Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Reklamy

Zimno jak… w Serbii!

Serbia podróż rowerowa

O czym marzymy będąc na Bałkanach? O termosie z gorącą herbatą….

Niestety. W pierwszym tygodniu, po odpoczynku w Sarajewie okazało się, że przesiedzieliśmy w domu całą dobrą pogodę. I chociaż nocleg był super, to trochę żal, że w kolejne dni zmuszeni byliśmy się przemęczyć.

Pierwszego jeszcze nie było tak źle, chociaż temperatura spadła do około 14 stopni. Uciekaliśmy brzydkim chmurom, a dzień umilili nam robotnicy, którzy puścili nas przez remontowany i zamknięty dla samochodów tunel 🙂 dzięki czemu oszczędziliśmy sobie objazdu przez pagórki. Zresztą na trasie do Gorazde tuneli było kilka, dzięki nim dzień był łatwiejszy niż miał być. A wysiłek na podjazdach, bez których i tak się nie obyło, został nagrodzony wspaniałym widokiem na dolinę Driny i Durmitor. Czasem warto się powspinać 🙂 (ale rzadko :P). Dzień skończyliśmy w niezbyt wysokiej klasy motelu, tuż przed tym, jak na miasteczko spadł deszcz.

Serbia, Dolina Driny i Durmitor
Dolina Driny i Durmitor

Kolejnego dnia pogoda popsuła się jeszcze bardziej. Zrobiło się zimno (10 stopni!), a ciężkie chmury ciągle nad nami wisiały i co jakiś czas zmuszeni byliśmy jechać w deszczu, albo gdzieś się przed nim chować. Grad też nas nie ominął… ciężko było się cieszyć wspaniałymi widokami na płaskowyże i góry, bo marzliśmy, a wiatr dodatkowo nas wychładzał, do tego każda chwila była cenna, żeby uciekać przed deszczem.  Dotarliśmy jednak zgodnie z planem do Czarnogóry, do Pljevlji, miasteczka na końcu świata, gdzie nie było co jeść, ale za to był pokój z grzejnikiem 😉

A trzeciego dnia, chociaż świat za oknem pozostawał czarno-biały, to poza porannym siąpieniem, deszcz nie padał. Więc ruszyliśmy przed siebie ochoczo i radośnie… haha, taki żart. Nastroje były ciężkie jak te chmury nad nami i humory nam zdecydowanie nie dopisywały. Było bardzo zimno i wilgotno, 8 stopni! A że byliśmy na wysokości około 900 metrów n.p.m. i ciągle podjeżdżaliśmy, to robiło się coraz zimniej. Aż doszło do  5 stopni na wysokości 1200 m. n.p.m. … wtedy też przyszło nam zjeżdżać, w międzyczasie przekroczywszy granicę czarnogórsko – serbską. Urozmaiciliśmy sobie drogę kawą w jedynej restauracji w okolicy, na przełęczy (swoją drogą była bardzo smaczna). Marzyła nam się herbata z cytryną, ale nie było czarnego czaju… jedynie owoce leśne 😛

Zresztą okaże się, że w Serbii po prostu nie ma czarnej herbaty. Ziołowe, mięta, owocowe. Ale nie czarna. Zapomnij.

Mięta w Serbii
Mięta z cytryną i kawa z mlekiem 😀

Po dotarciu do brzydkiego miasteczka Prjepolje byliśmy przemarznięci, ale za to o wczesnej porze.

Zjazd rowerowy w zimnie
Było tak zimno, że założyliśmy na siebie wszystko, co się dało…

Przez to okropne zimno podjazd zrobiliśmy w zasadzie na raz, bez postojów. W mieście zeszło nam jednak dość dużo czasu, chyba ze względu na ogólny spadek motywacji i chłód, więc gdy zdecydowaliśmy się ruszać dalej była już godzina 14. Okazało się też, że nasza trasa wiedzie szutrową drogą, pod górę (do podjechania ponad 1000 metrów i 40 kilometrów)… zdecydowaliśmy, że jest już za późno na taki dystans, zwłaszcza po kiepskiej drodze i przy słabej pogodzie. Postanowiliśmy znaleźć nocleg i nawet nam się udało, ale w międzyczasie wpadliśmy na pomysł, żeby spróbować złapać autobus do Sjenicy, miasta, w którym mieliśmy kończyć dzień.

W hotelu, który rozważaliśmy na nocleg dowiedzieliśmy się, że prawie za rogiem jest dworzec autobusowy, a nasz ewentualny transport odjeżdża za pół godziny. Postanowiliśmy spróbować załapać się na podwózkę i udało się! 🙂 Kierowca pozwolił wpakować nam nasze rowery i toboły do luku bagażowego i ruszyliśmy 🙂 W autobusie śmierdziało spalinami, ale za to było ciepło 😉 Może wreszcie się skończył nasz pech. Przy okazji okazało się, iż jest to jedyny w ciągu dnia kurs do Sjenicy, a droga jaką jechaliśmy była bardzo górzysta i ruchliwa. Byłby to bardzo ciężki odcinek.

Serbia, wyprawa rowerowa
To nasze mieszkanko w Sjenicy 😛

W Sjenicy spędziliśmy dość leniwe dwa dni, przy okazji zwiedzając miasto (tak bardzo nic tu nie było, że aż ciężko było w to uwierzyć) oraz wybrawszy się nad wspaniały przełom rzeki Uvac. To, co zobaczyliśmy, sprawiło, że szczęki nam opadły. Fantastyczne miejsce na skalę światową, kompletnie nieskomercjalizowane.

Serbia, rzeka Uvac
Przełom rzeki Uvac

Jutro zamierzamy dotrzeć do Prisztyny, w Kosowie i dalej do Macedonii. Może tam wreszcie poprawi się pogoda.

Opuścimy Serbię bez żalu, bo chociaż kraj z wielkim potencjałem, to kompletnie zapuszczony i zaniedbany. Brudno, wszędzie leżą sterty śmieci. Miasteczka i miasta są brzydkie, zabudowane bez żadnego sensu, domy w złym stanie i nieotynkowane – nawet te nowe. Przy drogach szwendają się bezdomne psy i koty. Serce pęka, kiedy trzeba je zostawić 😦

śmieci w Serbii
Jedno z wielu śmietnisk przy drodze…

Serbia, rowerem

O jedzeniu słów kilka

Tak narzekam na to jedzenie, mimo początkowego zachwytu Bośnią, więc pora wyjaśnić o co chodzi. Na Bałkanach można dobrze zjeść, pewnie. Ale ile można się stołować w knajpach? Raczej jadamy w nich okazyjnie, z różnych względów. Czasem drogo, czasem szkoda czasu, czasem nic nas nie interesuje (a czasem tak się rozczarujemy zaserwowanym daniem, że omijamy później takie przybytki przez jakiś czas). Przeważnie więc kombinujemy coś we własnym zakresie. No i tu się zaczyna problem. Po prostu nie ma co jeść. Są setki tysięcy odmian parówek, trochę kiełbasy i surowe mięso. Trochę serów (niektóre bardzo dobre, to trzeba przyznać). Z warzyw papryka.

Serbia, co jeść?
Jeden z wielu warzywniaków. Taki lepiej zaopatrzony.

Są całe półki gulaszów w puszce, fasoli z kiełbasą.  Nie mając przeważnie odpowiedniej kuchni, ani też przypraw, ciężko jest przyrządzić samodzielnie obiad, zwłaszcza, że musi to być ilość do zjedzenia na raz. Poza tym musi się to dać przygotować przeważnie w miarę szybko, bo czekanie na jedzenie to ostatnia rzecz na jaką mamy ochotę po całym dniu jazdy. Kiedy zostajemy gdzieś dłużej niż jeden wieczór, możemy sobie pozwolić na trochę więcej, ale nie żeby to było jakieś szaleństwo kulinarne…

Na szczęście okazało się, że robią tu pyszną pizzę sprzedawaną na kawałki (po około 1 euro za sztukę) no i do tego burki, ciasto nadziewane mięsem, serem lub szpinakiem i serem. Bywa, że nas ratują przed śmiercią głodową 😉 Nawet chleb jest tu słaby, miękki i gumowy. Na deser jogurt albo czekolada. Ewentualnie ciastka (o ile ktoś lubi) lub straszliwie słodkie wyroby typu baklava. Staramy się korzystać z tutejszych zasobów i czarować różne dziwne potrawy, chyba dochodzimy do mistrzostwa 😉 ale tęsknimy już do Włoch, gdzie człowiek nie wie na co patrzeć i brałby wszystko. A tymczasem głodni snujemy się po sklepach i kompletnie nic nas nie zachęca do jedzenia 😉

jedzenie na bałkanach
Czasem siłą woli udaje nam się coś przygotować. Tu kolacja w Sarajewie, zagłębiu dobrobytu 😛

Natalia

Bośnia i Sarajewo

podróż do Bośni i Hercegowiny

Żegnaj Chorwacjo!

Porywisty wiatr przed którym nas ostrzegały prognozy rzeczywiście był silny i utrudniał jazdę, czasem bardzo, ale mimo to udało nam się, trochę siłą woli, dotrzeć do Makarskiej. Całe szczęście, bo kolejnego dnia po południu rozpętała się huraganowa wichura. Skąd się biorą te deszcze i burze, skoro pada od paru dni…? W każdym razie M. w taką pogodę zdobywał szczyt Sv. Jure, a po powrocie utrzymywał, że była to fajna przygoda, ale ja mu nie wierzę 😉

Na szczęście wrócił przed wieczorem, kiedy to ulewa i wiatr przybrały na sile. Deszcz zamienił się po prostu w wylewające się poziomo (!) fale wody, wiatr dudnił w szybach wentylacyjnych i rozbijał się o ściany, auta kołysały się na boki, a wszystko, co nie było przymocowane, fruwało.

Okazało się, że tego dnia zalało Zadar. Były ewakuacje ludności, podtopienia i porwania (przez lawiny błotne). To była najgorsza ulewa od 20 lat i nie ciężko w to uwierzyć, gdy widziało się to, co się działo w Makarskiej.

Jednak następnego dnia pogoda trochę się poprawiła i mogliśmy uciekać z tej przeklętej Chorwacji. Na do widzenia jeszcze obejrzeliśmy Modre Jezioro (wyschło) i Czerwone Jezioro (które było modre), a potem już tylko piękna pogoda i bośniackie stepy.

Nasze chorwackie przygody przypomnisz sobie pod tym linkiem.

Bośnia podróż
Modre Jezioro, Chorwacja

Przyjemnie jak… w Bośni

W Bośni i Hercegowinie byliśmy w 2012 roku i pamiętam, że ta część Bałkanów bardzo mi się podobała. Na szczęście od tamtego czasu niewiele się zmieniło w krajobrazie. Szerokie, żółtozielone płaskowyże otoczone wysokimi górami i obsypane szarymi głazami. Wygląda to wspaniale.

Bośnia i Hercegowina podróż rowerem
Bośniacki płaskowyż

Do tego trafiły nam się świetne noclegi. Niby zwykłe motele, jeden przy stacji benzynowej, drugi przy głównej drodze. A standard w każdym z nich był wysokości dobrego hotelu. Elegancko, czyściutko. Obsługa miła, a do tego mogliśmy płacić w euro i otrzymywać resztę w bośniackich markach, i to po dobrym kursie. Sklepy również przyjmowały euro, więc przez pierwsze trzy dni w ogóle nie potrzebowaliśmy kantoru. Dopiero w Sarajewie skończyła się nam waluta 😉

Dodatkową zaletą było to, że motele znajdowaliśmy na Bookingu, więc wiedzieliśmy, że na pewno istnieją, a dzięki temu, że ich nie bukowaliśmy zawczasu, to cena przy bezpośrednim zameldowaniu była niższa średnio o 15% niż za pośrednictwem strony internetowej.

A wracając na chwilę do sklepów – w byle markecie wybór towarów jest dwa razy większy niż w Chorwacji. Ceny zbliżone do polskich, więc dodając do tego świetną pogodę zrobiło się wreszcie znowu fajnie.

Bośnia podróż
Visoko i bośniacka piramida słońca, najstarsza na świecie 😉

Jak jeszcze jest w Bośni?

Pewnie wydaje się Wam, że Bośnia to jakieś peryferie świata, gdzie nie ma niczego i nic. A tu jest jak w Polsce, kilka lat temu. Do tego główne drogi są w świetnym stanie, sklepy bardzo dobrze zaopatrzone, a w każdej wsi większy lub mniejszy market (to istotne, bo nie trzeba planować ilości zapasów na zbyt długą trasę). Kierowcy jeżdżą zaskakująco dobrze, z reguły nas wymijają w odpowiednim odstępie, tylko trochę trąbią za bardzo – chociaż raczej w geście pozdrowienia. Ludzie są sympatyczni i chętni do pomocy. Cieszą się z turystów. Poza tym Bośnia jest po prostu piękna.

bośnia i hercegowina wyprawa rowerowa

Ale tym, co robi największe wrażenie jest to, jak ten kraj radzi sobie po wojnie. Według różnych informacji wojna w Bośni była najbardziej krwawą po II Wojnie Światowej, a mimo to nie unosi się tutaj duch martyrologii. Bośniacy zakasali rękawy i postawili państwo na nogi, chociaż podziurawione od kul domy stoją przy szosie i przypominają o tym, co miało miejsce.

Sarajewo

Ale chyba największym zwycięzcą jest Sarajewo.

Postanowiliśmy spędzić tutaj kilka dni, żeby zregenerować siły i na chwilę przestać być ciągle w drodze. Udało nam się zarezerwować przez AirBnb świetne, duże mieszkanie (na osiedlu przypominającym Retkinię, tylko widoki trochę inne 😉 ).

 

Sarajewo, Alpasino Polje
Widok z okna sypialni, ładniejsza strona osiedla na Alipasino Polje, Sarajewo

Pięć lat temu tylko przejechaliśmy miasto, szybko rzucając okiem na okoliczne zabudowania. Już od pierwszych chwil widać, że ten czas wystarczył, aby bardzo poprawiono infrastrukturę, postawiono nowe, szklane biurowce (aczkolwiek część z nich to odnowione, oszklone budynki, które uległy zniszczeniu podczas wojny), ale też wciąż stoją takie, które są podziurawione od kul. Niektóre nadają się do użytku i są zagospodarowane inne pozostawiono w stanie zrujnowanym.

Sarajewo, ślady wojny, bośnia rowerem
Zniszczony podczas wojny budynek przy głównej drodze, Sarajewo

Muzeum Historii Bośni i Hercegowiny udostępnia,  od kilku już lat, stałą wystawę dotyczącą wojny domowej i oblężenia miasta. Znajdziemy tam nie tylko dokumentację  w postaci zdjęć, przedmiotów,  odłamków pocisków, informacji z gazet,  dotyczących tego, jak wyglądało wtedy życie ale także zdjęcia „przed i po”. To wszystko robi bardzo duże wrażenie.

Sarajewo to stolica inna od wszystkich. Komunistyczne bloki mieszają się z ładnymi osiedlami domków, a muzułmańska, orientalna kultura z europejską. Jednocześnie na ulicach przechadzają się dziewczyny z długimi włosami w kusych spódniczkach i kobiety w nikabach (czarny strój zakrywający całe ciało za wyjątkiem oczu). Wszędzie widać meczety a z głośników płynie śpiew muezina. Europejskie stare miasto przechodzi w orientalne, pojawiają się kolory, niskie budki targowe zamiast kamieniczek, wzory i zdobienia charakterystyczne dla Wschodu.

Sarajewo, orient i europa
Inat Kuca – Przekrony Domek, Sarajewo
Sarajewo rowerem
Sebilj, studnia miejska
Sarajewo co zobaczyć?
Jeden ze sklepów na targu w muzułmańskiej części Starego Miasta, Sarajewo
Sarajewo, orientalny targ
Rynek na Starym Mieście, część orientalna, Sarajewo
Sarajewo zderzenie kultur, Bośnia i Hercegowina
Widok na europejską część Starego Miasta, Sarajewo

Samo miasto usiane jest cmentarzami, białymi polami, które są dosłownie wszędzie. Przy przystankach, przy placach zabaw, przy knajpach.

Sarajewo miasto cmentarzy, wojna na bałkanach
Pola cmentarzy, Sarajewo

Przechodząc koło mieszkańców zastanawiasz się, co przeżyli w czasie wojny? Jak wyglądało życie w miejscu, w którym teraz jesteśmy? Ku takim myślom dodatkowo skłaniają ślady po pociskach moździerzowych, czasami wypełnione na czerwono w miejscach, gdzie ktoś zginął. Tak zwane róże Sarajewa.

Sarajewo, ślady po wojnie na Bałkanach
Róża Sarajewa
Sarajewo, wyprawa rowerowa po Bałkanach
Ślad po pocisku, tu na szczęście nikt nie zginął

Ciekawostką, którą odkryliśmy, było osiedle bloków wyglądających jak domki nasadzone jeden na drugim, a na ich najwyższe kondygnacje dojeżdżało się kolejką szynową (czy raczej windą na szynach)! 🙂 To było coś 🙂

Sarajewo, ciekawostki miasta
Piętrowe osiedle, Sarajewo
Sarajewo, kolejka linowa
Kolejka na najwyższe piętra osiedla

To miasto nie jest ładne, ale jest bardzo ciekawe i specyficzne. Ma klimat, o który ciężko gdzieś indziej. Nie jest tylko pomnikiem wojennej tragedii ale jest też pełne życia i energii.

Sarajewo, magiczne miasto
Osiedle nad rzeką Bośnia, Sarajewo
Sarajewo, bośnia i hercegowina, blokowisko
Mural na schodach piętrowego osiedla, Sarajewo

Na pewno warto przyjechać do Bośni i spędzić czas w Sarajewie, popijając turecką kawę i jedząc pyszne tutejsze lody kulkowe 🙂

Natalia

Sarajevo, styk kultur
Sarajewo, na styku kultur