10 polskich dań, o których myślisz, że nie są z Polski…

… i masz rację!

A tak naprawdę to dzisiaj zapraszam na kolejną smakowitą wycieczkę po świecie. Kulinaria są nieodłączną częścią każdej podróży, a przy okazji są też wdzięcznym tematem do pisania.

Dzisiaj post o 10  potrawach, które według swoich nazw pochodzą z różnych części świata, ale królują na polskich stołach. Czy rzeczywiście pochodzą stamtąd, skąd myślimy, że pochodzą?

Uwaga, nie czytać na głodniaka! 🙂

1.Spaghetti bolognese. Przede wszystkim prawdziwa nazwa tego dania to Tagliatelle al ragù. Pochodzi rzeczywiście z Bolonii  i składa się z makaronu (tradycyjnie powinny być to tagiatelle, czyli długie wstążki) oraz długo gotowanego sosu mięsno – warzywnego. Włosi mieszają różne rodzaje mięsa (mortadela, boczek, kiełbasy itd.) oraz wrzucają warzywa, które znajdują się pod ręką. Co ciekawe we włoskim przepisie nie ma zbyt wielu pomidorów.

Spaghetti bolognese
Źródło: pixabay.com/RitaE 

2. Ryba po grecku. Chyba każdy wie, że to smażona ryba zapieczona lub przykryta sosem warzywnym z marchewką i pomidorami, podawana na zimno. W Grecji jednak nie ma takiego dania. Można zaś spotkać grillowaną lub pieczoną rybę w towarzystwie warzyw, podawaną z sosem, którego składnikami są pomidory, cebula, czosnek, marchewka i białe wino. Sos robiony jest osobno i polewa się nim gotową już, upieczoną, rybę.

Ostatecznie więc te dwa dania mogą się jednak ze sobą kojarzyć. Zatem nasza polska ryba po grecku to potrawa, której pochodzenia jednak można upatrywać na południu Europy, a przynajmniej samej jej idei 😉

Prawdziwa ryba po grecku.
Źródło: https://www.nytimes.com

3.Barszcz ukraiński. Ta zupa o rubinowym kolorze rzeczywiście ma swój rodowód na Ukrainie.  Z tym, że nasi sąsiedzi przyrządzają barszcz głównie z ziemniaków i kapusty (no i buraczków), zaś w Polsce w zupie spotykamy raczej fasolę z burakami. Często dodajemy też śmietanę, czego Ukraińcy nie robią. Wolą sos czosnkowy, co też brzmi dobrze 🙂

Barszczyk
Źródło: pixabay.com/_Artemis

4. Pierogi ruskie. To tak naprawdę typowo polskie danie. Jego nazwa pochodzi od terenów, z których się wywodzą czyli z Rusi Czerwonej. Ruś Czerwona zaś była częścią południowo – wschodniej Polski (i północno – zachodniej Ukrainy), czyli Kresami Wschodnimi.

Pierożki
Źródło: pixabay.com/pasja1000

5.Sałatka ruska lub częściej – jarzynowa. Kto nie lubi połączenia ziemniaków, jajka, groszku z dodatkiem ogórków, tuńczyka albo szynki z majonezem? Obowiązkowa na polskim stole, zwłaszcza w Wielkanoc, ale spotkać ją można także w innych krajach. Na Bałkanach raczej jako sałatkę francuską, ale w większości przypadków nazywana jest właśnie ruską. Co ciekawe w samej Rosji nazywa się ją sałatką Oliviera, od francuskiego szefa kuchni, który stworzył takie danie na potrzeby swojej restauracji w Moskwie. I co, wiedzieliście, że nasza tradycyjna, polska, jarzynowa sałatka jest Rosjanką? 😉

Sałatka jarzynowa
Źródło: pixabay.com/perovict

6.Angielka,  (to po łódzku) bułka wrocławska, bułka paryska czy po prostu bułka francuska. Ten podłużny chlebek w każdym miejscu Polski ma trochę inną nazwę. Wszędzie jednak przypomina bagietkę. Nazywanie go bułką francuską albo paryską ma więc sens, niestety nie dotarłam do informacji o pochodzeniu pozostałych nazw (zwłaszcza dlaczego angielka?), a szkoda!

7.Fasolka po bretońsku. Chyba każdy wie, że fasolka po bretońsku nawet koło Bretanii nie rosła. Poszukując etymologii nazwy tej potrawy spotkałam się z takim wyjaśnieniem: fasolka po bretońsku ma swoje korzenie w Ameryce, skąd w puszkach trafiła na Wyspy Brytyjskie. Nie wiadomo kiedy i jak przedostała się do Polski, ale jak to z takimi wędrówkami bywa, z upływem czasu nazwa „fasolka po britońsku”; bo mieszkańców Wysp nazywano Britonami, zmieniła się w fasolkę bretońską.

Początkowo w Polsce sprzedawano ją jako zamorski rarytas. Z czasem jednak o prawdziwej nazwie zapomniano, ale potrawa pozostała. W oryginale angielskie danie to pieczona fasola.

Co ciekawe we Francji istnieje pewne fasolowe danie, które nazywa się: cocos de Paimpol à la bretonne. Jest to duszona fasola rosnąca w okolicach miasta Paimpol. Przygotowuje się ją z sosem pomidorowym z dodatkiem boczku lub kiełbasy wieprzowej, doprawiona tradycyjnie majerankiem. Brzmi znajomo? Czyli może jednak nasza fasolka po bretońsku pochodzi z Bretanii.

Fasolka po bretońsku
Źródło: https://www.doradcasmaku.pl

8. Sałatka szwedzka. Czyli sałatka ogórkowa. Nie znalazłam o niej niczego ciekawego, poza wskazówką, że w Szwecji nic o niej nie wiedzą. Nawet nie ma takiego dania na szwedzkich stronach. Do Szwecji importuje ją polska firma Felix. Co ciekawe ogórek prawdopodobnie pochodzi z  Indii a w Europie rozprzestrzenił się z Bałkanów. Zatem skąd kraj skandynawski  w nazwie naszej ogórkowej sałatki? To pozostanie chyba tajemnicą kulinarną 😉

Ogórki
Źródło: /pixabay.com/congerdesign

9. Placek węgierski. Wszyscy słyszeliśmy, że to nie jest potrawa z Węgier. A jednak ma coś wspólnego z tym krajem.

Placka po węgiersku wymyślił Węgier, szef węgierskiej restauracji Balaton z Krakowa. Danie miało być symbolem polsko – węgierskiej przyjaźni. Stąd polski, ziemniaczany placek, skąpany w mięsnym, paprykowym sosie – typowym dla kuchni węgierskiej.

Wypasiony placek po węgiersku
Źródło: http://www.winiary.pl

10.Sernik po wiedeńsku. A na deser coś słodkiego. Najciekawsze jest to, że podobno sernik pochodzi ze starożytnej Grecji, gdzie podpatrzyli go Rzymianie i rozpowszechnili po reszcie Europy. Różne źródła mówią, że to, co znamy pod nazwą sernika wiedeńskiego, prawdopodobnie zawdzięczamy Janowi III Sobieskiemu (podobno przywiózł przepis wracając z odsieczy wiedeńskiej – jak to można połączyć przyjemne z pożytecznym). Polacy trochę go zmodyfikowali, dodając „polewę w kratkę”. W samej zaś Austrii dostaniemy jednak ten smakołyk pod nazwą Topfenkuchen, którego składnikiem jest drobno mielony ser biały, utrarty na mleczną masę. Ale podobno nie dorastają do pięt polskim serniczkom 🙂  

Serniczek ale raczej nie po wiedeńsku
Żródło: pixabay.com/ponce_photography

To co, które danie zjecie najpierw?

Natalia

P.s Zobacz też 20 najlepszych potraw jakie jedliśmy w podróży

Źródła:
http://www.piattobianco.pl/troche-o-spaghetti-bolognese/

http://myslowianki.pl/czym-ryba-grecku-pochodzenie-skladniki-przeznaczenie/

https://blog.bluesky.pl/ryba-po-grecku-barszcz-ukrainski-pierogi-ruskie-czy-naprawde-pochodza-stad-skad-sugeruje-nazwa/

https://understandrussia.com/russian-salad/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bu%C5%82ka_paryska

http://esensjonalni.blogspot.com/2015/09/coco-de-paimpol-la-bretonne-fasolka-po.html

http://www.sppiopo.pl/Ogorek-warzywo-z-dluga-historia

http://zajadamy.blox.pl/2008/06/Sernik-Po-Wiedensku.html

http://www.komplet.pl/artykuly/serniki-czy-aby-na-pewno-polskie/

Reklamy

Święta w domu i za granicą. Wady i zalety.

W zeszłym roku spędzaliśmy święta za granicą, w Rzymie (przeczytaj: jak nam się żyło w Rzymie albo: święta w Rzymie). I trzeba przyznać, że było to doświadczenie niezwykłe.

Zawsze mi się marzyło wyjechać zimą w ciepłe miejsce. Rzym może pod tym względem nie spełnił wszystkich oczekiwań, ale okazał się wystarczająco dobry. Jednak pogoda to nie wszystko.

Czym różniły się takie święta w podróży od tych spędzanych w domu z rodziną?

Pogoda. Jak już powiedziałam, święta we Włoszech różniły się od polskich pogodą. W Rzymie większość grudniowych dni była słoneczna. Nawet jeśli było chłodno to świeciło słońce. Deszcz zdarzał się rzadko a szarych dni było tyle, ile u nas pogodnych w grudniu 😉

Myślę, że mieszkańcy Italii nie cierpią na jesienną chandrę.

Brak gonitwy za prezentami. Z Jednej strony odpadła coroczna łamigłówka, co komu kupić i jaki budżet przeznaczyć na prezenty, a z drugiej trochę żal było wiedzieć, że nie można bliskim sprawić radości.

Brak prezentów pod choinką. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam patrzeć na stosik paczuszek, zapakowanych w kolorowe papiery,piętrzących się pod choinką. I jakoś wcale z wiekiem nie mija ten dreszczyk podniecenia w oczekiwaniu na moment rozdania 🙂 A potem i otrzymywanie i widok, jak ktoś cieszy się z tego, co my mu podarowaliśmy są jednymi z najfajniejszych chwil podczas Bożego Narodzenia.

W przypadku świąt z dala od domu musiało nas to ominąć.  

Brak rozczarowań. Oczywiście brak prezentów działa też w drugą stronę, bo kto z nas nie dostał nigdy czegoś, co wywołało u niego w najlepszym razie konsternację? 😉 Więc święta na wyjeździe na pewno oszczędzają nam takich sytuacji.

Brak świątecznych potraw. No cóż, grudzień bez czerwonego barszczyku, pierożków i serniczka to trochę jak nie grudzień 😉 I to nie tylko chodzi o to, że nie siedzieliśmy przy wigilijnym stole. Tych polskich potraw zwyczajnie nie było we włoskich sklepach.

Możliwość zobaczenia jak się świętuje w innym kraju. We Włoszech okazało się, że świąteczne dekoracje, światełka, choinki pojawiają się dopiero po 6 grudnia, kiedy uroczyście zapala się lampki na watykańskiej,wielkiej choince, stojącej na placu Świętego Piotra. W sklepach pojawiło się mnóstwo potraw z owoców morza – głównie z krewetkami; mrożone, świeże, w sałatkach, jako nadzienie np. do ravioli. Pojawiły się też inne potrawy jak na przykład il cotechino; okropna kiełbasa ze świńskich podrobów, ciasto panettone czy różnego rodzaju ciastka (np. przypominające nasze faworki tylko z kolorowymi, cukrowymi kulkami)

Czy czytałeś już wpis: o 20 najlepszych potrawach, jakie jedliśmy w czasie podróży

Brak rodzinnych spotkań. Troszkę było tęskno i smutno, co tu dużo mówić. Zwłaszcza mając świadomość, że w tej chwili trwa świąteczne spotkanie

Święta dla rodziny też były trochę inne. Nie było nas więc im też było ciężej cieszyć się z tego świątecznego okresu i prezentów.

Obżarstwo! Oczywiście, we dwójkę też można się objeść ale nie jest to jednak ten poziom obżarstwa, który zdarza się na Wigilii.. 😉 Więc tutaj jednocześnie plus i minus, no bo jak to tak, w święta nie najeść się pierogów, rybki, kapustki i nie dopchnąć wszystkiego maminym makowczykiem?

Z jednej więc strony święta w Rzymie były czymś niecodziennym, ale z drugiej upychanie po kryjomu prezentów, konspiracyjne odbieranie paczek i pakowanie tych wszystkich rzeczy ma swój bardzo duży urok.

No i do tego polskie śledziki, barszczyk, pierogi i ciasto sprawiają, że Wigilia w domu z najbliższymi, nawet gdy za oknem plucha i zimno, jest mimo wszystko fajniejsza od świąt tylko we dwójkę, nawet we Włoszech 😉

Natalia

10 rzeczy, których nam brakowało w podróży

Powrót do domu z wyprawy albo z urlopu to nie tylko powrót do codzienności ale też powrót do tego co znamy i lubimy. A powrót z rocznej podróży jeszcze bardziej nam uzmysłowił czego nam brakowało podczas miesięcy poza domem. Ciekawe, czy będziecie zaskoczeni 😉

1. Polskie jedzenie. Trzeba przyznać, że jedzenie w Polsce jest bardzo smaczne i jest w czym wybierać. I wcale nie chodzi o chleb, który w wielu krajach jest nawet lepszy (Albania, Italia!) ale:

a. Duży wybór warzyw w dobrych cenach, nawet jeśli Wasz wzrok w sklepie pada najczęściej na ogórki, pomidory, paprykę i cebulkę to przecież możemy też wrzucić do koszyka pataty, kapustę pak choy, kapustę pekińską, szalotkę, imbir, trawę cytrynową…, a w wielu krajach warzyw z innych stron świata po prostu nie ma a i wybór tych „pospolitych” bywa marny. Z kolei w innych wybór jest porównywalny (Niemcy, Skandynawia) lub nawet większy (Włochy, Francja), ale ceny potrafią przyprawić o ból głowy (Norwegia!).

Zobacz wpis co jedliśmy w Norwegii i jak sobie radziliśmy z cenami.

b. Wędliny, pasztety, kiełbaski. Wędzone, suszone, gotowane, surowe, na pewno każdy ma swojego ulubieńca bo w Polsce ich wybór jest bardzo duży. Nawet jeśli przechodząc po alejkach nie wiemy co wybrać, bo wydaje nam się, że nic nie ma 😉
Lepiej pod tym względem jest chyba tylko we Francji, a w Niemczech porównywalnie.
W innych krajach wybór tego typu produktów jest przeważnie bardzo niewielki a takich rzeczy jak pasztety, kabanosy czy kaszanka po prostu nie ma.

jedzenie w podróży
Szwedzki kawior, włoskie ciastka, holenderskie sery i przerwa na śniadanie w drodze

2. Napoje. Już gdzieś pisaliśmy, że był to permanentny problem podczas wyprawy. W Polsce wybór napojów jest olbrzymi, od gazowanych do soków i nektarów. A w wielu krajach poza gazowanymi napojami typu Coca-cola, Fanta czy Schwepps możliwości można policzyć na palcach jednej ręki. Żeby chociaż był jeden dobry smak, to już będzie sukces.

3. Komfort. To rzecz, której brakuje tak samo bardzo jak dobrego jedzenia. Czasem się trafi fajna kwatera, ale i tak się tęskni do własnego łóżka, do własnej kuchni z dużą lodówką w której można trzymać duże zakupy, nie zaś tylko tyle, ile zjemy w podczas pobytu w domu przez najbliższy dzień czy dwa. Do dużej szafy z ciuchami na każdy dzień tygodnia 😉 i pralki dostępnej w każdej chwili. No i w ogóle do wygody.

Przeczytaj więcej o wadach podróżowania.

4. Rodzina i znajomi. No co tu dużo mówić, dla mnie ważne jednak jest, żeby się z kimś spotkać i nie chcę, żeby to był ktoś, kto po raz kolejny zada pytanie, które zadaje każdy inny „skąd jesteście? dokąd jedziecie?”, tylko ktoś, kto wie trochę więcej o mnie 😉

5. Język. O ile nauka obcego języka może być ciekawa i być fajnym wyzwaniem, o tyle brak możliwości pogadania sobie po polsku, w języku który znam, bez konieczności zastanawiania się jak coś powiedzieć, brak możliwości używania języka swobodnie i rozumienia różnych językowych niuansów i gier językowych (np. w telewizji) był dla mnie bardzo ciężki, zwłaszcza we Włoszech, gdzie mieszkaliśmy, ale wcale nie byliśmy mieszkańcami, tylko nadal turystami.

wyprawa po europie
Ostatecznie znamy kilka zwrotów w różnych językach

6. Kultura. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale zamieszkanie w obcym kraju może być trudne. Czasem może być ciężko zrozumieć zachowania innych albo po prostu się z nimi pogodzić. Jak na przykład sztywne trzymanie się reguł w krajach północnych lub właśnie zbytnie wyluzowanie na południu. A mówimy tu o Europie, co dopiero jakieś inne kręgi kulturowe. Mimo, że w Polsce też nie jest idealnie, to przynajmniej nie czujemy się tu „obcy”.

7. Zakupy. No tak, jako kobieta muszę wrzucić ten punkt. Spacery po marketach w innych krajach zawsze wzbudzają w nas dreszczyk emocji, no bo w każdym kraju można znaleźć perełkę, której w Polsce nie będzie (np. albańskie fergese me gjize – pomidorowo twarogowy sos), ale w sakwach mieliśmy ograniczoną ilość miejsca na zakupy (poza tym trzeba było to wieźć o własnych siłach). A o zakupach odzieżowych czy innych tego typu sklepach można zapomnieć. Nie ma ani czasu ani miejsca na łupy z takich przybytków. Szczęście w nieszczęściu, że poza Niemcami właściwie na naszej trasie nie było typowych drogerii jak Rossman. Raczej butiki w stylu Sephory z wysokimi cenami lub niewielkie stoiska w sklepach odzieżowych.

bagaż rowerowy
Jak tu iść na zakupy, skoro trzeba tyle wieźć

8. Kosmetyki. To raczej tylko moja bolączka nie M. 😉 Może to dobrze, że nie było drogerii, bo i tak nie było by gdzie wozić tych kosmetyków. W każdym razie brakowało mi jednak pachnących żelów pod prysznic, peelingów, odżywek do włosów, tuszowania rzęs, lakierów do paznokci, kremów i wszystkich innych babskich kosmetyków ;). Lubię je stosować i trochę tęskniłam za nimi podczas wyprawy.

9. Ciuchy. Ileż można chodzić w tym samym, nawet M. miał trochę dość 😉 A do tego zabraliśmy zbyt mało kolorowych ubrań, tych nierowerowych, i przygnębiało nas to, że jesteśmy ubrani głównie w odcienie szarości. Mnie trochę ratowała niebieska kurtka i niebieskie buty ale i tak byliśmy szarymi eminencjami 😉

wyprawa odzież
Tak się nosiliśmy, gdy nie jeździliśmy 😉

10. Drugi komputer. Mieliśmy ze sobą małego laptopa i tablet na androidzie, ale czasem brakowało dwóch urządzeń z systemem Windows.

To oczywiście nie są duże niedogodności (może poza jedzeniem i piciem) a sprawiają, że powrót do tych punktów osładza pewną nostalgię związaną z powrotem  🙂

Czy czytałeś już wpis o zaletach podróży? 

Natalia

Podsumowanie roku podróży rowerowej w cyfrach

Podróże to nie tylko emocje i widoki ale także liczby. Przejechane dni i metry podjazdów, kilometry, stracone kilogramy, setki zrobionych zdjęć.

W tym poście postaram się Wam przybliżyć chociaż trochę naszą niezwykłą przygodę za pomocą liczb, co być może postawi naszą europejską wyprawę w trochę innym świetle 😉

Przejechane kilometry, metry, dni w drodze.

W sumie:

Natalia:

Dystans całkowity: 12 063.57 km 

Czyli prawie jak z Warszawy do Darwin, w Australii 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 728:25

Średnia prędkość: 16.48 km/h

Maksymalna prędkość: 56.50 km/h

Suma podjazdów:  118 787 m

Czyli 13 razy wjechałam na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  228

Średnio na aktywność: 52.91 km i 3h 12m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 53

podróz rowerem N.jpg

Mikołaj:

Dystans całkowity: 15 231.51 km (w terenie 296.55 km; 1.95%)

To prawie tyle, ile z Warszawy do Sydney w Australii, w prostej drodze 🙂

Czas w ruchu (w godzinach): 871:26

Średnia prędkość: 17.48 km/h

Maksymalna prędkość: 78.01 km/h

Suma podjazdów: 197 516 m

To znaczy, że M. wjechał 22 razy na Mount Everest 😉

Liczba dni w siodełku:  284

Średnio na aktywność: 53.63 km i 3h 04m (w tym krótkie dystanse po Rzymie)

Zaliczone bigi: 164 (!!)

wyprawa rowerowa m.jpg

W samej części tegorocznej: M.: 10 000 km. N.: 7000 km. Łącznie z jazdą po Rzymie.

O 5 000 więcej niż podczas zeszłorocznej części trasy. 

Przeczytaj też:

Podsumowanie pierwszej części podróży.

Podsumowanie drugiej części podróży.

Ilość dni w drodze: 342, w tym pobyt w Rzymie: 117 dni.

Różnice pomiędzy dystansem całkowitym i podjechanymi metrami biorą się stąd, że M. czasami jeździł na Bigi sam. No i też trochę więcej jeździł po Rzymie rowerem niż N.

Samochodem w Norwegii przejechaliśmy około 2200 kilometrów w 11 dni. Plus jeden dzień na Zakynthosie, żeby objechać wyspę i uciec z deszczowego załamania pogodowego i jeszcze jeden dzień w Norwegii, żeby dotrzeć do oddalonego od nas o około 250 km Lisebotn

wyprawa rowerem europa.jpg

Odwiedzone kraje

Ilość przejechanych krajów: 20, w tym Watykan i Monako oraz 3 greckie wysypy: Kefalonia, Zakynthos, Korfu

Najwyższy punkt jaki M. zdobył podczas tej wyprawy to przełęcz Mangartsko Sedlo w Alpach Julijskich o wysokości 2055 metrów (czyli w sumie niewiele).

Najwyższy punkt jaki N. zdobyła podczas tej wyprawy to Turrach Hohe w Alpach Austriackich (1783 metry).

Najwięcej przejechanych kilometrów w czasie jednego dnia: około 150 km w Szwecji.

Najwięcej przewyższeń jednego dnia (nie licząc osobnych wyjazdów na bigi): 2150 metrów w Grecji (czyli tylko 400 metrów mniej niż mają Rysy 😉 )

przełęcze w alpach
Turracherhohe zdobyta

Awarie, zniszczenia, zgubienia

 Ilość awarii: 2

Pęknięta opona w rowerze M.

Oraz zacięta przerzutka we Włoszech.

Ilość przebitych dętek: może z 5 🙂 to bardzo mało.

naprawa roweru w trasie
Uwaga, awarie, u góry: wymiana dętki, na dole tuż przed pęknięciem opony

1 stłuczone żebro M. w upadku pod prysznicem, na bardzo śliskiej podłodze. Co oznaczało co najmniej 3 tygodnie bólu i ograniczonej sprawności.

Ilość zniszczeń:

3 pary spodenek rowerowych, które się zużyły;

1 mocowanie do sakw (które pękło w starciu z murkiem, o który się M. otarł z impetem);

1 gumka do włosów 😉

1 rozklejone sandały, w drugich poprzecierała się gumka mocująca (na ratunek przyszedł nam włoski szewc);

1 klapki M.;

1 telefon N. (przestał reagować na dotyk, sam z siebie);

1 koszulka rowerowa N., która poległa w starciu z suszarką do włosów w Delfach (M. chciał szybko przesuszyć rzeczy, ale nie uwzględnił delikatnego sztucznego materiału, z którego wykonano koszulkę 😦

Inne cyfry:

Ilość czasu spędzona w Rzymie: 4 miesiące;

Przeczytaj o tym, jak nam się żyło w Wiecznym Mieście.

Czas spędzony w Polsce: 1 miesiąc między wyjazdem z Rzymu a ruszeniem w dalszą trasę.

Stracone kilogramy:

N. tylko 3 😦

M.: tylko 8 😦

Waga bagażu: N.: 15 kg, M.: 30 kg;

Waga rowerów: około 15 kg każdy;

Ilość zdjęć: 60 GB 😉

Ilość przyszłościowych znajomości: 0 😛 może jesteśmy dziwni, ale jakoś nie zależało nam, żeby szukać przyjaciół.

mozaika wyprawa rowerem.jpg

wyprawa rower wspomnienia.jpg

Ale za to ilość wspomnień nieskończona 😉

Natalia i M.

20 najsmaczniejszych potraw czyli co dobrego jedliśmy w podróży?

co zjeść w europie

Jedną z ważniejszych rzeczy podczas podróży (ale nie tylko 😉 ) jest jedzenie 🙂 Uwielbiamy próbować nowych potraw, po pierwsze dlatego, że lubimy kulinarne eksperymenty a po drugie dlatego, że dzięki jedzeniu można choć trochę poczuć kulturę kraju, w którym właśnie przebywamy. A po trzecie, najważniejsze, czasem po prostu nie ma nic innego 😀

W każdym razie mamy dla Was listę pyszności, z którymi zetknęliśmy się podczas naszych wypraw. Warto wziąć ją sobie do serca i kiedy będziecie w miejscach, o których mowa poniżej, poszukać tych smaków (czasem i w Polsce można je spotkać, ale nie zawsze to to samo). Z reguły nie są to rzeczy drogie.

Jesteście najedzeni? Bo po przeczytaniu tej listy gwarantuję, że zacznie Wam burczeć w brzuchach! 🙂

  1. Greckie jogurty – to jest nasz hit numer jeden. Nigdzie nie dostaniecie takich jogurtów jak w Grecji, a to, co znacie pod tą nazwą w Polsce (lub gdziekolwiek poza Grecją) nie ma z nimi nic wspólnego. Niestety. Jogurty greckie w Grecji, te najlepsze, sprzedawane są w kamiennych miseczkach, owinięte folią spożywczą z małą naklejką firmy. W kamionce znajdziecie pokryty grubym kożuchem jogurt tak gęsty, że łyżka w nim stoi. Ale ten kożuch nie jest taki obleśny, jak ten, który zbiera się na przykład na mleku, to gruba, jogurtowa skórka, wcale nie obrzydzająca. Pyszna (a wierzcie mi, kożuch mleczny mnie wyjątkowo brzydzi). Smak jogurtu jest kremowo kwaskowy. Można go jeść saute, na słono i na słodko. W trasie często żywiliśmy się tymi jogurtami i kopertą z ciasta filo (albo może to było francuskie) z kremowym nadzieniem o smaku waniliowym (dostępną w każdym Lidlu). Jakie to było razem pyszne 🙂

    grecki jogurt
    Wygooglane, ale prawdziwe

    Więcej greckich pyszności w poście: Za co kochamy Grecję?

  2. Albańskie Fergese me gijze – hit numer dwa. Paprykowo – pomidorowa pasta z serem w stylu fety albo bardziej twarogu, cebulką i oliwkami. Sprzedawali ją w słoikach, z tego co czytałam, można było używać jej do mięsa, zapiekając je w tym sosie. Pyszności. Przepis na ten sos można znaleźć po polsku w Internecie i nie jest zbyt skomplikowany, mam w planach wykonanie 😉
  3. Włoska pizzanie mogło zabraknąć włoskiej pizzy w zestawieniu. Jak się okazuje są pizze włoskie na grubszym i cieńszym cieście (w Rzymie na cienkim), ale nigdy z tymi okropnymi ciastowymi brzegami (no, chyba, że całe są jednym wielkim nadzianym brzegiem, ale wtedy to nie pizza, to calzone (po włosku „skarpeta”). Trzeba uważać, aby nie dać się nabrać na lokal w którym podają pizzę rozmrażaną, albo kupując pizzę na kawałki – żeby nie dostać zimnego. Świeżutka włoska pizza jest soczysta od sosu pomidorowego, sera (konkretnie mozzarelli), który się po niej rozpływa i oliwy. Dobrą pizzerię poznaje się podobno po tym, jaką robi margheritę i bywa, że taka zwykła margherita to prawdziwe niebo w gębie 🙂

    pizza włoska margarita
    Pyszna margharita źródło: https://pixabay.com

Uwaga! Nie spodziewajmy się dostać sosu do pizzy (pomidorowego ani tym bardziej czosnkowego!). Nie prośmy też o niego – nie zrozumieją nas, a jeśli jednak, to popełnimy faux pas! No i dodajmy: przy włoskiej pizzy nie jest on do niczego potrzebny! 🙂

Przeczytaj również 16 ciekawostek o Rzymie!

  1. Chleb w Albanii, Grecji i we WłoszechJuż kiedyś wspominaliśmy, że w Albanii mają najlepszy chleb w Europie. Później się okazało, że w Grecji i we Włoszech też można znaleźć takie pieczywo, że człowiek ma ochotę sam zjeść kilo chleba 😉 Chrupiąca ale niezbyt twarda skórka i mięciutki, puszysty ale nie gąbkowaty środek, a kiedy jeszcze jest ciepły i pachnący…? Mniam!

    chleb we włoszech
    Może na zdjęciu nie wygląda najlepiej ale smakuje wspaniale
  2. Czewapcze (cevapcici) w Kosowie i Macedonii czyli podłużne kawałki mięsa grillowane i podane z grillowanym chlebem w rodzaju pity. Na pewno kojarzycie, takie zrobione w czewaptorii – mięsnym barze szybkiej obsługi, smakują naprawdę wybornie.
  3. Surówka z białej kapusty w Kosowie – taką surówkę jedliśmy tylko w Kosowie (jako dodatek do czewapczy), kilka lat temu i teraz. Próbujemy samodzielnie powtórzyć ten smak, ale nie do końca wychodzi. Kapusta ma swój naturalny kolor, chrupie i jest kwaskowa w smaku jakby z octem, tylko, że nam ocet zażółca kapustę a tam nie ma takiego efektu… Może ktoś z Was zna przepis? 😉 Więcej o Kosowie możesz dowiedzieć się z wpisu Kosowo, czy jest się czego bać?

    surówka po kosowsku
    Suróweczka, najważniejszy składnik dania
  4. Burki – burek na Bałkanach a w Albanii – byrek, to po prostu zapiekane ciasto francuskie z nadzieniem mięsnym, serowym lub szpinakowym z serem. Może być podłużny lub okrągły. Niestety w wielu miejscach burki są gumowate i mają mało nadzienia. Ale kiedy już traficie na ten dobry, to będziecie chcieli jeść go cały czas 😉
  5. Fasola w pomidorach z ziemniakami w Grecji – robiliśmy zakupy w jakimś większym markecie w Grecji i to było jedyne danie gotowe, które mogliśmy kupić i od razu zjeść na ciepło. Nigdy nie sądziłam, że zielona fasolka z pomidorami to będzie dobre połączenie, ale okazało się genialne. Do tego cebulka, ziemniaki i oliwa. Proste, łatwe i pyszne.
  6. Tzatziki i tarama – przede wszystkim takie, które można kupić na wagę. Tyczy się to zwłaszcza tzatzików, bo wtedy są robione na prawdziwym, gęstym jogurcie. Co do taramy lub taramosalaty (właściwa nazwa) – jest to pasta dla wielbicieli rybno – kwaskowych smaków (nie zrażajcie się jej dziwnym różowym albo łososiowym kolorem). Jej głównym składnikiem jest kawior, ale nie bójcie się, nie kosztuje tyle co kawior. W Grecji można znaleźć 200 gramów taramy za jedno euro.

    tarama grecja
    Może nie wygląda zbyt apetycznie, ale za to jest pyszna
  7. Małe rybki smażone bardzo krótko na głębokim oleju – jedliśmy je w Grecji, konkretnie w rodzinnej knajpce w miasteczku Florina. Nigdy później nie udało nam się zjeść takich samych, ani w knajpie, ani w lepszej restauracji ani tym bardziej jak robiliśmy je sami, ale wspomnienie do którego wzdychamy pozostało.
  8. Pate di fegatto czyli pasztet wątróbkowy. Toskański mus z wątróbki, którego w Rzymie nie znajdziecie, niestety (szukaliśmy wszędzie!). Występuje za to w marketach w Kampanii – kupuje się go na wagę, nakładany wielką łyżką do plastikowego pojemniczka, na wierzchu zawsze zbiera się oliwa. Przepyszny, co tu dużo mówić. A przepis jest na tyle prosty, że udało nam się nieraz samodzielnie zrobić taki pasztet w domu i wychodził wyborny! 🙂
  9. Pesto z radicchio czyli czerwoną cykorią – koniecznie z dodatkiem słoniny (lub boczku), po włosku po prostu radicchio con speck. Inaczej będzie gorzkie. Pesto ma kolor różowy a w smaku jest wyraziste, lekko kwaskowe, czuć też ser, który jest w składzie. W sumie ciężko opisać smak, ale jest naprawdę pyszne 🙂 Najlepiej smakuje z włoskim makaronem z rodzaju pasta fresca.

Okej, dosyć tych obiadowych dań, przejdźmy do słodkości!

  1. Włoskie ciasteczka migdałowe – czyli amaretti, zwłaszcza morbidi – co znaczy miękkie. Niestety nie należą do najtańszych słodyczy, ani w Polsce ani we Włoszech, ale uwielbiam ich smak 😉

    amaretti
    Malutkie ciasteczka migdałowe, źródło: pixabay.com
  2. Włoska kawa – po pierwsze w sklepach (zwłaszcza dużych) mamy bardzo duży wybór kaw sypanych, w tym takich specjalnie do kawiarki. Kiedy już się opanuje sztukę parzenia kawy w tym urządzeniu (a wbrew pozorom to wcale nie jest takie łatwe) możemy delektować się naprawdę pysznym smakiem. Ale przede wszystkim należy wejść na kawę do włoskiej kawiarni, gdzie mają duży, stary ekspres, zamówić i rozkoszować się pysznym smakiem napoju. Ba, nawet kiedyś weszliśmy do McDonalds’a, bo mieli tam kawiarniane stoisko z olbrzymim ekspresem. I kawa była świetna.

    Cappucino włochy
    Kawa przy barze jest tańsza niż przy stoliku, pamiętajcie 😉
  3. Cannoli sycylijskie ciastko z kremem – Włosi mają bardzo smaczne słodycze, chociaż my chyba zostaniemy wierni profiterolkom i tiramisu, ale cannoli to popularne (zwłaszcza w Rzymie) ciastko z kremem. Ciasto przypomina w smaku i kruchości faworka, tylko nadziane jest dużą ilością bardzo smacznego kremu. Jedno ciastko kosztuje jedno euro, dosyć sporo, ale warto spróbować.

    cannoli ciastka włoskie
    Cannoli, źródło: http://www.foodnetwork, autor: Alex Guarnaschellicannoli
  4. Kołacz węgierski albo kurtosz albo Kürtöskalács albo trdelnik – tak naprawdę pochodzi ze Słowacji, a najbardziej popularne jest chyba w Rumunii (często przy szosach zobaczycie dymiące jak grill stoiska – tam można je prawie na pewno kupić). Od niedawna można je też spotkać w Polsce i całe szczęście, bo to kręcone ciasto jest pyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Ciasto kręci się na wałkach w piekarniku, po zdjęciu jest bardzo gorące i obłędnie pachnie. Paluchami odrywamy pasma jeszcze ciepłego ciasta i pałaszujemy nim zdąży wystygnąć 😉

    trdelnik
    Kołacz węgierski, źródło: pixabay.com, autor: fishinkaa
  5. Greckie ciasto pomarańczowe – czyli deser z ciasta filo, ciężki i wilgotny, niezbyt słodki, idealnie wyważony smak z nutą pomarańczy. Boski 🙂 Musicie spróbować będąc w Grecji, ale z przepisów, które znalazłam, wynika, że i samemu można łatwo zrobić 🙂
  6. Panettone – o nim już pisaliśmy. Włoski rodzaj babki bożonarodzeniowej z rodzynkami, skórką pomarańczy, czasami z migdałami. Idealne panettone jest mięciutkie i wilgotne. Próbowaliśmy wyrobów kilku firm i najlepsze (a niedrogie!) było od Balocco, pamiętajcie w razie czego 😉

    włoska babka bożonarodzeniowa
    Panettone z rodzynkami i skórką pomarańczy
  7. Owoce z drzewa – towar sezonowy, ale jasne jest, że jak widzicie na drzewie dojrzałe owoce to musicie ich spróbować 🙂 Nam jak do tej pory udało się zjeść świeżo zerwane figi (pyszne!), granaty, pomarańcze, mandarynki, cytryny, czereśnie, grejpfruta, banany (na Cyprze), winogrona, migdały, daktyle, sharony, no i jabłka (ale na południe od Toskanii raczej niedobre, chyba że rosną na znacznej wysokości nad poziomem morza, np. w Macedonii były smaczne, ale tam było prawie 1000 m npm :). Widzieliśmy też pola arbuzów i plantacje kiwi. No i oliwki, ale tych nie polecamy prosto z drzewa 😉

    oliwki grecja
    Oliwki prosto z drzewa
  8. Gofry z lodami i bitą śmietaną – tego się nie spodziewaliście, co? 😀 Nigdzie gofry z lodami i bitą śmietaną nie smakują tak, jak nad polskim morzem (i nigdzie nie są takie drogie 😀 )!

    gofry nad morzem
    Gofry nad Morzem Bałtyckim

No i na koniec dwa rozczarowania.

Włoskie (zwłaszcza sycylijskie, ale w Rzymie bardzo popularne) przekąski:  suppli i arancini. To kulki ryżowe obtoczone w cieście. Suppli mają nadzienie z mozzarelli a arancini z mięska i oliwki. Oba niezłe ale bez szału, niestety.

Kebab turecki. Co prawda nie jedliśmy ich w Turcji tylko po tureckiej stronie Cypru i Sarajewa, ale za każdym razem rozczarowywał smakiem – mięso przesmażone i suche, mało warzyw, zbyt ostry lub zbyt mdły sos. Wiecie gdzie był najlepszy? W Warszawie pod Dworcem Centralnym! 🙂

No, ale mam nadzieję, że teraz już wiecie na co zwrócić szczególną uwagę podczas własnych wyjazdów 😉

Natalia