Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Reklamy

Pożegnanie z Grecją

Grecja co zobaczyć

Nasz grecki etap skończyliśmy pobytem na Kefalonii i Zakynthos. Ale zanim tam dotarliśmy przebyliśmy jeszcze kawał kontynentu.

Tu możesz przeczytać o pierwszej części greckich zmagań. a tu dowiedzieć się, za co kochamy Grecję 🙂

Pierwszym przystankiem znad morza, z Volosu, była Lamia, gdzie dorwaliśmy miłe mieszkanie przez Airbnb, skąd M. pojechał na BIGa. Sama Lamia okazała się sympatycznym miasteczkiem, w którym nie było nic poza Lidlem  😉 Co się przydało, bo zostaliśmy tam o dzień dłużej, niż planowaliśmy, z powodu kiepskiej pogody.

Grecja co zobaczyć
Lamia bardzo w oddali

Lamia leży tuż obok historycznych Termopili, więc obowiązkowo pojechaliśmy je zobaczyć i po których rozglądaliśmy się trochę ze zdziwieniem, bo okazało się, że kompletnie inaczej wyobrażaliśmy ten sławetny przesmyk. Dzisiaj jest to wysoka skarpa, oddalona od morza o ładnych kilkaset metrów. Jak niby i po co ktokolwiek miałby się tu bronić? Ale okazało się, że linia brzegowa przez te setki lat przesunęła się o tyle (podobno ze względu na fakt, iż podniósł się poziom gruntu), że teraz między morzem a skarpą jest ładny kawałek ziemi, na którym można było się budować.

Wąwóz Termopile
Widok na Termopile

Na wzgórzu (wzgórku) Kolonos znaleźliśmy też epitafium upamiętniające śmierć Spartan poległych w bitwie z Persami. Oczywiście pierwotnie tylko marszczyliśmy brwi nad tą tablicą (wcale nie wygląda tak, jak się człowiek spodziewa), co tu niby jest napisane i w ogóle o co chodzi? Gdzie są słowa o przechodniach i Sparcie… (jakbyśmy wiedzieli jak jest przechodzień po starogrecku 😛 )? Ale podejrzewaliśmy, że to jednak jest ten słynny napis i z pomocą przyszła nam Wikipedia 😉 Okazało się, że oryginał brzmi trochę inaczej, niż polski przekład. Nie aż tak poetycko, ale nadal nieźle:

O cudzoziemcze, powiedz Lacedemończykom, że wierni ich prawom, tu leżymy.

Gdzie jest epitafium symonidesa
To właśnie epitafium Symonidesa

Usatysfakcjonowani ruszyliśmy dalej, aby zaraz zrobić sobie postój w śmierdzących termach 😀 Tak, tak. Niedaleko historycznego miejsca są gorące źródła  wraz z wodospadem. Woda swój zapach zawdzięcza dużej zawartości siarki, która podobno dobrze wpływa na stawy i skórę. Było tutaj kiedyś sanatorium uzdrowiskowe, ale upadło a to niezwykłe miejsce pozostało.

Gorące źródła Grecja

Dojazd do źródeł niestety prowadzi tuż obok nieprzyjemnych slumsów, po drodze (szutrowej) biegają dzieciaki, z wyglądu przypominające cygańskie (wiecie co mam na myśli), które nie budziły naszego zaufania i niezbyt chętnie zostawialiśmy rowery bez opieki. Teren nie jest zadbany, więc nie ma też żadnej przebieralni ani toalet. Ludzie, niestety, mimo tabliczek tego zabraniających, myją się w tej fantastycznej wodzie, używając szamponów i innych chemicznych środków czystości.

Pobrodziliśmy zatem tylko trochę w źródłach, dzień był chłodny, więc miło było zanurzyć chociaż stopę w ciepłej wodzie, i ruszyliśmy dalej, docierając do dość przyjemnego miejsca noclegowego w miasteczku u podnóży olbrzymich gór Parnasu: Sofianos Guesthouse, którego szukaliśmy dużo dłużej niż byśmy chcieli, bo miał podaną złą lokalizację na Bookingu.

Góry Parnasu Grecja
Góry Parnasu, gdzieś tam się musimy przebić.

Następny dzień szykował się ciężki, bo trzeba było pokonać Parnas. Mieliśmy do podjechania około 1500 metrów a niebo od wczoraj było ciągle zasnute ciemnymi chmurami. Pogoda miała się wyklarować, ale jakoś daleko jej było do tego. Na tyle daleko, że u podnóża gór mieliśmy dłuższą chwilę kryzysu i chcieliśmy gdzieś jeszcze przeczekać kolejny dzień. Zdecydowaliśmy się jednak jechać. Wbrew oczekiwaniom jechało nam się nawet nieźle, chociaż w chłodzie i siąpieniu – chmury pełzły po stokach razem z nami, więc co chwile jakaś przez nas przechodziła, lub my wjeżdżaliśmy w nią, co skutkowało właśnie lekkim deszczem. Przez te gęste chmury właściwie nie było nic widać (czasem nawet jakieś kilka metrów w przód mgła gęstniała jak mleko), dopiero prawie na samym szczycie Parnasu trochę się przejaśniło i mieliśmy okazję oglądać naprawdę piękne widoki. Dodatkowo przez ostatnie 300 metrów towarzyszył nam spory psiak, w którego towarzystwie lepiej nam się jechało 🙂  Później zwierzak gdzieś się rozpłynął a my wreszcie zakończyliśmy podjazd. Chmury też się nieco rozeszły i podczas bardzo długiego zjazdu do Delf mogliśmy znowu podziwiać niesamowite krajobrazy.

Parnas dojazd rowerem
Końcówka Parnasu we wszechobecnych chmurach.
Parnas jak dojechać
Widoki ze zjazdu z Parnasu.
Delfy czy warto jechać
Delfy i widok z miasta na Zatokę Koryncką

Po Delfach przyszła kolej, aby dostać się na Peloponez, do portów skąd odpływały pożądane przez nas promy. Peloponez z Centralną Grecją łączy olbrzymi most autostradowy, który dobrze widać już z 30 kilometrów. Na szczęście most miał odgrodzone pobocze dla pieszych i rowerzystów więc kulturalnie sobie przejechaliśmy na drugą stronę 😉 Ze środka robił też niesamowite wrażenie, aż kręciło się w głowie 🙂

Mosty w Grecji
Most autostradowy

Pierwszym promem jaki wybraliśmy, ze względu na lepsze połączenia powrotne jeszcze w październiku, był prom na Kefalonię. Udało nam się na niego dotrzeć w ostatnich minutach, bo po drodze musieliśmy zmagać się z bardzo silnym przeciwnym wiatrem oraz przeczekiwać chwilową nawałnicę.

Już na miejscu, na wyspie, okazało się, że nasza kwaterka jest bardzo przyjemna, a prognozy były znowu na tyle kiepskie, że postanowiliśmy zostać w tym mieszkaniu i wykorzystać to, że wyspa jest mała. Zrobiliśmy więc sobie bazę wypadową. Już pierwszego dnia zwiedzania, w trakcie powrotu z najważniejszej atrakcji – jaskini Melissani, okazało się, że wyrobiliśmy się szybciej niż sądziliśmy, i M. wykorzystał dodatkowy czas jeszcze na pojechanie na Biga.

Kefalonia, co zobaczyć
Kefalonia

Jeśli zaś chodzi o jaskinię, to wejście kosztowało nas 7 euro od osoby, to dość dużo, bo spędzamy tam około kwadransa, a sama jaskinia chociaż piękna to dość mała. Zwiedzanie Melissani polega na krótkim „rejsie” łódeczką po jeziorze, które znajduje się w jaskini. Woda ma niesamowity niebieski kolor w kilku odcieniach, a na ścianach przeróżne formacje skalne i nacieki.

Trzeba przyznać, że jaskinia jest niesamowita a my trafiliśmy też na niesamowitego wioślarza 😉 wraz z inną parą, z którą znaleźliśmy się na łódce, nie widzieliśmy czy większą przygodą było płynięcie z nim czy oglądanie jaskini 😉 Wioślarz śpiewał, powtarzał w kółko, bardzo szybko, różne ciekawostki o jaskini, kazał nam patrzeć w różne miejsca, robił nam zdjęcia. Brzmi bardzo w porządku ale wykonanie było dosyć dziwne, chociaż fajne 😉

Melissani Kefalonia zwiedzanie
Melissani od środka

Z Kefalonii wróciliśmy na ląd, gdzie po dwóch godzinach (spędziliśmy je na jedzeniu greckiego jogurtu :P) wsiedliśmy w prom na Zakynthos. Do kwatery dotarliśmy już po ciemku.

Kwatera okazała się przyzwoita, chociaż w kranie była słona woda. Więc pitną musieliśmy kupować, a do tego wieczorami brakowało ciepłej wody, więc i prysznic trzeba było brać wcześniej. Miejsce było jednak bardzo tanie (11 euro za noc). Po przejrzeniu prognoz zostaliśmy w nim jeden dzień więcej. Niestety niepogoda się przesunęła. Nie spadła ani jedna kropla deszczu, za to następnego dnia spadło ich aż za wiele.

Deszczowych dni miało być więcej, dlatego zaczęliśmy kombinować, co zrobić, żeby przez złą pogodę nie utknąć gdzieś po drugiej stronie gór, z dala od promu i na drogim noclegu. Zwłaszcza, że przy okazji weryfikacji kwater okazało się, że naszych upatrzonych miejsc już nie ma. Prawdopodobnie zamknęły się po sezonie. Byliśmy trochę zdołowani, aż wpadliśmy na pomysł wypożyczenia auta, wtedy w jeden dzień objechalibyśmy wyspę i możemy uciekać na ląd i do Włoch.

Tak też zrobiliśmy i okazało się, że zła pogoda może też uprzykrzyć życie w aucie. Udało nam się jednak obejrzeć gwóźdź programu, czyli Zatokę Wraku w całkiem niezłych warunkach. Przeczekaliśmy deszcz w aucie a potem wybraliśmy się podziwiać. Ścieżka do najlepszego punktu widokowego na Zatokę jest ścieżką wydeptaną wśród śliskich kamieni, po ziemi. Więc nasze buty były niewiarygodnie ubłocone. Zyskaliśmy jakiś centymetr dodatkowej podeszwy. A mokra, brązowa ziemia wygląda w dodatku ohydnie 😛

Zatoka Wraku na Zakynthos
Zakynthos, Zatoka Wraku i klify w Kampi

Jednak po zwycięskim wytarciu butów w jakąś porzuconą siatkę, ruszyliśmy w dalszą podróż. Ulewy przetaczały się nad wyspą, a my wjeżdżaliśmy z jednej chmury w drugą, aż  w końcu niepogoda ogarnęła cały Zakynthos i w zasadzie nie było ucieczki.

Padało wszędzie. Na plaży Xigia zlało nas, chociaż tylko chwilę przebywaliśmy na zewnątrz, a kolejnej plaży już nie było widać zza ściany deszczu. Staliśmy niedaleko niej, próbując łapać słaby zasięg komórkowy, a obok nas trzaskała burza. Nic nie zapowiadało poprawy, a my w dodatku nie mieliśmy już za bardzo co jeść, więc ostatecznie zaczęliśmy powoli wracać do wypożyczalni. Lało tak strasznie, że nie wiedzieliśmy co robić, czy czekać w aucie pod wypożyczalnią, czy w Lidlu, czy wrócić do domu i jak przestanie padać to odwieźć samochód… wybraliśmy Lidla, w którym kupiliśmy coś do jedzenia a potem skierowaliśmy się do wypożyczalni i wtedy właśnie deszcz zaczął ustępować i w zasadzie przestał padać jak tylko wsiedliśmy na rowery. Całe szczęście.

Zakhyntos co zobaczyć
Od lewej u góry: Zakynthos widok z portu, plaża Xigia, od lewej u dołu: klify Kampi, cmentarz z okresu mykeńskiego
Zakynthos rowerem
Chmurska nad Zakynthosem

Następnego dnia (nie muszę dodawać, że niebo się pięknie rozpogodziło…) mogliśmy już zbierać się na prom na ląd, żeby kończyć grecki etap. Po dotarciu do Killini i przejechaniu jeszcze prawie 70 kilometrów do Patras, skąd odpływają statki do Włoch, wsiedliśmy na prom, który przez noc miał płynąć do Bari.

Naszym największym zmartwieniem był prysznic – po całym dniu w drodze człowiek chciałby się jednak odświeżyć, okazało się, że na promie były bardzo przyzwoite kabiny prysznicowe. Ciepła woda, super ciśnienie, nawet żel pod prysznic. Jak będzie Was czekała noc na promie, to warto pamiętać, że może być taka opcja (za darmo) 🙂

Natomiast ceny za kabinę podczas tego rejsu wynosiły ponad 100 euro za osobę więc uznaliśmy, że to przesada i bierzemy miejsce na pokładzie za 60 euro (za osobę) i jakoś się przemęczymy. Proponowano nam też wykupienie własnego airchair – czyli takiego rozkładanego krzesła w stylu samolotowym, ale nie skusiliśmy się. Całe szczęście, bo okazało się, że sama załoga nas skierowała do dużej sali z tymi krzesłami i tam każde z nas zajęło jeden potrójny rząd foteli 😉 ludzi było niewiele, więc każdy, kto się tam wybrał znalazł sobie wygodne miejsce. Gorzej zrobiło się po kilku godzinach, gdy statek zawinął do portu w Igumenitsie i wsiadło dużo więcej osób, które przy okazji narobiły hałasu. Ale nam się udało zachować nasze miejsca, tylko co z tego, jak tuż za mną rozłożył się facet, który tak chrapał całą noc, że zamiast spać, to marzyłam o tym, aby go udusić 😛

Wymięci dotarliśmy nad ranem do Bari, udało nam się przespać kilka godzin. Wreszcie jesteśmy we Włoszech i zostajemy tu do marca! 😀

Szykujcie się na dużo włoskich opowieści 😛

Natalia

Grecja wakacje