11 największych rozczarowań Bałkanów i południowej Europy

Europa gdzie nie jechać

Tydzień temu poznaliście miejsca, które najbardziej nam zapadły w pamięć – w pozytywnym znaczeniu, dzisiaj dla odmiany podzielimy się z Wami tym, co nas najbardziej rozczarowało. Kolejność przypadkowa, z północy na południe 😉

  1. Przepaść Macochy (Czechy) – to miał być największy lej krasowy w Czechach i środkowej Europie (138 m). Zdjęcia w Internecie wyglądają zachęcająco, więc mieliśmy smaka na to miejsce.

Okazało się jednak, że po pierwsze bilety na zwiedzanie jaskini trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (no, może przesadzam, ale dużo wcześniej, zanim przyjechaliśmy) a po drugie przepaść jest zarośnięta i w sumie nie robi większego wrażenia. Na dole ledwo widać jeziorko. Z góry miejsce szału nie robi.

Przeczytaj o wyprawie rowerowej po Czechach.

Przepaść Macochy Czechy
Przepaść Macochy
  1. Villach (Austria) – niby jedno z największych miast Austrii, ale że kraj sam w sobie mało ludny, to i (bodaj) siódme największe miasto jest po prostu dziurą. Tak sennego miasteczka tej rangi dawno nie widzieliśmy, a może i nigdy. Położone fantastycznie – między Karawankami a Alpami, niby atrakcyjne turystycznie, a… puste, bez życia. Może nie wymarłe, ale jakby zamarłe. Dla nas to nawet lepiej, ale mieszkając tam chyba można by się zanudzić. No chyba, że zimą jest lepiej (mają np. skocznię)… Ale jak zimą może w ogóle być pod jakimkolwiek względem fajnie? :p

Podróż po Austrii znajdziesz pod tym linkiem. 

3. Chorwacja – tak, tak. Chorwacja chyba już obrosła na naszym blogu w legendę 😀 ale to dlatego, że pogodę mieliśmy prawie cały czas tak fatalną, że nic tylko płakać (przynajmniej dla mnie była to walka na śmierć i życie, M. znosił niedogodności lepiej). Lało i wiały huragany, jedno i drugie na zmianę albo i na raz. A sam interior kraju też bez rewelacji. Do tego bardzo kiepskie zaopatrzenie w sklepach, ale za to pieruńsko drogo. Więc jak już Chorwacja to lepiej nie, ale jeśli jednak koniecznie tak, to tylko latem i tylko nad morzem 😉

Chorwacja podróż
Jest pięknie tylko po co te chmury?

Jakiej pogody nigdy nie spodziewasz się w Chorwacji?

4. Serbia – w Serbii byliśmy już wcześniej, w 2011 roku, wtedy jej naddunajski wschód nas oczarował, ale reszta kraju wydała się brzydka i nieciekawa (poza Belgradem, który jest brzydki ale ciekawy). Również w tym roku, chociaż zahaczaliśmy tylko o południowo-zachodnie rubieże, to Serbia nas nie zachwyciła (poza tym jednym miejscem – przełomem rzeki Uvac), chociaż mogłaby, gdyby chciała. Ale nie chce. Bardzo dużo porozrzucanych śmieci, „dzikich” wysypisk, zaniedbane okolice, brzydkie i smutne miasta i miasteczka.

O tym, jak zmarzliśmy w Serbii…

serbia podróż
Zdjęcia mówią same za siebie

5. Kanion Matka (Macedonia) – przyznam szczerze, takich miejsc widzieliśmy na pęczki, może dlatego na nas nie zrobił wrażenia. Idziesz wzdłuż góry, po jednej stronie skały a po drugiej jezioro i znowu góra. Niby jest ładnie (i wstęp za darmo) ale wszędzie leżą śmieci, nie widać też niczego przed tobą, bo widoki zasłania zawsze jakiś kawałek skały. Warto też dodać, że spokój tego miejsca zakłóca muzyka z przepływających łódek, która bardzo się niesie po wodzie i wszyscy ją doskonale słyszą. O świergocie ptaków można zapomnieć. Generalnie jednak widokowo nie jest źle, ale żeby tam specjalnie jechać, no to nie.

Wąwóz Macocha Macedonia
Wąwóz Macocha i wszędzie śmieci
  1. Pociągi w Macedoniiminus wielki jak stąd do Skopje. Nie tylko za to jak paskudnie i nieprzyjemnie potraktował nas człowiek z obsługi pociągu (nakrzyczał na nas, że rowerów pociąg nie przewiezie i koniec kropka i w ogóle nie gada z nami), ale też za to, że pociągi w Macedonii w teorii w ogóle nie przewożą rowerów (dość dziwne samo w sobie). Jeden nas jednak przewiózł, ale był w takim stanie, że mieliśmy ochotę wykąpać się w spirytusie, żeby się odkazić 😛

Chcesz wiedzieć więcej o podróży przez Macedonię?

  1. Delfy (Grecja) – Spodziewałam się po samym mieście jakichś rewelacji, sama nie wiedząc w sumie jakich. Okazało się, że samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, to głównie dwie ulice, jedna turystyczna z hotelami i knajpami, druga raczej mieszkalna. Ale w sumie nie ma się co dziwić, Delfy rozbiły się na zboczu wysokich gór, miejsca miały niewiele, a chodziło głównie o opiekę nad wyrocznią. Delfy jednak nadrabiają przyjemną atmosferą i boskim widokiem, ale to Grecja, co się dziwić 😉

Grecja, ach, Grecja! 🙂

Grecja Delfy rowerem
U góry od lewej: widok na wyrocznię delficką, widok z Delf na morze, na dole: uliczki w samych Delfach
  1. Alberobello (Włochy) – o Alberobello krążą prawie legendy, jak tam pięknie, uroczo, cudownie. Okazało się jednak, że to przede wszystkim miasto jakich wiele, nie ma w nic ciekawego poza tą jedną małą dzielnicą (?) białych trulli. I rzeczywiście, całkiem jest tam ładnie, ciekawie i dość niezwykle, ale żeby zaraz szaleć z zachwytu? Dodatkowo pewniej „dziwności” temu miejscu nadaje fakt, że w trullach mieszkają ludzie. Normalnie sobie żyją. Jak byście się czuli, gdyby wam codziennie zaglądali w okna ciekawscy turyści i robili zdjęcia wszystkiego dookoła? Na plus miastu trzeba zaliczyć, że kupiliśmy tam najwspanialszy chleb na całej wyprawie, a może i w życiu 🙂 A w ogóle to M. się nie zgadza z moją oceną Alberobello – jemu się podobało. Więc cóż tu się dziwić, ze innym też? 😉
Alberobello podróż
U góry po lewej, widzicie panią w mieszkaniu?
  1. Półwysep Gargano (Włochy) – Miejsce bardzo ładne, ale we Włoszech są o wiele ciekawsze i dużo piękniejsze miejsca (chociażby Amalfi). Dlatego Gargano znajduje się na tej liście, bo miały być zachwyty a było „tylko” bardzo ładnie 😉
Półwysep Gargano
Gargano, widzicie te chmurska?

Od Bari do Rzymu rowerem.

  1. Kefalonia (Grecja) – sama wyspa niezbyt nas oczarowała, poza jaskinią Melissani właściwie nie była miejscem, które nam zapadło w pamięć. Dużo lasów, mało widoków, plaże bez dodatkowych atrakcji (typu klify i urwiska) 😉 No, ale był big, więc obecność (dla M.) obowiązkowa 😉

    podroz na Kefalonię
    Ale źle nie było…

Chyba już gdzieś pisałam, że zakochałam się w Grecji  😀

  1. Volos (Grecja) – miasteczko, które Grecy nam zachwalali jako przepiękny kurort. A jego jedynym urokiem było to, że znajdowało się nad morzem i u stóp gór (aczkolwiek niezaprzeczalna zaleta, to trzeba przyznać). Volos przypominał trochę Sopot. Tylko widoki lepsze 😉
Volos Grecja podroz rowerem
Volos, Grecja

Na szczęście miejsc, które rozczarowały, było dużo mniej, niż tych, które miło zapadły w pamięć i dlatego trzeba się było postarać, żeby również i tutaj dobić do 11 😉

A tu znajdziesz linki o tym, co było najfajniejsze i jak nam się podróżowało przez Bałkany i południe Włoch:

11 najlepszych miejsc w południowej Europie i na Bałkanach.

Podsumowanie I etapu wyprawy.

 

Natalia i M.

Reklamy

Czeski tydzień i kempingi z piekła rodem

wyprawa rowerowa do Czech

Nasz pierwszy tydzień wyprawy rowerowej rozpoczął się dzień później niż planowaliśmy, bo okazało się, że pakowanie zajęło więcej czasu niż miało. Nie chcieliśmy się spieszyć i przesunęliśmy start.

Dzięki temu komitet pożegnalny złożony z naszych Rodziców poszerzył się o kolegę Jasia, który pojechał z nami w odwiedziny do znajomych w Trzebnicy 🙂

Do okolic Trzebnicy dostaliśmy się pociągiem i tak też odjechaliśmy ;). Zaliczyliśmy tylko nocleg w Bystrzycy Kłodzkiej i dalej ruszyliśmy w drogę już na rowerach, żeby po 80 kilometrach wsiąść w pociąg w Svitavie do Blanska.

Droga do Svitavy była koszmarna, bardzo duży ruch tirów, brak pobocza, ciągłe górki i upał sprawiły, że nie był to dobry dzień.

Czeskie pociągi

Na szczęście uratował go pociąg do Blanska. Niski, więc łatwo było nam wtarabanić się do środka bez zdejmowania sakw (w Polsce się to prawie nigdy nie zdarza), pachnący nowością, czyściutki, cichutki, klimatyzowany. Super.

Sloup – kemping Relaxa i Propast Macocha

Z Blanska dotarliśmy do kempingu Relaxa w Sloup. Po zdjęciach spodziewaliśmy się szału a dostaliśmy łysą polanę  z samochodami i brudnawą łazienkę 😛 drzwi do toalet i pryszniców bez zatrzasków, no ale to jeszcze można przeżyć, gorzej, że nie wszystkie się zamykały. Niektóre zahaczały się futrynę a inne nie.

Kemping był schowany między lasami, więc zanim słońce na dobre wyszło zza drzew, żeby go oświetlić, było już grubo po południu,  a chłodny poranek w cieniu nie jest zbyt przyjemny.

Natomiast zaletą kempingu było to, że ciepła woda w całej łazience była nielimitowana. Żadnych żetonów, wciskanych kranów, zimnej wody w umywalce (a to wcale nie jest takie oczywiste).

W toaletach zabrakło mydełka i papieru toaletowego, ale za to była kuchnia z butlą oleju i workiem soli do dyspozycji, oraz z lodówką (sprawną, a to rzadkość) i zlewy z płynem do mycia naczyń.

Na kempingu był też barek i stoliczki, oraz domek z zadaszoną werandą, stołem i ławkami, które zaanektowaliśmy 😛

Były też miejsca na ogniska, które cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Niestety wiatr zawiewał dym na wszystkich, również tych niezainteresowanych, a popiół z imprezy rozniósł się w nocy po całym kempingu i mimo, że rozbiliśmy się z dala od tego miejsca, to namiot był cały w pyle.

Na kempingu przyjmowali psy – no i super. Ale też dzieci. Tu gorzej. Więc dzieci dużo biegały i jeszcze więcej krzyczały (jak to dzieci). Teren zbyt duży nie jest, więc czuliśmy się trochę jak w komunie.

Ale ogólnie kemping w miarę okej, żeby spędzić tam noc, czy dwie.

Propast Macocha

Sluop był miejscem wypadowym do Przepaści Macochy – największego leju kresowego w Czechach i środkowej Europie (138 m). Przepaść można oglądać z góry (są dwa mostki, do których łatwo dotrzeć na nogach, oraz z po wjechaniu kolejką linową – tę trasę też można pokonać pieszo) i od środka – na pieszo i łódką. Żeby jednak wejść do jaskini trzeba kupić bilet, a tych już zabrakło, kiedy tam byliśmy. Podobno ludzie kupują je z dużym wyprzedzeniem (można nawet rok wcześniej).  Popatrzyliśmy więc tylko w dół z wyglądaczek. No i cóż. Szału nie było 😉 przepaść jak przepaść.

Przepaść Macochy, Czechy
Przepaść Macochy, Czechy

Kto się nie załapie na zwiedzanie tej jaskini może spróbować z innymi, jest ich tam chyba z pięć, każda wydaje się warta uwagi, o ile ktoś lubi jaskinie i muzea (bo te pozostałe to takie mieszane twory). Koszt wejścia do każdej to około 150  – 170 koron za osobę a czas zwiedzania to mniej więcej dwie godziny.

Po drodze jest też kilka dzikich jaskiń (darmowych) niezbyt głębokich, ale można wetknąć głowę tu i tam 😉 My wybraliśmy właśnie tę, niskobudżetową opcję 😛

jaskinia, Czechy
Dzika jaskinia w drodze ze Sloup do Macochy, Czechy

Brno i szybki prysznic

Zwiedzanie jaskiń i byczenie się na werandce zajęło nam cały dzień, a następnego ruszyliśmy do Brna.

Miasto nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia (może mamy za dużo w dupkach). Przypomina trochę Pragę, trochę Wiedeń.

Brno, Czechy
Brno, Czechy

Droga do Brna i z Brna (w stronę Wiednia) bardzo ruchliwa. Niby jest autostrada ale chyba wszyscy, łącznie z tirowcami, ją omijają, żeby oszczędzić na winietach…

Po dniu zwiedzania i zmagania się z upałem przyszła pora na nocleg. Wypadał jeszcze w Czechach, ale to, na co trafiliśmy, sprawiło, że trochę zrzedły nam miny.

ATC Merkur – jedyny, który znaleźliśmy (mimo, że na mapie jest ich wiele)  kemping nad jeziorem Dyja. Jest więc pełen ludzi (z dziećmi), bardzo głośny i tłoczny. Niby niedrogi (chociaż jak na Czechy to jednak drogi) – zapłaciliśmy za samo miejsce na namiot i dwie osoby jakieś 50 zł.

Warunki na kempingu były ciężkie. Nie dość, że nie bardzo było gdzie wbić szpilkę, bo każde miejsce zostało zajęte, również w przejściu, wszędzie dookoła ludzie grillowali i puszczali sobie muzyczkę z radyjek, zatem o zacisznym kąciku można było zapomnieć, to łazienki udostępniane na każdą część kempingu są maleńkie (dwie kabiny prysznicowe w jednym pomieszczeniu). Na szczęście było sporo kibelków, ale za to tylko jedna umywalka w toalecie.

Ale najlepsze czeka w kabinie prysznicowej. Ja wesoło weszłam sobie do jednej, rozejrzałam się, czy nie ma wrzutki na żetony. No nie ma, więc rozebrałam się, przygotowałam sobie kosmetyki i stanęłam pod natryskiem. I tak stoję. Nic się nie dzieje. No to skaczę, pukam, wciskam, zaglądam, macham, proszę, grożę. No nie leci, nie ma wody. Więc się ubieram z powrotem (taka spocona, w te brudne ciuchy) i wychodzę. Oczywiście kolejka, no bo dwa prysznice nie są w stanie ogarnąć setek ludzi, którzy chcą się umyć po upalnym dniu. Mówię „nie działa! Jak zrobić żeby leciało?” a pani mi pokazuje, gdzieś tam przy wejściu do budynku, puszkę na pieniążki. Nie chcecie wiedzieć, jak się wściekłam 😉

Pani na recepcji zapomniała o tym wspomnieć, że prysznice są za dodatkową opłatą.

10 koron starcza na 4 minuty, jak Ci nie starczy, to musisz wyleźć z kabiny przeparadować przed kolejką, która przebiera nogami na Twoje miejsce, i wrzucić kolejne monety. Ale najlepsze jest to, że maszyna wskazuje, którą kabinę możesz wybrać, więc jeśli ta obok zwolni się w czasie, kiedy dorzucasz (z mydłem w oczach) kolejne pieniążki, to może Ci wskazać tę drugą, z której nie korzystasz. Taki żarcik. Przerażona taką wizją umyłam się w czasie 4 minut, ale takiego przyspieszenia w łazience jeszcze nigdy nie dostałam.

Szybkie spłukanie i moczenie mydła – woda stop – szybkie mydlenie  wszystkich części ciała – woda żeby zmoczyć włosy – woda stop – szamponowanie i dodatkowe mydlenie – puszczamy i spłukujemy… i módlmy się, żeby się wszystko się zmyło… a jak nie, to można jeszcze przetrzeć wilgotnym ręcznikiem 😀

Żeby było zabawniej kemping udostępnia swoim gościom coś w rodzaju scenki /kina na powietrzu. Wielki ekran, wielkie kolumny i ławeczki. Szkoda tylko, że filmowych, muzycznych i bajkowych dźwięków muszą słuchać wszyscy, nawet ci niezainteresowani, no bo miejsce zabaw było tuż przy polu namiotowym (więc nawet grubo po 22 można było imprezować, czy się chciało czy nie…).

A na dokładkę zgadnijcie, gdzie rozbiliśmy namiot, jeśli w pobliżu była tylko jedna działająca latarnia 😛

Plusem obu kempingów było to, że wifi udostępniano niezahasłowane.

To w ogóle często się zdarzało w Czechach. Stacje benzynowe, Galerie Handlowe, takie miejsca „ogólnego użytku” udostępniały niezabezpieczoną sieć.

Ale w sumie to i tak lepiej niż pewien kemping gdzieś w Macedonii (chyba w Tetovie), który ukryty był w zbożu (czy innej trawie). Znaleźliśmy go jakimś cudem po ciemku, na tyłach wypasionego hotelu – zamku.  Byliśmy sami, więc mieliśmy do własnej dyspozycji klepisko i brudne łazienki. Ale prysznice były wzorem czystości przy nigdy nie mytych, nie zamykających się, kucanych kiblach.  I uwierzcie mi, pajęczyny, musze truchła i pająki to było nic w porównaniu z tym, co tam się działo…

Był też sobie kemping w Bośni, wielki, pełen porzuconych, starych i brudnych przyczep kempingowych. Właściciel objeżdżał go jakimś takim Melexem i pilnował, czy nie ma dzikich lokatorów. Szkoda tylko, że teren był zaniedbany i pełen zeszłorocznych jesiennych liści (albo i starszych) a kuchnia, którą udostępnił, została wzięta we władanie przez leśne stworzenia. Wisiały tam dziwne, wielkie (ale malutkie też), brunatne kokony… nie zbliżałam się do niej 😛

namiot, wyprawa rowerowa
A to z Grecji czy skądś 😛

Tak więc pierwsza garść nowych przygód (i dla porównania dwie archiwalne) za nami 😉

Przeczytaj relację z kolejnych krajów!

> co się działo w Austrii?

> a co na Słowenii?

> i jak dała nam popalić Chorwacja?

Natalia