Podsumowanie I części wyprawy

Europe by bike

Skoro osiedliliśmy się w Rzymie, to znaczy, ze uporaliśmy się z naszym pierwszym etapem europejskiej wyprawy. Spróbujemy ją podsumować 😉

Początki

Na początku było oczywiście dużo strachu ale i podekscytowanie. Dużo płaczu a potem miłe odwiedziny we Wrocławiu, na pożegnanie. A kiedy wsiedliśmy  we wrocławski pociąg i wysiedliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej, to się zaczęło…

Czechy

Czechy rowerem
Granica polsko – czeska

Przez Morawy przelecieliśmy w kilka dni. Pogoda nam dopisywała, w zasadzie dni były upalne, ale same okoliczności nie za bardzo.  Krajobrazy, chociaż ładne, to nas nie porwały, ruch na szosach był bardzo duży (rozpędzone tiry śmigały tuż obok nas, jeden za drugim), a jeden z czeskich kempingów dołożył swoje trzy grosze, żeby nam uprzykrzyć życie (dziki tłum i chaos, dziwne prysznice na żetony poza kabiną, cztery minuty na umycie się, ogólny zgiełk i hałas). Początkowa radość z przekroczenia pierwszej granicy trochę gdzieś wyparowała.

O czeskiej podróży i kempingach z piekła rodem przeczytasz tutaj.

Austria

Austria czy warto jechać
Austria jak z obrazka 🙂

Z przyjemnością więc opuściliśmy kraj piwa i smażonego sera, żeby wkroczyć do porządnickiej Austrii.

Spędziliśmy w niej dość dużo czasu, miedzy innymi za sprawą koleżeńskiej gościny, dzięki której mogliśmy pomieszkać w Wiedniu kilka dni. Pobyt w mieście wypadł trochę za wcześnie, kiedy wciąż mieliśmy siłę i energię, aby podróżować, ale było to i tak wspaniałe doświadczenie. Czuliśmy się jak na urlopie, tylko lepiej 😉 Mogliśmy oglądać Wiedeń spokojnie, bez patrzenia na zegarek i w kalendarz. Chociaż, trzeba przyznać, nasze myśli ciągle gdzieś zaprzątały sprawy służbowe. Ciężko ot tak przestać myśleć o czymś, co było ważne przez kilka czy kilkanaście lat.

W każdym razie po Wiedniu ruszyliśmy dalej, zachwyceni Austrią, zwłaszcza ja, bo M. już bywał tutaj wielokrotnie. Soczysto zielone, równo przycięte trawniki, zadbane, śliczne domki z kolorowymi kwiatami, łąki i majestatyczne góry. Naprawdę pięknie. Kto uważał, że Austria to nudny kraj musi zweryfikować swoje przekonania 😉 I wcale nie jest tak sztywno, jak się Wam wydaje 😉

Przeczytaj więcej o Austrii!

Słowenia

czy warto jechać do słowenii
Słoweńskie uroki

Po Austrii wjechaliśmy w uroczą Słowenię. Zaskakująco śliczną, znowu jak z obrazka. Alpy, wodospady, rzeki, zielone łąki i trochę morza. Znajdziesz tu wszystko, czego Ci trzeba. W dodatku jest niezbyt drogo i mają pyszną pizzę i dogadasz się po polsku 😀

Chcesz wiedzieć więcej o urokliwej Słowenii? 🙂

Chorwacja

kiedy jechać do chorwacji
Chorwacjo, cóżeś nam uczyniła…

Wraz z opuszczeniem Słowenii zmuszeni byliśmy pożegnać się z dobrą pogodą. I z jedzeniem 😉

To smutne, ale z Chorwacji zapamiętaliśmy głównie fatalną pogodę, wysokie ceny oraz fatalny asortyment w marketach spożywczych. Dużo deszczu, zimno, bardzo wietrznie a do tego nic dobrego do jedzenia. Oczywiście linia brzegowa jest wspaniała i widoki (o ile pogoda pozwoliła nam w ogóle stanąć i podziwiać) zapierały dech, ale prawie każdy dzień to była walka. Bardzo ciężkie chwile sprawiły, że kryzys przyszedł trochę wcześniej niż powinien był. O kryzysie zresztą chyba zresztą napiszemy nieco więcej innym razem 😉

Zwycięstwo odnieśliśmy nad Jeziorami Plitwickimi, przez które utknęliśmy gdzieś w środku niczego, na słabej kwaterze, a niebo dzień w dzień miało kolor ołowiu… Ale w dniu w którym postanowiliśmy uciekać stamtąd za wszelką cenę i albo obejrzeć Jeziora albo je odpuścić, przestało padać. Było zimno i mokro, ale na szczęście udało nam się zwiedzić ten przeklęty Rezerwat 😉 A warto było, bo miejsce jest naprawdę przewspaniałe – jedno z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy w życiu…

Nie był to jednak koniec złej passy pogodowej. Dość chyba napisać, że kiedy my przeczekiwaliśmy straszliwą wichurę i ulewę w Makarskiej, Zagrzeb zalało tak bardzo, że ewakuowali szpital. Mimo fatalnego samopoczucia i jeszcze gorszej pogody przesuwaliśmy się w stronę Bośni, na południe, gdzie miało być lepiej.

Przeczytaj cały wpis o chorwackich przygodach…

Bośnia i Hercegowina

Bośnia czy warto jechać
Bośniackie widoki

No i nawet było. Bośnia przywitała nas słońcem, lepszym (choć nie żeby zaraz dobrym) asortymentem w sklepach i niskimi cenami. Postanowiliśmy też spędzić kilka dni w Sarajewie, zwiedzić miasto i nabrać energii na dalszą trasę.

Okazało się jednak, że chyba popełniliśmy błąd, bo dni które nastały po wyjeździe z Sarajewa znów były chłodne i deszczowe, a te spędzone w mieście oczywiście słoneczne. W takich okolicznościach nietrudno o złe samopoczucie.

Dobrze, że wjechaliśmy w kraje, gdzie było tanio, bo kempingów na naszej trasie nie znaleźliśmy żadnych, pogoda zresztą temu nie sprzyjała, za to dostępne były bardzo miłe kwatery w niewysokich cenach.

Relacja z wyprawy po Bośni i odwiedzin w magicznym Sarajewie.

Serbia

Serbia co zwiedzić
Serbia i kanion rzeki Uvac

Podróżując po tym kraju aż żal patrzeć na to, że chociaż Serbia ma bardzo duży turystyczny potencjał (np. rzeka Uvac, oszałamiające miejsce), to niestety jest straszliwie zaniedbana i zaśmiecona. Zresztą, dotyczy to całych Bałkanów, lepiej jest dopiero w Grecji.  Ale Serbia wypada wyjątkowo blado i biednie nawet na tle innych republik byłej Jugosławii, nawet w porównaniu z dotkniętymi wojną Bośnią i Kosowem! Przynajmniej taki obraz jawi się w południowej części kraju, przez którą przejechaliśmy. Nieotynkowane domy, zatłoczone i zasmrodzone miasta, wszędzie sterty śmieci… A to wszystko w otoczeniu pięknych gór, głębokich dolin, wąwozów, kanionów i innych miejsc, które mogłyby sprawić, że wizyta w tym kraju byłaby czystą przyjemnością…

O tym jak marzliśmy w Serbii przeczytasz tutaj.

Kosowo

Kosowo wojna
Kosowska polana spalona letnim słońcem

W Kosowie pogoda znów nie rozpieszczała, a na do widzenia nie dość, że nas zlało to byliśmy totalnie ubłoceni. Kraj jest w ciągłej budowie, więc szosy nieustannie pokryte są piaskiem i gliną, które w upalny dzień zmieniają się w trudny do zniesienia pył, a w deszczowy w okropne strumienie błota.

Ale za to w Kosowie rozpoczął się czas pysznego (i taniego) jedzenia. Na każdym rogu można znaleźć knajpkę – bar szybkiej obsługi serwujący tutejsze mięsne specjały (czewapczi) w gorącej bułce z grillowaną papryką lub bakłażanem albo przepyszną surówką z białej kapusty. A do tego tani ayran.

W stolicy kraju spędziliśmy dwa dni, przy okazji przeczekując, w zamierzeniu kiepską pogodę. Ale deszcz nie raczył spaść, kiedy na niego czekaliśmy, a dopiero, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę 😛

Skocz do Kosowa 🙂

Macedonia

Macedonia czy warto jechać
Macedonia, zachód słońca

Pozostawaliśmy nadal w obszarze pysznego i taniego mięsnego jedzenia, oraz niezbyt letniej pogody, choć trzeba przyznać, że powoli się poprawiała. W stolicy Macedonii, Skopje, spędziliśmy dwa pełne dni, oglądając to niesamowite miasto. Sama Macedonia też zresztą jest bardzo urokliwa i powoli próbuje to wykorzystywać turystycznie, chociaż jeszcze jej trochę brakuje. Niezbyt zadbana, zaśmiecona no i pociągi nie przewożą rowerów. Żadne. Nie bo nie (nie wierzysz? To przeczytaj post o Macedonii!)

Albania

Albania co zobaczyć
Albańskie krajobrazy

W Albanii wreszcie zaświeciło na dobre słońce ale i skończył się obszar w którym byliśmy w stanie się dogadać. Albański ni w ząb nie był dla nas, nauczyliśmy się raptem słówek „mięso” i „dziękuję” 😀

Skończyły się też bary mięsne, ale pojawiły się piekarnie z przepysznym chlebem i fantastyczny sos/potrawka paprykowo serowa. No cóż, coś za coś 😉

W tym kraju przyszło mi się rozchorować. I to w mieszkaniu, w którym wyłączali wodę na cały dzień. Podobno nie było to normą, ale podczas naszego trzydniowego pobytu tam zdarzało się to codziennie (i trwało bez przerwy, od rana do wieczora). Pierwszy raz byliśmy nieźle zdziwieni, ale gospodarz był przygotowany i przyniósł nam baniak z wodą. No więc na pewno była to niespodziewana przerwa w dostawie 😛 Warto dodać, że żadna cysterna z wodą się nie pojawiła w tym czasie, a okoliczne bary miały wodę w kranie.

W każdym razie w Albanii było bardzo tanio, zwłaszcza jeśli chodzi o kwatery, więc poza nadprogramowym pobytem chorobowym w nadmorskiej Vlore, spędziliśmy jeszcze dodatkowe dni w Sarandzie, zanim wybraliśmy się na prom na Korfu.

Warto wspomnieć, że Albania urzekła nas widokami i zaskoczyła pozytywnie mieszanką dzikości i cywilizacji (osiołki na ulicach i jednocześnie mercedesy), przemiłymi ludźmi i tym, że kierowcy są mniejszymi wariatami niż ci kosowscy 😛

Przypomnij sobie Albanię!

Grecja

Grecja rowerami
Ach ta Grecja 🙂

A w Grecji to już wiadomo. Wspaniałe widoki, dobre jedzenie, przepyszny jogurt za którym tęsknimy, piękna pogoda i wysokie ceny 😛

Dopiero końcówka pobytu, czyli koniec października, zrobiły się trochę bardziej chimeryczne, niebo się chmurzyło, na Zakynthosie spotkała nas burza z ulewą.

Ale przyznajemy bez bicia, w tym kraju podobało nam się najbardziej ze wszystkich podczas  tego etapu 😉

Tędy wrócisz do Grecji:)

> Grecja Błękitno-oka

> Pożegnanie z Grecją

> 10 rzeczy za które kochamy Grecję

Podsumowanie

W każdym razie początek wyprawy obfitował w kraje piękne, choć czasami drogie (Austria, Chorwacja, Grecja), a kiedy dopadł nas fatalny pech pogodowy w Chorwacji tak opuścił dopiero na dobre w Albanii.  Przez te niedogodności I etap był cięższy, niż powinien.

Poza tym Bałkany stały się męczące. Chyba nie nadajemy się na podróżników po dzikich krajach 😉 Te niezliczone sterty śmieci, zaniedbane okolice, szwendające się wychudzone psy i koty.  Asortyment w sklepach wszędzie w zasadzie taki sam, dopiero w Grecji mogliśmy trochę poważniej pobuszować między półkami, ale tutaj wstrzymywały nas ceny. Bałkańskie widoki chociaż wspaniałe, to nie wzdychamy do wspomnień o nich (no, może do Czarnogóry, ale jej i tak nie było w tym roku 😉 ), poza Grecją, która na każdym kroku udowadnia, dlaczego jest co roku szturmowana przez turystów.

Niepodważalną jednak zaletą krajów, które do UE nie należą, są ceny, również kwater czy hoteli. Zdarzało się 10 euro za mieszkanie (!) za noc. Standard każdego z nich był co najmniej przyzwoity (jeśli nie liczyć czasem jakichś przygód z wodą, czy windą zatrzymującą co drugie piętro :P)

Jeśli chodzi zaś o dystans, przejechaliśmy ponad 5000 km. (M. w zasadzie ponad 5800 km. Ja trochę mniej.) Warto też zauważyć, że ani razu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja ze strony ludzi,  nawet w przypadku szalonych kierowców.

Teraz przed nami prawdopodobnie dalsza część Europy, północna. Prawdopodobnie, bo ciągle gdzieś tam z tyłu głów pozostaje plan Ameryki Południowej, ale chyba się na niego nie zdecydujemy. Wznowienie drugiego etapu wiosną, a tymczasem poznajmy Rzym i Włochy 🙂

A tędy przeniesiesz się w czasie 🙂

> Bella Italia!

> Wieczne Miasto

> 16 ciekawostek o Rzymie

> Watykan

Natalia i Mikołaj

Travel by bikes
A to już widok z Włoch 🙂

 

Reklamy

Rowerowy tydzień macedońsko – albański

Macedonia i Albania rowerem

Macedonia

Macedonia to kraj o nazwie do której, według Greków, prawa mają tylko Grecy, jako do historycznie greckiego obszaru (a państwo Macedonii obejmuje tylko jego część, zaś mieszkańcy nie są Macedończykami tylko ludnością słowiańską), w związku z tym inną, obowiązującą nazwą jest FYROM czyli Former Yugoslav Republic of Macedonia co znaczy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. Macedonia ma więc problem. Część krajów uznaje nazwę macedońską, a część fyromską. I trzeba uważać do kogo się mówi o tym państwie, zwłaszcza w przypadku Macedończyków i Greków.

W każdym razie do tego kraju wjechaliśmy zmarznięci i przemoczeni. W 2012 roku, gdy przekraczaliśmy granicę, upał był nie do wytrzymania a teraz założyliśmy na siebie po kilka warstw ubrań i wciąż szczękaliśmy z zimna.

Skopje

Najważniejsze jednak, że w naszej kwaterze był kaloryfer 🙂 W Skopje zaplanowaliśmy dwudniowy pobyt w dość miłym domku niedaleko centrum, w przyjemnej, cichej dzielnicy (nie licząc szkoły naprzeciwko kwatery, która w piątek nie dawała o sobie zapomnieć 😉 ).

Skopje, mieszkanie Airbnb
Mieszkanko w Skopje

Pierwszy dzień, przy dość pochmurnej pogodzie, spędziliśmy na mieście, które nam bardzo przypadło do gustu. Po pierwsze dlatego, że przypomina Łódź (oczywiście nie w samym centrum i kilka lat temu, no i gdyby nie te góry na horyzoncie.. w zasadzie to wcale nie jest podobne :D), a po drugie bo jest inne od wszystkich stolic.

Skopje, akwedukt
Skopje, akwedukt z I wieku n.e. Oczywiście musieliśmy na niego wleźć 😀

W 1963 roku trzęsienie ziemi zniszczyło około 80% zabudowy miasta. Rozpoczęto więc odbudowę. Pierwszy jej etap zakończył się w 1980 roku a drugi rozpoczął w 2010 roku i został nazwany projektem Skopje 2014. Wybudowano więc około 20 nowych budynków oraz wypełniono wolną przestrzeń pomnikami postaci związanych z krajem. Mieszkańcy nie byli zadowoleni, że państwo wydaje grube miliony na monumentalne budowle zamiast zadbać o potrzeby miasta (to widać chociażby po wyglądzie chodników i fasad bloków – są w kiepskim stanie) i dali upust swoim emocjom w kolorowej rewolucji, której ślady można odnaleźć na fasadach niektórych budynków.

Skopje, podróż
Skopje

Skopje budzi więc bardzo wiele kontrowersji. Jedni uważają, że jest to stolica kiczu inni są zachwyceni. Nam się podobało, chociaż miasto wzbudzało czasem nasz uśmiech, bo jest jednocześnie patetyczne, trochę kiczowate, trochę „urwane z choinki”, ale bardzo ciekawe i ma dobrą atmosferę.

Natomiast druga twarz Skopje to Mały Istambuł. Tak nazywana jest muzułmańska część miasta. Druga w Europie po tej w Sarajewie. Małe, stare budyneczki, meczety, tureckie kawiarnie i herbaciarnie. A do tego fantastyczny bazar, na którym zaopatrzyliśmy się w diabelnie słone oliwki, sałatę (wreszcie! Sałaty nie widzieliśmy chyba od Austrii) i napatrzyliśmy się na kolorowe tony papryk, warzyw, przypraw i tureckich słodkości. Niestety, nawet tutaj nie mieli rzodkiewek 😛

Skopje, podróż rowerem
Skopje, ślady kolorowej rewolucji i muzułmańska część miasta

Kanion Matka i wieczorne Skopje

Drugiego dnia wybraliśmy się do Kanionu Matka. Dojazd trochę dał nam w kość, bo okazało się, że trzeba się przedrzeć przez wąską, remontowaną szutrową drogę, zakorkowaną przez wielkie autobusy i smrodzące stare auta. Na szczęście z powrotem ruch zniknął jak ręką odjął. Sam kanion jednak nie zrobił na nas dużego wrażenia. Wzdłuż skał poprowadzona jest piesza ścieżka z której można podziwiać olbrzymie góry schodzące do wody. Miejsce ładne, chociaż niestety bardzo zaśmiecone 😦 Fajnie, że wejście było bezpłatne. Po tej wycieczce wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na miasto nocą. Budynki – nowopowstałe „zabytki” są specjalnie oświetlone (światłem kolorach macedońskiej flagi – czerwonym i żółtym), co nadaje im uroku. Bardzo nam się podobał pobyt tutaj, a i pogoda powolutku zaczęła się poprawiać.

Macedonia, Kanion Matka spacer
Kanion Matka
Skopje wieczorem, Macedonia rowerem
Skopje wieczorem

Przygody z macedońskimi pociągami

Po przyjemnym pobycie w Skopje ruszyliśmy na pociąg do miejscowości Wełes, żeby oszukać pewien pagórkowaty kawałek trasy pociągiem. Pani w kasie nie chciała nam sprzedać biletów, bo koleje macedońskie nie przewożą rowerów, ale przekonaliśmy ją, żeby jednak to zrobiła, a gdy doszło co do czego, to konduktorzy nawet nie zwrócili na nas uwagi.

Tak bardzo, że wsiedliśmy do pierwszego wagonu, na pomoście, tuż za lokomotywą i nikt nam nie powiedział, że drzwi się nie zamykają (!) a te po drugiej stronie, że się nie otwierają… Zgadnijcie, po której stronie był peron w Wełesie, jeśli wszystkie po drodze były od strony otwartych drzwi? 😀 Musieliśmy więc zeskakiwać z pociągu na tory i po kolei zdejmować sakwy i rowery… ale daliśmy radę. Swoją drogą pociąg ze Skopje był w strasznym stanie, chyba nie czyszczony od czasów, gdy powstała Jugosławia… aż strach było czegokolwiek dotknąć, nie mówiąc o siadaniu w fotelach (ale i tak usiedliśmy).

Po pociągu i kilkudziesięciokilometrowej drodze po wzgórzach czekał nas podjazd w szutrze. Ciężko i długo nam się jechało, więc myśleliśmy z przyjemnością o drugim pociągu po zjeździe z przełęczy, w Prilepie. Tutaj też w kasie nas ostrzegali, że rowerów nie wolno przewozić, ale postanowiliśmy spróbować, jeszcze nigdy nie było przecież problemów.

Kiedy przyjechał pociąg, byliśmy miło zaskoczeni. Nowy, niskopodłogowy, dużo miejsca w przedsionkach. Ale na nasz widok zaraz wyskoczył na peron jakiś służbista krzycząc na nas, że z rowerami to nie, nie, nie. Nie można, nie wolno, nie i nie. Bo nie. Bardzo nieprzyjemny typ. Próbowaliśmy z nim rozmawiać, zwłaszcza, że skład był prawie pusty i miejsce naprawdę było, ale zdało się to na nic i ostatecznie  musieliśmy zwrócić bilety. Do Bitoli pozostawało do przejechania 40 kilometrów, na szczęście w płaskim terenie. Było już jednak po 17, więc zanim dotarliśmy na miejsce (po trochę ponad dwóch godzinach) to zrobiło się już ciemno. Na szczęście nocleg był przyjemny, łóżko szerokie i wygodne a pod nosem bar szybkiej obsługi, który serwował pyszne frytki z warzywami i pljeskawicą za 3 euro dwie porcje. Mniam! 🙂

Wjazd do Albanii

Rano, trochę obolali po wymagającym poprzednim dniu,  ruszyliśmy w stronę Albanii (przy okazji ratując żółwia przed rozjechaniem go na szosie). Dzień był wreszcie słoneczny, przed granicą drogi zrobiły się puste a okolica bardzo przyjemna, zaś po Albańskiej stronie nawet przepiękna.

Albania wyjazd rowerowy
Albania
żółw w Albanii
Żółwik, ale jeszcze macedoński 😉

Kolejne dni w drodze minęły nam spokojnie. Trasa była łatwa a pogoda słoneczna. W zasadzie zrobił się nawet lekki upał, nareszcie! 🙂  Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Ohrydzkiego, niestety po tej stronie nie jest już tak pięknie jak po macedońskiej, a Albańczycy nie potrafią zadbać o turystykę w swoim kraju. Komfort w hotelach owszem, ale kraj bardzo zaśmiecają i zaniedbują. I do tego te biedne psiaki szwendające  się wszędzie, które raz wyglądają lepiej, raz gorzej. Ale zawsze ich żal.

Na razie jednak we Vlorze złapała nas gorsza prognoza na piątek i sobotę oraz moje przeziębienie, postanowiliśmy więc je przeczekać przez dwa (ostatecznie jednak trzy) dni. Pogoda nawet nie była taka zła, ale albańskie przeziębienie dość paskudne, więc wyleżałam się z przyjemnością. Ten czas oczywiście nie był pozbawiony przygód, ponieważ okazało się, że nasz blok, jako jedyny w okolicy,  nie miał wody przez cały piątek (od 9 rano do 23 wieczorem), oraz pół soboty. A do tego bardzo cienkie ściany i budowa nowych bloków  z dwóch stron (mamy dwa balkony, każdy  wychodzi na inną budowę) dostarczają nam niezapomnianych,  różnorodnych wrażeń dźwiękowych (w tej chwili ktoś gdzieś śpiewa,  cały wczorajszy poranek dziecko w mieszkaniu nad nami rzucało pieniążkiem o kafelkową podłogę,  robotnicy wiercą i kłują ściany)  😛 Ach  te przygody… 😛

Jeszcze Wam opowiemy trochę o Albanii (przeczytaj post: czy Albania da się lubić?)  a tymczasem musicie wiedzieć, że mają tu najpyszniejszy chleb w całej Europie 🙂  szok 😉

Natalia