmy ostatnie siedzące miejsca (na murku) ze świetnym widokiem na zabudowę miasta. Pozostało nam więc czekać a ludzi zbierało się coraz więcej, w samym miasteczku też ustawiały się grupki turystów.

Słońce zaczęło w końcu zachodzić i rozpoczął się przepiękny spektakl świetlny. Najpierw woda zaczęła mienić się kolorami złota a następnie miasteczko przybrało wszystkie barwy zachodzącego słońca. Zapaliły się lampki i zrobiło się jeszcze piękniej.

Oia sunset
Oia, zachód słońca

Ale kiedy tylko słońce zaszło ruszyłyśmy sprintem na dworzec autobusowy, nastraszone wcześniej otrzymaną informacją, że z Oii po zachodzie słońca wracają autobusami tłumy turystów i można utknąć w mieście.

Może w sezonie tak, ale we wrześniu? Okazało się, że nikt się nie spieszył do powrotu. Ludzie spokojnie spacerowali uliczkami, na dworcu była niewielka kolejka. Co prawda rzeczywiście nie zmieściłyśmy się do pierwszego autobusu, który już stał, ale za to od razu podjechał kolejny, do którego spokojnie wsiadłyśmy.

Skaros Rock santorini
Skaros Rock, w stronę Oia

Fira – port

Aby zwiedzić Firę i port zarezerwowałyśmy sobie inny dzień niż ten ośmiokilometrowy spacer. Całe szczęście, bo stolica wraz z zejściem do portu kosztowały nas sporo czasu i trochę wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że postanowiłyśmy zejść o własnych siłach po około 600 stopniach. Po drodze można spotkać Greków ze stadkami osiołków, na których można zejść lub wejść na górę. Ale osiołki były tak biedne, że aż żal było na nie patrzeć, a co dopiero wsiąść. Stały bez wody, na pełnym słońcu. Cała trasa do portu jest w związku z tym ozdobiona oślimi kupami, a w miejscach, w których zwierzęta stoją, panuje nieznośny smród.

Zaś sam port jest bardzo rozczarowujący. Żadne tam klimatyczne miejsce. Ot parę bud, kilka knajp i jeden stragan z pamiątkami, a do tego opuszczone pozostałości po jakichś magazynach. Nic ciekawego.  Jeśli spacer – zejście po schodach nie stanowi dla Was atrakcji, to odpuście sobie to miejsce. Lepiej na nie popatrzeć z góry, dużo atrakcyjniej się prezentuje.

Fira Old Port
Fira, Stary Port

Z powrotem natomiast wjechałyśmy kolejką linową. Kolejka była na szczęście w dobrym stanie, wiatr nie wiał, więc wagoniki się nie kołysały za bardzo. I całe szczęście, bo wjechanie nią już samo w sobie było okropnym przeżyciem 😛

Mesa Vuono

Jednym z punktów na naszej marszrucie było zdobycie najwyższego szczytu na Santorini, 567 m npm. I wybrałam się tam tylko z siostrą. W samo upalne południe, ze zbyt małą ilością picia 😛 Ale dotarłyśmy!

widok na Santorini Mesa Vuono.jpg
Widok z drogi na szczyt

Szlak od strony Perissy, którędy wchodziłyśmy, jest górski, kamienisty i piaszczysty. Nie jest trudny, ale wysokość jest wystarczająca, żeby być mocno zmęczonym na górze. Tam zaś czeka na nas budka z piciem, lodami i jedzeniem 😉 oraz ruiny starożytnego miasta Thera. Ale nie miałyśmy ochoty tam wchodzić 😛

Za to schodząc nie mogłyśmy sobie odmówić zboczenia w inną górską ścieżkę, prowadzącą do małego, białego kościółka, na którego często patrzyłyśmy z dołu. Droga do niego jednak najpierw schodziła a potem, niespodziewanie, ostro wspinała się po kamiennych schodach w górę. A kościółek zamknięty! Usiadłyśmy pod nim wykończone, wytrząsając ostatnie krople picia. Ale najwyższy szczyt Santorini zdobyłyśmy i to z bonusem! 😉

Mesa Vuono santorini
Mesa Vuono, widok z góry, kościółek i panorama z trasy (z przypadkowym przechodniem)

Czas wolny i podsumowanie

Na Santorini spędziłyśmy tydzień. Jest to wystarczająca ilość czasu, aby dobrze poznać wyspę i zobaczyć wszystkie jej atrakcyjne zakątki. Na pewno łatwiej byłoby zwiedzać ją rowerem czy autem niż autobusem, ale z drugiej strony ruch jest duży, drogi są w kiepskim stanie i wąskie, a wielkich autobusów jest dużo. No i wszyscy muszą mieć kondycję na rower 😉

santorini urlop
Santorini rodzinnie

Nam nie udało się dotrzeć ostatecznie do Czerwonej Plaży i Akrotiri (zwanych santoryńskimi Pompejami), które są wymieniane jako jedne z atrakcji wyspy. Nie miałyśmy już siły po prawie całym tygodniu codziennych długich wycieczek. Wolałyśmy spędzić ten czas na spacerach po Perissie – wzdłuż promenady i na kąpielach w morzu (zimnym!). 🙂

Na Santorini.jpg

A o aspekcie praktycznym; jak dotrzeć na wyspę, jak się po niej poruszać, gdzie jest taniej a gdzie drożej, przeczytacie w kolejnym wpisie 🙂

 

Natalia

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy

  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci

  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach

  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉

Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?

  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉

Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉

Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

11 Najlepszych miejsc na Bałkanach i w południowej Europie

The best places in Europe

Wpis powstał pod wpływem pytania, które padło podczas rodzinnego spotkania w Rzymie – co nam się najbardziej podobało w trakcie wyprawy po bałkańskiej części europy? Ciężko było na nie jednoznacznie odpowiedzieć, bo każdemu z nas zapadły  w pamięci różne miejsca, a było ich jednak sporo. Dlatego postanowiłam, że zbiorę te najpiękniejsze (i najciekawsze) punkty naszego pierwszego etapu podróży i stworzę z nich listę, która może i Was zainspiruje do odwiedzin w tych zakątkach Ziemi 🙂 No to zaczynamy!

Od najsłabszego 😉

  1. Prisztina, stolica Kosowa (tu znajdziesz wpis o podróży przez Kosowo!). Prisztina znajduje się w naszym zestawieniu ze względu na to, iż oferuje o wiele więcej niż się od niej oczekuje. Prężnie się rozwija i wydaje się być całkiem w porządku miejscem do życia (nie to, żebyśmy chcieli, ale jest tam lepiej niż sądzicie 😉 ), zwłaszcza jak na fakt, że jeszcze kilka lat temu była całkowicie w budowie i że Kosowo dopiero od kilku lat buduje swoją pozycję na mapie świata (a i tak nie jest uznawane przez niektóre kraje). A poza tym mają tam przepyszne i tanie jedzenie 🙂 (zamiast robić jedzenie w domu opłacało się wyskoczyć do knajpki 🙂 ).

Prisztina, Kosowo rowerem
Od lewej: Biblioteka Narodowa, osiedle, główny deptak

  1. Skopje, stolica Macedonii (dowiedz się więcej, jak było w Macedonii). Miasto specyficzne, ciekawe, dziwne. Wszędzie w centrum olbrzymie posągi, budynki i mosty stylizowane i nawiązujące do okresu starożytności (Skopje odbudowuje się po trzęsieniu ziemi i podkreśla historię kraju, gdzie tylko może). Warto wspomnieć, że w Skopje jest też część orientalna (targi, knajpki, meczety). Z dala od centrum znajdziemy zarówno miejsca spacerowe jak i wielkie, komunistyczne bloki w bardzo wymyślnych, trochę futurystycznych formach. Wybierając się do Macedonii warto mieć na uwadze możliwość odwiedzin Skopje.

Skopje w Macedonii
Od lewej: Most Sztuki, widok na centrum, częściowo opuszczone blokowisko

  1. Sarajewo, Bośnia i Hercegowina (kliknij i przenieś się na bośniackie stepy). Zdziwieni? Sarajewo zasługuje na to, aby było o nim głośno. Podnosi się po tragedii jaką była wojna na Bałkanach w latach 90. XX w. I chociaż żyje się tam ciężko (chociażby ze względu na to, że ludzie w większości przypadków pracują na dwa etaty albo prowadzą we dwie osoby sklepy czynne całą dobę cały tydzień), to sądzę, że wkrótce Sarajewo będzie w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dobry poziom życia. Ale to też po prostu bardzo ciekawe i klimatyczne miasto, trochę europejskie trochę wschodnie, trochę nowoczesne a trochę tuż powojenne. (A co ciekawe w Rzymie mają takie same tramwaje jak w Sarajewie. Przypadek? 😉 )

Sarejewo, wyprawa rowerowa
Od lewej: meczet i część rynku, widok na miasto, uliczka w orientalnym centrum

  1. Matera we Włoszech (więcej o bella Italia pod tym linkiem). Nie może jej zabraknąć, to niezwykłe kamienne miasto w środku zwykłego włoskiego miasta, jakich wiele. Ale wystarczy, że zejdziemy po kamiennych schodkach, poziom niżej niż nowoczesny deptak i zanurzamy się w zupełnie innym świecie, chociaż dzisiaj pełnym ekskluzywnych restauracji i hoteli, ale mimo to niezwykłym, zwłaszcza, gdy poznamy odrobinę historię.

Matera, włochy, wyprawa rowerowa
Widok na Sassi, Matera

  1. Alpy (austriacki tydzień wyprawy rowerowej – klik). Chyba każdy, kto widział, zgodzi się, że robią niesamowite wrażenie, a my nie byliśmy jeszcze w obrębie tych najwyższych (tzn. ja nie byłam). Bardzo wysokie, majestatyczne góry, których wierzchołki pokryte są lodem, nawet w środku lata. A do tego jeszcze dane nam było zobaczyć lodowiec Dachstein (mieliśmy na niego widok z namiotu, na kempingu w Austrii). Efekt wow gwarantowany, zwłaszcza przy zachodzie słońca 😉 (A w samej Austrii warto odnotować jeszcze uroczy Hallstatt! 🙂 )

Alpy, wyprawa rowerowa
Od lewej: Hallstatt, Alpy Juliijskie, Dachstein na wielkim zbliżeniu

  1. Słowenia (klik!). Sama w sobie bardzo mnie urzekła. Malutki kraik z pięknymi Alpami, kawalątkiem morza (uroczy Piran), soczystą zielenią traw, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, ładną pogodą. Fajne miejsce na urlop! 🙂

wyprawa rowerowa do Słowenii
Od lewej: część górska, Kobarid, Piran i wybrzeże

  1. Polignano a Mare we Włoszech (przenieś się na słoneczne wybrzeże Italii). Miasteczko na klifie, które wygląda jakby unosiło się nad turkusową wodą Morza Adriatyckiego, domy zbudowane są z piaskowej cegły, wyglądają jakby były częścią klifu. Ale miasto nie tylko z oddali wygląda uroczo, bo spacerując po nim widzimy niesamowicie misterne małe podwóreczka, poprzytulane do siebie kamieniczki, każda inna, na innym poziomie i w nieco innym stylu, ale każda zadbana, a wszystkie razem w jakiś sposób tworzą spójną całość. Kolorowe napisy, ceramiczne dekoracje, kwiaty i ozdoby. To miejsce jest niezwykłe i ma bardzo wiele uroku.

Polignano a Mare, wyprawa rowerowa do włoch
Polignano a Mare, Włochy

  1. Jeziora Plitwickie w Chorwacji (O tym, jak Chorwacja dała nam popalić przeczytasz tutaj). Trzeba przyznać, że jest to klasa sama w sobie, nawet podczas niepogody (ale wtedy turystów jest najmniej a i tak za dużo 😉 ). Bardzo duży, zielony obszar, gdzie wszędzie jest woda – wodospady (jedne koło drugich), strumyki i strumienie, jeziora. Chodzimy po drewnianych mostkach, nad wodą albo tuż obok strumieni, świetne miejsce. Uwaga, dobrze skorzystać z toalety przed wejściem 😉

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie, Chorwacja

  1. Grecja (link do greckiego top ten!). Chyba stała się moją miłością, po Majorce 😉 W Grecji absolutnym hitem były klify i Kanał Miłości na Korfu, a na Zakynthos Zatoka Wraku. Na lądzie zaś, w północnej części kraju, olbrzymi i głęboki Wąwóz Vikos, no i oczywiście Meteory, absolutny must see 😉 Nie może też zabraknąć greckiego zwycięzcy – plaży z widokiem na archipelagi (Chorwacja może się schować :P). Jak ja uwielbiam ten kraj 🙂  (tutaj link do pierwszej części podróży przez Grecję, a tutaj druga część wyprawy rowerowej po Helladzie).

    Greece, the best places
    Od lewej: Klify i Kanał Miłości na Korfu, Zatoka Wraku Zakhyntos, Ląd: Meteory, Wąwóz Wikos, wybrzeże

    2. Rzym (nasze pierwsze wrażenia przeczytasz pod tym linkiem). Oczywista oczywistość, właściwie jest poza skalą, bo nie ma niczego, co można by do niego porównać. Centrum miasta to żywa historia starożytności, która wciąż robi niesamowite wrażenie, a spacerując po uliczkach Wiecznego Miasta zawsze możesz odkryć coś niezwykłego. Ponadto jest tu 400 kościołów do których naprawdę warto zaglądać, bo możecie trafić na prawdziwe perełki architektury i sztuki. Poznaj 16 rzymskich ciekawostek!

Rome, the best in Europe
Od lewej: widok w stronę Watykanu, Villa dei Quintili, panorama Rzymu, Forum Romanum

  1. Przełom rzeki Uvac w Serbii (o tym, jak zmarzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj). Co tu dużo opowiadać, spójrzcie na zdjęcia. Miejsce nas oszołomiło i jest zdecydowanie naszym numerem jeden. Nie byliśmy w Ameryce, ale sądzimy, że może się mierzyć z Wielkim Kanionem. Ogrom przełomu i te meandry rzeki sprawiają, że Uvac zapiera dech. Co ciekawe jest zupełnie niepopularny turystycznie, ciężko do niego trafić a pobliska Sjenica jest ledwo zipiącym miasteczkiem, które mogłoby zbijać fortunę na przyjezdnych. Tak się jednak nie dzieje. Podajemy Wam koordynaty, może kiedyś się zapuścicie w tamte tereny: GPS: 43.360734, 19.961653

Uvac river, Serbia
Przełom rzeki Uvac

Warto też dodać, że na uwagę zdecydowanie zasługuje bośniacki Mostar i wybrzeże Czarnogóry, ale w związku z faktem, że odwiedziliśmy te miejsca kilka lat temu, to teraz nasza trasa wiodła inaczej. Zaskoczeniem była też cała Albania, która okazała się bardzo przyjemnym krajem (link do podróży przez Albanię) 🙂

A na koniec bonus. Negatywne wyróżnienie dla Serbii, która ma wielki potencjał a koncertowo go marnuje… Niestety, przykro patrzeć na te wszystkie śmieci i ogólne zaniedbanie kraju 😦

Mamy nadzieję, że Ci co szukają inspiracji na najbliższy urlop, to dzięki temu podsumowaniu już ją znaleźli 😉

Natalia i Mikołaj

Roma o morte
Rzym albo śmierć 😉

Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Pożegnanie z Grecją

Grecja co zobaczyć

Nasz grecki etap skończyliśmy pobytem na Kefalonii i Zakynthos. Ale zanim tam dotarliśmy przebyliśmy jeszcze kawał kontynentu.

Tu możesz przeczytać o pierwszej części greckich zmagań. a tu dowiedzieć się, za co kochamy Grecję 🙂

Pierwszym przystankiem znad morza, z Volosu, była Lamia, gdzie dorwaliśmy miłe mieszkanie przez Airbnb, skąd M. pojechał na BIGa. Sama Lamia okazała się sympatycznym miasteczkiem, w którym nie było nic poza Lidlem  😉 Co się przydało, bo zostaliśmy tam o dzień dłużej, niż planowaliśmy, z powodu kiepskiej pogody.

Grecja co zobaczyć
Lamia bardzo w oddali

Lamia leży tuż obok historycznych Termopili, więc obowiązkowo pojechaliśmy je zobaczyć i po których rozglądaliśmy się trochę ze zdziwieniem, bo okazało się, że kompletnie inaczej wyobrażaliśmy ten sławetny przesmyk. Dzisiaj jest to wysoka skarpa, oddalona od morza o ładnych kilkaset metrów. Jak niby i po co ktokolwiek miałby się tu bronić? Ale okazało się, że linia brzegowa przez te setki lat przesunęła się o tyle (podobno ze względu na fakt, iż podniósł się poziom gruntu), że teraz między morzem a skarpą jest ładny kawałek ziemi, na którym można było się budować.

Wąwóz Termopile
Widok na Termopile

Na wzgórzu (wzgórku) Kolonos znaleźliśmy też epitafium upamiętniające śmierć Spartan poległych w bitwie z Persami. Oczywiście pierwotnie tylko marszczyliśmy brwi nad tą tablicą (wcale nie wygląda tak, jak się człowiek spodziewa), co tu niby jest napisane i w ogóle o co chodzi? Gdzie są słowa o przechodniach i Sparcie… (jakbyśmy wiedzieli jak jest przechodzień po starogrecku 😛 )? Ale podejrzewaliśmy, że to jednak jest ten słynny napis i z pomocą przyszła nam Wikipedia 😉 Okazało się, że oryginał brzmi trochę inaczej, niż polski przekład. Nie aż tak poetycko, ale nadal nieźle:

O cudzoziemcze, powiedz Lacedemończykom, że wierni ich prawom, tu leżymy.

Gdzie jest epitafium symonidesa
To właśnie epitafium Symonidesa

Usatysfakcjonowani ruszyliśmy dalej, aby zaraz zrobić sobie postój w śmierdzących termach 😀 Tak, tak. Niedaleko historycznego miejsca są gorące źródła  wraz z wodospadem. Woda swój zapach zawdzięcza dużej zawartości siarki, która podobno dobrze wpływa na stawy i skórę. Było tutaj kiedyś sanatorium uzdrowiskowe, ale upadło a to niezwykłe miejsce pozostało.

Gorące źródła Grecja

Dojazd do źródeł niestety prowadzi tuż obok nieprzyjemnych slumsów, po drodze (szutrowej) biegają dzieciaki, z wyglądu przypominające cygańskie (wiecie co mam na myśli), które nie budziły naszego zaufania i niezbyt chętnie zostawialiśmy rowery bez opieki. Teren nie jest zadbany, więc nie ma też żadnej przebieralni ani toalet. Ludzie, niestety, mimo tabliczek tego zabraniających, myją się w tej fantastycznej wodzie, używając szamponów i innych chemicznych środków czystości.

Pobrodziliśmy zatem tylko trochę w źródłach, dzień był chłodny, więc miło było zanurzyć chociaż stopę w ciepłej wodzie, i ruszyliśmy dalej, docierając do dość przyjemnego miejsca noclegowego w miasteczku u podnóży olbrzymich gór Parnasu: Sofianos Guesthouse, którego szukaliśmy dużo dłużej niż byśmy chcieli, bo miał podaną złą lokalizację na Bookingu.

Góry Parnasu Grecja
Góry Parnasu, gdzieś tam się musimy przebić.

Następny dzień szykował się ciężki, bo trzeba było pokonać Parnas. Mieliśmy do podjechania około 1500 metrów a niebo od wczoraj było ciągle zasnute ciemnymi chmurami. Pogoda miała się wyklarować, ale jakoś daleko jej było do tego. Na tyle daleko, że u podnóża gór mieliśmy dłuższą chwilę kryzysu i chcieliśmy gdzieś jeszcze przeczekać kolejny dzień. Zdecydowaliśmy się jednak jechać. Wbrew oczekiwaniom jechało nam się nawet nieźle, chociaż w chłodzie i siąpieniu – chmury pełzły po stokach razem z nami, więc co chwile jakaś przez nas przechodziła, lub my wjeżdżaliśmy w nią, co skutkowało właśnie lekkim deszczem. Przez te gęste chmury właściwie nie było nic widać (czasem nawet jakieś kilka metrów w przód mgła gęstniała jak mleko), dopiero prawie na samym szczycie Parnasu trochę się przejaśniło i mieliśmy okazję oglądać naprawdę piękne widoki. Dodatkowo przez ostatnie 300 metrów towarzyszył nam spory psiak, w którego towarzystwie lepiej nam się jechało 🙂  Później zwierzak gdzieś się rozpłynął a my wreszcie zakończyliśmy podjazd. Chmury też się nieco rozeszły i podczas bardzo długiego zjazdu do Delf mogliśmy znowu podziwiać niesamowite krajobrazy.

Parnas dojazd rowerem
Końcówka Parnasu we wszechobecnych chmurach.

Parnas jak dojechać
Widoki ze zjazdu z Parnasu.

Delfy czy warto jechać
Delfy i widok z miasta na Zatokę Koryncką

Po Delfach przyszła kolej, aby dostać się na Peloponez, do portów skąd odpływały pożądane przez nas promy. Peloponez z Centralną Grecją łączy olbrzymi most autostradowy, który dobrze widać już z 30 kilometrów. Na szczęście most miał odgrodzone pobocze dla pieszych i rowerzystów więc kulturalnie sobie przejechaliśmy na drugą stronę 😉 Ze środka robił też niesamowite wrażenie, aż kręciło się w głowie 🙂

Mosty w Grecji
Most autostradowy

Pierwszym promem jaki wybraliśmy, ze względu na lepsze połączenia powrotne jeszcze w październiku, był prom na Kefalonię. Udało nam się na niego dotrzeć w ostatnich minutach, bo po drodze musieliśmy zmagać się z bardzo silnym przeciwnym wiatrem oraz przeczekiwać chwilową nawałnicę.

Już na miejscu, na wyspie, okazało się, że nasza kwaterka jest bardzo przyjemna, a prognozy były znowu na tyle kiepskie, że postanowiliśmy zostać w tym mieszkaniu i wykorzystać to, że wyspa jest mała. Zrobiliśmy więc sobie bazę wypadową. Już pierwszego dnia zwiedzania, w trakcie powrotu z najważniejszej atrakcji – jaskini Melissani, okazało się, że wyrobiliśmy się szybciej niż sądziliśmy, i M. wykorzystał dodatkowy czas jeszcze na pojechanie na Biga.

Kefalonia, co zobaczyć
Kefalonia

Jeśli zaś chodzi o jaskinię, to wejście kosztowało nas 7 euro od osoby, to dość dużo, bo spędzamy tam około kwadransa, a sama jaskinia chociaż piękna to dość mała. Zwiedzanie Melissani polega na krótkim „rejsie” łódeczką po jeziorze, które znajduje się w jaskini. Woda ma niesamowity niebieski kolor w kilku odcieniach, a na ścianach przeróżne formacje skalne i nacieki.

Trzeba przyznać, że jaskinia jest niesamowita a my trafiliśmy też na niesamowitego wioślarza 😉 wraz z inną parą, z którą znaleźliśmy się na łódce, nie widzieliśmy czy większą przygodą było płynięcie z nim czy oglądanie jaskini 😉 Wioślarz śpiewał, powtarzał w kółko, bardzo szybko, różne ciekawostki o jaskini, kazał nam patrzeć w różne miejsca, robił nam zdjęcia. Brzmi bardzo w porządku ale wykonanie było dosyć dziwne, chociaż fajne 😉

Melissani Kefalonia zwiedzanie
Melissani od środka

Z Kefalonii wróciliśmy na ląd, gdzie po dwóch godzinach (spędziliśmy je na jedzeniu greckiego jogurtu :P) wsiedliśmy w prom na Zakynthos. Do kwatery dotarliśmy już po ciemku.

Kwatera okazała się przyzwoita, chociaż w kranie była słona woda. Więc pitną musieliśmy kupować, a do tego wieczorami brakowało ciepłej wody, więc i prysznic trzeba było brać wcześniej. Miejsce było jednak bardzo tanie (11 euro za noc). Po przejrzeniu prognoz zostaliśmy w nim jeden dzień więcej. Niestety niepogoda się przesunęła. Nie spadła ani jedna kropla deszczu, za to następnego dnia spadło ich aż za wiele.

Deszczowych dni miało być więcej, dlatego zaczęliśmy kombinować, co zrobić, żeby przez złą pogodę nie utknąć gdzieś po drugiej stronie gór, z dala od promu i na drogim noclegu. Zwłaszcza, że przy okazji weryfikacji kwater okazało się, że naszych upatrzonych miejsc już nie ma. Prawdopodobnie zamknęły się po sezonie. Byliśmy trochę zdołowani, aż wpadliśmy na pomysł wypożyczenia auta, wtedy w jeden dzień objechalibyśmy wyspę i możemy uciekać na ląd i do Włoch.

Tak też zrobiliśmy i okazało się, że zła pogoda może też uprzykrzyć życie w aucie. Udało nam się jednak obejrzeć gwóźdź programu, czyli Zatokę Wraku w całkiem niezłych warunkach. Przeczekaliśmy deszcz w aucie a potem wybraliśmy się podziwiać. Ścieżka do najlepszego punktu widokowego na Zatokę jest ścieżką wydeptaną wśród śliskich kamieni, po ziemi. Więc nasze buty były niewiarygodnie ubłocone. Zyskaliśmy jakiś centymetr dodatkowej podeszwy. A mokra, brązowa ziemia wygląda w dodatku ohydnie 😛

Zatoka Wraku na Zakynthos
Zakynthos, Zatoka Wraku i klify w Kampi

Jednak po zwycięskim wytarciu butów w jakąś porzuconą siatkę, ruszyliśmy w dalszą podróż. Ulewy przetaczały się nad wyspą, a my wjeżdżaliśmy z jednej chmury w drugą, aż  w końcu niepogoda ogarnęła cały Zakynthos i w zasadzie nie było ucieczki.

Padało wszędzie. Na plaży Xigia zlało nas, chociaż tylko chwilę przebywaliśmy na zewnątrz, a kolejnej plaży już nie było widać zza ściany deszczu. Staliśmy niedaleko niej, próbując łapać słaby zasięg komórkowy, a obok nas trzaskała burza. Nic nie zapowiadało poprawy, a my w dodatku nie mieliśmy już za bardzo co jeść, więc ostatecznie zaczęliśmy powoli wracać do wypożyczalni. Lało tak strasznie, że nie wiedzieliśmy co robić, czy czekać w aucie pod wypożyczalnią, czy w Lidlu, czy wrócić do domu i jak przestanie padać to odwieźć samochód… wybraliśmy Lidla, w którym kupiliśmy coś do jedzenia a potem skierowaliśmy się do wypożyczalni i wtedy właśnie deszcz zaczął ustępować i w zasadzie przestał padać jak tylko wsiedliśmy na rowery. Całe szczęście.

Zakhyntos co zobaczyć
Od lewej u góry: Zakynthos widok z portu, plaża Xigia, od lewej u dołu: klify Kampi, cmentarz z okresu mykeńskiego

Zakynthos rowerem
Chmurska nad Zakynthosem

Następnego dnia (nie muszę dodawać, że niebo się pięknie rozpogodziło…) mogliśmy już zbierać się na prom na ląd, żeby kończyć grecki etap. Po dotarciu do Killini i przejechaniu jeszcze prawie 70 kilometrów do Patras, skąd odpływają statki do Włoch, wsiedliśmy na prom, który przez noc miał płynąć do Bari.

Naszym największym zmartwieniem był prysznic – po całym dniu w drodze człowiek chciałby się jednak odświeżyć, okazało się, że na promie były bardzo przyzwoite kabiny prysznicowe. Ciepła woda, super ciśnienie, nawet żel pod prysznic. Jak będzie Was czekała noc na promie, to warto pamiętać, że może być taka opcja (za darmo) 🙂

Natomiast ceny za kabinę podczas tego rejsu wynosiły ponad 100 euro za osobę więc uznaliśmy, że to przesada i bierzemy miejsce na pokładzie za 60 euro (za osobę) i jakoś się przemęczymy. Proponowano nam też wykupienie własnego airchair – czyli takiego rozkładanego krzesła w stylu samolotowym, ale nie skusiliśmy się. Całe szczęście, bo okazało się, że sama załoga nas skierowała do dużej sali z tymi krzesłami i tam każde z nas zajęło jeden potrójny rząd foteli 😉 ludzi było niewiele, więc każdy, kto się tam wybrał znalazł sobie wygodne miejsce. Gorzej zrobiło się po kilku godzinach, gdy statek zawinął do portu w Igumenitsie i wsiadło dużo więcej osób, które przy okazji narobiły hałasu. Ale nam się udało zachować nasze miejsca, tylko co z tego, jak tuż za mną rozłożył się facet, który tak chrapał całą noc, że zamiast spać, to marzyłam o tym, aby go udusić 😛

Wymięci dotarliśmy nad ranem do Bari, udało nam się przespać kilka godzin. Wreszcie jesteśmy we Włoszech i zostajemy tu do marca! 😀

Szykujcie się na dużo włoskich opowieści 😛

Natalia

Grecja wakacje

10 rzeczy, za które kochamy Grecję

Grecja góry

Grecja cieszy się coraz większą popularnością wśród turystów i trudno się dziwić. Podzielimy się z Wami naszym greckim TOP TEN 😉 żeby Wam przypomnieć, dlaczego warto czekać na wyjazd do Grecji 😉

wyprawa do grecji.png

1. Widoki – to chyba oczywiste, między innymi po to się tu przyjeżdża 😉 Zarówno w głębi lądu jak i nad morzem ten kraj zachwyca, a naszym zdaniem linia brzegowa i horyzont z każdego dowolnego miejsca sto razy przewyższa na przykład chorwackie wybrzeże. Góry schodzące do lazurowego morza, wyspy i wysepki, poszarpany ląd po drugiej stronie zatoki, a do tego błękitne niebo i małe wioski wciśnięte gdzieś w zbocza gór, albo na cyplu wychodzącym w morze, cudownie. Jak z obrazków.

Grecja widoki

2. Jedzenie – druga podstawowa sprawa po widokach. Grecy są mistrzami w jogurtach. Nie wiemy jak to jest, ale ich jogurty naturalne moglibyśmy jeść na okrągło, nawet M., który z reguły na widok takiego jedzenia kręci nosem. A najlepsze są takie w kamionkach, często zapieczętowane zwykłą folią spożywczą. Pokrywa je kożuch pod którym kryje się masełkowa konsystencja i dopiero pod nią jogurt. Pyszności! Natomiast grecka feta jest bardziej gorzka niż słona. Polska lepsza 😉
a. Poza jogurtami należy również wspomnieć o smażonych, malutkich rybkach (najlepsze we Fiorinie, w małej rodzinnej knajpce 😉 ), fasoli w pomidorach i oliwie, ryżu ze szpinakiem (serio, najlepszy jest w Lidlu 😉 ) oraz o taramie – paście z ikry w kolorze różowym lub pomarańczowym. Tania jak barszcz o rybnym smaku, lekko kwaskowa, fajna, zwłaszcza jeśli ktoś lubi tego typu smaki. No i oczywiście tzatziki, prawdziwe greckie tzatziki to niebo w gębie w gęstym jogurcie greckim. A na deser ciasto pomarańczowe. Ciężkie, nasączone syropem, ze skórką pomarańczy, będące jakby pieczonym ciastem filo. Pychotka.

Grecja rowerem
Niestety jakoś nie ma zdjęć jedzenia, więc jest koci boss pod drzwiami tawerny ;P

3. Owoce przy drodze – a konkretnie drzewa cytrusowe i granatowe rosnące dla ozdoby przy drodze, albo w ogródkach. Pomarańcze i mandarynki dojrzewają jesienią i zimą, dlatego będąc w Grecji we wrześniu ale także i w październiku (a nawet i w lutym) mamy okazję zrywać dojrzałe owoce z drzew i się nimi zajadać. To samo dotyczy cytryn, granatów czy persymony (zdarza się nawet i kiwi!). Jesienią niestety jest już za późno na figi (ostatnia szansa w sierpniu), które surowe smakują wyśmienicie, a w dżemie są nie do zniesienia 😉

4. Oliwki – wszędzie oliwki, drzewa oliwkowe i gaje oliwne. Ja jestem wielką fanką oliwek, chociaż często ich smak mnie rozczarowuje, zwłaszcza tych sprzedawanych na wagę. W Grecji spotkacie oliwki we wszelkich rozmiarach, podaje się je nawet jako przystawkę do piwa, zamiast orzeszków. Natomiast takich gajów oliwnych jakie tu są, to chyba nie ma nigdzie indziej. Gęste i ciemne od drzew, często starych i powykręcanych, jak z horrorów. Dają dużo cienia i są baaardzo klimatyczne.

greckie oliwki
Gaj oliwny od środka i od góry 😉

5. Pogoda – grecka aura pokazała nam swoje brzydsze oblicze dopiero pod koniec października, kiedy to wypadło nam kilka dni chłodnych i deszczowych. Ale chyba można na to przymknąć oko, w końcu jesienią nie musi codziennie być 30 stopni 😉 A latem spodziewajcie się tylko błękitu nieba i żaru lejącego się na Wasze blade ciałka 😉

Grecvja jesienią
Raz cieplej aż razi w oczka, a raz zimniej 😉

6. Luz – jedna z rzeczy, którą uwielbiamy w krajach południa. Grecy i Włosi chyba przodują w tak zwanej olewce 😉 Przykładem może być to, że w Grecji nikomu nie przeszkadzało, że mkniemy rowerami autostradą, za żadnym razem (a było ich kilka, również poprzednim razem, w 2016 roku), nawet policji, która nas mijała. Nikt też na nas nie trąbił ani nie wymachiwał. Jazda pod prąd? Również nie ma problemu.

No i to sączenie kawy i gapienie się w morze🙂 nic dziwnego, że Grecy spędzają w ten sposób wiele czasu 😉

7. Ludzie – trzeba przyznać, że właściwie z każdym można się dogadać, niektórzy mówią po angielsku lepiej inni gorzej, jeszcze niektórzy po niemiecku. Ale zawsze jesteś w stanie się porozumieć. Ludzie są otwarci, bardzo sympatyczni i chętni do pomocy. Właściwie jest tak na całych Bałkanach, ale to inna sprawa 😉

Greckie koty
Nie mamy jednak w zwyczaju fotografować ludzi, wolimy koty 😉

8. Zapachy – w Grecji pachnie. Oczywiście nie w mieście. Ale poza miastem można poczuć zapachy kwiatów pomarańczy (jeśli akurat kwitną, jeden z piękniejszych zapachów), oliwę i oliwki (w okolicach zakładów przetwórstwa oliwek), las sosnowy (zwłaszcza gdy jest rozgrzany promieniami słonecznymi) oraz cierpki, chociaż przyjemny, zapach wciąż niezidentyfikowanej przez nas rośliny, który pojawia się prawie tylko nad morzem i tylko na południu. No i oczywiście kwiaty. Latem i wczesną jesienią krzewy czerwienią się od pachnących kwiatów.

9. Historia – nawet, jeśli nie lubisz historii i ze szkoły pamiętasz tylko kiedy była bitwa pod Grunwaldem, to fakt przebywania w starożytnych miejscach robi wrażenie. Macanie kamieni, które dotykali tysiąc lat temu starożytni to zawsze intrygujące przeżycie.

Grecja Delfy
Widok na Termopile (u góry) i ruiny w Delfach.

10. Kaktusy i palmy – nie wiem jak to jest, ale widok tych roślin zawsze sprawia, że mam lepsze samopoczucie. A w Grecji jest dużo i palm i kaktusów. Można patrzeć i dotykać i cieszyć się ich widokiem 🙂

Czego nie znajdziecie na naszej liście? Greckiej kawy, która nam nie do końca pasuje 😉 za słodka i wcale nie taka mocna jakby można się spodziewać. No chyba, że frappe, mrożona kawa, tę można pić często i dużo.
Alkoholu – jakoś nie przypadły nam do gustu greckie napitki, nawet popularna Retsina (białe, lekkie wino) nie jest naszym faworytem (chyba, że rozrobiona z dużą ilością sprite’a). Greckich smaków słodyczy i gum do żucia – cynamonowych i żywicznych. Chociaż to świetne smaki, polecamy każdemu spróbować 😉 ale mimo to nie skradły nam serduszek.
Nie lubimy też cen w Grecji. Niestety jest tu drogo, chociaż akurat kwatery są stosunkowo tanie (20/30 euro za noc za dwie osoby a standard często bardzo dobry).

Grecja dojazd na Peloponez
Most autostradowy między Grecją Centralną a Peloponezem. Przedostaliśmy się nim po poboczu dla pieszych 🙂

Chociaż przebywamy w Grecji już trzeci tydzień (a nasza poprzednia wyprawa to też były trzy tygodnie) to nadal nie mamy jej dość (a to się rzadko zdarza, z reguły lubimy i chcemy opuszczać kraje na rzecz innych). Grecja ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie są tutaj szczęśliwsi i gdyby nie ten język, to szukalibyśmy domku na sprzedaż 😉

Natalia

Grecja błękitno – oka*

Grecja rowerem

Kilka lat temu zapytani o Grecję powiedzielibyśmy: „oliwki, Olimp, Santorini no i starożytność” ;). A potem, w 2016 roku, pojechaliśmy do Grecji na wyprawę. Trochę z braku lepszych pomysłów, trochę dlatego, że M. miał tam niezdobyte przełęcze, a trochę dlatego, że urlop wypadł nam na początku jesieni, więc chcieliśmy, aby było jeszcze ciepło (wyspy Kanaryjskie odpadły z powodu zbyt wysokich cen promów pomiędzy nimi). No i przepadliśmy. Najpierw była Kreta a potem Peloponez i wróciliśmy zakochani w Grecji.

Kanał Miłości, Korfu
Canal D’amour, Korfu

Kiedy zakończyliśmy trasę po poprzednich krajach bałkańskich i przyszła pora na Helladę, czuliśmy, że to będzie najpiękniejszy odcinek tego etapu naszej wyprawy (do spółki z Włochami, ma się rozumieć 😉 ). No i nie myliliśmy się, na początek padło Korfu, do którego przedostaliśmy się z albańskiej Sarandy.

Kliknij i przeczytaj o Albanii więcej.

Z Albanii na Korfu
W drodze na Korfu

Korfu objechaliśmy w dwa dni, niestety. Chętnie byśmy zostali w Kerkyrze dodatkowy dzień przeznaczony na snucie się po wąskich uliczkach i smażenie pyszczków nad morzem, ale przez nasze przeziębienie i dłuższe niż planowane dni odpoczynkowe czuliśmy, że potrzebujemy trochę nadrobić czas, dlatego z żalem opuściliśmy wyspę. Korfu nas oczarowała. Głównie olbrzymimi, piaskowymi klifami na Plaży Logos, Przylądkiem Drastis (kolejne klify) i Kanałem Miłości. Szczęki nam opadły, co tu dużo mówić. Ale Korfu miała też dla nas prawie puste główne drogi, wijące się wśród gęstych, starych gajów oliwnych, cichych miasteczek na zboczach gór, pełnych zapachu śródziemnomorskich roślin. Fan ta sty cznie 🙂

Korfu, Logos Beach
Klify na Korfu

Canal D'Amour Korfu
Kanał Miłości, Korfu

Po rewelacjach tej małej wysepki przyszedł czas na powrót na ląd; prowincję Epiru i wąwóz Vikos. Okolica jest bardzo górzysta więc dotarcie tam kosztowało nas sporo wysiłku, ale było warto. Wąwóz oszałamia swoją wielkością, zresztą to najgłębszy kanion na Ziemi! Uznany za taki ze względu na największy stosunek głębokości do szerokości między ścianami na krawędziach. Ma 12 km długości, 900 m wysokości i 1100 m odległości między brzegami. Niestety nie podjechaliśmy do wsi Vikos ani Oxii, które są wymieniane jako punkty widokowe, a do miasteczek Megalo i Mikro Papingo. Vikos i Oxia to już byłoby nadto przewyższeń, więc zrezygnowaliśmy, nie zeszliśmy też na dno kanionu, żeby się wybrać na pieszą wycieczkę, bo trochę nam się nie chciało 😉 a na dnie nie było niczego innego niż zwykle w takich miejscach. Za to wybraliśmy się na spacer po Papingo Rock Pools. To naturalne baseny, taki mały kanionik. Niestety wody było niewiele, więc z naszych nadziei na kąpiel nic nie wyszło, ale za to przeszliśmy się prawie dnem rzeki. Kolejne świetne i bardzo ciekawe miejsce 🙂

Wikos, Grecja
Vikos, Grecja

Papingo Rock Pools, Epir, Grecja
Papingo Rock Pools, Epir, Grecja

W dalszej drodze spaliśmy między innymi w miasteczku Metsovo, na 1200 metrach npm. Miasteczko okazało się urocze. Kamienne domki i uliczki, drewniane wykończenia. Pełne hoteli i sklepów z pamiątkami. Jakim cudem to miejsce, pośrodku niczego,  nie mające nic, co przyciągałoby turystów, miałoby z nich żyć? Do tej pory za bardzo nie wiemy, ale było tam bardzo przyjemnie. Poranek z Metsova to przełęcz Katara Pass, na której trochę nas wywiało, ale za to z niej do naszego kolejnego celu było już prawie tylko w dół.

Metsovo, Katara Pass
Widok na Metsovo i widok z przełęczy Katara Pass

A następnym punktem na trasie były Meteory i Kalambaka, która okazała się bardzo turystycznym miasteczkiem z wieloma kwaterami, hotelami i campingami. Ostatecznie wybraliśmy przez booking hotel, trochę żałując, bo okazało się, że wieczory i poranki były w te dni dostatecznie ciepłe, żeby dać radę pod namiotem. No ale o tej porze roku to zawsze jest loteria, o ile dzień jest słoneczny i bardzo ciepły, to kiedy tylko słońce się chowa, często robi się chłodno.

Meteory Grecja
Meteory

W każdym razie zadekowaliśmy się w Kalambace i następny dzień poświęciliśmy na przejażdżkę po Meteorach i odpoczynek. Meteory zaś nas absolutnie urzekły, wspaniałe miejsce, w dodatku niezbyt trudne do zdobycia rowerem (byli też i tacy, którzy je „zaliczali” pieszo – droga po klasztorach to około 20 km, z ponad 200 metrów nad poziomem morza trzeba się wspiąć na niecałe 600). Mimo, iż nasze odwiedziny tu wypadły pod koniec października to turystów było i tak sporo, nie chcę wiedzieć co tu się dzieje w sezonie 😉 A warto być tutaj właśnie o tej porze, kiedy ludzi jest mniej, a słońce nadal mocno grzeje.

Meteory rowerem
Meteory

Meteory okazały się cudownym, przepięknym miejscem, które z czystym sumieniem możemy polecić każdemu 🙂 Na naszej trasie w tym tygodniu znalazł się jeszcze Volos.

Volos, Greece
Widok na Volos spod palm B-)

Z Kalambaki prowadzi do niego droga przez nudne, płaskie tereny, chociaż w pewnym momencie urozmaicone polami bawełny. Nawet nie wiedzieliśmy, że uprawia się ją Europie. Akurat trwały zbiory i wszędzie było mnóstwo bawełnianych kłaczków, a pola usiane były suchymi badylami z kłębkami waty. W sumie miła odmiana po ciągłych górach, ale pewne zmęczenie fizyczne, od kilku dni ciężkie trasy, oraz znużenie (ile można jechać przez żółte równiny pod wiatr?), sprawiły, że w Larissie, która była na naszej trasie, zdecydowaliśmy się wsiąść w pociąg. Przejechaliśmy 80 kilometrów, więc zapracowaliśmy 😉

Bawełna w Grecji
A tu bawełenka 🙂

Ale wystarczyło, że M. wspomniał naszą bośniacką przygodę sprzed kilku lat, kiedy to pociąg stał w polu tak długo, że szybciej byśmy byli rowerami na miejscu niż tamtą koleją, a okazało się, że nasz aktualny pociąg jest popsuty… na szczęście podstawili nowy skład, tylko po pół godzinie, i telepakiem jakoś dotarliśmy nad morze 😉 Volos miał być piękny, a okazał się dość zwyczajny. Zwyczajne greckie miasto nad morzem. Pięknie wygląda z daleka (białe domki na wybrzeżu), z bliska nie robi wrażenia. Wylądowaliśmy ostatecznie kawałek za miastem (5 km) w hotelu z widokiem na górę, na „zapleczu” miasta (po zmroku wygląda wspaniale, całe w kolorowych światełkach miasteczek), i morze. Szkoda tylko, że ze słabym Internetem. Dość często Internet w przybytkach w których nocujemy, jest marnej jakości.

Grecja w październiku pogoda
Morze jesienią wciąż ciepłe

W każdym razie pierwszy grecki tydzień minął nam bardzo przyjemnie, trochę nas jeszcze otrzaskało słońce 😉 A Lidle (które nareszcie się pojawiły!) żywią nas najlepszymi na świecie jogurtami greckimi i słodkimi „kopertkami” wypełnionymi greckim budyniem waniliowym, pycha! Oraz fasolakią, czyli zieloną fasolką w sosie pomidorowym, mniam 😀

Chcesz więcej Grecji? Znajdziesz ją w liście rzeczy, które kochamy w Grecji (klik) oraz w linku o pozostałej części trasy po Helladzie (klik) 🙂

  •  Marmur-biały C.K Norwid
http://literat.ug.edu.pl/cnwybor/012.htm

Czy Albania da się lubić?

Czy w Albanii jest bezpiecznie?

W związku z tym, że w Grecji planujemy być więcej niż jeden tydzień, to postanowiłam przybliżyć Wam jeszcze trochę Albanię. Bo to chyba „najdzikszy” z krajów na naszej trasie (może poza Kosowem?) i najbardziej obrośnięty w stereotypy.

Albania podróż rowerem
Bunkrów Ci w Albanii dostatek 😉

Dni w podróży albańskimi szosami mijały nam bez żadnych ekscesów czy innych dziwnych zdarzeń. Pogoda się uspokoiła i była wreszcie taka, jak miała być, czyli umiarkowane upały (tak do 30 stopni) i cień w którym było dość chłodno (a nie gorąco, zamiast upalnie, jak to zwykle w sezonie letnim na południu Europy), bezchmurne słońce, woda w morzu ciepła (nie to żebyśmy się jakoś namiętnie kąpali, ale stopki zamoczyć zawsze chętnie).

Albania urlop
Zamoczone stopki na albańskim wybrzeżu

Jakość asfaltu głównych dróg była znakomita a ruch samochodowy umiarkowany albo nawet nieduży. Kierowcy jeżdżą nie gorzej niż w pozostałych częściach Bałkanów. Co prawda trochę nas drażni ta ich wschodnia maniera trąbienia na nas w geście pozdrowień, ale też już przywykliśmy. Aczkolwiek to wcale nie jest takie miłe, a często nieźle potrafi przestraszyć, albo człowiek się naprawdę zastanawia czy ma uciekać na pobocze, czy co innego ze sobą zrobić.

Kwatery okazały się bardzo tanie (kempingów i tak nie było), mniej więcej w cenie maksymalnie do 20 euro, ich  standard niczym w zasadzie nie odbiegał od europejskiego, więc miło było w nich spędzać wieczory.

Jednak były pewne zdarzenia, które nie pozwalały nam zapomnieć, gdzie jesteśmy 😉 Zacznijmy od śmieci. Jest tu zapewne lepiej niż kilka lat temu, kiedy to relacje z tego kraju przepełniały obrazy stosów śmieci walających się w każdym miejscu i wysypujących się z kubłów. Rzeczywiście, śmieci jest dużo. Rozwłóczone przy drodze, wyrzucone na stertę gdzie popadnie. Na przykład na własnym pastwisku czy w ogrodzie.  Ale nie jest tego więcej niż w innych krajach bałkańskich (nie licząc zdechłego osła bez nogi, który leżał przy drodze – sic!), za to jest mniej rozjechanych psów i kotów. To zupełnie inna mentalność, brak świadomości. Przyznam, że mnie to bardzo męczy, ale nie jest tak, że w Albanii jest najgorzej. Natomiast w nadmorskich kurortach śmieci jest w ogóle niewiele, miasta są raczej zadbane i czyste.

Albania wyjazd na wakacje
Albańskie miasto

Zwierzęta. Na całych Bałkanach są stada wędrujących bez opieki psów i kotów. Czasem to rzeczywiście stada, a czasem pojedyncze sztuki. Nie wiadomo co gorsze, czy zabiedzone czy rozwścieczone i szczekające za rowerem… w każdym razie w Albanii pojawiają się jeszcze osiołki, które pasą się przy szosie. Czasami ciągną wozy, a czasami są ujeżdżane. Obok koni czy mercedesów osły to podstawowy środek transportu. Bardzo egzotyczny widok 😉 częsty zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach.

Albania czy warto?
Osiodłany osiołek

Są też oczywiście krówki, kózki i stada owiec, które beztrosko sobie spacerują po ulicach, albo wyłażą prosto pod koła 😉

Kwatery. Spaliśmy zarówno w hotelach jak i mieszkaniach. Ceny były niskie a standard wszędzie dobry. Gdyby nie liczyć pewnych niedogodności. W jednym z hoteli nie było ciepłej wody, nawet po naszej interwencji doczekaliśmy się ledwo letniej. Nikt nie chciał nam w to uwierzyć ani przyjść do nas i sprawdzić, co rzeczywiście leci z kranu. Przez nasze skargi straciliśmy w oczach właściciela, który początkowo był nami i naszą podróżą zachwycony 😛  W drugim hotelu mieliśmy ciągłe problemy z wifi… a w domu, w którym zatrzymaliśmy się na trzy dni (z powodu mojego przeziębienia) braki wody. Woda była tylko rano i wieczorem… (w sumie to i tak nieźle! :p). Poza tym było strasznie głośno i ze wszystkich  stron dochodziły różnego rodzaju dźwięki. Życie całego budynku, budowa nowych wieżowców, dzieci płaczące, rzucające pieniążkami w domu nad nami (o kafelkową podłogę), uliczni grajkowie, niespełnieni piosenkarze, telepiące się na wietrze popsute żaluzje (nasze), szurające krzesła nad nami, wiercenie i tłuczenie, no wszystko.

Widoki. Bardzo nas Albania zaskoczyła. Spodziewaliśmy się jakiejś pustyni na końcu świata z  górami dookoła i stepami porośniętymi zżółkniętą trawą a dostaliśmy… góry i stepy porośnięte zżółkniętą trawą 😀 ale też całkiem nieźle prosperujące miasteczka i przepiękne widoki na wybrzeżu. Wcale nie dziwne, że Albania stała się modna. Krajobrazy  są piękne, pogoda wspaniała, ludzie bardzo sympatyczni a ceny zbliżone do polskich. Jeśli chodzi o krajobrazy, nawet te nadmorskie, to więcej jest tu drzew liściastych niż palm. Kurorty są dość mocno wybetonowane, a skaliste wybrzeża zabudowane blokami, które jednak mają pewien urok, a nie są takie monotonne jak w Polsce.

Podróż do Albanii

Albania piękne wybrzeża

Jedzenie. W Albanii sprzedają najpyszniejszy chleb na świecie 😉 jak tu będziecie, to bierzcie tylko taki kwadratowy. Ma chrupiącą skórkę i pyszne, miękkie, chociaż nie „gumowate” wnętrze. A najlepsze jest to, że piekarnie otwarte są przeważnie od bladego świtu do godziny 22 i cały czas dostaniecie tu świeże pieczywo. Warzywa i owoce kupicie najlepsze tylko na straganach, w sklepach często nie ma ich wcale albo są marnej jakości. Jest też pewien specyfik który nam bardzo przypadł do gustu, nazywa się fergese me gjize to coś w rodzaju pasty z białego sera z pomidorami, papryką, oliwkami i zalane oliwą. To jedno z narodowych dań, jest ich kilka rodzajów. Podobno można w niej zapiekać mięso, sądzę, że nadaje się też do maczania mięsa, ale sama w sobie jest tak pyszna, że smarowaliśmy nią po prostu chleb i zagryzaliśmy włoską mortadelą z pistacjami albo albańskim serem (wszystkie słone jak sto diabłów :P). Pycha! 🙂

W Albanii więc miło spędziliśmy czas, chociaż przeziębiliśmy się (jakim cudem w czasie upałów…?) i przez kilka dni mieliśmy mały szpital na kółkach (dosłownie!). Ale powoli dochodzimy do siebie 😉

Albania urlop
Saranda, Albania

Po Albanii zaś przyszła pora na Grecję 🙂

Natalia i Mikołaj